Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”

Okładka
Ta okładka jest dużo piękniejsza od okładki mojej książki, którą możecie zobaczyć po kliknięciu na obrazek.

Tytuł: Dziwne losy Jane Eyre
Autor: Charlotte Brontë
Tytuł oryginalny: Jane Eyre
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Teresa Świderska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 1996
Ilość stron: 492

Sięgnęłam ostatnio po Jane Eyre po raz kolejny co prawda, ale po bardzo długiej przerwie. Od ostatniego czytania dekadę temu zdążyłam zapomnieć strasznie dużo pasjonujących szczegółów. A może nigdy wcześniej ich po prostu nie zauważyłam? Dla pamięci zatem (i gwoli podzielenia się z resztą świata) przed Wami garść moich zaskoczeń przy tej lekturze.

[Uwaga: Tekst z każdym zdaniem zawiera coraz więcej spoilerów.]

Zaskoczenie pierwsze. Jakość. Naprawdę nie pamiętałam, ze to jest tak dobrze napisane… Z jak niesamowitą starannością Charlotte Brontë stworzyła tę powieść. Nie ma tu ani jednej zbędnej sceny, wątki poboczne przeplatają się ze sobą, powracają kiedy trzeba. Ogrom pracy koncepcyjnej i redakcyjnej nad tym tekstem budzi podziw. Jane Eyre to zdecydowanie książka do wielokrotnego czytania, nawet znając dobrze fabułę i wszystkie zwroty akcji, czyta się ją jak powieść detektywistyczną, zauważając porozrzucane wcześniej podpowiedzi i aluzje do dalszych wydarzeń. Mimo dość przerażającego tłumaczenia, po które sięgnęłam, czytanie sprawia niesamowitą satysfakcję.

Zaskoczenie drugie. Tematy społeczne. Pierwsze rzecz, która mi umknęła, to fakt, że w Jane Eyre tyle jest rewolucji przemysłowej. Niby wszystko dzieje się gdzieś na początku wieku, a podstawowe skojarzenie, które przywodzi na myśl ta książka, to mgła na wrzosowiskach i nawiedzane zamczyska. Ale przecież już na samym początku opowieści, kiedy Jane ma jechać do Thornfield, martwi się, ze Millcote to duże miasto fabryczne, więc przewiduje wysokie kominy i chmury dymu. Potem, kiedy uczy w Morton, dokładniej poznajemy strukturę społeczną okolicy i widzimy, że choć St. John jest synem lokalnego szlachcica, to najbogatszy jest w tej społeczności pan Oliver, posiadacz odlewni fabryki igieł, a więc postać jakby wyjęta z Północ południe Elisabeth Gaskell. Zresztą obie panie się przecież znały, więc moje zdumienie może nie powinno być tak wielkie, jednak jakoś zupełnie nie spodziewałam się po Jane Eyre poruszania tych problemów.

Mia Wasikowski
Mia Wasikowski jako Jane

Tak samo zresztą, jak zupełnie zapomniałam, że istotnym motywem są w tej książce kwestie wysokiego i niskiego urodzenia, majątku i wartości człowieka. Już sama Jane i jej stosunek do innych jest niezłym przykładem tej tematyki, ale jeśli dodamy tego nieślubne dziecko francuskiej tancerki, sieroty z Lowood i chłopskie córki w Millcote, a z drugiej strony nieznośne dzieci ciotki Reed i puste towarzystwo pana Rochestera będziemy mieć pełen przekrój powodów społecznych wątpliwości panny Brontë. Równie ciekawy jest zresztą wątek sióstr St. Johna, Diany i Mary. Dobrze wykształcone wysoko urodzone panny Rivers z powodów finansowych pracują jako guwernantki u ludzi, których zupełnie nie obchodzi ich pochodzenie i umiejętności.

Już same rozważania społeczne w Jane Eyre sprawiałyby, że warto po tę książkę sięgnąć, zwłaszcza, że są to rozważania na poziomie nieco wyższym niż „dziwny jest ten świat i niesprawiedliwy”. Na szczęście zresztą bohaterka do wielu rzeczy musi sama dojrzeć, nie będąc od urodzenia filozofką socjalizmu.

Zaskoczenie trzecie. Jane Eyre. Bo chociaż tytułowa bohaterka jest, tak jak pamiętałam, dziewczyną świadoma swoich możliwości i umiejętności, a także swojego miejsca na świecie, chociaż wiele umie i myśli samodzielnie, daleko jej na szczęście do typowej Mary Sue. Ma swoje wady i ograniczenia, na szczęście tak jest skonstruowana, że ani jej dobre, ani złe strony nie irytują. Przede wszystkim to bardzo młodziutka dziewczyna, która po raz pierwszy w życiu trafia do normalnego (no, względnie normalnego, biorąc pod uwagę ciąg dalszy) domu i towarzystwa. Dziewiętnastolatka, która do tej pory o świecie uczyła się z książek, trochę przestraszona, a trochę zaciekawiona wszystkim wokół siebie.

To, oczywiście, powieść o dojrzewaniu, ale też w dużej mierze powieść o odnajdywaniu siebie, ustalaniu swojej hierarchii wartości, ale też o odrywaniu seksualności. I o ile na pierwszy rzut oka Jane Eyre jest niesamowicie dydaktyczna w opowieści o winie i karze, oraz w twardych zasadach moralnych Jane, która odrzuca propozycję zostania kochanką bogatego mężczyzny, jednak po przyjrzeniu się bliżej wszystko to staje się bardziej dwuznaczne. Bo przecież Jane odrzuca tę propozycję nie tylko dlatego, że to niewłaściwe, ale też dlatego, że z tego co do tej pory słyszała, wynika, że mężczyzna mógłby się szybko nią w tej roli znudzić, a także dlatego że żyjąc z kimś bez ślubu znajdzie się poza nawiasem społeczeństwa. To nie moralna niezłomność karze Jane odrzucić tę propozycję, tylko dosyć chłodna jednak, jak na te warunki, kalkulacja.

