Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”

Okładka
Ta okładka jest dużo piękniejsza od okładki mojej książki, którą możecie zobaczyć po kliknięciu na obrazek.

Tytuł: Dziwne losy Jane Eyre
Autor: Charlotte Brontë
Tytuł oryginalny: Jane Eyre
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Teresa Świderska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 1996
Ilość stron: 492

Sięgnęłam ostatnio po Jane Eyre po raz kolejny co prawda, ale po bardzo długiej przerwie. Od ostatniego czytania dekadę temu zdążyłam zapomnieć strasznie dużo pasjonujących szczegółów. A może nigdy wcześniej ich po prostu nie zauważyłam? Dla pamięci zatem (i gwoli podzielenia się z resztą świata) przed Wami garść moich zaskoczeń przy tej lekturze.

[Uwaga: Tekst z każdym zdaniem zawiera coraz więcej spoilerów.]

Zaskoczenie pierwsze. Jakość. Naprawdę nie pamiętałam, ze to jest tak dobrze napisane… Z jak niesamowitą starannością Charlotte Brontë stworzyła tę powieść. Nie ma tu ani jednej zbędnej sceny, wątki poboczne przeplatają się ze sobą, powracają kiedy trzeba. Ogrom pracy koncepcyjnej i redakcyjnej nad tym tekstem budzi podziw. Jane Eyre to zdecydowanie książka do wielokrotnego czytania, nawet znając dobrze fabułę i wszystkie zwroty akcji, czyta się ją jak powieść detektywistyczną, zauważając porozrzucane wcześniej podpowiedzi i aluzje do dalszych wydarzeń. Mimo dość przerażającego tłumaczenia, po które sięgnęłam, czytanie sprawia niesamowitą satysfakcję.

Zaskoczenie drugie. Tematy społeczne. Pierwsze rzecz, która mi umknęła, to fakt, że w Jane Eyre tyle jest rewolucji przemysłowej. Niby wszystko dzieje się gdzieś na początku wieku, a podstawowe skojarzenie, które przywodzi na myśl ta książka, to mgła na wrzosowiskach i nawiedzane zamczyska. Ale przecież już na samym początku opowieści, kiedy Jane ma jechać do Thornfield, martwi się, ze Millcote to duże miasto fabryczne, więc przewiduje wysokie kominy i chmury dymu. Potem, kiedy uczy w Morton, dokładniej poznajemy strukturę społeczną okolicy i widzimy, że choć St. John jest synem lokalnego szlachcica, to najbogatszy jest w tej społeczności pan Oliver, posiadacz odlewni fabryki igieł, a więc postać jakby wyjęta z Północ południe Elisabeth Gaskell. Zresztą obie panie się przecież znały, więc moje zdumienie może nie powinno być tak wielkie, jednak jakoś zupełnie nie spodziewałam się po Jane Eyre poruszania tych problemów.

Mia Wasikowski
Mia Wasikowski jako Jane

Tak samo zresztą, jak zupełnie zapomniałam, że istotnym motywem są w tej książce kwestie wysokiego i niskiego urodzenia, majątku i wartości człowieka. Już sama Jane i jej stosunek do innych jest niezłym przykładem tej tematyki, ale jeśli dodamy tego nieślubne dziecko francuskiej tancerki, sieroty z Lowood i chłopskie córki w Millcote, a z drugiej strony nieznośne dzieci ciotki Reed i puste towarzystwo pana Rochestera będziemy mieć pełen przekrój powodów społecznych wątpliwości panny Brontë. Równie ciekawy jest zresztą wątek sióstr St. Johna, Diany i Mary. Dobrze wykształcone wysoko urodzone panny Rivers z powodów finansowych pracują jako guwernantki u ludzi, których zupełnie nie obchodzi ich pochodzenie i umiejętności.

Już same rozważania społeczne w Jane Eyre sprawiałyby, że warto po tę książkę sięgnąć, zwłaszcza, że są to rozważania na poziomie nieco wyższym niż „dziwny jest ten świat i niesprawiedliwy”. Na szczęście zresztą bohaterka do wielu rzeczy musi sama dojrzeć, nie będąc od urodzenia filozofką socjalizmu.

Zaskoczenie trzecie. Jane Eyre. Bo chociaż tytułowa bohaterka jest, tak jak pamiętałam, dziewczyną świadoma swoich możliwości i umiejętności, a także swojego miejsca na świecie, chociaż wiele umie i myśli samodzielnie, daleko jej na szczęście do typowej Mary Sue. Ma swoje wady i ograniczenia, na szczęście tak jest skonstruowana, że ani jej dobre, ani złe strony nie irytują. Przede wszystkim to bardzo młodziutka dziewczyna, która po raz pierwszy w życiu trafia do normalnego (no, względnie normalnego, biorąc pod uwagę ciąg dalszy) domu i towarzystwa. Dziewiętnastolatka, która do tej pory o świecie uczyła się z książek, trochę przestraszona, a trochę zaciekawiona wszystkim wokół siebie.

To, oczywiście, powieść o dojrzewaniu, ale też w dużej mierze powieść o odnajdywaniu siebie, ustalaniu swojej hierarchii wartości, ale też o odrywaniu seksualności. I o ile na pierwszy rzut oka Jane Eyre jest niesamowicie dydaktyczna w opowieści o winie i karze, oraz w twardych zasadach moralnych Jane, która odrzuca propozycję zostania kochanką bogatego mężczyzny, jednak po przyjrzeniu się bliżej wszystko to staje się bardziej dwuznaczne. Bo przecież Jane odrzuca tę propozycję nie tylko dlatego, że to niewłaściwe, ale też dlatego, że z tego co do tej pory słyszała, wynika, że mężczyzna mógłby się szybko nią w tej roli znudzić, a także dlatego że żyjąc z kimś bez ślubu znajdzie się poza nawiasem społeczeństwa. To nie moralna niezłomność karze Jane odrzucić tę propozycję, tylko dosyć chłodna jednak, jak na te warunki, kalkulacja.

Ruth Wilson
Ruth Wilson jako Jane

Zaskoczenie trzecie. Zmysłowość i cielesność. No właśnie, skoro już przy tym jestem, niesamowite wrażenie w kontekście innych książek z epoki i o epoce robi zmysłowość powieści. Z jednej strony zmysłowość w sensie pobudzania różnych zmysłów, bo mamy tu i widoki (na które Jane jest szczególnie jako rysowniczka czuła), i dźwięki, i smaki, i zapachy, i dotyk nareszcie. Wszystko to znajduje w Jane Eyre swoje miejsce i świetnie dopełnia opowieści. Momenty niemal zespolenia z przyrodą, doprawione odrobiną romantycznego symbolizmu (rozdarty kasztan) są niesamowicie zmysłowe właśnie.

