Čapek na dziś, cz. I – Włochy

Tytuł: Listy z podróży
Autor: Karel Čapek
Tytuł oryginalny: Cestopisy
Język oryginału: czeski
Tłumacz: Piotr Godlewski
Posłowie: Leszek Engelking
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2011
Seria wydawnicza: Terra Incognita
Ilość stron: 571

Listy z podróży Karela Čapka wołają do mnie od wakacji i domagają się swojej obecności na blogu. Nie mogąc już dłużej ich ignorować, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma cytatami z tej przepięknej książki. Może kogoś te urywki przekonają do sięgnięcia po tę książkę, a moim zdaniem naprawdę sięgnąć po nią warto. Ale ja kocham Karela Čapka od dawna i mogę nie być obiektywna. Co tam „mogę nie być” — na pewno nie jestem. Stąd cytaty zamiast recenzji. A poza tym, co tu dużo mówić, mam ogromną ochotę znów ruszyć z Čapkiem do obcych krajów. Zwłaszcza, że pogoda za oknem bardzo sprzyja wycieczce do słonecznej Italii chociaż na papierze.

Dlatego dzisiaj podróż do Włoch, czyli cytaty z pierwszej części Listów… Jest rok 1923, Karel Čapek jedzie do Włoch, a tam pisze z podróży listy-felietony do Lidovych Novin. O czym pisze?

O tym co nie podoba mu się w Wenecji:

(…) 3. Nieprzebrane mnóstwo turystów (…)

5. Nowożeńcy (…)

6. Wenecjanki, ponieważ są to Rosjanki. Jedna, czarna jak diabeł, o migdałowych oczach, w tradycyjnej chuście z długimi na łokieć frędzlami i z wbitym w kok grzebieniem, najczystszy typ wenecki, który mnie niemal oszołomił, mówiła do swego kawalera: Da, da, jasnyj moj; i znów byłem o jedno złudzenie uboższy.” [9]

I co mu się podoba:

(…) 4. Jest niezmiernie przyjemnie, że nie ma tu ani jednego samochodu, ani jednego roweru, ani jednej dorożki czy wozu lub lektyki, ale za to jest 5. bardzo wiele kotów, więcej niż gołębi na placu Świętego Marka, kotów wspaniałych, tajemniczych i jasnookich, z korytarzy ironicznie spoglądających na turystów, a w nocy miauczących zadziwiającymi altami. [11]

Jak tu nie lubić człowieka, który tak pisze o kotach? Nie tylko weneckich, zresztą:

Za jedną z osobliwości Rzymu uznałbym koty na forum Trajana; jest to trawniczek poniżej poziomu ulicy, otoczony kratami; pośrodku stoi kolumna Trajana, jeden z najbardziej niedorzecznych pomników na świecie, a dookoła połamane kolumny. Na tych kolumnach naliczyłem niedawno nie mniej niż sześćdziesiąt kotów we wszelkich kolorach. Jest to wspaniały widok. Poszedłem popatrzeć na nie jeszcze w przepiękną księżycową noc; siedziały grzbietami do siebie i wrzeszczały; niewątpliwie był to jakiś obrzęd religijny. [25-26]

Są także świątynne koty, większe i bardziej opryskliwe od innych; żadnego z nich nie udało mi się pogłaskać. [59]

A opisy odwiedzanych krain, czy poetyckie, czy żartobliwe, są niesamowicie plastyczne:

W istocie region toskański jest bardzo podobny do ślicznego pejzażu w Czechach; tyle że zamiast ziemniaków rośnie tutaj winorośl, a każde wzgórze jest przepięknie ukoronowane jakimś pełnym wież miasteczkiem lub starą twierdzą. [21]

Wpływy hiszpańskie są ostatnie; pierwsze były greckie, drugie i trzecie — saraceńskie i normandzkie; renesans otarł się tylko o te tereny. Zalejcie te rozmaite czynniki kulturotwórcze olśniewającym słońcem, afrykańską glebą, mnóstwem kurzu i przepiękną roślinnością, a otrzymacie Sycylię. [31]

Umbryjski Bóg stworzył równinę, żeby rosły na niej winnice i topole, pagórki, żeby rosły na nich kędzierzawe gaje, cyprysy i samotnie, i góry, żeby na nich wyrosły miasta z etruskimi murami, gotyckimi domkami i ogromną rzymsko-romańską twierdzą. Umbryjski Bóg miał przepiękną niebieską farbę dla nieba i farbę jeszcze piękniejszą, którą pomalował dale i góry. Dlatego Umbria jest tak cudownie błękitna, najbłękitniejsza ze wszystkich krain. [47]

Pięknie zgrał mi się list z Florencji z czytanym wcześniej Pokojem z widokiem Forstera. Florencka część tej książki (która mnie podobała się dużo bardziej niż część angielska) wiele miejsca poświęcała turystom z nieodłącznym Bedekerem, a co o Florencji (w podobnych, bądź co bądź, czasach) pisze Čapek?

A we Florencji nie będę wam opowiadać o sztuce. Jest tu jej aż za dużo, w głowie od tego się kręci; w końcu człowiek gotów jest nabrać się na pamiątkę po psie, sądząc, że to fresk. [19]

Drugi rodzaj cudzoziemców trzyma się bedekera niczym tonący deski lub poszukiwacz skarbów czarodziejskiej różdżki. Niosą go oni zawsze przed sobą; a gdy zbliżają się do jakiegoś arcydzieła, bedeker wyraźnie drży w ich rękach, szybko bowiem unoszą wzrok, przelotnie przesuwają go po arcydziele i następnie półgłosem czytają, co bedeker cytuje o nim z Crowe’a i Cavalcaselli (…). Gatunek piąty to kopiści (…). Dzisiaj w Fiesole trzy naraz malowały klasztorny krużganek i cyprysy; parę kroków od nich tarzało się w trawie dziecko ze szczeniakiem, i było to tak piękne, że zapomniałem patrzeć na te marzycielskie krużganki, jak i na „przepiękny ** widok na Florencję i na dolinę Arno” (jak prawi bedeker); ale trzy kopistki z całą powagą nadal pacykowały swoje marzycielskie krużganki i cyprysy, i ani jedna nie zdjęła okularów, by spojrzeć na ** dziecko ze szczenięciem lub przetrzeć sobie oczy. [20-21]

Czy nie podobnie jak u Forstera? Bardzo to miłe uczucie, kiedy się takie podobieństwa zaczyna w lekturach dostrzegać.

