Dziwię ci się — krzyczała pani Dinah. — Gdyby to byli porządni ludzie, to poszliby do wójta, a nie tak po żebrach! Dlaczego ich sobie nie wzięli do domu na przykład Szymonowie? Dlaczego ich mamy przyjmować właśnie my? Cóż to, czy myśmy coś gorszego od Szymonów? Ja wiem, żona Szymona nie wpuściłaby takiej hołoty do domu!. Dziwię ci się, człowieku, że się zadajesz nie wiadomo z kim!
— Nie krzycz — mruczał stary Isachar — przecież usłyszą!
— Niech słyszą — mówiła pani Dinah, podnosząc głos jeszcze bardziej. — Niesłychane! To by dopiero było, żebym ja w domu nie śmiała ani pisnąć z powodu jakichś tam włóczęgów! Znasz ich? Zna ich to kto? On mówi: „To jest moja żona.” Gadanie, jego żona! Wiem, jak to u takich łazików bywa. Że się też nie wstydzisz wpuszczać coś takiego do domu!
Isachar chciał zaprotestować, że wpuścił ich tylko do stajni, ale zachował to dla siebie, albowiem cenił spokój.
— A ona — ciągnęła pani Dinah zgorszona — ona jest w odmiennym stanie, żebyś wiedział! Chryste Panie, tego nam jeszcze brakowało! Jezus Maria, gotowiśmy się jeszcze dostać na ludzkie języki! Coś ty, na głowę upadł czy co? — Pani Dinah nabrała tchu. — Naturalnie, takiej jakiejś młódce ty nie umiesz powiedzieć: nie. Ledwie na ciebie zerknęła, a już małoś nóg nie połamał z wielkiej gorliwości! Dla mnie byś tego nie zrobił, Isacharze! „Pościelcie tam sobie, dobrzy ludzie, macie w stajni słomy, że hej…” Jak gdyby w całym Betlejem tylko u nas była stajenka! Dlaczego im Szymonowie nie dali ani ociupinki słomy? Dlatego, że Szymonka by na to swemu mężowi nie pozwoliła, rozumiesz? Tylko ja jestem taka safanduła, że na wszystko milczę.
Stary Isachar obrócił się do ściany. „Może przestanie — myślał — ona ma trochę racji, ale tyle gadania o…”
— Brać obcych ludzi do domu — rozważała pani Dinah w sprawiedliwym gniewie. — Kto wie, co to za jedni? Teraz całą noc ze strachu oka nie zmrużę! Ale dla ciebie to obojętne! Dla ludzi to ty wszystko, ale dla mnie nic! Żebyś choć jeden jedyny raz miał wzgląd na twoją zaharowaną i słabowitą żonę! A rano może jeszcze mam po nich sprzątać! Skoro ten człowiek jest cieślą, dlaczego nigdzie nie pracuje? I dlaczego właśnie ja muszę mieć tyle utrapienia? Słyszysz, Isacharze?
Ale Isachar odwrócony twarzą do ściany udawał, że śpi.
— Matko Boska — westchnęła pani Dinah — co ja mam za życie! Całą noc nie usnę ze zmartwienia… A on śpi jak kłoda! Mogliby nam wynieść cały dom, a on sobie chrapie… Boże, co ja mam za utrapienie!
I było cicho, tylko stary Isachar uważnie przecinał ciemność swym chrapaniem.
Koło północy zbudziły go ze snu tłumione kobiece jęki. „O psiakość — zląkł się — to chyba coś obok w stajni! Żeby tylko nie zbudziło Dinah. Tożby znów było gadania!”
I leżał bez ruchu, udając, że śpi.
Po chwili dał się słyszeć nowy jęk. „Boże, zmiłuj się, Boże, spraw, niech się Dinah nie przebudzi — modlił się w niepokoju stary Isachar, ale wtem poczuł, że się Dinah koło niego wierci, unosi i z napięciem nasłuchuje. — Będzie źle” — powiedział sobie znękany Isachar, ale pozostał cicho.
Pani Dinah wstała bez słówka, narzuciła na siebie wełniak i wyszła na podwórze. ,,Na pewno ich wyrzuci — rzekł do siebie bezradnie Isachar. — Ja się już do tego mieszać nie będę, niech sobie robi, co chce…”
Po jakiejś dziwnie długiej i głuchej chwili wróciła pani Dinah, stąpając ostrożnie. Isacharowi zdawało się jak przez sen, że jakieś drzewo chrzęści i trzaska, ale postanowił, że się ani nie ruszy. Może Dinah jest zimno i roznieca ogień.
Dinah zaś znowu wymknęła się po cichu. Isachar otwarł oczy i ujrzał nad płonącym ogniem kociołek z wodą. „Na co to?” — pomyślał ze zdziwieniem i wnet znowu usnął. Przebudził się dopiero, gdy pani Dinah takimi szczególnymi, gorliwymi i ważnymi kroczkami biegła z dymiącym kociołkiem na podwórze.
Więc zdziwił się Isachar, wstał i przyodział się trochę. „Muszę popatrzeć, co się dzieje” — postanowił energicznie, ale w drzwiach zderzył się z Dinah.
„Proszę cię, czego tak biegasz” — miał zamiar zapytać, ale nie zdążył.
— Co się tu gapisz! — ofuknęła go pani Dinah i znów wybiegła na podwórze z naręczem jakichś szmatek i kawałków płótna. Na progu obróciła się. — Wracaj do łóżka — krzyknęła ostro — i… i nie wtrącaj się nam tu, słyszysz?
Stary Isachar poczłapał na podwórko. Przed stajnią zobaczył sterczącą bezradnie barczystą męską postać i skierował się ku niej.
— No, no — zamruczał uspokajająco. — Wyrzuciła cię, co? Wiadomo, Józefie, te kobiety…
I żeby zagadać ich męską bezradność, wskazał:
— Popatrz, gwiazda! Widziałeś już kiedy taką gwiazdę?
(Karel Capek, „Księga apokryfów”, 1930: „Święta noc”, tłum. Helena Gruszczyńska-Dębska)
Święta noc
Posted by Ysabell w dniu 24 Grudzień 2011
Opublikowany w Uncategorized | Komentarzy: 9 »
Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima
Posted by Ysabell w dniu 20 Listopad 2011
Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158
Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.