Z drugiej strony, cielesność i zmysłowość w sensie, powiedzmy, erotycznym. Tak jak pisałam już wcześniej to w pewnej mierze jest książka o odkrywaniu własnej seksualności (co może w sumie doskonale tłumaczyć jej popularność). I chociaż serial BBC z Ruth Wilkinson dodał w tym aspekcie do opowieści sporo dosłowności, to jednak nie wydaje mi się, żeby bardzo rozminął się z duchem powieści. Tyle dotknięć, uścisków, siadania na kolanach i nawet pocałunków nie czytałam dawno w żadnej powieści, nie tylko dziewiętnastowiecznej. A jeśli nawet były, to nie towarzyszyło im tyle napięcia i emocji.

Co więcej cielesność to nie tylko ważny wątek relacji Jane Eyre i pana Rochestera, to również istotna część związku między St. Johnem Riversem a Rozamundą Oliver, między Rochesterem i Bertą Mason, a wreszcie między St. Johnem a Jane. I o ile Edward Rochester jest skłonny ulegać potrzebom ciała, a nawet czerpać z tego przyjemność, o tyle St. John Rivers przeciwko „słabości” własnego ciała się buntuje i do bitwy z nim wystawia rozum.

Samantha Morton
Samantha Morton jako Jane Eyre

W tym wszystkim Jane Eyre, choć przecież na początku podejmuje jedyną słuszną dla swojego czasu decyzję i opuszcza pana Rochestera, to przecież wcale nie jest skłonna przystać na propozycję małżeństwa St. Johna. Wprost stwierdza, że wstrętne by jej były jego małżeńskie czułości, których by jej nie szczędził, jako że wszystkie obowiązki traktuje poważnie. I chociaż nic nie mówi się tu wprost, to bardzo łatwo zobaczyć w Jane dziewczynę, która nie chce wychodzić za mąż bez miłości i pożądania, bo seks w takim wypadku byłby nieznośny… Przecież w ostatecznym rozrachunku, kiedy Jane Eyre wraca do Thornfield, podejmuje decyzję że większym grzechem byłoby dla niej małżeństwo bez miłości niż miłość bez małżeństwa. I to wszystko w pierwszej połowie XIX wieku…

Zaskoczenie czwarte. Pan Rochester i miłość. Na początku zaskoczenie dlatego, że Edward Rochester był brzydki. Proszę Was! Po tych wszystkich ekranizacjach? Po tych wszystkich Michaelach Fassbenderach i Tobych Stephensach? Brzydki? To zaskoczenie dzielę z wieloma, jak się okazało, koleżankami, bo nie omieszkałam zagadnienia przegadać. Okazuje się, że nawet jeśli któraś nie widziała żadnej ekranizacji, a czytała książkę, to nadal ma wrażenie, że pan Rochester był pięknym mężczyzną. Zupełnie wbrew tekstowi, oczywiście. Edward Rochester jest silny, dobrze zbudowany i szeroki w barach, ale twarz ma brzydką.  Co więcej jest w wieku (jak na te czasy) mocno średnim — ma około czterdziestu lat.

Do tego, oczywiście, dochodzą jego humory, surowość, całkowita nieprzewidywalność i dziwaczność, które w mniejszym lub większym stopniu jednak pamiętałam. Zaskoczeniem było za to to, co wyłoniło się z całego jego obrazu. Wyłoniło się dopiero teraz, kiedy i wiedzy i doświadczenia z tym tematem mam dużo więcej niż kiedyś.  Otóż z całym tym zestawem zachowań pan Rochester jest idealnym przykładem przemocowca. Mężczyzny, który stara się zawsze mieć władzę nad partnerką, którego zachowania nie sposób przewidzieć, który jednak potrafi być przesympatyczny. Mężczyzny, który nie znosi żadnego sprzeciwu, który gotów jest siłą zmusić kobietę do uległości.

A w tym wszystkim Jane Eyre, niedoświadczona dziewczyna, potrafi tak doskonale sobie z nim radzić, że w zasadzie powieść tę można by traktować jako instruktaż dla osób kochających przemocowców… Bo cóż robi Jane? Nie zwraca uwagi na jego humory. Nie ulega jego naciskom. Niemal nie reaguje na jego prowokacje. Nie daje się obsypywać bogactwem. Stara się zawrzeć kontrakt, dzięki któremu nie będzie partnerowi nic zawdzięczała. Oczywiście wszystkim tym doprowadza Rochestera do szału, ale, choćby i jej się serce krajało, znowu nie zmienia zdania. Wyciąga konsekwencje. Trzyma się postanowień.

Charlotte Gainsbourg
Charlotte Gainsbourg jako Jane

I mimo tego wszystkiego byłabym o nią bardzo niespokojna, gdyby doszło do skutku planowane małżeństwo lub związek Jane i Edwarda. Byłby to pewnie ten sam niepokój, który prześladował mądrą choć niezbyt inteligentną panią Fairfax — kobietę, która uwielbiała swojego chlebodawcę, ale jednak nie życzyła Jane związku z nim… Cała historia osiąga jednak happy end, a osiąga go w jedyny możliwy sposób, biorąc pod uwagę charakter głównego protagonisty. Żeby ich związek mógł być związkiem partnerskim i żeby mogli się wzajemnie szanować, pan Rochester musiałby zmienić swoje podejście, a nawet charakter. A nie byłoby to przecież możliwe bez tego, że przez dłuższy czas musiał całkowicie polegać na innym człowieku. Zresztą pewnie nawet i to mogłoby nie wystarczyć. Na szczęście, Charlotte Brontë jemu zabiera wzrok i możliwość wpływania na nią siłą, a jej daje majątek, a przynajmniej niezależność finansową. Dopiero wtedy mogą żyć długo i szczęśliwie, dopiero wtedy, kiedy to on musi nauczyć się polegać na niej i nie ma nad nią przewagi ekonomicznej. Nie mówiłam, że instruktaż? A wszystko to cały czas w XIX wieku. Myślę, że autorka musiała znać te mechanizmy ze swojego otoczenia. Są opisane świetnie i przez wieki oddało to pewnie pokoleniom dziewcząt niezliczone przysługi. Taki poradnik z czasów przedporadnikowych.

Zaskoczeń miałam zresztą przy tej książce więcej. Choćby podobieństwo relacji damsko-męskiej do tej z „Dumy i uprzedzenia”: brzydka, biedna i inteligentna dziewczyna i rozpuszczony powodzeniem bogacz, który docenia ją w końcu dla jej intelektu. Czy to nie jest ta historia miłosna, którą zawsze kochałyśmy najbardziej? Jednak zbliża się dwunasta, a 31 grudnia o dwunastej należy robić zupełnie inne rzeczy niż pisanie bloga: należy mianowicie cieszyć się z Mężem rocznicą ślubu. Zatem wszystkiego najlepszego dla nas i szczęścia w nowym, 2013, roku dla Was.