Ale przecież pisze też Čapek o sztuce i architekturze (choć nie florenckich). I pisze przepięknie na tematy, o których przecież pisać tak trudno:

W Monreale są prześliczne mozaiki o tematyce stworzenia świata; nawet Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej nie ujął głębiej stworzenia światła i wód, i lądu, i ciał niebieskich, a zwłaszcza zapomniał lub nie umiał pokazać, jak Bóg dnia siódmego „widział, że było to bardzo dobre”, i odpoczywał. Bóg w Monreale odpoczywa, śni jak gospodarz po pracy, z opuszczonymi rękami. [33]

Santa Constanza z prześlicznymi mozaikami na białym tle, gdzie aniołki zrywają, odwożą i depczą niebieskie winogrona; tkwi to jeszcze całkowicie w dawnej tradycji rzymskiej, ale jest w jakiś sposób dziecinne, naiwnie surowe, jak te pierwsze rzeźby chrześcijańskie, gdzie także niemal tylko oczy mówią o nowej wierze ludzi. [45]

Największym powodem do chwały i rarytasem Pizy jest jej piękna architektura kolumienkowa, taka szczęśliwa mania wznoszenia lekkich arkad, pokrywających całe ściany swoim przyjemnym rytmem; [50]

Poza tym jest w Pizie Campo Santo, cmentarz ze wszystkich stron pomalowany starymi freskami, które są piękne i pouczające. Na jednym z nich aniołowie i diabli wyciągają dusze z ciał śmiertelników; dusze są dobrze odżywione, prawdziwe tłuścioszki, toteż śmiertelnicy muszą okropnie rozdziawić usta, by dusza mogła przez nie przejść. [51]

Widziałem następnie wieżę Babel, w której mieszały się języki pięciu wieków; jest to mediolańska katedra. Z daleka wygląda ona jak wielki kawał blendy antymonowej, która krystalizuje się w postaci cienkich szpileczek, albo jak ogromny marmurowy karczoch; każda szpilka to wieżyczka albo sterczyna, a gdy się ją rozłupie, ma wewnątrz pełno rzeźb, na górze zaś rzeźbę, którą zobaczycie jedynie wtedy, gdy wdrapiecie się na dach (…). Jest to jedno z największych szaleństw jakie kiedykolwiek widziałem (…); rzeźby są wprawdzie niewiele warte, przypory są nudne, igły i wieżyczki bezsensowne, ale jest tego wszystkiego tyle, że w końcu całkowicie omota cię to swym fantastycznym, zwariowanym, śnieżnobiałym, upiornym brakiem umiaru. [53]

Ja, nędzny grzesznik, nie wspomniałem na przykład o Ostatniej wieczerzy Leonarda w Mediolanie; ale tuż obok niej jest krużganek, a za nim kapitularz czy co to jest, i tam jakiś braciszek na fotelach kanoników namalował biblijne krajobrazy; podobno są prymitywne, i zapewne właśnie dlatego bardzo piękne; [62]

Podsumowując, styl starochrześcijański i romański jest najświętszy; gotyk we Włoszech zanadto rozpycha się w szerokiej i jasnej przestrzeni, z czego wychodzi jakiś trzeźwy i nienasycony; potem stara się maskować to fasadą przyozdobioną tak, że aż się w głowie kręci. Wczesny renesans znowu przynosi czystość, surowość i mądre ograniczenie (…).
Wszystko pozostałe zaś jest barokiem. [60]

Wiele przemyśleń poświęca tutaj, we Włoszech, religii, co z kolei dało mi szansę liźnięcia czeskiej religijności niemal wiek przed Zrób sobie raj Szczygła. I nie sposób mi się z Čapkiem nie zgodzić w tych jego przemyśleniach, bo i ja, kiedy miałam szansę oglądać toskańskie kościoły przedkładałam te romańskie nad późniejsze. Tylko nie umiałam swoich wrażeń tak pięknie ująć w słowa:

I teraz twierdzę, że chrześcijaństwo tu na południu umarło wraz ze stylem romańskim, a na północy wraz z gotykiem; i że od rozwiniętego renesansu, a przede wszystkim baroku rozpoczyna się coś nowego i dość niesympatycznego, mianowicie katolicyzm. Chrześcijaństwo może przemawiać do nas jedynie prymitywnym, surowym, świętym językiem wczesnych stylów; jest poważne, czyste i dosyć proste. Renesans jest przy nim pogański, a barok bałwochwalczy, fetyszystyczny, krótko mówiąc, katolicki; w zestawieniu z wczesną czystością religijną jest w ich kulturze coś uderzająco mniej wartościowego. Cała ta maniakalna pompa, marmurowe intarsje, brokaty, sztukaterie, złoto, pnące się wzwyż ołtarze, cała ta chłodna wspaniałość religijnie nie powie wam nawet najmniejszego ułamka tego, co tak niezmiernie poważnie i czysto przemawia z kaplicy Giotta. [15]

Ściany są oblepione tablicami z katakumb (…). IRENE IN PACE. LAVRITIO CONG BENE MERENTI UXOR. To żona kazała wykuć dla zasłużonego Laurycjusza. Bene merens — to cała pochwała; był dobry i zasłużony; czy trzeba domagać się od człowieka więcej? (…). Tak, koniec starożytnej okazałości; w miejsce cesarzy, a i bogów, przychodzą ci  bene merentes, ci piekarze, przekupnie i rzeźnicy, i przekazują wieczności swe imiona niezgrabnie wyryte na kamiennych tablicach. Laurycjusz nie był ani cesarzem, ani bohaterem, ani konsulem; był jedynie bene merens; tylko chrześcijańska prostota zachowała jego zasłużone i skromne imię na wieki wieków. Widzicie, raczej w tym właśnie upatruję sensu chrześcijaństwa niż w pogańskiej wielkości bazyliki Świętego Piotra. [46]

Ale przecież nie tylko wysokie tematy porusza Čapek w swoich listach. Nie umiem nie uśmiechnąć się, kiedy pisze o kobietach z takim samym zachwytem jak o sztuce:

A kiedy już mówię o dalekich krajach — otóż w Orvieto spotkałem pierwszą podczas mojej podróży kobietę naprawdę olśniewającej urody. Była to młoda Japonka. Nigdy nie myślałem, że Japonki mogą być tak piękne. Patrzyła na Signorellego, a ja na Signorellego i na nią. Potem odeszła, a Signorelli został. To malarz oszałamiający; ale nigdy bym nie uwierzył, że Japonki mogą być tak idealnie urocze. [23]

Niepokojące wrażenie robi za to beztroski i nieskrępowany późniejszą wiedzą (Čapek zresztą wojny nie dożyje) opis włoskich faszystów:

Nawiasem mówiąc, faszyści w mundurach wyglądają dostojnie jak nasi kominiarze; również takie jakieś czarne czapeczki z kitką noszą, i zęby im tak świecą; kuriozalne wrażenie. [16]

I przepięknie pisze Čapek o portach, statkach i okrętach (jak Czech może tak cudownie pisać o statkach? Może to kwestia tęsknoty za morzem?). Cudownie pisze o sztuce starożytnej, tej rzymskiej i tej greckiej, a nieco złośliwie o turystach, którzy ją podziwiają. Z ciekawością ale i niepokojem pisze o Etruskach. potrafi nawet z czułością pisać o drewnie. Ale gdybym chciała zacytować tutaj wszystko, co mnie zachwyciło, musiałabym pewnie przepisać całość. W swoim egzemplarzu pozaznaczane mam na każdej stronie czasem i cztery fragmenty.