Ruth Wilson
Ruth Wilson jako Jane

Zaskoczenie trzecie. Zmysłowość i cielesność. No właśnie, skoro już przy tym jestem, niesamowite wrażenie w kontekście innych książek z epoki i o epoce robi zmysłowość powieści. Z jednej strony zmysłowość w sensie pobudzania różnych zmysłów, bo mamy tu i widoki (na które Jane jest szczególnie jako rysowniczka czuła), i dźwięki, i smaki, i zapachy, i dotyk nareszcie. Wszystko to znajduje w Jane Eyre swoje miejsce i świetnie dopełnia opowieści. Momenty niemal zespolenia z przyrodą, doprawione odrobiną romantycznego symbolizmu (rozdarty kasztan) są niesamowicie zmysłowe właśnie.

Z drugiej strony, cielesność i zmysłowość w sensie, powiedzmy, erotycznym. Tak jak pisałam już wcześniej to w pewnej mierze jest książka o odkrywaniu własnej seksualności (co może w sumie doskonale tłumaczyć jej popularność). I chociaż serial BBC z Ruth Wilkinson dodał w tym aspekcie do opowieści sporo dosłowności, to jednak nie wydaje mi się, żeby bardzo rozminął się z duchem powieści. Tyle dotknięć, uścisków, siadania na kolanach i nawet pocałunków nie czytałam dawno w żadnej powieści, nie tylko dziewiętnastowiecznej. A jeśli nawet były, to nie towarzyszyło im tyle napięcia i emocji.

Co więcej cielesność to nie tylko ważny wątek relacji Jane Eyre i pana Rochestera, to również istotna część związku między St. Johnem Riversem a Rozamundą Oliver, między Rochesterem i Bertą Mason, a wreszcie między St. Johnem a Jane. I o ile Edward Rochester jest skłonny ulegać potrzebom ciała, a nawet czerpać z tego przyjemność, o tyle St. John Rivers przeciwko „słabości” własnego ciała się buntuje i do bitwy z nim wystawia rozum.

Samantha Morton
Samantha Morton jako Jane Eyre

W tym wszystkim Jane Eyre, choć przecież na początku podejmuje jedyną słuszną dla swojego czasu decyzję i opuszcza pana Rochestera, to przecież wcale nie jest skłonna przystać na propozycję małżeństwa St. Johna. Wprost stwierdza, że wstrętne by jej były jego małżeńskie czułości, których by jej nie szczędził, jako że wszystkie obowiązki traktuje poważnie. I chociaż nic nie mówi się tu wprost, to bardzo łatwo zobaczyć w Jane dziewczynę, która nie chce wychodzić za mąż bez miłości i pożądania, bo seks w takim wypadku byłby nieznośny… Przecież w ostatecznym rozrachunku, kiedy Jane Eyre wraca do Thornfield, podejmuje decyzję że większym grzechem byłoby dla niej małżeństwo bez miłości niż miłość bez małżeństwa. I to wszystko w pierwszej połowie XIX wieku…

Zaskoczenie czwarte. Pan Rochester i miłość. Na początku zaskoczenie dlatego, że Edward Rochester był brzydki. Proszę Was! Po tych wszystkich ekranizacjach? Po tych wszystkich Michaelach Fassbenderach i Tobych Stephensach? Brzydki? To zaskoczenie dzielę z wieloma, jak się okazało, koleżankami, bo nie omieszkałam zagadnienia przegadać. Okazuje się, że nawet jeśli któraś nie widziała żadnej ekranizacji, a czytała książkę, to nadal ma wrażenie, że pan Rochester był pięknym mężczyzną. Zupełnie wbrew tekstowi, oczywiście. Edward Rochester jest silny, dobrze zbudowany i szeroki w barach, ale twarz ma brzydką.  Co więcej jest w wieku (jak na te czasy) mocno średnim — ma około czterdziestu lat.

Do tego, oczywiście, dochodzą jego humory, surowość, całkowita nieprzewidywalność i dziwaczność, które w mniejszym lub większym stopniu jednak pamiętałam. Zaskoczeniem było za to to, co wyłoniło się z całego jego obrazu. Wyłoniło się dopiero teraz, kiedy i wiedzy i doświadczenia z tym tematem mam dużo więcej niż kiedyś.  Otóż z całym tym zestawem zachowań pan Rochester jest idealnym przykładem przemocowca. Mężczyzny, który stara się zawsze mieć władzę nad partnerką, którego zachowania nie sposób przewidzieć, który jednak potrafi być przesympatyczny. Mężczyzny, który nie znosi żadnego sprzeciwu, który gotów jest siłą zmusić kobietę do uległości.

A w tym wszystkim Jane Eyre, niedoświadczona dziewczyna, potrafi tak doskonale sobie z nim radzić, że w zasadzie powieść tę można by traktować jako instruktaż dla osób kochających przemocowców… Bo cóż robi Jane? Nie zwraca uwagi na jego humory. Nie ulega jego naciskom. Niemal nie reaguje na jego prowokacje. Nie daje się obsypywać bogactwem. Stara się zawrzeć kontrakt, dzięki któremu nie będzie partnerowi nic zawdzięczała. Oczywiście wszystkim tym doprowadza Rochestera do szału, ale, choćby i jej się serce krajało, znowu nie zmienia zdania. Wyciąga konsekwencje. Trzyma się postanowień.