A kiedy po północy napiszę na drugim blogu wpis uzupełniający ten, natychmiast dodam link. EDYCJA: Zgodnie z zapowiedzią: link. Pod linkiem o panu Rochesterze, ekranizacjach i bokobrodach.

Reklamy

C. J. Sansom „Komisarz”

Tytuł: Komisarz
Autor: C. J. Sansom
Tytuł oryginału: Dissolution
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Cykl: Matthew Shardlake, tom I
Ilość stron: 479

Przeczytałam w maju dwie książki, które ogromnie mi się podobały. Przy obu świetnie spędziłam czas i obie serdecznie polecam. Ale o ile Pokój z widokiem smakowałam i czytałam najwolniej jak się da, byle się szybko nie skończył (niecałe 250 stron zajęło mi tydzień i wciąż żal mi było rozstawać się z książką), to dwa razy grubszego Komisarza pochłonęłam w dwa dni, nie mogąc się oderwać i czytając go w każdym możliwym miejscu.

Komisarz to naprawdę świetna książka. Jest rok 1537, Matthew Shardlake jest komisarzem w służbie wikariusza generalnego Thomasa Cromwella. Reformacja w Anglii posuwa się do przodu dużymi krokami, Cromwell stara się likwidować zakony, a dokładniej: doprowadzić do ich samorozwiązania się. W jednym z klasztorów ginie wysłany przez wikariusza w celu negocjacji komisarz królewski, a nasz dzielny bohater musi odkryć kto go zabił. No i, oczywiście, okaże się, że to nie koniec kłopotów.

Mimo sporych różnic, trudno mi było nie porównywać Komisarza do cyklu książek Ellis Petters o braciszku Cadfaelu. W obu mamy do czynienia z angielskim klasztorem, w obu obserwujemy codzienne życie benedyktyńskich mnichów, w obu na terenie klasztoru prowadzone jest śledztwo. Ku mojemu zdziwieniu, (bo książki Petters ogromnie lubię) Sanso wyszedł z tych porównań obronną ręką. Stworzył własnego pełnokrwistego bohatera, którego możemy dobrze poznać i polubić, a który na dodatek zmienia się na naszych oczach. Dał mu do zbadania zagadkę na pierwszy rzut oka niemal nie do rozwiązania i mocno skomplikowaną, ale udało mu się nie popaść w absurd przy jej wymyślaniu. Na dodatek książka jest piekielnie wciągająca i bardzo dobrze napisana (brawa dla tłumaczki, swoją drogą).

Moje skojarzenia z Cadfaelem kazały mi jednak (zwłaszcza w pierwszej części, w której komisarz poznaje życie klasztoru) szukać podobieństw i różnic w tych dwóch, oddalonych od siebie o trzy wieki, opactwach benedyktyńskich. i w świetle tych zmian nietrudno było mi zrozumieć skąd u reformatorów taki pęd do rozwiązywania klasztorów. Choć nie znaczy to, że Sansom staje w powieści po stronie Cromwella i jego reform. Bo chociaż Shardlake jest idealistą i gorliwym zwolennikiem reformacji, to on i jego wiara zostaną w trakcie śledztwa wystawione na ciężką próbę.

W ogóle podobało mi się ogromnie w jaki sposób autor pokazywał tę „wielką” politykę. Nie jestem fanką epoki Tudorów, a Henryk VIII budzi we mnie jedynie lekkie obrzydzenie, bez nuty fascynacji swoimi czasami, ale Komisarza czytało mi się wyśmienicie. Choć w powieści Cromwell pojawia się osobiście (i to nie raz), to tak naprawdę nie jest to książka o robieniu polityki, ale bardziej o jej wpływie na zwyczajnych ludzi. Matrymonialne pomysły króla nie wiążą się tutaj z dramatem jego małżonek (oddalanych lub skazywanych na śmierć) ani dworzan (dworskie kliki i stronnictwa), ale ważą na życiu mieszczan, rzemieślników, chłopów, służących, mnichów i generalnie ludzi, których los jest mi jakoś bliższy niż los księżniczek.

Matthew Shardlake, mimo tego, że nawet na okładce nazywany jest „średniowiecznym prawnikiem i detektywem”, jest tak naprawdę kwintesencją renesansu. Prosty chłopak, syn rolnika, który mimo swojego kalectwa (Matthew jest garbusem) dotarł niemal na sam szczyt władzy i jako wysłannik wikariusza generalnego (Cromwell zresztą też był chłopakiem z ludu) może wydawać polecenia opatowi czy miejscowemu sędziemu. Matthew maluje, biorąc pod uwagę zasady perspektywy, ceni dysputy filozoficzne i religijne, a co więcej uważa, że kobietom został dany taki sam umysł jak mężczyznom (co może jest jednym z niewielu jego średniowiecznych rysów, patrz: Kobiety w czasach katedr). Idealistycznie wierzy w słuszność reformacji, ale jednocześnie dostrzega piękno klasztornego kościoła. Z niesmakiem odwraca wzrok od figur świętych i relikwii, ale widzi ich moc i znaczenie dla ludzi. Jest kapitalnym bohaterem. Całe szczęście, bo cała narracja w Komisarzu jest pierwszoosobowa, prowadzona właśnie przez niego. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może obserwować nie tylko jego próby odkrycia prawdy, ale też ewolucję jego poglądów, a ciężko mi powiedzieć co jest ciekawsze.

Nie mogę też nie wspomnieć o interesujących postaciach drugoplanowych, z których najbardziej przypadł mi do gustu brat Guy z Malton, szpitalnik i opiekun ogrodu ziołowego (jakie to szczęście, że zielarz jest sympatyczny, po Cadfaelu mogłabym nie znieść innego podejścia). Mam szczerą nadzieję, że mimo tego, co stało się w tym tomie komisarz Shardlake jeszcze go spotka. Równie ciekawy (choć może mniej sympatyczny) wydał mi się brat Gabriel, zakrystianin i kantor, a nawet, zupełnie niesympatyczny, przeor Mortimus.

Wydawnictwo też godne jest wielu pochwał, bo to i tłumaczenie nie zepsuło powieści, i korekta się popisała nie przepuszczając błędów, i skład bardzo elegancki, ale największą moją radość wzbudziła zamieszczona na początku mapka klasztoru i spis ważnych osób. Kryminały z mapką maja u mnie z wejścia łatwiej. W ogóle lubię wydawnictwo Albatros (Andrzej Kuryłowicz) i frustruje mnie to, że nie posiadają strony internetowej i nie mogę ani kupić nic bezpośrednio od nich, ani poznać ich planów wydawniczych.