Na koniec więc już tylko dwa cytaty o samym podróżowaniu:

I dlatego teraz umieszczam na wstępie ostrzeżenie dla wszystkich, którzy będą tę książkę czytać, żeby nie uważali jej za przewodnik ani za opis podróży, ani za cicerone, lecz za cokolwiek bądź innego, za co zechcą; i żeby, gdy sami gdzieś pojadą, zaufali, oprócz rozkładowi jazdy, wyłącznie i jedynie szczególnej łasce, która towarzyszy ludziom podróżującym i pokazuje im więcej, niż w ogóle człowiek może napisać i opowiedzieć. [8]

Wierzcie mi więc: z odrobiną prostoty i cierpliwości człowiek mógłby przejść cały świat. [38]

A przecież poza Włochami są w Listach z podróży jeszcze wyspy brytyjskie, Hiszpania, Holandia i Skandynawia. I wszystkie one wołają o swoje miejsce na blogu, a ja pewnie nie dam rady za długo im się opierać. A wy kupcie sobie (albo wypożyczcie) Listy z podróży i ruszcie z Čapkiem w jego podróże sami. Bo warto.

___

Liczby w nawiasach kwadratowych oznaczają numery stron.

Reklamy

Bartłomiej Kuraś i Paweł Smoleński „Bedzies wisioł za cosik”

okładkaTytuł: Bedzies wisioł za cosik
Autor: Bartłomiej Kuraś i Paweł Smoleński
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 233

W poprzednim wpisie pisałam o zazębianiu się książek, tematów itd. Miałam to szczęście, że Bedzies wisioł za cosik pierwszy raz przejrzałam w Liptowie, napoczęłam na Spiszu, a lekturę kontynuowałam opuszczając Podhale. A chociaż podtytuł tej książki to Godki podhalańskie, to zarówno Spisz, jak i Liptów (Orawa zresztą też) pojawiają się w niej nie raz.

Kuraś i Smoleński napisali książkę o Tatrach i okolicach. Trochę o ludziach, trochę o historii, trochę o wielkiej polityce, której uniknąć się nie da. Sięgnęli do czasów przedwojennych, sporo napisali o wojnie i latach tuż po niej, ale są tu i fragmenty jak najbardziej współczesne, i sięgające dużo głębiej w przeszłość.

Kojarzycie na przykład Beniowskiego? Tego, co to wszyscy o nim słyszeli, ale nikt niemal nie zapoznał się bliżej, bo kto by był na tyle głupi, żeby z własnej woli czytać poemat dygresyjny Juliusza Słowackiego (ładny, swoją drogą)… Otóż, jak wyjawili mi dopiero autorzy Bedzies wisioł… Beniowski tak naprawdę nazywał się Móric Beňovský, urodził się we Vrbové, a kształcił pod Bratysławą. I tak oto okazało się, że „nasz” Beniowski jest słowackim bohaterem narodowym. No, nie do końca może słowackim, bo jego pierwszym językiem był węgierski.

A może powinnam się już przyzwyczaić do tego, że zawłaszczamy Słowakom ich bohaterów? W końcu taki Juraj Janosik, każde dziecko wie, był polskim zbójnikiem i wyglądał jak młody Perepeczko. Na Liptów chodził kraść bogatym i oddawał biednym na Podhalu. Prawda? O tyle, że Liptów w historii Janosika rzeczywiście jest: jako miejsce pochodzenia. Nie ma za to żadnych dowodów, że kiedykolwiek był w Tatrach, a nie tylko na Podhalu.

Ale to drobiazgi, owszem zabawne i obrazujące trochę skomplikowane relacje polsko-słowackie, ale nadal drobiazgi. A przecież w Bedzies wisioł… jest dużo więcej. Jest cały rozdział o Goralenvolk i kolaboracyjnym Komitecie Góralskim z czasów II wojny światowej (i o Wacławie Krzeptowskim), a inny o kurierach noszących na plecach przez Tatry powstańcze dokumenty i pieniądze dokładnie w tym samym czasie (i o innym Krzeptowskim, Józefie). A jeszcze kawałek dalej o ratownikach górskich sprzed wojny i z czasów wojny (oraz o ich szefie, Józefie Oppenheimie i jego tajemniczej śmierci). I o zajęciu przez Polskę słowackiej Doliny Jaworzyny w 1938. I o zajęciu Zakopanego przez Słowaków w 1939.

ilustracja z WikipediiA w końcu i o „Ogniu„, Józefie Kurasiu, który do dziś przez jednych uważany jest za zbrodniarza, a przez innych za bohatera, ale mówić o nim nie chce nikt. Na historii o „Ogniu” mi nie mówili, ale może to i lepiej, bo postać Józefa Kurasia budzi dziś skrajne emocje i nie sprzyja rozsądnej i naukowej debacie. Jaka jest siła tego tematu, niech świadczy fakt, że wszyscy, których pytałam o czym jest ta książka, mówili, że o „Ogniu”. O samym Józefie Kurasiu mówi może ćwierć Bedzies wisioł…, ale to bardzo ważna ćwiartka, bo pozwala lepiej poznać konflikty nadal dzielące Podhale i okolice. A na dodatek historia „Ognia” opisana jest możliwie rzetelnie i na tyle bezstronnie, na ile się da.

Bo w ogóle Bedzies wisioł za cosik napisane jest świetnie. I to zarówno od strony formalnej — mam na myśli wyważenie argumentów, przedstawianie racji wszystkich stron konfliktów i próby dotarcia do prawdy — jak i językowej. Czyta się tę książkę fenomenalnie, tak jakby się słuchało „podhalańskich godek”. Sprawy poważne przemieszane są ze śmiesznymi, a zabawne z tragicznymi.