Charlotte Gainsbourg
Charlotte Gainsbourg jako Jane

I mimo tego wszystkiego byłabym o nią bardzo niespokojna, gdyby doszło do skutku planowane małżeństwo lub związek Jane i Edwarda. Byłby to pewnie ten sam niepokój, który prześladował mądrą choć niezbyt inteligentną panią Fairfax — kobietę, która uwielbiała swojego chlebodawcę, ale jednak nie życzyła Jane związku z nim… Cała historia osiąga jednak happy end, a osiąga go w jedyny możliwy sposób, biorąc pod uwagę charakter głównego protagonisty. Żeby ich związek mógł być związkiem partnerskim i żeby mogli się wzajemnie szanować, pan Rochester musiałby zmienić swoje podejście, a nawet charakter. A nie byłoby to przecież możliwe bez tego, że przez dłuższy czas musiał całkowicie polegać na innym człowieku. Zresztą pewnie nawet i to mogłoby nie wystarczyć. Na szczęście, Charlotte Brontë jemu zabiera wzrok i możliwość wpływania na nią siłą, a jej daje majątek, a przynajmniej niezależność finansową. Dopiero wtedy mogą żyć długo i szczęśliwie, dopiero wtedy, kiedy to on musi nauczyć się polegać na niej i nie ma nad nią przewagi ekonomicznej. Nie mówiłam, że instruktaż? A wszystko to cały czas w XIX wieku. Myślę, że autorka musiała znać te mechanizmy ze swojego otoczenia. Są opisane świetnie i przez wieki oddało to pewnie pokoleniom dziewcząt niezliczone przysługi. Taki poradnik z czasów przedporadnikowych.

Zaskoczeń miałam zresztą przy tej książce więcej. Choćby podobieństwo relacji damsko-męskiej do tej z „Dumy i uprzedzenia”: brzydka, biedna i inteligentna dziewczyna i rozpuszczony powodzeniem bogacz, który docenia ją w końcu dla jej intelektu. Czy to nie jest ta historia miłosna, którą zawsze kochałyśmy najbardziej? Jednak zbliża się dwunasta, a 31 grudnia o dwunastej należy robić zupełnie inne rzeczy niż pisanie bloga: należy mianowicie cieszyć się z Mężem rocznicą ślubu. Zatem wszystkiego najlepszego dla nas i szczęścia w nowym, 2013, roku dla Was.

A kiedy po północy napiszę na drugim blogu wpis uzupełniający ten, natychmiast dodam link. EDYCJA: Zgodnie z zapowiedzią: link. Pod linkiem o panu Rochesterze, ekranizacjach i bokobrodach.

Rachel Cusk „Wariacje na temat rodziny Bradshaw”

okładkaTytuł: Wariacje na temat rodziny Bradshaw
Autor: Rachel Cusk
Tytuł oryginalny: The Bradshaw Variations
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Agnieszka Pokojska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2011 (c)
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 308

Oryginalny tytuł brzmi lepiej, bo The Bradshaw Variations kojarzy się z The Goldberg Variations, Wariacjami Goldbergowskimi Bacha. To całe „na temat rodziny” to za dużo niepotrzebnych słów, choć nie wątpię, że wydawca nie byłby zachwycony Wariacjami BradshawowskimiSkojarzenia muzyczne są zresztą jak najbardziej słuszne, Cusk znajduje temat (rodzina, związki, relacje z ludźmi, poszukiwanie siebie), a potem wielokrotnie go przetwarza, oglądając z każdej strony i zmieniając dynamikę, harmonię, barwę (a przynajmniej ich możliwe literackie odpowiedniki). Muzyka jest też stale obecna w narracji: świat Cusk wypełniony jest dźwiękami, jeden z bohaterów, Thomas Bradshaw właśnie w muzyce poszukuje siebie i odpowiedzi na dręczące go pytania, więc i świat przez tę muzykę postrzega.

Wariacje na temat rodziny Bradshaw to książka zupełnie inna od tych, które czytam zazwyczaj. Zagłębiałam się w nią z ciekawością i uwagą, ale trudno mi powiedzieć, czy czytanie jej sprawiło mi tak naprawdę przyjemność.

Teoretycznie wszystko jest do bólu standardowe. Oto mamy książkę o rodzinie: starzy rodzice, trzech dorosłych synów ze swoimi żonami i dziećmi, kilka postaci pobocznych i sporo zwykłych życiowych wydarzeń. Ktoś odbiera dziecko ze szkoły, ktoś wybiera się na wakacje, ktoś sprząta na strychu, a ktoś idzie na przyjęcie.  W centrum znajdują się Thomas i Tonie Bradshaw i ich ośmioletnia córka Alexa. Thomas jest „średnim” synem, tym przyzwoitym, zawsze starającym się zdobyć uwagę i miłość rodziców. Kiedy zaczyna się akcja powieści, właśnie przestał pracować, żeby zająć się córką, kiedy Tonie wraca do pracy na uniwersytecie. Ten motyw (niepracujący, opiekujący się dzieckiem i domem, ojciec) jest zresztą w całej książce najbardziej niecodzienny.

Niezwykłe jest w tej książce nie to, o czym opowiada, ale raczej to, w jaki sposób to robi. Rachel Cusk pisze bardzo specyficznie, z jednej strony swobodnie zagłębia się w psychikę bohaterów, z drugiej nie pozwala ani na chwilę się do nich zbliżyć. Przez większość lektury miałam wrażenie, że autorka patrzy na swoje postaci jak entomolog na wyjątkowo ciekawy gatunek żuka: chłodno i z dużą dokładnością. W zasadzie czytelnik nie musi już sobie nic dopowiadać. To chyba pierwsza rzecz, która mi w Wariacjach przeszkadzała. Wolę kiedy pisarz zostawia mi margines na własne przemyślenia i interpretacje, choćby na poziomie „dlaczego bohater coś zrobił, coś powiedział?”. U Cusk dostaję pełną informację dotyczącą nie tylko jego zachowania, ale też myśli, motywów i wspomnień, które na to wszystko wpływają.