Ale, wracając do naszych baranów, jednym mi tutaj podpadli: tłumaczeniem tytułu. Wiecie jak Komisarz nazywa się w oryginale? Dissolution… No ja się pytam, jak kogo dobrego, co komu szkodziło użyć tytułu „Rozwiązanie”? Odnosiłoby się i do rozwiązywania klasztorów, i do rozwiązywania małżeństwa (Henryk VIII, przypominam), i do rozwiązania zagadki, a na upartego patrząc nawet do tego, że akcja powieści zaczyna się niedługo po tym, kiedy królowa (Jane Seymour) zmarła w połogu (czyli w trakcie rozwiązania)… No co komu szkodziło? Ja wiem, że „dissolution” to bardziej rozkład czy rozpad, ale chyba bliżej mu do rozwiązania niż komisarza?

Tłumaczenia nazw kolejnych tomów są równie urocze: Dark Fire = Alchemik, Sovereign = Rebelia, Revelation = Przepowiednia (no, powiedzmy, niech im będzie), a Heartstone = Inwazja. Nie żebym się czepiała…

Ale tytuł naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, kiedy treść jest rzeczywiście dobra. A w Komisarzu była. Z góry cieszę się, że przede mną jeszcze co najmniej cztery tomy tego cyklu (a mam nadzieję, że autor na tym nie poprzestanie), a przed Matthew Shardlake’iem trzy kolejne żony Henryka VIII, Edward VI i jego Rada Regencyjna, „Dziewięciodniowa Królowa” lady Jane Gray, Krwawa Maria Tudor i Królowa-Dziewica Elżbieta I. A na moje oko, Shardlake ma szansę dożyć Elżbiety. Oczywiście, jeśli nie będzie się wychylał, bo czasy czekają go ciężkie.

Jeżeli zatem chcecie przeczytać dobry kryminał, dobrą powieść historyczną albo oba na raz, a do tego poznać bardzo ciekawego bohatera, koniecznie sięgnijcie po Komisarza. A jeśli chcecie dowiedzieć się w jaki sposób przepadała ostatnia kopia O komedii Arystotelesa, to (choć nie powiem złego słowa o Umberto Eco)… też sięgnijcie po Komisarza i zobaczcie w jak cudny sposób potrafi do czytelnika puścić oko.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Za zachęcenie do lektury Komisrza dziękuję dabarai. A za spełnianie czytelniczych marzeń antykwariatowi Komiks i Ukochanemu Mężowi.

Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia”

Tytuł: Okruchy dnia
Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł oryginalny: The Remains of the Day
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jan Rybicki
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 301

To powinna być strasznie nudna książka. Serio. No bo tak: wyobrażacie sobie bohatera nudniejszego niż nienaganny angielski kamerdyner? I to przedwojenny. To ta postać, która w teatrze wchodzi na jedną kwestię, brzmiącą zazwyczaj „Obiad podano, sir”. Albo wyobraźcie sobie powieść, która jest dziennikiem przeplatanym wspomnieniami i ogromną dawką filozoficznego zastanawiania się, co to znaczy być „wielkim” w swojej pracy i jak można zdefiniować „godność”, którą charakteryzują się najznamienitsi przedstawiciele zawodu. A teraz zmiksujcie to razem, dodajcie sztywny i mocno formalny język i pomyślcie…

To powinna być strasznie nudna książka.

Ale nie jest, przynajmniej dla mnie. Okruchy dnia to nie książka, którą czytałoby się jednym tchem czy w jeden wieczór. Czytałam ją prawie tydzień, podczytując po kilka stron, co chwilę odkładając i sięgając po nią ponownie. Nie byłam w nastroju, żeby przeczytać ją od deski do deski, ale z drugiej strony nie mogłam wytrzymać, żeby nie sprawdzić co będzie dalej. To lektura wymagająca odrobiny skupienia i wysiłku, ale dająca w zamian bardzo wiele. Książka napisana tak pięknym i sugestywnym językiem (brawa dla tłumacza!) i w taki sposób, że ja — wiecznie garbiąca się i przyjmująca  podczas czytania najrozmaitsze kabłąkowate pozycje — odruchowo prostowałam plecy i siadałam prosto.

Mówi się czasem, że prawdziwi kamerdynerzy istnieją tylko w Anglii. W innych krajach są tylko służący, niezależnie od przyznawanego im tytułu. Skłonny jestem zgodzić się z tą opinią. Ludzie z kontynentu nie potrafią być kamerdynerami, ponieważ są jako rasa niezdolni do takiego okiełznania uczuć, jakie wyćwiczył w sobie naród angielski. Ludzie z kontynentu — oraz, zgodzą się Państwo, w znacznej mierze wszystkie ludy celtyckie — zazwyczaj nie panują nad sobą w chwilach silnego wzruszenia, a więc nie potrafią we wszelkich okolicznościach zachować postawy ściśle zawodowej (…). Jednym słowem „godność” jest im obca. My, Anglicy, mamy w tym względzie przewagę nad cudzoziemcami i dlatego właśnie, gdy myśli się o wielkim kamerdynerze, jest on już z definicji Anglikiem. [1]

Mamy lato 1956 roku. Pan Stevens, kamerdyner w Darlington Hall, służący niegdyś lordowi Darlingtonowi, a dziś panu Farradayowi (notabene Amerykaninowi), postanawia swój urlop spędzić poza posiadłością. Co jest o tyle dziwne, że nigdy jeszcze (a nigdy datuje się co najmniej od lat dwudziestych) tego nie robił. Odbędzie w ten sposób dwie, a może nawet trzy podróże, a każdą ciekawszą od poprzedniej. Po pierwsze, pojedzie do Kornwalii, gdzie mieszka dawna gospodyni Darlington Hall, aby dowiedzieć się, czy nie miałaby ona ochoty wrócić na służbę. Po drugie, wybierze się w przeszłość, snując wspomnienia cofnie się aż do roku 1922, kiedy to panna Kenton zaczęła pracować w rezydencji. Na koniec wreszcie odbędzie podróż wgłąb siebie, spróbuje zdefiniować rzeczy, które zawsze go gnębiły i może nawet coś odkryje.