I chociaż, ze względu na mój sentyment do Tatr po obu stronach granicy, na pewno nie jestem w stosunku do tej książki obiektywna, to sądzę, że spodoba się ona niemal każdemu. Na pewno tym, co lubią reportaże, bo to kawał dobrego reportażu. Na pewno tym, którzy interesują się historią, bo historia gra tu pierwsze skrzypki. I na pewno tym, którzy lubią książki o ludziach, bo w Bedzies wisioł… właśnie ludzie są najważniejsi.

Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę, zwłaszcza, że przeszła w zeszłym roku niemal bez echa, a echa jest warta. A poza tym (uwaga: podła i bezinteresowna reklama) Znak sprzedaje ją za tak marne grosze, że chyba i ja się skuszę na własny egzemplarz (czytałam pożyczony).

***

Jeśli wszystko się uda, ten wpis zawiśnie na blogu w czasie, kiedy ja będę bardzo zajęta bawieniem się dobrze na Polconie w Poznaniu. W związku z tym na ewentualne komentarze odpowiem pewnie dopiero w poniedziałek. Ale nie krępujcie się i komentujcie…

***

Moja ocena: 8,5/10

Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska „Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

„Książki i ludzie” rozmowy Barbary N. Łopieńskiej — wypisy osobiste

Tytuł: Ksiażki i ludzie
Autor: Barbara N. Łopieńska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Twój Styl
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 258

Książki i ludzie Barbary N. Łopieńskiej to dla mnie nie jest książka, którą można zrecenzować. To znaczy, oczywiście, wszystko jest możliwe, problem polega na tym, że w moim przypadku recenzja brzmiałaby z grubsza: „Rozmowy z ludźmi kultury o ich bibliotekach i stosunku do książek, bardzo ciekawe, polecam”. Może wymieniłabym jeszcze tych ludzi i wypisała skrajności w traktowaniu książek. I tyle. Nuda.

A ponieważ Książki i ludzie to naprawdę fascynująca lektura, w której pewnie każdy czytelnik znajdzie jakieś odbicie siebie, należy jej się ode mnie coś więcej. A ponieważ wypisałam z niej mnóstwo cytatów, oto przed Wami zestawienie poglądów różnych czytelników z moimi komentarzami. Może nie są to najciekawsze czy najzabawniejsze fragmenty książki, ale wybrałam te, które mówią coś także o moim stosunku do książek, czytania i własnej biblioteczki. Zapraszam do lektury i polemiki.

O książkach i czytaniu

Często czytam Klub Pickwicka, Lalkę, ale bez zakończenia, bo nie lubię, kiedy moim bohaterom dzieje się coś złego. [Janusz Tazbir, str. 29]

Mam tak samo. Nie lubię zakończenia Pana Wołodyjowskiego, chociaż książka bardzo mi się podoba. Mgły Avalonu czytam zazwyczaj tak do połowy, zanim zaczną się problemy. Lalkę w sumie oswoiłam, wmawiając sobie, że nic nie jest do końca przesądzone, ale mam sporo książek, do których wracam chętnie, ale zakończenie omijam albo tylko kartkuję.

Czytałem, z przejęciem naturalnie, bo to jest obsesyjne doświadczenie, Zbrodnię i karę, ale uważam, że po prostu powinna być dobra służba psychiatryczna, dobra policja i Marmieładowem powinna zająć się policja. Że to nie jest do pisania powieści. Że wiele problemów Dostojewskiego powinno się rozwiązać medycznie. Medycznie i policyjnie. Taki jest mój pogląd. [Zygmunt Kubiak, str. 109]

Nareszcie (po jakichś dziesięciu latach szukania) trafiłam na kogoś, kto myśli podobnie jak ja. Nie lubię czytać (ani oglądać filmów) o chorych psychicznie (i nieprzystosowanych społecznie) sportretowanych tak, jakby ich problemy i zachowanie było normalne. Nie podobała mi się Zbrodnia i kara, irytuje mnie Dr House. Jestem za rozwiązaniami medycznymi i policyjnymi.

Jestem najeżony na współczesną literaturę dramatyczną, zwłaszcza anglosaską, za peryferyjność oglądu świata, za taką, powiedziałbym , chmurę dewiacji. A ja mam lęk przed dewiacją. Boję się wariatów, boję się wynaturzeń, zboczeń, jestem prostacko przywiązany do normalnego rozmnażania się ludzi. Dziecko o trzech głowach nie budzi mojego szczególnego zainteresowania. A dramaturgia współczesna od dłuższego czasu penetruje peryferie rzeczy — studium alkoholika albo homoseksualisty zaczyna dokuczać. Wolałbym, żeby to się odbywało w szpitalu niż na scenie. [Gustaw Holoubek, str. 131]

Ja dla odmiany nie boję się wariatów i nie jestem prostacko przywiązana do normalnego rozmnażania. Ale za to dość wariatów i ludzi z dziwacznymi problemami mam w pracy i w literaturze fachowej i naprawdę wolałabym już o tym nie czytać (ani nie oglądać na scenie, jeśli o tym mowa). Też sądzę, że literatura współczesna (nie tylko dramatyczna) za bardzo eksploruje peryferia, a za mało mówi o zwykłych, przeciętnych ludziach. Ja nie twierdzę, że wszystko to się nie zdarza, ale „znaj proporcją, Mocium Panie”.

Najbardziej męczą mnie książki w stylu Marka Krajewskiego (albo niektórych skandynawskich kryminałów) gdzie dokładnie wszyscy są mordercami, gwałcicielami, złodziejami, zboczeńcami albo ofiarami przestępstw (teraz lub w dzieciństwie, wtedy mają traumę). Za każdymi drzwiami czai się przemoc domowa (jeśli nie coś dużo gorszego), a wszystkie dzieci są skutkami gwałtów… No, błagam, ile można? W pewnym momencie to wszystko staje się nie tylko schematyczne, ale i śmieszne. Czy naprawdę mało problemów mają ludzie zdrowi na umyśle i z grubsza uczciwi? Kiedy ostatnio czytaliście współczesny kryminał, w którym motywem był zwykły majątek albo zabicie szantażysty, a nie trauma z dzieciństwa (lub późniejsza)?

A najgorsze jest to, że po przeczytaniu tych kilku książek specjalistycznych te wszystkie (no, większość) „głębokie analizy” i „studia psychologiczne” są dla mnie zwyczajnie nieprawdopodobne…

Czuję u niego jakąś nadgorliwość ponurości, jakąś nienaturalność i to mnie razi. Nie lubię Kafki. [Magdalena Tulli, str. 142]

I znowu: jak to miło, że ktoś jeszcze ma podobne co ja zdanie o twórczości autora, tym razem Kafki. Nie przepadam za nim, Proces wymęczyłam ze sporą niechęcią i nie bardzo zastanawiałam się nad swoim stosunkiem do autora dopóki nie przeczytałam tej rozmowy. Właśnie tak, „nadgorliwość ponurości”, o to mi chodziło.