Może również dlatego nie zdołałam nikogo w tej powieści polubić, przeciwnie, im więcej o kimś czytałam, tym mniejszą darzyłam go sympatią. Dokładnie odwrotnie niż w filmach Mike’a Leigh, gdzie wkurzające na początku postaci z czasem zaczyna się rozumieć, tolerować, czasem nawet im kibicować, w Wariacjach na temat rodziny Bradshaw akceptowanych na początku bohaterów, pod koniec lektury obserwowałam z niechęcią. Z jednej strony to pewnie zaleta, w końcu książka wzbudziła emocje, ale z drugiej — skoro nie udało mi się zżyć z bohaterami, nawet moje emocje były raczej chłodne.

Te dogłębne opisy psychiki są, przyznaję, bardzo ładnie podane i mocno specyficzne, czasami naprawdę odkrywcze. Owszem, musiałam skupiać się na lekturze: była to dla mnie książka, którą czyta się powoli i z namysłem, bo właśnie język jest jej głównym tworzywem. Język i sposób opisywania oraz widzenia świata. O ile ten pierwszy nie zmienia się, to ten drugi owszem, ponieważ u Cusk bohaterów różnicuje właśnie sposób pojmowania świata. To pewnie brzmi bardzo zawile, ale w gruncie rzeczy jest intuicyjne, kiedy już zacznie się czytać. Wielokrotnie sięgałam po ołówek, żeby zaznaczyć ciekawy fragment, odkrywcze spojrzenie na rzeczy dobrze mi znane.

Garść przykładów: Thomas Bradshaw ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy [7]. Howard Bradshaw jest człowiekiem, którego natura żartownisia, w młodości wskazująca na lekceważenie dla konwenansów we wszelkiej postaci, przesyca jego dorosłe życie ironią, a dzięki niej jego ponadprzeciętny konserwatyzm jakimś cudem uchodzi za kawał [40]. Okolica domu Thomasa i Tonie to królestwo parków i kościołów — te pierwsze są małe i zatłoczone, te drugie duże i puste [22]. Tonie zna Claudię od lat, porozumiewały się wzrokiem na niezliczonych rodzinnych kolacjach, stała przy niej, gdy eleganckie buty obcierały im stopy na chrzcinach i pogrzebach, trzymała na rękach jej dzieci. Zna kształty, jakie przybierają jej radość i złość; przez większość swojego dorosłego życia słyszy partię Claudii niczym melodię z sąsiedniej sekcji orkiestry [118].

To tylko dość proste opisy (które akurat zrobiły na mnie wrażenie), kiedy Cusk bardziej zagłębia się w psychikę postaci, bywa jeszcze ciekawiej:

W pociągu Tonie myśli o seksie. Tak jakby był starym znajomym, którego nie widziała od lat i na którego nagle wpadła na peronie. Jedzie więc w przedziale ze swoim znajomym, seksem, z którym straciła kontakt mniej więcej wtedy, kiedy urodziła się Alexa, kiedy miłość wydawała się zadaniem matematycznym, jakie nagle udało jej się rozwiązać. [17]

Prawda jest taka, że wtedy, wiele lat temu, [Tonie] zakochała się w tym domu; zakochała się w nim, a potem, w miarę jak coraz lepiej go poznawała, miłość dzieliła się na coraz mniejsze części, aż w końcu każda porcja przedmiotu poznania była większa niż przypadająca nań cząsteczka uczucia. To jest właśnie nauczka, to jest wydźwięk kazania: fakty żyją dłużej niż emocje, a zatem wiedza jest potężniejsza od miłości. Możliwych przedmiotów poznania jest nieskończenie wiele, a zdolność do miłości jest tylko przestrzenią, która ma z góry określoną pojemność, nieprzekraczalną. [26]

Jak teraz rozumie [Thomas], na tym polega problem tego dnia: brakuje mu narzucenia ludzkiej woli. Jest bezkształtny. Jest grudą gliny, którą musi dopiero uformować natchnienie i pragnienie. To właśnie, jak sobie przypomina, znaczy wolność. W wieku czterdziestu trzech lat zwykle zażywa wolności w małych, rafinowanych dawkach: w postaci decyzji, poleceń, skomplikowanych możliwości odniesienia sukcesu. Zapomniał, jak smakuje surowiec. [96]

[…] w tym ciasnym mieszkaniu przypominającym norę o krętych korytarzach nie ma możliwości utrzymania dystansu, wskutek czego ludzka sylwetka wydaje się bardziej istotna, bardziej konkretna, gęstsza od znaczeń. Obok nędzy to właśnie sprawia, że Thomasowi mieszkanie Benjamina kojarzy się z młodością. Kiedy tu przychodzi, przypomina mu się bliższe, zmysłowo intensywniejsze przeżywanie własnego ciała, którego to przeżywania, jak dopiero teraz zrozumiał, z czasem zaprzestał. [105]

Prawda jest taka, że przez cały ubiegły tydzień Thomas pracował nad adagio jak samotny więzień kopiący tunel pod murem twierdzy. Trochę się wstydzi tej swojej potajemnej determinacji, rygoru swoich metod, wytrwałej, powtarzalnej pracy, którą w to włożył, bo zawsze uzyskiwał w życiu to, na czym mu zależało, a także pokonywał to, co chciał z niego wyrugować. Miał wrażenie, że oszukuje tak samo jak wtedy, gdy całą noc uczył się do egzaminu albo przebrnął mękę zebrania, wiedząc więcej niż ktokolwiek inny, albo zaplanował w najmniejszych szczegółach strategią zainteresowania sobą kobiety, która mu się podobała. Zawsze uważał, że ciężka praca zajmowała miejsce, w którym powinno się znajdować coś bardziej naturalnego, coś instynktownego, wrodzonego, coś, co kojarzy się ze szczerością, choć nie wie właściwie dlaczego. Siedząc w domu przy fortepianie, był pewien, że istnieje jakiś uczciwszy sposób opanowania tego adagio niż ćwiczenie każdego taktu tak długo, aż załamywała się jego harmonia i stawał się on grzechoczącą skrzynką szaleństwa, ale nie udało mu się dojść do tego, na czym ten sposób miałby polegać. [108]