Można rozpatrywać Okruchy dnia jako powieść o powołaniu, o poświęceniu pracy, o przybieraniu życiowych ról, o podejmowaniu decyzji i ich konsekwencjach, winie i odpowiedzialności, czy wreszcie o tym jak zdefiniować udane życie. Można też patrzeć na nią jako na obraz części polityki angielskiej lat 20. i 30 XX wieku, obraz zresztą bardzo ciekawy, bo w częściach poświęconych przeszłości Darlington Hall pięknie pokazany jest proces kształtowania stosunków między Wielką Brytanią a Niemcami po Wielkiej Wojnie. Można też czytać tę książkę jako opowieść o uczuciu i obowiązku, a jest to swoją drogą jedna z piękniejszych opowieści o miłości, jakie czytałam. Można wreszcie zanurzyć się w język Ishiguro (czy raczej Stevensa) i trochę poobcować z kulturą i elegancją językową, o którą w dzisiejszym cudownym świecie naprawdę niełatwo. Wszystko to na zaledwie 300 stronach.

Mało przed lekturą pamiętałam z filmu poza ogólnymi zarysami fabuły i genialnymi rolami Anthony’ego Hopkinsa i Emmy Thompson. I chociaż obawiałam się, że postaci z książki będą miały dla mnie ich rysy i że będzie mi to przeszkadzać, to na szczęście nie miałam do końca racji. Co prawda „moja” panna Kenton wyglądała jak Emma Thompson, a „mój” Stevens miał postawę i ruchy Anthony’ego Hopkinsa (co zabawne, nie miał w mojej wyobraźni jego twarzy), ale zupełnie nie miałam z tego powodu problemów z lekturą. Wizja filmowa pięknie wkomponowała mi się w książkową i teraz z radością powtórzę sobie film, żeby przeprowadzić operację odwrotną. Jeśli zastanawiacie się czy warto przeczytać książkę, skoro oglądaliście film, szczerze radzę spróbować. Powieść Ishiguro operuje tak pięknym językiem, że naprawdę warto się z nią zapoznać.

Proszę mi wybaczyć, jeśli to dla Pana bolesne wspomnienie, lecz nigdy nie zapomnę chwili, gdy razem staliśmy w oknie i patrzyliśmy, jak Pana ojciec chodzi tam i z powrotem przed altaną, patrząc w ziemię, jakby chciał znaleźć tam jakiś cenny, zgubiony klejnot. [2]

Tę scenę pamiętałam z filmu, może dzięki widzianemu po wielekroć plakatowi z oknem wbiła mi się bardziej w pamięć. W przytoczonym wyżej cytacie pisze o niej (w swoim liście do pana Stevensa) panna Kenton.

Jeśli po przeczytaniu tego wszystkiego macie jeszcze wątpliwości czy polecam Okruchy dnia, to znaczy, że ten tekst zupełnie mi nie wyszedł. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, a zwłaszcza języka Kazuo Ishiguro i szczególnego klimatu, jaki potrafił przedstawić w swojej powieści. Chciałabym sięgnąć po jakąś inną jego książkę, polecacie coś?

I jeszcze na koniec jeden cytat dla bibliofilów. Co pan Stevens sądzi o romansach:

To stwierdziwszy, przyznam jednak — bo i nie ma się czego wstydzić — że czasami powieści te stanowiły dla mnie źródło rozrywki. Być może wówczas nie przyznawałem się do tego przed sobą, lecz jak już powiedziałem, czy jest czego się wstydzić? Czemuż to nie miałbym bawić się lekką lekturą o paniach i panach zakochujących się w sobie i wyznających uczucia, często w niezwykle eleganckiej formie? [3]

Czyż staroświecki, sztywny i nieco w końcu zakłamany kamerdyner Stevens nie jest tu bardziej szczery niż wielu ze współczesnych „ambitnych” czytelników…?

Moja ocena: 9,5/10

PS. Duże brawa dla wydawnictwa za redakcję, korektę i skład. Świetna robota.

[1] Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia”, Albatros — Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2008, s. 55;

[2] Tamże, s. 61;

[3] Tamże, s. 206-207.

Agatha Christie „Tajemnica gwiazdkowego puddingu”

Tytuł: Tajemnica gwiazdkowego puddingu
Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: The Adventure of the Christmas Pudding
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Krystyna Bockenheim
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 260

Kiedy myślę o książkach Agathy Christie kojarzących się z Gwiazdką, na myśl przychodzi mi przede wszystkim Boże Narodzenie Herkulesa Poirot (znane też jako Morderstwo w Boże Narodzenie). A niesłusznie, ponieważ najbardziej świątecznym jej dziełem, utworem w którym czuje się atmosferę porządnych staroświeckich angielskich świąt, jest opowiadanie Tajemnica gwiazdkowego puddingu. Ten krótki (niecałe 60 stron) tekst użyczył swojej nazwy całemu zbiorkowi opowiadań Christie. Sześć opowiadań, jedno z panną Marple, pięć z Poirotem tworzą razem jeden z lepszych (jeżeli nie najlepszy) zbiorów Agathy Christie. Jeśli ktoś ma ochotę poznać Herkulesa Poirot, a obawia się tracić czas na powieść, Tajemnica gwiazdkowego puddingu będzie doskonałym wyborem.

Lubię opowiadania. W przeciwieństwie do wielu osób, których opinie czytuję w Internecie, nie mam zamiaru pisać, że „co prawda nie lubię opowiadań, ale…”. Przeciwnie — w wielu wypadkach wolę opowiadania niż powieści. Ogromnie cenię u pisarzy zwięzłość, precyzję i umiejętność zmieszczenia się z fabułą w tej krótkiej formie. I takie właśnie są te teksty. Z czytanych ostatnio Sekretnych zapisków Agaty Christie wyczytałam, ze z czasem autorka coraz mniej pisała krótkich tekstów, skupiając się na powieściach (często opartych na tym samym pomyśle, co wcześniejsze opowiadania). Wielka szkoda, bo teksty takie jak w Tajemnicy gwiazdkowego puddingu są lepsze od wielu jej powieści.

W większości opowiadań spotkamy Herkulesa Poirot. Czy jest ktoś, kto nigdy o tym detektywie nie słyszał? Pewnie tak, ale mam nadzieję, że nie jest takich osób zbyt wiele. Mały Belg o nienagannym wyglądzie, głowie w kształcie jajka i niesamowicie zadbanych wąsach wielu czytelników denerwuje swoim zadufaniem i, co tu dużo mówić, bucowatością. Mnie ostatnio wnerwia jakoś mniej niż kiedyś. Może to dlatego, że kiedy czytam kryminał po raz piąty powoli zaczynam być równie mądra co Poirot? Widać i moje „małe szare komórki” stają się coraz mądrzejsze.

Wracając jednak do Tajemnicy gwiazdkowego puddingu. Opowiadania naprawdę bardzo mi się podobały. W porównaniu z Dwunastoma pracami Herkulesa, które czytałam trochę wcześniej są wręcz genialne. Oczywiście, mamy tu do czynienia z porządnym staroświeckim kryminałem, w którym detektyw przepytuje podejrzanych, ogląda miejsce zbrodni, a przede wszystkim siedzi i myśli. Nie uświadczymy tu wstawek sensacyjnych, pościgów, strzelanin czy mrocznych skandynawskich detektywów. Wszystko jest eleganckie i bardzo angielskie, na czele z nienagannym lokajem Poirota — Georgem (George to chyba mój ulubiony bohater cyklu o Poirocie) i sekretarką — panną Lemon.