Tak naprawdę zawsze miałem tendencję, która się z wiekiem nasiliła, do czytywania w kółko tych samych książek. Do dziś czytam w kółko te same książki. A pewnych, które wszyscy kulturalni ludzie przeczytali, nie znam. Nie lubię i nie czytam. Prawie nie znam Dostojewskiego. Nie lubię osoby. [Erwin Axer, str. 227]

Znowu ten Dostojewski, dostało mu się dzisiaj. Ale bardziej od tego, że też go nie lubię chciałam napisać o tym, że też czytam czasem na okrągło te same książki. Mam sporo takich, które przeczytałam koło dziesięciu razy, kilka czytanych ponad dwudziestokrotnie, tych poniżej dziesięciu nawet nie ma co liczyć, tak samo tych, do których wracam co jakiś czas, żeby przeczytać konkretny fragment albo losowo wybrany urywek.

I rzeczywiście pomijam wiele książek, które wszyscy inni czytają. Dajmy już spokój Dostojewskiemu, ale taki Cichy Don jest ulubionym tematem moich dyskusji z moim Ulubionym Ojcem — bo nie przeczytałam, a powinnam. Mam takich mnóstwo, również tych młodszych: nie czytam (i raczej nie mam zamiaru próbować) Lessing, Murakamiego, Irvinga, Allende. Nie ciągnie mnie do Llosy i w ogóle żadnych pisarzy iberoamerykańskich. Nie czytuję literatury azjatyckiej (może poza Izraelem) ani afrykańskiej. I póki co dobrze mi z tym.

— Pamiętniki i wspomnienia to ulubiona lektura Pana żony. Pan ich nie lubi?
— Teoretycznie bym lubił, ale jakoś nie czytam. [Jerzy Turowicz, str. 243]

U mnei nie tylko pamiętniki i wspomnienia, ale również reportaże i ogólnie literatura faktu, biografie i ksiażki historyczne, sporo fantastyki, może też książki podróżnicze. Teoretycznie bym lubiła, ale (prawie) nie czytam. Nawet praktycznie lubię, ale nadal raczej po nie nie sięgam. Chyba po prostu dlatego, że nie da rady czytać wszystkiego. Coś czasem trzeba odpuścić.

O biblioteczkach, kupowaniu i pożyczaniu

Kupuję [książki] już chyba ukradkiem sama przed sobą. [Julia Hartwig, str. 45]

Ja też! Wracam z księgarni czy antykwariatu i mam ochotę natychmiast schować przyniesione książki gdzieś na półkę i udawać, że stały tutaj od zawsze. Kiedyś dostanę rozdwojenia jaźni i Dr Jeckyll nie będzie wiedziała nic o książkach, które kupiła Mrs Hyde.

Najchętniej wklejałbym [do pożyczanej książki] kartkę „skradziono u Andrzeja Osęki”, jak było napisane na żarówkach w tramwajach — „skradziono w MZK”. [Andrzej Osęka, str. 83]

Lubię pożyczać książki, ale zawsze straszliwie martwię się, że do mnie nie wrócą. Niby zapisuję co komu pożyczam, ale i tak niepokój pozostaje. Jesteśmy coraz bliżsi zamówienia sobie pieczątki z ex librisem, choć z drugiej strony musiałby być bardzo estetyczny, żeby nie szpecił książek i to nas na razie powstrzymuje.

W którymś z podręczników Kotarbińskiego  jest rozdział o podziałach logicznych i nielogicznych i przykład, jak ktoś ustawiał książki na półkach. Na jednej ustawiał przyrodnicze, na drugiej francuskie, a na trzeciej w zielonych okładkach. I dokładnie tak właśnie ustawia się książki w bibliotece. [Jerzy Jedlicki, str. 34]

Układ biblioteki jest sumą ciągłych kompromisów. [Jerzy Jedlicki, str. 34]

Pozbywanie się książek jest dużo bardziej pracochłonne niż kupowanie. [Jerzy Jedlicki, str. 35]

Trzy prawdy spokojnie mogące odnosić się do naszej biblioteczki. Staramy się zachować pewien ład w ustawieniu, ale w paradę wchodzą nam nie tylko formaty książek, ale też bardzo płynny podział na „moje” i „mężowskie” i brak miejsca na kolejne nabytki. Bo pozbywanie książek zupełnie nam nie idzie… chociaż pierwszy krok już wykonany, wyselekcjonowaliśmy książki „do wymiany”. Na razie leżą na osobnej półce.

Kupowałam czasem książki, które już wcześniej przeczytałam. Żeby mieć. Posiadanie ma w sobie coś kojącego. [Magdalena Tulli, str. 140]

Nadal kompletuję książki, które muszę mieć w domowej biblioteczce, a od czasów wyprowadzenia się od rodziców ich nie mam. Lubię do książek wracać, lubię wiedzieć, że stoją na półce i czekają. Nie korzystam już z bibliotek, a od znajomych pożyczam książki niezwykle rzadko. Mimo tego ilość książek do przeczytania rośnie w tempie zastraszającym. Bo lubię mieć.

Troszkę są poukładane, ale, jak pani wie, książki mają tendencję do przemieszczania się po całym mieszkaniu [Krystyna Zachwatowicz, str. 156]

Moje książki jakoś też nie chcą spokojnie stać w miejscu, w którym je postawiłam. Przenoszą się z półki na półkę, zbierają w stosy i zawalają miejsca, gdzie nie powinno ich być, czasem po prostu gdzieś uciekają i strasznie trudno je znaleźć… W zasadzie orientuję się w moim książkowym bałaganie, ale trochę mnie on męczy.

***

O tym, między innymi, można przeczytać w Książkach i ludziach Barbary N. Łopieńskiej. Wywiady przeprowadzone zostały z tak różnymi ludźmi, że na każdy z przytoczonych poglądów znajdą się w książce przynajmniej dwie kontry. Miłośnicy Dostojewskiego też znajdą w niej sporo dla siebie. Albo ci, którzy mają nienaganny porządek w biblioteczce. A nawet ci, którzy książki traktują wyłącznie jako narzędzie pracy i specjalnie za nimi nie przepadają.

Bardzo polecam.