To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.
I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź „wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: „Proza”, „Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i „Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.
Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.
Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):
Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]
Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego „sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]
Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]
Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]
Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]
Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]
Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]
Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]
Moja ocena: 7,5/10
PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:
Żeby „zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]
Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]
Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]
Opublikowany w Proza | Otagowane: aforyzmy, Cyganka, Julian Tuwim, literatura humorystyczna, literatura polska, po II wojnie światowej, przed II wojną światową, XX wiek | Komentarzy: 4 »
Wie dobrze Depka…
Posted by Ysabell w dniu 4 Listopad 2011

Wpis z dedykacją dla Ulubionego Męża.
Nawet nie wiem, czy ten wpis powinien się pojawić tu, czy tam, ale ze względu na Huellego będzie tutaj. Temat taki trochę halloweenowy, zaduszkowy i w ogóle nieco spóźniony, ale uznajmy, ze listopad jest miesiącem w którym dobrze się słucha o wszystkich krew w żyłach mrożących legendach i podaniach. A tę konkretną legendę poznałam (jak zwykle w moim przypadku) od zadniej strony.
Najpierw była Formacja (dawniej Gdańska Formacja Szantowa), ich koncert na Kubryku i płyta Renament. Na tym koncercie pierwszy raz usłyszałam piosenkę Na strandzie Helu i na nim też dowiedziałam się, że inspirację autor (Krzysztof Jurkiewicz) zawdzięczał Pawłowi Huellemu i jego Opowieściom chłodnego morza. Zanim dotarłam do Opowieści… trochę czasu minęło, ale w końcu wypatrzyłam je na ojcowej półce i znalazłam właściwe opowiadanie (Depka — Rzepka).
Fascynująca była dla mnie analiza obu tych tekstów jednocześnie. To już nie nisko latające skojarzenia, o których pisałam w poprzedniej notce, tylko wyraźne nawiązanie. Przełożenie (dość poetyckiej, owszem, ale jednak) prozy Huellego na język poezji (tekściarstwo też poezja) i piosenki. Przełożenie bardzo, moim zdaniem, udane.
Zapraszam Was do podróży na wybrzeże w poszukiwaniu legendy Depki. Jeśli znacie piosenkę Formacji, odświeżcie ją sobie (wersję koncertową z YT zamieszczam poniżej) i dopiero wtedy zanurzcie się w opowieść Pawła Huellego. Jeśli Na strandzie Helu nigdy nie słyszeliście, radzę rozpocząć od Huellego, a dopiero potem posłuchać piosenki.
Swoją opowieść Huelle zaczyna zupełnie niewinnie wspomnieniem z dzieciństwa:
W tamtych czasach kupno czegokolwiek — nawet ryby — urastało do rangi problemu. [63]
Potem gawędzi trochę o kłopotach z zaopatrzeniem w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, o tym kiedy było z tym lepiej, a kiedy gorzej i jakim problemem było zaopatrzenie w ryby na Wigilię, aż w końcu zaczyna właściwą opowieść:
Wydelegowany zostałem do tej podróży niczym tajny agent: na jednej karteczce miałem zapisany adres rybaków spod Jastarni. Na drugiej — rozkład jazdy pociągów (w tym powrotnych) relacji Gdynia—Hel. Trzecia zawierała spis zakupów, ostatecznie przekreślony przez moją matkę, z dopiskiem — bierz, co będzie…
Pan Depka mieszkał w szopie. Było to skrzyżowanie typowej kaszubskiej checzy z czymś w rodzaju warsztatu i magazynu; tyleż rybackiego, co szkutniczego. Nawet się nie zdziwił, kiedy wkroczyłem do środka i wyjawiłem swoje referencje — „od pana inżyniera, co to maszyny kutrów wam rychtował”. Ale nie rozmawialiśmy o silnikach. Alojz Depka był poruszony i razem z panem Rzepką dyskutował — nad buseczkami (kieliszkami) wódki — cóż to się stało parę tygodni temu, kiedy to na zatokę wypłynął Józk Konkel, szyper maszoperii. Otóż — po pierwsze — nie był to czas połowów. Po drugie — na wodzie stało się coś takiego, o czym zarówno Depka, jak i Rzepka rozmawiali ściszonymi głosami.
Zjawisko to od lat prześladowało rybaków na zatoce. Czasami — nie wiadomo dlaczego akurat w tym, a nie innym momencie — na wodzie, zwłaszcza w okolicach starej torpedowni — pojawiała się pomarańczowa kula. Niczym piorun kulisty — „wieldżi” — to jest po kaszubsku — ogromny. Nikt nie wiedział, co to jest w istocie. Bywało, że w zderzeniu z łodzią kula ta paliła kuter i całą załogę na popiół — jak miało to miejsce w roku sześćdziesiątym trzecim, za maszopa Ponkego. Nikt nie ocalał. [64-65]
Jeszcze kilka opowieści o podobnych wypadkach z przeszłości i kolejnych próbach wyjaśnienia zjawiska przez kolejne komisje.
I nagle, jak gdybym otworzył karty księgi, potoczyła się opowieść: zdumiewająco barwna, bardzo stara.
Dlaczego Hel — we wszystkich językach żeglarzy — oznaczał to samo, po prostu piekło? No bo mieszkańcy przysiółków wiecznie zasypywanych piaskiem to byli prawdziwi słudzy diabła, piekielnicy. Zwłaszcza w czas jesiennych sztormów rozpalali na strandzie ognie — fałszywe drogowskazy. Rozbite statki dostarczały miejscowym wielu dóbr. Znali książęce prawo brzegowe i wiedzieli doskonale, że wszystko, co wyniesie woda — należy do princepsa. Dlatego po każdej spowodowanej katastrofie wszystkich ocalałych rozbitków zabijano. Żeby nie było świadków. Nawet — co zdarzało się niezwykle rzadko — kiedy rozbitkiem była kobieta.
Złe duchy sprzyjały procederowi. Żadna kara, żadne nieszczęścia nie spadły na lądowych piratów.