Jeśli tylko nie odstrasza Was ta spokojna angielskość, sięgnijcie po opowiadania, w których Poirot zmierzy się ze złodziejem rubinu radży (Tajemnica gwiazdkowego puddingu), mordercą antypatycznego bogacza (Popychadło), śmiałym mordercą, który popełnił niemal zbrodnię doskonałą (Zagadka hiszpańskiej skrzyni), a także dwoma dziwnymi przypadkami: najprawdopodobniej wypadkiem (Dwadzieścia cztery kosy) i samobójstwem (Sen). Na koniec zaś panna Marple odkryje przed Wami tajniki kolejnej paskudnej zbrodni (Szaleństwo Greenshawa).

W króciutkiej przedmowie autorka pisze, że Zagadka hiszpańskiej skrzyni to ulubiona sprawa Poirota, natomiast panna Marple jest niezwykle zadowolona ze swojej przenikliwości w sprawie Szaleństwa Greenshawa. Sama Agatha Christie największą sympatią darzyła opowiadanie tytułowe:

Moją słabostką jest „Tajemnica gwiazdkowego puddingu”, ponieważ przywołuje na pamięć bardzo przyjemne święta mojej młodości…

To naprawdę sympatyczne opowiadania. Sięgnijcie po nie jeśli będziecie mieli okazję.

Moja ocena: 7,5/10

PS. Książka zrecenzowana na wyzwanie czytelnicze Znalezione pod choinką.

Agatha Christie „Autobiografia” i John Curran „Sekretne zapiski Agaty Christie”

Tytuł: Autobiografia
Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: An Autobiography
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Magdalena Konikowska, Teresa Lechowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 590

Tytuł: Sekretne zapiski Agaty Christie
Autor: John Curran
Tytuł oryginalny: Agatha Christie’s Secret Notebooks
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Beata Długajczyk
Wydawnictwo: Wydawnistwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 477

Sylwestra, jak powszechnie wiadomo, należy spędzać tak, żeby dobrze się bawić. Dlatego zamiast szykować się na bal zrobię sobie zaraz gorącą kąpiel i trochę poczytam. Potem może sfotografujemy stosiki pogwiazdkowe. A przedtem napiszę parę słów o dwóch bardzo silnie ze sobą powiązanych książkach. Sekretne zapiski Agaty Christie dostałam od przedstawiciela Mikołaja na Mikołajki, ale przecież nie mogłam czytać ich bez przygotowania, wyciągnęłam więc z czeluści szafki Autobiografię królowej kryminałów i (jak pilny student) przypomniałam sobie podstawową wiedzę przed przyswajaniem dalszej.

Zdążyłam już zapomnieć jak dobra jest to książka. Do kryminałów Agathy Christie wracam dość często i zawsze uderza mnie lekkość jej pióra, ale zwyczajnie nie pamiętałam, że Autobiografię czyta się tak przyjemnie. Od pierwszej do ostatniej strony książka wciągała mnie bardziej niż niejeden kryminał tej autorki. Agatha Christie zaczęła pisać swoją autobiografię w 1950 roku, skończyła piętnaście lat później w wieku 75 lat. Większość wspomnień pochodzi sprzed wojny (spora część sprzed pierwszej), z lat dzieciństwa i młodości autorki, część powojenna to tylko 22 spośród prawie 600 stron. Stosunkowo niewiele dowiemy się o twórczości Christie, jej pisanie pozostaje na trzecim albo i dalszym planie. Pięknie za to pisze ona o czasach, w których żyła i krajach, które odwiedziła. A że podróżowała dookoła świata, a sporą część życia spędziła na Bliskim Wschodzie, to miała o czym pisać.

Już pierwsze zdania książki znienacka przenoszą nas w nieoczekiwane regiony. No bo wyobraźcie sobie sześćdziesięcioletnią Agathę Christie, znaną z fotografii miłą panią o przenikliwych oczach, która zaczyna spisywać swoje wspomnienia. Wyobraziliście sobie? To teraz dodajcie do tego całe otoczenie w jakim byście ją umieścili. Już? To przeczytajcie jak zaczyna się Autobiografia:

Nimrud to współczesna nazwa starożytnego miasta Kalah, wojskowej stolicy Asyryjczyków. Nasz Dom Ekspedycji zbudowany jest z glinianych cegieł. Stoi po wschodniej stronie kopca i mieści kuchnię, jadalnię połączoną ze świetlicą, małe biuro, pracownię, duży magazyn oraz malutką ciemnię. My wszyscy śpimy w namiotach. [1]

Później dowiadujemy się, że w tym sezonie dodano do Domu Ekspedycji  nowy pokój, na którego drzwiach od strony zewnętrznej przyczepiona jest tabliczka z wypisanym pismem klinowym „Beit Agatha” – dom Agathy. Tam właśnie, pomiędzy pomaganiem w pracach wykopaliskowych a pisaniem nowej powieści, Agatha Christie rozpoczynała pisanie Autobiografii.

Dalej jest równie ciekawie.  O swoim wieku pisze autorka z dużą dozą dystansu:

Czasami w osobach młodszych budzisz niejaką historyczną ciekawość.

— Przypuszczam — mówi wykształcona dziewczyna z pewnym zainteresowaniem — że pamięta pani całą wojnę krymską?

Dość dotknięta odpowiadam, że nie jestem aż tak wiekowa. Odrzucam również ewentualność udziału w powstaniu sipajów w Indiach. Przyznaję się natomiast do wspomnień z wojny burskiej — brał w niej udział mój brat. [2]

Uważa, że ma on pewne zalety:

Wspominanie to jedna z rekompensat, jakie przynosi wiek, i to rekompensat z pewnością bardzo miłych. [3]

Sądzi też, że człowiek nie zmienia się całkowicie:

Jestem tą samą osobą co owa poważna dziewczynka z jasnopłowymi anglezami. Cielesna skrytka, w której zamieszkuje dusza, rośnie, rozwija instynkty i upodobania, uczucia i zdolności intelektualne, lecz ja, prawdziwa Agatha, pozostaję taka sama (…). Tak więc my wszystkie — mała Agatha Miller i duża Agatha Miller, i Agatha Christie, i Agatha Mallowan — podążamy naszą drogą. Dokąd? Tego człowiek nie wie — i to oczywiście sprawia, że życie jest fascynujące. [4]

To właśnie to, co zawsze czytając jej książki wyczuwałam:

Zawsze uważałam i nadal tak uważam, że życie jest fascynujące. [5]

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć. [6]

A wszystko to (i jeszcze trochę więcej) w czterostronnicowej przedmowie. Ta fascynacja i radość życia powoduje, że Autobiografię czyta się jak fascynującą podróż w czasie i przestrzeni. Christie pamięta różne rzeczy, nie wszystkie te, które chciałaby pamiętać, a często przychodzą jej na myśl drobiazgi pozornie bez większego znaczenia.  Właśnie te drobiazgi sprawiają, że czytając wspomnienia Agathy Christie możemy poczuć smak i zapach czasów odległych od nas często o ponad wiek.