Moja ocena: 8,5/10

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora „Listy na wyczerpanym papierze”

Tytuł: Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze
Autor: Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora
Ułożyła i opatrzyła przedmową i komentarzami:  Magda Umer
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 216
Audiobook czytają: Magda Umer i Piotr Machalica

Dużo ostatnio czytałam na temat tej książki i ciekawym trafem niemal nic z tego, co czytałam nie było recenzją. Nie dziwi mnie to jakoś przesadnie, bo naprawdę trudno się o tej książce pisze. Najlepszym dowodem na to jestem ja sama. Listy na wyczerpanym papierze przeczytałam jeszcze w listopadzie i mimo tego, że mam ogromną ochotę coś o nich na blogu napisać, jakoś mi się to nie udaje (w związku z czym to też zapewne nie będzie recenzja, tylko zlepek wrażeń z lektury). A szkoda, bo to naprawdę ciekawa książka. Dla mnie jedna z lepszych w całym roku czytelniczym.

***

Od kiedy usłyszałam o Listach, wiedziałam, że muszę je przeczytać. Chciałam przede wszystkim dowiedzieć się jak wyglądało uczucie, przez które przestał istnieć najciekawszy program polskiej telewizji, czyli Kabaret Starszych Panów. Zauważyłam, że czytelnicy tej książki dzielą się na zaciekawionych ogólnie, fanów Agnieszki Osieckiej i fanów Jeremiego Przybory. Najwięcej w Internecie widzę tych drugich, ja zaś należę zdecydowanie do trzeciej kategorii, przy czym moje fanostwo podpada w tym wypadku nieco pod fanatyzm.

***

On do Niej (Inwokacja)

***

Nie miałam specjalnie wątpliwości moralnych przy sięganiu po tę książkę. Ciekawa dyskusja na ten temat była ostatnio u Nutty w niecodzienniku literackim, polecam lekturę. Ja bez specjalnych problemów czytam korespondencję ludzi kultury (najczęściej trafiam na poetów i pisarzy, ale nie tylko — tutaj znajdziecie świetną recenzję Listów Mozarta, które bardzo chciałabym przeczytać), dlatego Listy na wyczerpanym papierze potraktowałam jak kolejny tom tego typu. Skoro listy takiego Franza Kafki czytamy („my” w sensie szerszym, ja akurat Kafki nie ruszam) bez problemu, to czemu nie mamy czytać listów Przybory?

***

Och, rany, strasznie to wszystko nieskładne i dookoła tematu, ale ostrzegałam, że mam problemy z pisaniem konkretnie i na temat…

***

Ona do Niego (Dookoła noc się stała)

***

Historia w Listach to historia dwojga ludzi, którzy rozpaczliwie próbowali się zrozumieć. On, starszy o ponad 20 lat, ustatkowany, spokojny, uporządkowany i szaleńczo zakochany. Ona nielubiąca wiązać się na dłużej, kochająca wolność, ale jednak podziwiająca go i zafascynowana.

Nie dziwię się Agnieszce Osieckiej, że nie była w stanie na poważnie wziąć deklaracji faceta sporo od niej starszego, żonatego, dzieciatego i na dodatek psa na baby (w końcu Jeremi rozkochiwał w sobie kobiety dłużej niż Agnieszka żyła). Nie dziwię się z drugiej strony Jeremiemu Przyborze, że nie był w stanie znieść tego, że dla Agnieszki najważniejsza była ona sama, a wszystko inne (włącznie z uczuciami, a co za tym idzie — z Jeremim) musiało zejść na dalszy plan.

Wcale się nie dziwię, ale jednak trochę smuci mnie to, że dwoje ludzi dość jednak mądrych i  piekielnie inteligentnych (to nie jest to samo) tak bardzo nie było w stanie się porozumieć. Z listów tych dwojga przebija niechęć do pisania o sprawach dla nich trudnych. Bolesne rzeczy, nawet jak wybuchną, zaraz są zamiatane pod dywan i szybciutko zapominane…

Skoro tych dwoje nie potrafiło się porozumieć niemal zupełnie, to jaką szansę mają ci, którym los nie dał takich uzdolnień jak im? Lepiej czy gorzej? Jak by nie było, ja jako psycholog (zwłaszcza taki od par) zawsze będę miała pełne ręce roboty…

***

On o Niej (Podła)

***

Z drugiej strony, wnioski z lektury Listów wcale nie muszą być ponure. W końcu udało im się przeżyć coś pięknego, mocnego i ważnego, a po upadku oboje podnieśli się i zdążyli jeszcze być szczęśliwi. W końcu dla poety nieszczęśliwa miłość jest często najlepszym źródłem natchnienia.

Dla Przybory te doświadczenia z Osiecką były pewno o tyle szokujące, że do tej pory, to on nie angażował się za bardzo i to on uciekał. Nauka bolesna ale wartościowa. Jego związek z Alicją Wirth mnie osobiście daje tę wygodę, że mogę Jeremiego Przyborę (mimo wszystkiego co o nim wiem) szanować jako człowieka. Bardzo nie lubię nie lubić ludzi, których twórczość uważam za genialną i tutaj — pośrednio dzięki Agnieszce właśnie — nie muszę się z tym męczyć.

***

Ona do Niego (Mówiłam żartem)

***

Troszkę o realiach: Jak inaczej wyglądało życie nie tylko bez komórek, ale często również bez telefonów. Ja pamiętam to już mgliście, młodsi ode mnie pewnie wcale, a nawet mnie trudno jest teraz wyobrazić sobie, że na odpowiedź na takie listy jak te (tak emocjonalne i tak ważne) trzeba było często czekać tygodniami. To musiało być strasznie trudne.

Trudniejsze niż teraz były na pewno rozstania. Z drugiej strony zaskakiwała mnie trochę emocjonalność niektórych listów. Ja pewno ochłonęłabym w trakcie pisania i prędzej bym nic nie wysłała niż wysłała to, co nasi bohaterowie.

Inna rzecz z bliskiej półki. Czy współczesny czytelnik naprawdę nie wie co to MHD czy Spatif? Nie wie kim byli Bułat Okudżawa, Markiz de Sade i Stanisław Tym…? Dość przerażająca wizja. Magda Umer dzielnie takie rzeczy tłumaczy temu nieszczęsnemu współczesnemu czytelnikowi w przypisach do listów.

Przy okazji — kilka ciekawych refleksji o opracowaniu Magdy Umer możecie przeczytać u Ewenement.

***

Troszkę jeszcze o stronie formalnej. Listy są pod tym względem wzorem do naśladowania dla innych wydawców. Piękny papier, świetne opracowanie graficzne, zdjęcia, skany dokumentów (telegramów, pocztówek, listów), do tego całość opatrzona przypisami i naprawdę dobrze opracowana (przez Magdę Umer). A na dodatek razem z książką dostajemy płytę z wersją audio. Naprawdę chciałabym, żeby inne książki za tę cenę (40 złotych) były równie dobrze wydane.