Dopiero kiedy z nawałnicy na brzeg wydostał się człowiek w biskupich szatach, po raz pierwszy złamano żelazną zasadę. Nikt nie odważył się zabić kapłana. Przykuto go łańcuchem w jednej z checz, gdzie przez dziesięć lat musiał obracać żarna. Dopiero przejeżdżający nieopodal urzędnik księcia Świętopełka — usłyszawszy nucone przez niewolnika łacińskie psalmy — powrócił do wsi z eskortą i wyzwolił biskupa Sedenzę, który dziesięć lat wcześniej płynął jako legat papieża Innocentego IV do duńskiego króla Eryka, no i trafił w czasie burzy na Helę, czyli do piekła.
Wyrok księcia Świętopełka był okrutny, ale sprawiedliwy. Co drugi mężczyzna z wioski poszedł na powróz. A niejakiego Depkę — pirackiego herszta — najpierw wysmarowano smołą. Potem przywiązano do masztu jego łodzi i obłożono pałubę chrustem. Płonąca łódź na oczach wszystkich mieszkańców strandu (także tych dyndających już na sznurach) długo krążyła po wodzie, popychana niewidzialnym prądem. I od tamtego czasu — kończył opowieść Alojz Depka — kto spotka tę płonącą łódź, musi zginąć. Czy nasz, czy Niemiec, Szwed czy Rusek. [66-68]
Huelle w swojej opowieści wraca potem jeszcze na chwilę z XIII wieku do wieku XX, pociągu relacji Hel—Gdynia i Wigilii, ale my pozostańmy jeszcze w czasach księcia Świętopełka i papieża Innocentego IV i zobaczmy jak tę samą opowieść o Depce opowiedział Krzysztof Jurkiewicz i Formacja:
sł. i muz. K. Jurkiewicz; tekst piosenki można znaleźć tutaj.
Ta sama historia, często dokładnie te same słowa, czy związki frazeologiczne, a efekty zupełnie inne. Analizę porównawczą pozostawię nauczycielom polskiego (którzy może dobrze by zrobili posługując się na lekcjach tego typu przykładami, zamiast tego co porównywało się, kiedy ja byłam w szkole — choć może coś się do dzisiaj zmieniło). Mnie bardziej obchodzi fakt, że da się tę samą historię opowiedzieć zupełnie inaczej, a za każdym razem ciekawie. I trochę odnoszę się tutaj do tego komentarza Szyszki, a trochę do wcześniejszych swoich przemyśleń.
Obie historie nie są identyczne. Huelle dał swojej legendzie ramę współczesności, Formacja wydestylowała samą opowieść. W piosence jesteśmy bliżej Depki, a on jest dużo bardziej ludzki — wódz, który za wszelką cenę stara się dbać o swoich ludzi. W ten sposób obie te historie budzą we mnie inne emocje. Legenda Huellego jest opowieścią o duchach, jaką można powtarzać sobie przy ogniskach, a przy tym, już poza opowieścią o Depce opowiadanie daje nam mimochodem trochę „prywatnej” historii wybrzeża. Piosenkę Formacji odbieram za to nie tylko jako legendę, ale też nieco bardziej uniwersalną przypowieść, choćby o tym, że nie da rady osiągnąć dobrych celów złymi uczynkami, albo i o tym, ze jak się już źle postępuje, to jeden wyłom może doprowadzić do klęski. Dzięki uczłowieczeniu Depki pozwalam myślom błądzić w interpretacjach dużo dalej.
Dzięki Huellemu zrozumiałam lepiej Na strandzie Helu i piosenka podoba mi się jeszcze bardziej niż przed przeczytaniem opowiadania Depka — Rzepka. Dzięki Formacji przeczytałam uważnie Huellego i po pierwsze poznałam kogoś, kto używa jeszcze więcej wtrąceń (te myślniki!) niż ja, a po drugie, może zapoznam się z jego twórczością trochę bliżej, bo dotychczas nasza znajomość była bardzo powierzchowna, a to co do tej pory przeczytałam w Opowieściach chłodnego morza bardzo mi odpowiada.
Przy okazji polecam wszystkim zapoznanie się z całością tekstu Huellego (który jest zresztą naprawdę króciutki i przytoczyłam chyba większość; na zachętę dla Męża dodam, że w tekście występuje nawet „sowiecki U-Boot”…) i posłuchanie innych piosenek Formacji (na moim pierwszym blogu kilka dodatkowych piosenek, o tutaj i przewinąć na koniec posta).
—
cytaty za: Paweł Huelle „Opowieści chłodnego morza”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008; liczby w nawiasach kwadratowych odnoszą się do numerów stron;
—
PS. Czy tylko mnie wydaje się zabawne, że nagrodę dla najlepszej współczesnej piosenki szantowej przyznaje prezydent Krakowa? Formacja dostała ją właśnie za Na strandzie Helu na Shanties 2010.
Opublikowany w Inne | Otagowane: Formacja, Gdańska Formacja Szantowa, Na strandzie Helu, Opowieści chłodnego morza, Paweł Huelle, Renament | Zostaw Komentarz »
Gra w skojarzenia
Posted by Ysabell w dniu 1 Listopad 2011
Pamiętacie dowcip o tym facecie, co mu się wszystko kojarzyło?
Wiecie, ten, w którym psychiatra bada poczytalność faceta pokazując mu różne kształty.
— Z czym się to panu kojarzy?
— Z gołą babą.
— A to?
— Z gołą babą.
— A to?
— Z gołą babą.
— A to?
— Z gołą babą.
— Panie, pan nie jest żadnym wariatem, tylko po prostu zboczeńcem.
— Ja? A kto mi te wszystkie gołe baby pokazywał?
Pomijając kwestię profesjonalizmu rzeczonego fachowca, ten (dość marny zresztą) kawał przypomina mi się ostatnio coraz częściej. Nie dlatego żeby mi się wszystko kojarzyło z gołymi babami (albo choćby i facetami). Gorzej: wszystko kojarzy mi się ze wszystkim. Czego bym nie przeczytała, czy posłuchała, od razu mam to irytujące wrażenie, że gdzieś niedawno czytałam/słyszałam/itd coś na ten sam temat.