Takie pierwsze wyprawy na zakupy można odczuwać jako swego rodzaju prostytucję. Jego potrzeby są takie prywatne, takie przestylizowane przez wyobraźnię, a sklepy są tak konkretne i rzeczowe — dopiero po jakimś czasie Leo się rozgrzewa i przystosowuje swoje pragnienia do tego, co rzeczywiście jest w sprzedaży. [221]

Taki właśnie jest jej język. Jeśli Wam się podoba, sięgajcie po Wariacje śmiało, nie powinniście się zawieść. Jeśli natomiast przy lekturze któregoś z kolei cytatu zaczyna nawiedzać Was wrażenie, że niepokojąco zbliżacie się do grafomanii, odpuśćcie sobie raczej tę lekturę.

Mnie dopadło ono między innymi przy tym ostatnim fragmencie: zabrzmiał dobrze, ale po głębszym zastanowieniu okazał się być całkowicie bez sensu. Oczywiście możliwe, że to tłumaczka się rąbnęła i Leo miał na myśli korzystanie z usług dam negocjowalnego afektu, a nie prostytucję samą w sobie (wtedy jakiś sens się pojawia), ale nadal pozostaje wrażenie, że porównanie zostało sztucznie dobrane tak, by szokować i budzić emocje. Nie lubię tego, bo pachnie tanią manipulacją uczuciami czytelnika.

Zaskakująco, w kontekście całego tego skupiania się na języku powieści, jedyny jej fragment, który uwiódł mnie całkowicie to krótki rozdział, w którym Howard i Claudia wybierają się na weekend za miasto. Rozdział w formie dramatu, czy może nawet dialogu, bez żadnych didaskaliów. Był świetny i mam wrażenie, że ten totalny brak narracji mówił o bohaterach dużo więcej niż kilkanaście stron ich przemyśleń i analiz. Znowu docieram więc do wniosku, że jak dla mnie Cusk pisze zbyt dokładnie i szczegółowo, nie zostawiając pola do własnej interpretacji.

Ostatnie zażalenie wnoszę nie tyle może do fabuły, co raczej do przesłania, jakie mi się z Wariacji na temat rodziny Bradshaw wyłoniło. Otóż przy całym swoim obrazoburczym podejściu do macierzyństwa i bycia kobietą, Rachel Cusk napisała książkę z której bije głęboka akceptacja dla tradycyjnego myślenia i podziału ról w rodzinie. Owszem, mamy tu zamianę obowiązków, próby poszukiwania siebie, ale ostatecznie i tak wszystko zmierza do jednego końca i nikomu nie wydaje się to przeszkadzać. Oczywiście można argumentować, że to książka o zwykłych ludziach, a zwykli ludzie tak właśnie się zachowują, ale nie wyczułam tutaj ani trochę niechęci czy buntu wobec takiego stanu rzeczy. Możliwe, że po prostu nie wczytałam się wystarczająco głęboko, ale z pewnością dla mnie nie jest to powieść feministyczna.

To po prostu smutna książka o niesympatycznych ludziach.

Ale może warto po nią sięgnąć, choćby na próbę. Jest inna i obcowanie z nią było interesującym doświadczeniem, a to może wystarczyć za zalety. A jeśli nie wystarczy, to przeczytajcie co w niej znalazły Marpil i Tamaryszek i może dajcie się im przekonać.

Moja ocena: 5,5/10

Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima

Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158

Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.

To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.

I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź „wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: „Proza”, „Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i „Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.

Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.

Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):

Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]

Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego „sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]

Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]

Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]

Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]

Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]

Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]

Moja ocena: 7,5/10

PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:

Żeby „zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]

Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]

Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]

Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska „Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

David Gilmour „Klub filmowy”

Tytuł: Klub filmowy
Autor: David Gilmour
Tytuł oryginału: The Film Club
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2011
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Bliżej siebie
Ilość stron: 220

Do lektury tej książki skusiły mnie dwie rzeczy:  z jednej strony kilka pozytywnych opinii, które o Klubie filmowym przeczytałam i usłyszałam, z drugiej tematyka. Bardzo mało znam książek poruszających temat relacji ojciec-syn, a ta właśnie miała ją opisywać. I właściwie nie mogę się do niczego przyczepić, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadano na okładce, ale książka Gilmaoura mi się nie spodobała.

Klub filmowy to wspomnienia ojca o tym, jak „wychowywał” syna przy pomocy wyłącznie trzech filmów na tydzień. Poza tym dzieciak (nie taki już dzieciak, późny nastolatek, z tego co pamiętam — bo nie mam książki przed sobą — miał 15 lat) mógł robić co zechce poza braniem narkotyków.  Jesse nie musiał chodzić do szkoły, nie musiał pracować, nie musiał nic, tylko obejrzeć z ojcem trzy filmy tygodniowo.

Koncepcja ciekawa więc miałam nadzieję, że i książka będzie interesująca. Spodziewałam się, że będę mogła przeczytać o tym jak kształtowały się i zmieniały stosunki między ojcem i synem, o tym jakie problemy miał ten drugi i jak obaj próbowali je rozwiązać. Miałam nadzieję również na trochę informacji o tym jakie (i dlaczego) filmy oglądali, a przede wszystkim na dużo rozmów o tych filmach.