Bardzo to przyjemna lektura, miejscami nostalgiczna, miejscami wzruszająca, najczęściej jednak zwyczajnie zabawna. Mój egzemplarz po przeczytaniu pełen jest żółtych przylepnych zakładeczek, a jeszcze więcej w nim zaznaczeń i podkreśleń. Oczywiście są w nim też kartki ze spisanym stanem posiadania książek autorki (już nieaktualny, muszę koniecznie go wymienić!) i kilka większych zakładek.

Mnóstwo przyjemności dało mi śledzenie razem z Christie mentalności ludzi. W wieku dwudziestym zachodziły w niej ogromne zmiany i sporą ich część odnotowuje autorka w swoich wspomnieniach.  Na ogól nie aż tak wprost jak tutaj:

W ciągu mego życia mieliśmy do czynienia z trzema kolejnymi etapami snobizmu. W pierwszym z nich podstawowe pytania brzmiały następująco: „Ależ kochanie, kim ona jest? Co to za rodzina? Czy pochodzi z rodu Twiddledo z Yorkshire? Tak, oczywiście, źle im się powodzi, bardzo źle, ona jednak wywodzi się z Wilmotów”. Z biegiem czasu zastąpiły je inne: „Och tak, oczywiście, są okropni, ale za to szalenie bogaci”. „Czy ludzie, którzy wzięli dom Larche’ów, mają pieniądze?” „Ach tak, wobec tego lepiej zadzwońmy”. W trzecim etapie pojawiały się znowu inne: „Lecz czy oni są zabawni, kochanie?” „Tak, oczywiście nie są zamożni i nikt nie wie, skąd się wzięli, ale są bardzo zabawni”. [7]

Nie będę tutaj zamęczać Was dalej cytatami z Autobiografii, za to szczerze zachęcam, abyście przeczytali ją sami. Jeżeli tylko interesuje Was początek XX wieku, międzywojnie albo czasy II wojny światowej, jeżeli lubicie atmosferę angielskich domów taką jak w Gosford Park, lub raczej jak w powieściach Agathy Christie, jeśli wreszcie lubicie dobrze napisane wspomnienia lub chcecie się czegoś więcej na temat autorki dowiedzieć — czytajcie. Naprawdę warto.

Jest też, oczywiście, w Autobiografii trochę o twórczości. Nie tyle, ile fan chciałby przeczytać, ale informacje bywają ciekawe. Można dowiedzieć się co zainspirowało kilka znanych powieści, którą ze swoich książek Agatha Christie lubi najbardziej, a którą najmniej. Jest wreszcie  całkiem sporo o przeróbkach scenicznych jej powieści i o pisanych przez nią sztukach teatralnych. W ten sposób przejdźmy do drugiej książki, o której chcę dziś napisać. Jeszcze w Autobiografii pisze Christie tak:

Pomysły zjawiają się w najmniej oczekiwanych momentach: idę ulicą, oglądam wystawę sklepu z kapeluszami, aż tu nagle błyska myśl: o, w ten sposób można by znakomicie zatuszować zbrodnię, nikt się nie domyśli. Naturalnie, trzeba jeszcze dopracować praktyczne szczegóły, pomalutku „urodzić” postacie, lecz pomysł tymczasem trafia do zeszytu.

Wszystko to bardzo pięknie, tyle że zeszyt wiecznie się gdzieś zawierusza. Zwykle mam pod ręką z pół tuzina, notuję tam co ciekawsze koncepty, informacje o truciznach i lekach, wyczytane w gazecie doniesienia o szczególnie chytrych oszustwach. Rzecz jasna, gdybym trzymała notatki w idealnym porządku, starannie posegregowane i oznaczone, uniknęłabym wielu kłopotów. Lecz także pozbawiła się przyjemności. [8]

Właśnie te zeszyty (dokładnie 73) wziął na warsztat John Curran, wielbiciel królowej kryminałów i współzałożyciel archiwum Agathy Christie. Sekretne zapiski Agaty Christie (w oryginale Agatha Christie’s Secret Notebooks) wbrew nośnemu tytułowi nie zawierają wypisów z pamiętników autorki ani jej pikantnych listów. Nic z tego. Książka to analiza części notatek, jakie autorka poczyniła na potrzeby swoich książek. Curran nie opisał ani wszystkich książek, ani wszystkich zeszytów, wybrał jednak te, które jego zdaniem mogą być dla czytelnika najciekawsze.

Całość podzielona jest na rozdziały połączone wspólnym tematem omawianych książek. Znajdziemy więc „morderstwo z przeszłości”, „morderstwo za granicą” i „morderstwo według dziecięcej rymowanki” (oczywiście nie tylko te). Każdy rozdział otwiera spis książek, których zakończenia zostały ujawnione (i jakiś odpowiedni cytat z autorki), zaś opis każdej książki rozpoczyna się od kilkuzdaniowego streszczenia. Do tego mamy (wyróżnione innym krojem pisma i pogrubieniem) cytaty z notatników Christie i sporo zdjęć (zazwyczaj poszczególnych stron). Całości dopełniają ramki z informacjami dodatkowymi i dodatki po każdym rozdziale. Przyznaję chętnie, że to bardzo pięknie i starannie wydana książka.

Co do jej treści natomiast nie mam już tak pozytywnych wrażeń. Z pewnością dowiedziałam się z niej trochę o sposobie w jaki Agatha Christie pisała swoje kryminały — moim (i chyba autora też) największym odkryciem było to, że często autorka w trakcie pisania sama nie wiedziała kto zabił, że koncepcja pojawiała się przy pisaniu książki, często zmieniana i analizowana. Oczywiście zawsze myślałam, że dokładny plan był przygotowywany jeszcze przed pisaniem, a tu niespodzianka. Nic więcej w książce specjalnie mnie nie poruszyło. Spacerowanie śladami myśli Christie było dość ciekawe, przydatna jest też analiza podobieństw pomiędzy poszczególnymi jej utworami i tego która powieść zawiera rozszerzenie którego opowiadania (często zresztą z innym mordercą).