W zasadzie nawet lubię ten stan, z którym schodzą mi się książkowe (czy dowolne inne) historie czy tematy (tak jak ostatnio w przypadku Čapka na przykład). I nie mam tu na myśli takich sytuacji, w których autor świadomie nawiązuje do innego dzieła (mój ulubiony przykład takiego nawiązania, to dialog z krukiem z Amerykańskich bogów Gaimana, ten zaczynający się Kruku, powiedz „Nevermore”), ale takie, w których dwie czytane książki splatają się mniej lub bardziej wątkami cz poruszanymi problemami.
Przykład I
Czytałam (w czwartek to było) wracając do domu tramwajem Sklep Potrzeb Kulturalnych Kroha, a w nim trafiłam na taki fragment:
Chłopskie narzekanie to rytuał, pomost między człowiekiem a człowiekiem, przyjazne wyciągnięcie ręki. Ma swoje umowne, ściśle przestrzegane prawidła, uświęcone tradycją (…). Ciekawe co będzie, gdy wejdziemy w ściślejszy kontakt z kulturą zachodnią i keep smiling zderzy się z prasłowiańsko-socjalistycznym biadoleniem. [1]
Wysiadłam z tramwaju, zamiast książki włączyłam sobie odtwarzacz mp3, a tam Andrzej Brzeski śpiewa:
Wróciłam do domu i naturalnym odruchem uzależnionego od Internetu dziecięcia wieku włączyłam komputer i zajrzałam do raczej znanego serwisu społecznościowego facebook, a tam Raczkowski:
Po czym, już na sam koniec, przeglądając nowe wpisy na blogach dotarłam do Kawy z cynamonem, gdzie Szyszka bardzo ciekawie (polecam) napisała o lekturach szkolnych, między innymi to:
Ja się czepiam, moi kochani tego, że zestaw jest wybitnie dołujący i pod niebiosa wynosi tragizm jednostki, która przegrywa swoje życie. I pal sześć czy przez własną głupotę, czy przez okrutny świat, który jej nie pozwala rozwinąć skrzydełek – nieszczęście i zraniona duma pełzają przez spis lektur. Ja rozumiem, polski romantyzm i pozytywizm w ciężkich czasach się turlał, literatura wojenna i powojnia też w niesprzyjających warunkach, ale do jasnej ciasnej, skoro Baczyński mógł pisać o rzeczach pięknych, to co szkodziło choć jednej, JEDNEJ osobie napisać coś pozytywnego? Nie, wszyscy albo umierają, albo gapią się na rozdartą sosnę.
Przykład II
Również w Sklepie Potrzeb Kulturalnych pisze Kroh o sprawie Józka Łojasa, bukowianina, który zabił po pijanemu turystę:
A żeby było jeszcze obrzydliwiej, prawie równocześnie z procesem Józka odbywał się w Warszawie głośny proces poszlakowy profesora medycyny, oskarżonego o otrucie żony — podobno truł ją powolutku, miesiącami, wykorzystując wiedzę fachową, podbierając służbowe proszki z Akademii Medycznej. Józkowi dożywocie, a tamtemu piętnaście lat. Zawirowało mi w rozumie, gdy o tym przeczytałem. Jeśli był winien — próbowałem przywołać na pomoc zdrowy rozsądek (…) — jeśli był winien, należał mu się wyrok śmierci; a jeśli nie udowodnili mu winy, powinni go zwolnić, myślałem. [2]
Kilka dni wcześniej czytałam natomiast w Moim Cohenie Zembatego:
Nie wierzę w ludzką sprawiedliwość, bo nigdy nie wierzył w nią mój Ojciec, który był wybitnym prawnikiem i sędzią.
Jako Przewodniczący Trybunału Narodowego podpisał tysiące wyroków śmierci — w tym także dla Franka i Hessa. Przy tym wszystkim był zdecydowanym przeciwnikiem kary śmierci, a w procesach poszlakowych interpretował zawsze wątpliwości na korzyść domniemanych morderców. Prywatnie był pewien, że na przykład dr Tarwid otruł swoją małżonkę. Jako sędzia Sądu Najwyższego uniewinnił sławetnego doktora, gdyż nie znalazł jednak niezbitych dowodów jego winy.* [3]
Kilka słów o sprawie Tarwida było też w Pitawalu PRL-u Podemskiego, który czytałam jeszcze chwilę wcześniej.
* Profesor Tarwid w pierwszej instancji dostał 15 lat, Sąd Najwyższy go uniewinnił; nie mogę być pewna, że to jego ma na myśli Kroh, ale zakładając zbieżność dat i faktów, raczej tak.
Przykład III, najmniej oczywisty
We wspomnianej już książeczce Mój Cohen, Maciek Zembaty pisał tak:
Jak by nie było, w obecnym parlamencie 30 procent posłów i senatorów to moi koledzy spod celi*. Reszta współwięźniów z tamtych lat aktualnie znowu odsiaduje wyroki, lecz tym razem już nie za politykę, ale korupcję i nadużycia. [4]
Dla odmiany w tomiku Andrzeja Garczarka z serii Biblioteka Bardów (który podczytuję sobie na zmianę ze Sklepem Potrzeb Kulturalnych) tak pisze autor o piosence Czeskie kino:
W kraju był to czas Wielkiej Konspiry. Tajne drukarnie. Kolportaż nielegalnych pism, ulotek, biuletynów. Zakazane spotkania. Zakazane piosenki. Śpiewanie po chałupach „ku pokrzepieniu serc”.
Zauważyłem wówczas, że w odróżnieniu od innych piosenek, których nastrój i przesłanie nie najgorzej rymowały się z klimatem i potrzebą społeczną — ta najwyraźniej mąciła pogodę konspiracyjnej wspólnoty i komunię skołatanych serc. Sprawiała kłopot, z którym nie bardzo mógł sobie poradzić słuchacz, w końcu i sam wieszcz. Dość, że po dwóch, trzech wykonaniach zrezygnowałem z niej zupełnie i schowałem głęboko na dnie szuflady. [5]
Ta piosenka zaczyna się tak:
na Wygwizdowie czeskie kino
adoratorów ma niewielu
gdybyś ty wszystko o mnie wiedział
nie mówiłbyś mi — przyjacielu…ale nie przejmuj się ja również
powodów nie mam nazbyt wielu
i w rzeczy samej też nie więcej
wiem, choć ci mówię — przyjacielu… (…) [6]
A tutaj jej wersja z najnowszej płyty artysty (z tekstem lekko zmienionym względem tego ze zbioru):
* Zembaty był internowany w Białołęce
Wniosek i pytanie
Wniosek z powyższych jest prosty i już o nim pisałam: wszystko mi się kojarzy ze wszystkim. Nawet w ostatnim, najbardziej nieoczywistym trzecim przykładzie, od razu narzuca mi się skojarzenie, ze trudno się dziwić, że ci współwięźniowie Zembatego, którzy teraz odsiadują wyroki za korupcję kiedyś niechętnie słuchali garczarkowego Czeskiego kina.