Co dostałam? Masę informacji o wątpliwościach autora, czy dobrze robi, drugie tyle o jego (jego, nie jego syna!) problemach z tego okresu, opis relacji ojciec-syn na poziomie mniej niż podstawowym, a do tego rzeczywiście troszkę informacji o tym dlaczego Gilmour wybrał taki a nie inny film (zazwyczaj niestety ograniczających się do „bo nie chciałem go zanudzić” , „bo to kultowy film mojej młodości” albo w najlepszym wypadku „bo jest tam taka kultowa scena”), do tego troszkę rozmów o filmach na poziomie synowskiego „I co ty w tym widzisz?” albo „Zarąbisty film”, a na deser głęboką ojcowską dumę, że oto jego zbuntowany nastoletni syn po trzech latach tej „terapii” wie o kinie tyle co on.

Przyznaję, że moja niechęć wobec książki może w dużej mierze wypływać z tego, że nie polubiłam autora, a co za tym idzie narratora. I to nawet nie dlatego, że zdecydował się na zastosowanie takiej hm… innowacyjnej metody wychowawczej. Nie, metoda sama w sobie wydawała mi się ciekawa, choć kontrowersyjna. Przeszkadzało mi raczej podejście opisywane jako „nie jestem kumplem swojego syna, jestem jego ojcem”. Podejście teoretycznie niegłupie, ale skutkujące tym, że kiedy dorastający syn przychodzi do ojca porozmawiać o seksie (a ja myślę sobie: wow! jaki sukces wychowawczy, sam przyszedł z problemem do ojca!), kochający tatuś nadaje komunikat w stylu „No o tym, to my rozmawiać nie będziemy, nie jestem twoim kumplem”. I to bez wcześniejszego wysłuchania o co chodzi, bez żadnego zorientowania się czy Jesse nie ma przypadkiem problemu…

Ja się naprawdę nie dziwię, że będąc posiadaczem takiej więzi z nastolatkiem szanowny rodzic boi się, że utraci z nim kontakt, jeśli będzie dalej naciskał na to, żeby chłopak chodził dalej do szkoły. Bo o ile na początku książki ojciec i syn nie mają ze sobą niemal nic wspólnego, o tyle na koniec mają wspólne przynajmniej filmy…

Miałam jeszcze przez chwilę nadzieję, że może Klub filmowy uratuje się opisem sytuacji rodzinnej, bo Gilmour był w tamtym czasie rozwiedziony i mieszkał z kolejną partnerką, ale nic z tego. Była żona co prawda pojawia się co jakiś czas, ale głównie po to, żeby bać się o przyszłość syna (poniekąd słusznie) bez konstruktywnych wniosków, za to nowa partnerka praktycznie w opowieści nie istnieje. Stąd może trochę moje wrażenie totalnej sztuczności tekstu, bo jak można nie napisać niemal słowa o osobie, która przez całe te trzy lata mieszkała z obojgiem bohaterów? Dopiero pod koniec wyłania się z niebytu i (ku zaskoczeniu narratora) nawiązuje z Jessem kontakt lepszy niż jego ojciec. I, mówiąc szczerze, mam wrażenie, że partnerka David mogłaby o tych trzech latach powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż zrobił to sam Gilmour.

Owszem, podobały mi się niektóre kawałki o filmach, ale na odbiorze całej książki zaważyła jednak osoba narratora, który wydał mi się po lekturze raczej kandydatem do bycia wychowywanym i nauczenia odpowiedzialności niż do wychowywania i uczenia tej odpowiedzialności kogokolwiek innego.

Wiem, ze książka jest ogólnie chwalona i wychodzę na paskudną malkontentkę albo pedagogiczny beton, ale naprawdę nie czepiam się konkretnego pomysłu wychowawczego, ani nawet jego rezultatów (różnie bywa). Czepiam się tego, że David Gilmour tak usilnie unikając relacji „nie jestem twoim kumplem” wylądował nie w relacji „jestem twoim ojcem” tylko „jestem twoim krytykiem filmowym” i był z tego dumny. Ja bym nie była.

Mimo wszystko książka dostaje ode mnie plusik za pokazanie relacji ojciec-syn, drugi za niektóre ciekawe wstawki o filmach i trzeci za to, że jest zwyczajnie dobrze napisana. A czy polecam? Nie. Ale nie sugerujcie się moją opinią za bardzo, bo większości recenzentów Klub filmowy się podobał. Ja wracam do szukania dobrej książki o ojcu i synu. Ma ktoś jakieś typy?

Moja ocena: 4/10

C. J. Sansom „Komisarz”

Tytuł: Komisarz
Autor: C. J. Sansom
Tytuł oryginału: Dissolution
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Cykl: Matthew Shardlake, tom I
Ilość stron: 479

Przeczytałam w maju dwie książki, które ogromnie mi się podobały. Przy obu świetnie spędziłam czas i obie serdecznie polecam. Ale o ile Pokój z widokiem smakowałam i czytałam najwolniej jak się da, byle się szybko nie skończył (niecałe 250 stron zajęło mi tydzień i wciąż żal mi było rozstawać się z książką), to dwa razy grubszego Komisarza pochłonęłam w dwa dni, nie mogąc się oderwać i czytając go w każdym możliwym miejscu.

Komisarz to naprawdę świetna książka. Jest rok 1537, Matthew Shardlake jest komisarzem w służbie wikariusza generalnego Thomasa Cromwella. Reformacja w Anglii posuwa się do przodu dużymi krokami, Cromwell stara się likwidować zakony, a dokładniej: doprowadzić do ich samorozwiązania się. W jednym z klasztorów ginie wysłany przez wikariusza w celu negocjacji komisarz królewski, a nasz dzielny bohater musi odkryć kto go zabił. No i, oczywiście, okaże się, że to nie koniec kłopotów.