***

On o Niej (Moja dziewuszka nie ma serduszka)

***

Piosenki. Ona z myślą o Nim napisała między innymi Dookoła noc się stała, Na całych jeziorach — ty, Mówiłam żartem, Byle nie o miłości i Pa, pa paryski walczyk.

On o Niej pisał Utwierdź mnie, Inwokację, Nie zakocham się tej wiosny, O Julietto (Agnieszko), Moja dziewuszka nie ma serduszka, Podła, SOS, Pa, tato, pa! i Stacyjkę Zdrój.

O ileż biedniejsi bylibyśmy my, słuchacze, bez tego uczucia i ich połamanych serc? Trudno nie zgodzić się tutaj z innym wspaniałym poetą, który już (z tym utworem) u mnie na blogu gościł — Marian Hemar pisał o tym tak: „Literatura, literatura | To nie jest tylko zasługa pióra: | Trzeba dziewicy, która wie, | Kiedy poecie szepnąć : „nie”!”.

***

Miło byłoby, gdyby ta książka przełożyła się na wzrost popularności piosenek Przybory i Osieckiej również u tych, którzy do tej pory słuchali ich mniej. Więcej pewnie dadzą tutaj takie płyty jak Cafe Sułtan Grzegorza Turnaua czy Osiecka Nosowskiej, ale może i Listy na wyczerpanym papierze przypomną komuś o tych autorach. Przy czym, przyznaję szczerze, dużo bardziej obchodzi mnie tu los tekstów Jeremiego Przybory. Jako wierny fanatyk mam nadzieję, że ludzie cięgle będą tych piosenek słuchać.

Na razie moje osiągnięcia w promocji ograniczają się do tego, że mój Ulubiony Mąż używa tytułów Przybory w swoich blogowych notkach. Może kiedyś zacznie też słuchać jego piosenek…

***

Polecam. To naprawdę ciekawa lektura.

Chociaż pewnie ci, którzy nie kojarzą ani Agnieszki, ani Jeremiego, będą przy czytaniu mieli zdecydowanie mniej przyjemności. Im polecam zacząć od słuchania ich piosenek.

Moja ocena: 9/10

Agatha Christie „Autobiografia” i John Curran „Sekretne zapiski Agaty Christie”

Tytuł: Autobiografia
Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: An Autobiography
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Magdalena Konikowska, Teresa Lechowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 590

Tytuł: Sekretne zapiski Agaty Christie
Autor: John Curran
Tytuł oryginalny: Agatha Christie’s Secret Notebooks
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Beata Długajczyk
Wydawnictwo: Wydawnistwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 477

Sylwestra, jak powszechnie wiadomo, należy spędzać tak, żeby dobrze się bawić. Dlatego zamiast szykować się na bal zrobię sobie zaraz gorącą kąpiel i trochę poczytam. Potem może sfotografujemy stosiki pogwiazdkowe. A przedtem napiszę parę słów o dwóch bardzo silnie ze sobą powiązanych książkach. Sekretne zapiski Agaty Christie dostałam od przedstawiciela Mikołaja na Mikołajki, ale przecież nie mogłam czytać ich bez przygotowania, wyciągnęłam więc z czeluści szafki Autobiografię królowej kryminałów i (jak pilny student) przypomniałam sobie podstawową wiedzę przed przyswajaniem dalszej.

Zdążyłam już zapomnieć jak dobra jest to książka. Do kryminałów Agathy Christie wracam dość często i zawsze uderza mnie lekkość jej pióra, ale zwyczajnie nie pamiętałam, że Autobiografię czyta się tak przyjemnie. Od pierwszej do ostatniej strony książka wciągała mnie bardziej niż niejeden kryminał tej autorki. Agatha Christie zaczęła pisać swoją autobiografię w 1950 roku, skończyła piętnaście lat później w wieku 75 lat. Większość wspomnień pochodzi sprzed wojny (spora część sprzed pierwszej), z lat dzieciństwa i młodości autorki, część powojenna to tylko 22 spośród prawie 600 stron. Stosunkowo niewiele dowiemy się o twórczości Christie, jej pisanie pozostaje na trzecim albo i dalszym planie. Pięknie za to pisze ona o czasach, w których żyła i krajach, które odwiedziła. A że podróżowała dookoła świata, a sporą część życia spędziła na Bliskim Wschodzie, to miała o czym pisać.

Już pierwsze zdania książki znienacka przenoszą nas w nieoczekiwane regiony. No bo wyobraźcie sobie sześćdziesięcioletnią Agathę Christie, znaną z fotografii miłą panią o przenikliwych oczach, która zaczyna spisywać swoje wspomnienia. Wyobraziliście sobie? To teraz dodajcie do tego całe otoczenie w jakim byście ją umieścili. Już? To przeczytajcie jak zaczyna się Autobiografia:

Nimrud to współczesna nazwa starożytnego miasta Kalah, wojskowej stolicy Asyryjczyków. Nasz Dom Ekspedycji zbudowany jest z glinianych cegieł. Stoi po wschodniej stronie kopca i mieści kuchnię, jadalnię połączoną ze świetlicą, małe biuro, pracownię, duży magazyn oraz malutką ciemnię. My wszyscy śpimy w namiotach. [1]

Później dowiadujemy się, że w tym sezonie dodano do Domu Ekspedycji  nowy pokój, na którego drzwiach od strony zewnętrznej przyczepiona jest tabliczka z wypisanym pismem klinowym „Beit Agatha” – dom Agathy. Tam właśnie, pomiędzy pomaganiem w pracach wykopaliskowych a pisaniem nowej powieści, Agatha Christie rozpoczynała pisanie Autobiografii.

Dalej jest równie ciekawie.  O swoim wieku pisze autorka z dużą dozą dystansu:

Czasami w osobach młodszych budzisz niejaką historyczną ciekawość.

— Przypuszczam — mówi wykształcona dziewczyna z pewnym zainteresowaniem — że pamięta pani całą wojnę krymską?