A pytanie też nieskomplikowane: też tak macie?
Ja zauważyłam to u siebie dopiero niedawno, kiedyś książki były (dla mnie) od siebie dużo bardziej oderwane niż teraz. Nawiązania musiałby być dużo bardziej oczywiste, żebym je wyłapała… więc zastanawiam się, jak to jest u innych czytelników.
PS. Gdyby ktoś po tym wpisie chciał posłuchać więcej Garczarka albo Brzeskiego, to bardzo polecam i zapraszam choćby na mój drugi blog.
—
[1] Antoni Kroh „Sklep Potrzeb Kulturalnych”, Prószyński i S-ka, Warszawa, (c) 1999, s. 117;
[2] Antoni Kroh „Sklep Potrzeb Kulturalnych”, Prószyński i S-ka, Warszawa, (c) 1999, s. 90;
[3] Maciej Zembaty „Mój Cohen”, Agencja Artystyczna MTJ, Warszawa, 2002, s. 146;
[4] Maciej Zembaty „Mój Cohen”, Agencja Artystyczna MTJ, Warszawa, 2002, s. 196-197;
[5] Andrzej Garczarek „Andrzej Garczarek”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa, 1999, s. 52-53;
[6] Andrzej Garczarek „Andrzej Garczarek”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa, 1999, s. 55;
Opublikowany w Inne | Otagowane: Andrzej Brzeski, Andrzej Garczarek, Antoni Kroh, Maciej Zembaty, Marek Raczkowski, Mój Cohen, Pitawal PRL-u, Sklep Potrzeb Kulturalnych, Stanisław Podemski | Komentarzy: 10 »
Powakacyjnie
Posted by Ysabell w dniu 22 Sierpień 2011
Wróciłam z urlopu już dawno, jednak ponowne przystosowanie do codziennego życia w mieście okazało się trudniejsze niż się spodziewałam. Byłam tutaj:
Odrobinę też tutaj:
Czyli w Niżnych i Wysokich Tatrach w obu po słowackiej stronie. Trzecie zdjęcie z Niżnych to dzień, w którym była najlepsza pogoda w ciągu całych tych dwóch tygodni, więc za dużo po górach nie połaziliśmy. Wyjazd za to upłynął pod znakiem bocianów (gniazdo prawie przed samym oknem jednej kwatery) i kozic (Niżne Tatry są ich pełne) oraz zwiedzania. Wiedzieliście na przykład, że przed kulturą łużycką tereny dzisiejszej Słowacji zamieszkiwali Celtowie?
Ale ja nie o tym, bo to podobno blog o książkach. Totalna szajba kazała mi na dwa tygodnie, w trakcie których (przynajmniej w teorii) na czytanie nie powinnam mieć siły i czasu, tylko 7 książek. A ponieważ opanowałam się co do liczby sztuk, to popłynęłam w objętości i w sumie zabrałam chyba z 3000 stron lektury. Nie to, żebym nie wiedziała dobrze, że w razie czego mogę też podczytywać cudze. Owszem, wiedziałam. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że przecież jechałam do obcego kraju, a tam trudno jest w razie czego coś dokupić. No i to, że wracałam pociągiem, a pociąg Zakopane-Łódź to nawet wliczając sen z 500 stron.
Zresztą sześć z tych siedmiu przeczytałam, a do tego jedną dodatkową, o której staram się coś napisać. Napiszę też na pewno o Listach z podróży Karela Capka, bo to naprawdę świetna lektura, a poza tym nie wytrzymam bez podzielenia się pysznymi cytatami. Ale to dopiero wtedy, kiedy moje książki wrócą z turnee po Europie (no, po części Europy), w które pojechały, kiedy mnie już się skończył urlop.
***
I w ogóle nie powinnam się wychylać z tym wpisem, póki nie uda mi się stworzyć czegoś bardziej składnego i o książce, ale skojarzyło mi się coś z czymś. Ostatnio coraz więcej mi się kojarzy: czytam jedną książkę i przypominam sobie, że o tym samym (czasem z innej perspektywy, a czasem tylko o czymś podobnym) czytałam już w innej. Zazębiają mi się tematy, osoby, motywy i jest to niesamowicie przyjemne.To trochę takie uczucie jak wtedy, kiedy po kilku dniach nauki do egzaminu nagle wszystko układa się na swoich miejscach i zaczyna pasować, a trochę takie jak wtedy, kiedy znajdujemy w losowo wybranej książce jakieś odwołanie do klasyki, mrugnięcie autora do czytelnika.
I w ten sposób, nieco od… hmmm… zadniej strony dochodzę powoli do moich skojarzeń. Otóż było tak: najpierw artykuł w Polityce napisała Justyna Sobolewska. Artykuł nosił chwytliwy tytuł „Ranking książek najbardziej nieprzeczytanych” i ja go nie przeczytałam, ale za to przeczytali inni. Na pewno zrobiły to Mag oraz Orchisss, bo napisały inspirowane tekstem wpisy.
I pewnie skończyłoby się na jednym komentarzu i chwili przemyśleń (zwłaszcza, że czasu na Internet nie mam ostatnio za wiele), ale zaczęły się nasuwać skojarzenia. Bo skoro spory kawał „kanonu” czytamy po prostu w szkole i w mniejszej czy większej części mamy za sobą, a potem możemy skoncentrować się na tym, co się nam w klasyce podoba, to jak to się ma do wielu kolejnych dyskusji o lekturach szkolnych (ostatnia u Futbolowej)? Wywalać ten kanon, skoro potem mało kto po niego sięgnie, czy katować dzieciaki kolejnymi romantycznymi dramatami?