Mimo sporych różnic, trudno mi było nie porównywać Komisarza do cyklu książek Ellis Petters o braciszku Cadfaelu. W obu mamy do czynienia z angielskim klasztorem, w obu obserwujemy codzienne życie benedyktyńskich mnichów, w obu na terenie klasztoru prowadzone jest śledztwo. Ku mojemu zdziwieniu, (bo książki Petters ogromnie lubię) Sanso wyszedł z tych porównań obronną ręką. Stworzył własnego pełnokrwistego bohatera, którego możemy dobrze poznać i polubić, a który na dodatek zmienia się na naszych oczach. Dał mu do zbadania zagadkę na pierwszy rzut oka niemal nie do rozwiązania i mocno skomplikowaną, ale udało mu się nie popaść w absurd przy jej wymyślaniu. Na dodatek książka jest piekielnie wciągająca i bardzo dobrze napisana (brawa dla tłumaczki, swoją drogą).

Moje skojarzenia z Cadfaelem kazały mi jednak (zwłaszcza w pierwszej części, w której komisarz poznaje życie klasztoru) szukać podobieństw i różnic w tych dwóch, oddalonych od siebie o trzy wieki, opactwach benedyktyńskich. i w świetle tych zmian nietrudno było mi zrozumieć skąd u reformatorów taki pęd do rozwiązywania klasztorów. Choć nie znaczy to, że Sansom staje w powieści po stronie Cromwella i jego reform. Bo chociaż Shardlake jest idealistą i gorliwym zwolennikiem reformacji, to on i jego wiara zostaną w trakcie śledztwa wystawione na ciężką próbę.

W ogóle podobało mi się ogromnie w jaki sposób autor pokazywał tę „wielką” politykę. Nie jestem fanką epoki Tudorów, a Henryk VIII budzi we mnie jedynie lekkie obrzydzenie, bez nuty fascynacji swoimi czasami, ale Komisarza czytało mi się wyśmienicie. Choć w powieści Cromwell pojawia się osobiście (i to nie raz), to tak naprawdę nie jest to książka o robieniu polityki, ale bardziej o jej wpływie na zwyczajnych ludzi. Matrymonialne pomysły króla nie wiążą się tutaj z dramatem jego małżonek (oddalanych lub skazywanych na śmierć) ani dworzan (dworskie kliki i stronnictwa), ale ważą na życiu mieszczan, rzemieślników, chłopów, służących, mnichów i generalnie ludzi, których los jest mi jakoś bliższy niż los księżniczek.

Matthew Shardlake, mimo tego, że nawet na okładce nazywany jest „średniowiecznym prawnikiem i detektywem”, jest tak naprawdę kwintesencją renesansu. Prosty chłopak, syn rolnika, który mimo swojego kalectwa (Matthew jest garbusem) dotarł niemal na sam szczyt władzy i jako wysłannik wikariusza generalnego (Cromwell zresztą też był chłopakiem z ludu) może wydawać polecenia opatowi czy miejscowemu sędziemu. Matthew maluje, biorąc pod uwagę zasady perspektywy, ceni dysputy filozoficzne i religijne, a co więcej uważa, że kobietom został dany taki sam umysł jak mężczyznom (co może jest jednym z niewielu jego średniowiecznych rysów, patrz: Kobiety w czasach katedr). Idealistycznie wierzy w słuszność reformacji, ale jednocześnie dostrzega piękno klasztornego kościoła. Z niesmakiem odwraca wzrok od figur świętych i relikwii, ale widzi ich moc i znaczenie dla ludzi. Jest kapitalnym bohaterem. Całe szczęście, bo cała narracja w Komisarzu jest pierwszoosobowa, prowadzona właśnie przez niego. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może obserwować nie tylko jego próby odkrycia prawdy, ale też ewolucję jego poglądów, a ciężko mi powiedzieć co jest ciekawsze.

Nie mogę też nie wspomnieć o interesujących postaciach drugoplanowych, z których najbardziej przypadł mi do gustu brat Guy z Malton, szpitalnik i opiekun ogrodu ziołowego (jakie to szczęście, że zielarz jest sympatyczny, po Cadfaelu mogłabym nie znieść innego podejścia). Mam szczerą nadzieję, że mimo tego, co stało się w tym tomie komisarz Shardlake jeszcze go spotka. Równie ciekawy (choć może mniej sympatyczny) wydał mi się brat Gabriel, zakrystianin i kantor, a nawet, zupełnie niesympatyczny, przeor Mortimus.

Wydawnictwo też godne jest wielu pochwał, bo to i tłumaczenie nie zepsuło powieści, i korekta się popisała nie przepuszczając błędów, i skład bardzo elegancki, ale największą moją radość wzbudziła zamieszczona na początku mapka klasztoru i spis ważnych osób. Kryminały z mapką maja u mnie z wejścia łatwiej. W ogóle lubię wydawnictwo Albatros (Andrzej Kuryłowicz) i frustruje mnie to, że nie posiadają strony internetowej i nie mogę ani kupić nic bezpośrednio od nich, ani poznać ich planów wydawniczych.

Ale, wracając do naszych baranów, jednym mi tutaj podpadli: tłumaczeniem tytułu. Wiecie jak Komisarz nazywa się w oryginale? Dissolution… No ja się pytam, jak kogo dobrego, co komu szkodziło użyć tytułu „Rozwiązanie”? Odnosiłoby się i do rozwiązywania klasztorów, i do rozwiązywania małżeństwa (Henryk VIII, przypominam), i do rozwiązania zagadki, a na upartego patrząc nawet do tego, że akcja powieści zaczyna się niedługo po tym, kiedy królowa (Jane Seymour) zmarła w połogu (czyli w trakcie rozwiązania)… No co komu szkodziło? Ja wiem, że „dissolution” to bardziej rozkład czy rozpad, ale chyba bliżej mu do rozwiązania niż komisarza?