Nie narzekam na to, że żeby wynieść cokolwiek z tej książki trzeba dobrze pamiętać intrygę kilkudziesięciu książek autorki albo mieć je pod ręką i czytać w odpowiednim momencie. Na tyle często wracam do jej twórczości, że w większości wypadków nie miałam specjalnych problemów. Większy problem miałaby osoba, która za dużo Christie nie czytała. Teoretycznie, owszem, są tu spoilery i Curran wspomina rozwiązania zagadek, ale jakoś niewiele z tego wynika — nie da się odtworzyć fabuły na podstawie tego, co pisze Curran. Szczególnym problemem staje się to w przypadku sztuk teatralnych, które nie dość, że nie są w Polsce wydane, to jeszcze są totalnie nieznane (nie mówię tu o Pajęczynie, Pułapce na myszy i Nieoczekiwanym gościu, które u nas wyszły). W takim wypadku, nie znając tekstu ostatecznego, naprawdę trudno docenić pracę Currana.

Doceniam za to czujność tłumaczki, która opatrzyła książkę przypisami odnoszącymi się do polskich wydań i tłumaczeń Christie. Dowiemy się z nich jak mają się polskie tytuły do oryginalnych (Remembered Death znana też jako Sparkling Cyanide po polsku nosi tytuł Rosmary znaczy pamięć) i jakie fragmenty zostały w tłumaczeniach pominięte lub zmienione. Ujął mnie następujący fragment i następujący po nim przypis tłumaczki:

W rozdziale 12 Pani McGinty nie żyje pani Oliver skarży się gorzko na pedantycznych czytelników, którzy w listach wytykają jej błędy i nieścisłości. Między innymi wspomina swoją powieść To była śmierć kota. „To tam dałam dmuchawce stopę długości, choć w rzeczywistości liczy pięć stóp”*.

*Dmuchawka miała wyjątkowego pecha. Pani Oliver skróciła ją o pięć stóp, natomiast polska tłumaczka o stopę. W oryginale Pani McGinty… wnikliwy czytelnik zwraca uwagę pisarce, że dmuchawka w rzeczywistości liczy sześć stóp. [9]

Miałam nadzieję, że znajdę w Zapiskach opracowaniu dokładną analizę: jak przedstawia się problem w powieści, jakie notatki poczyniła autorka, co z nich zostało, a co się zmieniło. Teoretycznie tak jest, ale tylko teoretycznie. Każdy utwór jest ledwo muśnięty, niemal nigdzie w książce nie znalazłam jakiejś głębszej analizy. Jeśli Christie zanotowała spis postaci, Curran przytacza go, podaje jak nazywały się w wersji ostatecznej, mówi kto wypadł, a kto został zastąpiony. I tyle. Żadnych szczegółów, żadnego pokazania jak ewoluowały pomysły Christie. W wielu miejscach mam wrażenie, że autor ślizga się po powierzchni. Jego uwagi wnoszą tak niewiele, że w zasadzie mogłyby być przypisami. I tak chyba te książkę czytałoby mi się lepiej — gdyby opublikowane zostały fragmenty notatników z przypisami Currana. Tutaj część zapisków Christie jest tylko wspominana albo streszczana (!), w zamian otrzymujemy za to zdanie autora (całkiem kategoryczne, nie powiem) na temat poziomu konkretnych książek autorki. Nie mam nic przeciwko osobistemu stosunkowi, ale fragmentów odnośnie „lepszych” i „gorszych” utworów pisarki było tyle, że zaczęły mnie denerwować. Nawet nie dlatego, że mam skrajnie inne zdanie niż Curran — owszem, w kilku miejscach uznał za marne powieści, które lubię, a w innych wynosił pod niebiosa te, moim zdaniem, nieco słabsze, zazwyczaj jednak się z nim zgadzam — ale fajnie byłoby, gdyby swoje zdanie jakoś uzasadniał. Najlepiej analizą fragmentów notatników albo analizą powieści. A tego nie robi.

Pisze za to z całkowitą pewnością rzeczy typu „Po niej [Nocy i ciemności] autorka nie stworzyła już niczego naprawdę dobrego” albo „każda książka Agaty stworzona po 1967 roku stanowi wyprawę w przeszłość — i jest grosza od swojej poprzedniczki”. Mnóstwo tu „na pewno”, „musi”, „nie może” itd. A we mnie takie dyrektywne spostrzeżenia nie poparte argumentami budzą odruchowy sprzeciw. Dlatego komentarze Currana czytało mi się (przynajmniej od pewnego momentu) z trudem.

Książka zawiera też dwa niepublikowane wcześniej opowiadania Christie z Herkulesem Poirot. I chociaż pewnie nie wszystkie opowiadania Christie wyszły już po polsku, to i dla nas nowe jej utwory są ciekawostką. I to głównie ciekawostką właśnie: Wypadek z piłką psa został bowiem przez autorkę rozwinięty do powieści (Niemy świadek), a różnice między oboma utworami są stosunkowo niewielkie, zaś Pojmanie Cerbera, nie opublikowane tuż przed II wojną światową z powodów politycznych, a dziesięć lat później (przy drukowaniu w zbiorze opowiadań) zastąpione innym utworem, jest bardzo specyficzne ale mało kryminalne (jak zresztą większość z Dwunastu prac Herkulesa). Dla samych opowiadań książki kupować nie warto.

Ogólnie w Sekretnych zapiskach za mało znalazłam Agathy Christie, a za dużo Johna Currana. I chociaż niewątpliwie książka jest przydatna i chętnie wrócę do niej po przeczytaniu któregoś z omówionych tytułów, to nie polecam jej w zasadzie nikomu poza fanatycznymi miłośnikami Agathy Christie i jej twórczości.

Oczywiście po przeczytaniu tych dwóch pozycji wchłonęłam już Dwanaście prac Herkulesa i Tajemniczą historię w Styles i szykuję się na więcej. Bardzo chętnie przeczytałabym też jakąś dobrą książkę o Agacie Christie lub o jej twórczości. Czytał ktoś z Was Biografię Agathy Christie Janet Morgan? Albo może polecacie jakąś inną książkę w tym temacie?

moje oceny:

„Autobiografia”: 8/10

„Sekretne zapiski Agaty Christie”: 4,5/10

[1] Agatha Christie „Autobiografia”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 13;
[2] tamże, s. 14;
[3] tamże, s. 14;
[4] tamże, s.15;
[5] tamże, s. 15;
[6] tamże, s. 16;
[7] tamże, s. 139;
[8] tamże, s. 487;
John Curran „Sekretne zapiski Agathy Christie”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, s.191;

A poza tym, Kochani, życzę Wam szczęśliwego nowego roku 2011.