Ale tak naprawdę podstawowe moje skojarzenie powędrowało daleko. Umilałam sobie ostatnio czas słuchaniem płyt z zestawu zatytułowanego (kłamliwie) „Kabaret Dudek wszystko” i trafiłam tam na perełkę. W szóstym programie tego kabaretu Irena Kwiatkowska mówi monolog autorstwa Jeremiego Przybory pt. „Dżojs”. I tak jak Balladynę przeczytałam długo po obejrzeniu przyborowej Balladyny ’68, tak pewnie Ulisses na długo już będzie mi się kojarzyć tylko z „tą nogą kaczą”. Tak bardzo chciałam się tym z Wami podzielić, że aż własnoręcznie zmajstrowałaam filmik i wrzuciłam na YouTube’a. Szczerze polecam:
Do Ulissesa mnie zresztą nie ciągnie. Może dlatego, ze mój Małżonek wierci mi raczej dziurę w brzuchu pod kątem „przeczytaj wreszcie jakiś poważny reportaż, a nie tylko tak dla przyjemności czytasz…”. I czasem czytam jakiś poważny reportaż. Dla jego przyjemności. Ale do czytania w ukryciu się (jeszcze) nie posunęłam.
***
Z ważnych rzeczy w blogosferze, czyli komunikaty parafialne: do końca sierpnia i tylko do końca sierpnia można nominować książki do nagrody blogerów książkowych Złota Zakładka. Muszą to być książki wydane po raz pierwszy (lub kolejny, ale poprawione) w 2010 roku. Szczegóły tutaj. Nominujcie, nominujcie, nawet jak macie tylko jeden typ. Bo naprawdę warto (nie tylko dlatego, że rozlosowane zostaną góry książek) brać udział w takim fajnym przedsięwzięciu.
***
Poza tym już w czwartek jedziemy do Poznania na Polcon. Planuję być na wielu prelekcjach, kilka poprowadzić (a przygotowujemy to samo, co Marcin dzielnie poprowadził już sam na Avangardzie), zagrać w trochę planszówek, pogadać ze znajomymi, a jak dobrze pójdzie, to z jeszcze-nie-znajomymi i ogólnie dobrze się bawić. Jak ktoś z okolic i ma wolny weekend, to polecam wpaść chociaż na sobotę. Polconowego trailera nie wrzucam, bo w tym roku wyjątkowo marny. Plakat zresztą też, ale nie zrażajcie się, bo to naprawdę fajna impreza.
Opublikowany w Inne | Otagowane: Dżojs, Irena Kwiatkowska, James Joyce, Jeremi Przybora, nagrody książkowe, Polcon, Ulisses, wakacje, Złota Zakładka | Komentarzy: 8 »
Kilka wieści nie tylko książkowych
Posted by Ysabell w dniu 29 Czerwiec 2011
Tak jest zawsze…
Chcę napisać o kilku rzeczach, ale wydaje mi się, że skoro już piszę notkę, to można by do niej dodać trochę zapowiedzi wydawniczych. Rzucam więc na nie okiem i w rezultacie okazuje się, że tyle zapowiedzi wydaje mi się ciekawych, że spokojnie starczyłoby na oddzielną notkę.
Tym razem jednak zapowiedzi będą musiały się zadowolić pozycją w ogonie tego wpisu i bardzo skrótowym potraktowaniem, pierwsze skrzypce grają bowiem dzisiaj inne nowiny.
Nowa Ania
Ze względu na totalny brak umiejętności promocyjnych Wydawnictwa Literackiego mogliście przeoczyć, że wyczekiwana przeze mnie od jakiegoś czasu Ania z Wyspy Księcia Edwarda (The Blythes are Quoted) zdołała się już ukazać. Moim zdaniem w bardzo przyzwoitej, jak na tak grube tomiszcze, cenie (zwłaszcza wersja miękkookładkowa), więc mam nadzieję, że moja biblioteczka wzbogaci się o nią już niedługo. Więcej informacji na stronie wydawnictwa (tu).
200/200
Nigdy za bardzo się nad Józefem Ignacym Kraszewskim nie zastanawiałam. Wiedziałam, ze napisał dużo i wiedziałam, ze napisał Starą baśń i to w zasadzie wszystko, co o nim wiedziałam. Nie to, żebym była uprzedzona, nawet nie. Po prostu zawsze był poza sferą moich zainteresowań. Do czasu, kiedy okazało się, że są tacy, którzy „mają bzika na punkcie JIKa” i pod tym
(między innymi) hasłem w blogowej społeczności Kraszewskiego lansują (uwielbiam takie niemal oksymoroniczne zastawienia jak „lansowanie Kraszewskiego”…).
Projekt „Kraszewski” podczytuję z przyjemnością i może nawet zachce mi się po jakieś JIKowe dzieło sięgnąć, żeby się w końcu na własnej skórze przekonać kto zacz, ale póki co dedykuję wszystkim uczestnikom projektu fragment wstępu do Miasteczka Middlemarch George Elliot. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, która książkę przetłumaczyła, pisze m.in. ta:
Los prowadzi bohaterów Miasteczka Middlemarch po rozmaitych, krzyżujących się ścieżkach. Ta, która interesuje nas szczególnie, to ścieżka polska. Jeden z bohaterów powieści, i to wyraźnie faworyt autorki, nazywa się Ladislaw i jest wnukiem polskiego powstańca. Jak to się stało, że George Eliot przyjęła imię za nazwisko (niewątpliwie bowiem chodzi o Władysława), skąd jej zainteresowanie tematyką polską — na to pytanie nie znam odpowiedzi, choć od dawna jej szukam. Mamy bowiem w twórczości tej pisarki jeszcze jedną „polską” zagadkę, jaką jest zbieżność wątku powieści Silas Marner, wydanej w 1861 roku, i Jermoły Kraszewskiego, wydanej w 1857 roku, a więc wcześniejszej o cztery lata i wówczas nietłumaczonej. Różne można snuć na ten temat przypuszczenia. Jedyne udokumentowane źródło zainteresowania George Eliot sprawami polskimi, jakie znalazłam, to fakt, że jej pasierb, Thornie Lewes, pragnął jechać do Polski, by walczyć z Rosjanami, rodzina jednak odwiodła go od tego pomysłu i w zamian wysłała do Afryki na polowania na grubą zwierzynę.