Tłumaczenia nazw kolejnych tomów są równie urocze: Dark Fire = Alchemik, Sovereign = Rebelia, Revelation = Przepowiednia (no, powiedzmy, niech im będzie), a Heartstone = Inwazja. Nie żebym się czepiała…

Ale tytuł naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, kiedy treść jest rzeczywiście dobra. A w Komisarzu była. Z góry cieszę się, że przede mną jeszcze co najmniej cztery tomy tego cyklu (a mam nadzieję, że autor na tym nie poprzestanie), a przed Matthew Shardlake’iem trzy kolejne żony Henryka VIII, Edward VI i jego Rada Regencyjna, „Dziewięciodniowa Królowa” lady Jane Gray, Krwawa Maria Tudor i Królowa-Dziewica Elżbieta I. A na moje oko, Shardlake ma szansę dożyć Elżbiety. Oczywiście, jeśli nie będzie się wychylał, bo czasy czekają go ciężkie.

Jeżeli zatem chcecie przeczytać dobry kryminał, dobrą powieść historyczną albo oba na raz, a do tego poznać bardzo ciekawego bohatera, koniecznie sięgnijcie po Komisarza. A jeśli chcecie dowiedzieć się w jaki sposób przepadała ostatnia kopia O komedii Arystotelesa, to (choć nie powiem złego słowa o Umberto Eco)… też sięgnijcie po Komisarza i zobaczcie w jak cudny sposób potrafi do czytelnika puścić oko.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Za zachęcenie do lektury Komisrza dziękuję dabarai. A za spełnianie czytelniczych marzeń antykwariatowi Komiks i Ukochanemu Mężowi.

Hanka Lemańska „Chichot losu”

Tytuł: Chichot losu
Autor: Hanka Lemańska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 268

Wyczytałam tę książkę Ciotce. Jako rodzinny dostarczyciel literatury miałam za zadanie tylko ją kupić i oddać nowej właścicielce, ale jak tu się powstrzymać, kiedy książka jeszcze ciepła wzdycha smutnie okładkami… No i wyczytałam.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: Joanna, niezależna, robiąca karierę i goniąca za sukcesem zgadza się popilnować dzieci koleżanki. Koleżanka ginie, a nasza bohaterka zostaje sama z informacją, że dzieci nie mają nikogo bliskiego, kto by je przygarnął i swoim sumieniem. Po przeczytaniu tego streszczenia na pewno już wiecie jak się to wszystko skończy. I macie rację, bo historia w niczym nie zaskakuje. Kiedy pojawił się aktualny amant wiedziałam jakie przeszkody spotkają ten związek i jakie będzie rozwiązanie tego wątku. Po pierwszym wspomnieniu o amancie przyszłym wiedziałam doskonale, że to właśnie ten.Historia z lodami? Przewidziany. Wątek Agaty? Jak najbardziej… I to naprawdę nie dlatego, że jestem wyjątkowo genialna, tylko wszystko to jest proste jak drut i schematyczne.

Całe szczęście, że są to schematy z epoki jeszcze przedkalicińskiej (Chichot losu i Dom nad rozlewiskiem wyszły w tym samym roku) — Joanna nie wyjeżdża na prowincję ułożyć sobie tam od nowa życia z nową rodziną i nowymi problemami. Zamiast tego bierze los we własne ręce i próbuje sobie radzić. Na szczęście znajdą się tacy, co jej pomogą. Wspominałam już, że pojawiają się w powieści niezbędne w prozie tego typu „psiapsiółki”? Nie? No to wspominam. Czy naprawdę każda kobieta w Warszawie ma grono trzech czy czterech koleżanek, z którymi co tydzień spotyka się na wino i ploty…?

Ale z całego tego marudzenia mogłoby wynikać, że mi się nie podobało, podczas kiedy wcale tak nie jest. Chichot losu napisany jest z humorem, lekko i sprawnie. Czyta się go z przyjemnością, zwłaszcza, że w większości opowiada o ludziach sympatycznych. Przez całą lekturę towarzyszyły mi dwa skojarzenia. Z jednej strony stare książki Szwai (lubię) — bo i humor, i w roli głównej kobieta z charakterem, i drobniutki wątek sensacyjny, i te przyjaciółki nieszczęsne, i równie schematyczny scenariusz. Z drugiej za to strony po głowie chodził mi Brulion Bebe B. Musierowiczowej (też lubię i to bardzo) i inne jej książki — bo i sytuacja wyjściowa podobna (młoda kobieta opiekuje się dwójką cudzych dzieci dłużej niż zamierzała), i dzieciaki podobne (młodszy chłopczyk i starsza dziewczyna), i kilka rozwiązań fabularnych (problemy w „upragnionym” związku Anieli i Joanny), a do tego Ci pozytywni bohaterowie…

Nie wątpię, że serial nakręcony na podstawie tej książki może być ciekawy, bo sama powieść sprawia w wielu miejscach wrażenie szkicu — niektóre sytuacje są tylko wspomniane, ważne rozmowy dzieją się na boku, a przytaczane są tylko ich rezultaty, sporo wątków zostało ledwo zarysowanych. Na pewno sprawny scenarzysta na tej kanwie jest w stanie stworzyć naprawdę przyzwoity serial, za to przy czytaniu miałam czasem wrażenie, że autorce strasznie spieszyło się, żeby książkę skończyć i niektóre ważne dla fabuły elementy potraktowała trochę po macoszemu.

Ale nie ma co marudzić: książkę czytało mi się miło i szybko, była dość wciągająca, żeby wyciągać ją z torebki w tramwaju na trzy przystanki (na stojąco), więc oceniam ją zdecydowanie pozytywnie. Jeśli nie będziecie miały wygórowanych wymagań, powinna się spodobać.

Polecam nawet tym, którzy na widok kolejnego Rozlewiska otrząsają się ze wstrętem.

Moja ocena: 6,5/10