Tę zagadkę, lub choćby możliwość porównania obu powieści, przekazuję z przyjemnością uczestnikom projektu, a sama póki co wracam do Middlemarch.
Płaszcz zabójcy
To z kolei projekt Zacofanego.w.lekturze, który wybił się na blogową niepodległość i z bloga swojego twórcy wywędrował do siebie. Chętnie rozpisałabym się o tym, na czym zacna ta inicjatywa polega, ale że wszystko zostało już tak dokładnie przez autora wyłuszczone, pozostaje mi jedynie zachęcić wszystkich do wizyt i podziękować Zacofanemu.w.lekturze za wprowadzenie projektu w życie.
Jak dobrze mu w pozycji tej
W marcu powtarzałam sobie jego Makabrę i współczucie, dziwną mieszankę autobiografii piosenek wybranych, w maju zastanawiałam się czy kupić książkę jego syna (nadal czekam na recenzje), wczoraj z pewną melancholią dowiedziałam się, że Maciej Zembaty nie żyje. Zmarł nagle i, znając jego zdanie na temat eutanazji i powolnego umierania (a także jego ostatni blogowy wpis), uznaję to za dowcip opatrzności (lub dowolnego zainteresowanego tematem boga). Staram się też powstrzymać samolubne rozżalenie na to, że nie ma go już tutaj. Mam za to nadzieję, że z podróży do Azji przywiózł wiarę w reinkarnację i że gdzieś tam basem śmieje się kolejne bezkompromisowe niemowlę, które swojemu otoczeniu przysporzy mnóstwo strapień i jeszcze więcej radości.
A ja w najbliższych dniach planuję sobie wieczór z piosenkami z trumienki, dzień z Zembatym Cohenem i poranek z Rodziną Poszepszyńskich.
Z zapowiedzi wydawniczych:
Ledwo zdążyłam przeczytać pierwszy, a Prószyński już zapowiada drugi tom Wierszy i piosenek zebranych Jonasza Kofty (informacja tutaj). I bardzo dobrze, bo już tęsknię za moją porcją kilkunastu wierszy i piosenek dziennie, które łykałam jakieś dwa tygodnie z pierwszego tomu. Jak zazwyczaj nie zdarza mi się czytać zbiorów wierszy od deski do deski, tak tym razem przeczytałam dokładnie wszystko. Gdybym umiała, napisałabym coś o tej książce na blogu, a tak tylko zachęcam wszystkich do sięgnięcia po oba tomy.
Znak z kolei planuje w sierpniu wydać książkę Thorwalda dotąd na polski nie tłumaczoną. Męska plaga. Seks, pożądanie i kłopoty z prostatą (więcej informacji tu) będzie o tym, na co sama nazwa wskazuje. A ponieważ Thorwalda bardzo lubię, a seksuologię może nawet bardziej, ta książka jest jakby stworzona z myślą o mnie.
Trochę wcześniej, bo we lipcu (chociaż okładki jeszcze nie pokazali) Iskry planują wydać wybór tekstów prozą i aforyzmów Tuwima, Cyganka (szczegóły tutaj). Jako, że Jarmark rymów był długie lata moją ulubioną lekturą, a skecze i monologi Tuwima uwielbiam, Cyganka będzie na liście zakupów na wysokiej pozycji.Na razie przypominam sobie tuwimowe aforyzmy i uświadamiam, że jego językiem jestem przesiąknięta już na zaws
ze. Bo przecież ledwie pięć akapitów temu powstrzymywałam się przed napisaniem „Nie wiem, co się na świecie zrobiło! Zaczynają teraz umierać tacy ludzie, którzy dawniej nigdy nie umierali”. W oczekiwaniu na książkę polecam zajrzenie na stronę Tuwima na Wikicytatach, a przede wszystkim zapoznanie się z cudownym tłumaczeniem monologu Ślusarz z polskiego na polski.
Z książek, których może nigdy w całości nie przeczytam, ale bardzo chciałabym mieć, napalam się na Petera Ackroyda Londyn. Biografia. Książka została wydana w 2000 roku i sporo się o niej naczytałam. Polskie wydanie Zysk i S-ka planuje na sierpień (nota wydawcy tu). A po co mi biografia
Londynu? Bo Londyn jest fascynujący i historia jest fascynująca. A już historia Londynu… no sami rozumiecie. A poza tym cghcę sama się przekonać o czym było tyle gadania. No i mam nadzieję na ładne obrazki.
Na koniec biografia Hanki Bielickiej autorstwa Zbigniewa Korpolewskiego. Nazywać się to będzie Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu, a wydanie jest planowane przez Prószyńskiego na koniec lipca (więcej tu). Uwielbiam biografie, zwłaszcza biografie artystów scenicznych, a jeszcze zwłaszczej polskich artystów scenicznych którzy chociaż zahaczyli o międzywojnie. Tutaj dodatkowo atutem jest autor, więc oficjalnie zaczynam się czaić na książkę o pani Hance.
Ekranizacje
Czekam też na dwie ekranizacje, obie książek poniekąd historycznych, a przynajmniej kostiumowtych. Mam wrażenie, że to jednak wszystko, co je łączy. Pierwszy w moich marzeniach będzie możliwie realistyczny i bliski oryginału:
A drugi możliwie efektowny i zabawny:
Co prawda, oczywiście, oba mogą okazać się do bani, ale zawsze warto mieć nadzieję. Trailery są całkiem sympatyczne (jeżeli w pierwszym przypadku przymknie się oczy na różowy hollywoodzki lukier skapujący z ekranu, a w drugim na elementy fantastyczne i totalne oderwanie od książki).
Opublikowany w Inne | Otagowane: Ania z Wyspy Księcia Edwarda, Co to jest miłość, Cyganka, Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu, Jonasz Kofta, Julian Tuwim, Jurgen Thorwald, Londyn. Biografia, Lucy Maud Montgomery, Maciej Zembaty, Męska plaga, Peter Ackroyd, Projekt Kraszewski, Płaszcz Zabójcy, Służące, The Help, The Three Musketeers, Trzej muszkieterowie, Zbigniew Korpolewski | Komentarzy: 14 »
Ocenianie książek
Posted by Ysabell w dniu 2 Czerwiec 2011
Zmobilizowałam się nareszcie i dodałam do bloga podstronę z krótkim opisem mojej skali ocen. Sama nie wiem dlaczego zaczęłam oceniać książki w skali od 1 do 10 punków. Biorąc pod uwagę, że było to kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, ciężko powiedzieć dlaczego nie wybrałam skali szkolnej (1-6). Wiele osób, których blogi czytuję stosuje właśnie taką skalę, czasem ograniczając się do punktacji od 1 do 5 (z połówkami lub bez). Tak jest również na Lubimy Czytać, w Na kanapie, na Good Reads (oceny od 1 do 5 bez połówek), w Biblionetce (od 1 do 6 z połówkami) i pewnie w wielu innych miejscach w sieci.
Skąd się wzięło moje 1-10 (z połówkami)? Nie mam pojęcia. Ale skoro już tak zaczęłam oceniać, to nie widzę powodu do zmian. Moje 1-10 jest bardzo wygodne, bo daje mi szerokie mozliwości oceniania, prawie cztery razy szersze niż na Lubimy Czytać. W ten sposób mogę rozróżniać kilka „poziomów” książek świetnych czy „średnich” — dla mnie bomba.
Inna cecha mojego systemu oceniania to brak symetrii. Średnie książki nie znajdują się w połowie skali (gdyby tak było, miałabym spore luzy poniżej średniej i straszny tłok powyżej), tylko na 3. A ponieważ bardzo rzadko zdarza mi się przeczytać książkę, którą oceniam jako złą, albo choćby marną, to te pięć stopni (1-2,5) wystarcza mi całkowicie. Dla dobrych książek mam za to aż 14 poziomów dzięki czemu mogę spokojnie szaleć i rozróżniać książki dobre, naprawdę dobre i niezłe.
Zupełnie inaczej ma się rzecz z wytłumaczeniem komuś innemu, co oznaczają moje oceny. Chyba z godzinę biedziłam się, żeby chociaż z grubsza ująć w słowa różnice pomiędzy moimi „połówkami”. Zwłaszcza, że na tej samej skali oceniam całą literaturę niezależnie od gatunku. W końcu moja ocena odzwierciedla w dużej mierze to, jak podobała mi się dana książka, a taką ocenę umiem wystawić i kryminałowi, i reportażowi, i podręcznikowi.
Biorąc pod uwagę to, że każda z moich ocen jest kompletnie subiektywna, to w zasadzie cały ten przydługi wywód nie ma sensu, bo co komu po moich dziwnych nieobiektywnych ocenach? Szczerze mówiąc „stawiam je” książkom po trosze z przyzwyczajenia i w dużej mierze jako notatkę dla mnie (dużo łatwiej sobie potem przypomnieć książkę wcześniej ocenioną).
Ale nie tylko — sądzę, że te oceny mogą też przydać się czytelnikom. Jeśli sprawdzą jak podobały mi się książki, które już przeczytali, będą mieli szansę ocenić na ile zbieżne są nasze gusta. Ja na przykład znam tylko kilku blogerów, którzy mają gusta podobne do mnie — ich polecankom zazwyczaj ufam. Wielu innych za to ma gusta totalnie rozbieżne i w tym przypadku koncentruję się nie na ich polecankach, tylko ostrzeżeniach. Już kilka razy znalazłam świetną książkę, tylko dlatego, że odradzał ją ktoś, z zupełnie odmiennymi niż ja preferencjami. I dlatego mam nadzieję, że moje oceny też się do czegoś przydadzą komuś poza mną).
Dla wygody wklejam również tutaj stworzoną w pocie czoła legendę do moich ocen:
1 — książka zła, przestrzegam przed traceniem czasu na choćby myślenie o niej;
1,5 — niedobra, nie warto czytać;
2 — kiepściutka, dobrze się zastanówcie zanim sięgniecie;
2,5 — marna, trochę ostrzegam przed traceniem na nią czasu;
3 — średnia książka, nie polecam, ale i za bardzo nie zniechęcam, można przeczytać dla zabicia czasu;
3,5 — nadal średnia, ale ma w sobie coś wartościowego;
4 — nic specjalnego, do dobrej jeszcze sporo jej brakuje, ale oprócz wad ma też sporo zalet;
4,5 — niezła, można sięgnąć, jeśli sama wpadnie w ręce;
5 — po prostu dobra książka;
5,5 — dobra książka, która dodatkowo czymś wyróżnia się na tle reszty;
6 — naprawdę dobra, warto po nią sięgnąć;
6,5 — bardzo dobra, gdyby książki nie spadały poniżej tego poziomu, żylibyśmy w czytelniczym raju;
7 — więcej niż bardzo dobra, ma w sobie coś specjalnego (książki od 7 chciałabym na pewno mieć na własność);
7,5 — wspaniała książka, warto kiedyś poszukać;
8 — świetna książka, zacznijcie szukać już teraz;
8,5 — znakomita lektura z przebłyskami geniuszu, polecam naprawdę wszystkim;
9 — prawie genialna, trzeba przeczytać;
9,5 — genialna, spora szansa, że przy kolejnym czytaniu dostanie 10;
10 — doskonała, genialna, jedna z moich ulubionych książek (10 wystawiam dopiero po wielokrotnym czytaniu);
A Wy? Oceniacie ksiażki liczbowo czy sądzicie, że to do niczego nieprzydatne? Jaką stosujecie skalę? Porównujecie swoje gusta z gustami innych blogerów?
Opublikowany w Inne | Otagowane: ocenianie, oceny | Komentarzy: 17 »
Wiosenny skrót z (trzech) lektur
Posted by Ysabell w dniu 26 Maj 2011
Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…
Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.
1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”
Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300
Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.
Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.
Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.
Moja ocena: 4/10
2. Maria Ukniewska „Strachy”
Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382
Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.
Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.
Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:
Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.
Moja ocena: 6,5/10
PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.
3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”
Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380
Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.
Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.
Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.
Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.
Moja ocena: 7,5/10
Opublikowany w Niebeletrystyka, Proza | Otagowane: Katarzyna Kwiatkowska, literatura polska, Maria Ukniewska, Polska, powieść, przed II wojną światową, Przewodnik Krytyki Politycznej, Seriale, Strachy, XIX wiek, XX wiek, Zbrodnia w błękicie | Komentarzy: 15 »