Dość dotknięta odpowiadam, że nie jestem aż tak wiekowa. Odrzucam również ewentualność udziału w powstaniu sipajów w Indiach. Przyznaję się natomiast do wspomnień z wojny burskiej — brał w niej udział mój brat. [2]

Uważa, że ma on pewne zalety:

Wspominanie to jedna z rekompensat, jakie przynosi wiek, i to rekompensat z pewnością bardzo miłych. [3]

Sądzi też, że człowiek nie zmienia się całkowicie:

Jestem tą samą osobą co owa poważna dziewczynka z jasnopłowymi anglezami. Cielesna skrytka, w której zamieszkuje dusza, rośnie, rozwija instynkty i upodobania, uczucia i zdolności intelektualne, lecz ja, prawdziwa Agatha, pozostaję taka sama (…). Tak więc my wszystkie — mała Agatha Miller i duża Agatha Miller, i Agatha Christie, i Agatha Mallowan — podążamy naszą drogą. Dokąd? Tego człowiek nie wie — i to oczywiście sprawia, że życie jest fascynujące. [4]

To właśnie to, co zawsze czytając jej książki wyczuwałam:

Zawsze uważałam i nadal tak uważam, że życie jest fascynujące. [5]

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć. [6]

A wszystko to (i jeszcze trochę więcej) w czterostronnicowej przedmowie. Ta fascynacja i radość życia powoduje, że Autobiografię czyta się jak fascynującą podróż w czasie i przestrzeni. Christie pamięta różne rzeczy, nie wszystkie te, które chciałaby pamiętać, a często przychodzą jej na myśl drobiazgi pozornie bez większego znaczenia.  Właśnie te drobiazgi sprawiają, że czytając wspomnienia Agathy Christie możemy poczuć smak i zapach czasów odległych od nas często o ponad wiek.

Bardzo to przyjemna lektura, miejscami nostalgiczna, miejscami wzruszająca, najczęściej jednak zwyczajnie zabawna. Mój egzemplarz po przeczytaniu pełen jest żółtych przylepnych zakładeczek, a jeszcze więcej w nim zaznaczeń i podkreśleń. Oczywiście są w nim też kartki ze spisanym stanem posiadania książek autorki (już nieaktualny, muszę koniecznie go wymienić!) i kilka większych zakładek.

Mnóstwo przyjemności dało mi śledzenie razem z Christie mentalności ludzi. W wieku dwudziestym zachodziły w niej ogromne zmiany i sporą ich część odnotowuje autorka w swoich wspomnieniach.  Na ogól nie aż tak wprost jak tutaj:

W ciągu mego życia mieliśmy do czynienia z trzema kolejnymi etapami snobizmu. W pierwszym z nich podstawowe pytania brzmiały następująco: „Ależ kochanie, kim ona jest? Co to za rodzina? Czy pochodzi z rodu Twiddledo z Yorkshire? Tak, oczywiście, źle im się powodzi, bardzo źle, ona jednak wywodzi się z Wilmotów”. Z biegiem czasu zastąpiły je inne: „Och tak, oczywiście, są okropni, ale za to szalenie bogaci”. „Czy ludzie, którzy wzięli dom Larche’ów, mają pieniądze?” „Ach tak, wobec tego lepiej zadzwońmy”. W trzecim etapie pojawiały się znowu inne: „Lecz czy oni są zabawni, kochanie?” „Tak, oczywiście nie są zamożni i nikt nie wie, skąd się wzięli, ale są bardzo zabawni”. [7]

Nie będę tutaj zamęczać Was dalej cytatami z Autobiografii, za to szczerze zachęcam, abyście przeczytali ją sami. Jeżeli tylko interesuje Was początek XX wieku, międzywojnie albo czasy II wojny światowej, jeżeli lubicie atmosferę angielskich domów taką jak w Gosford Park, lub raczej jak w powieściach Agathy Christie, jeśli wreszcie lubicie dobrze napisane wspomnienia lub chcecie się czegoś więcej na temat autorki dowiedzieć — czytajcie. Naprawdę warto.

Jest też, oczywiście, w Autobiografii trochę o twórczości. Nie tyle, ile fan chciałby przeczytać, ale informacje bywają ciekawe. Można dowiedzieć się co zainspirowało kilka znanych powieści, którą ze swoich książek Agatha Christie lubi najbardziej, a którą najmniej. Jest wreszcie  całkiem sporo o przeróbkach scenicznych jej powieści i o pisanych przez nią sztukach teatralnych. W ten sposób przejdźmy do drugiej książki, o której chcę dziś napisać. Jeszcze w Autobiografii pisze Christie tak:

Pomysły zjawiają się w najmniej oczekiwanych momentach: idę ulicą, oglądam wystawę sklepu z kapeluszami, aż tu nagle błyska myśl: o, w ten sposób można by znakomicie zatuszować zbrodnię, nikt się nie domyśli. Naturalnie, trzeba jeszcze dopracować praktyczne szczegóły, pomalutku „urodzić” postacie, lecz pomysł tymczasem trafia do zeszytu.

Wszystko to bardzo pięknie, tyle że zeszyt wiecznie się gdzieś zawierusza. Zwykle mam pod ręką z pół tuzina, notuję tam co ciekawsze koncepty, informacje o truciznach i lekach, wyczytane w gazecie doniesienia o szczególnie chytrych oszustwach. Rzecz jasna, gdybym trzymała notatki w idealnym porządku, starannie posegregowane i oznaczone, uniknęłabym wielu kłopotów. Lecz także pozbawiła się przyjemności. [8]

Właśnie te zeszyty (dokładnie 73) wziął na warsztat John Curran, wielbiciel królowej kryminałów i współzałożyciel archiwum Agathy Christie. Sekretne zapiski Agaty Christie (w oryginale Agatha Christie’s Secret Notebooks) wbrew nośnemu tytułowi nie zawierają wypisów z pamiętników autorki ani jej pikantnych listów. Nic z tego. Książka to analiza części notatek, jakie autorka poczyniła na potrzeby swoich książek. Curran nie opisał ani wszystkich książek, ani wszystkich zeszytów, wybrał jednak te, które jego zdaniem mogą być dla czytelnika najciekawsze.

Całość podzielona jest na rozdziały połączone wspólnym tematem omawianych książek. Znajdziemy więc „morderstwo z przeszłości”, „morderstwo za granicą” i „morderstwo według dziecięcej rymowanki” (oczywiście nie tylko te). Każdy rozdział otwiera spis książek, których zakończenia zostały ujawnione (i jakiś odpowiedni cytat z autorki), zaś opis każdej książki rozpoczyna się od kilkuzdaniowego streszczenia. Do tego mamy (wyróżnione innym krojem pisma i pogrubieniem) cytaty z notatników Christie i sporo zdjęć (zazwyczaj poszczególnych stron). Całości dopełniają ramki z informacjami dodatkowymi i dodatki po każdym rozdziale. Przyznaję chętnie, że to bardzo pięknie i starannie wydana książka.

Co do jej treści natomiast nie mam już tak pozytywnych wrażeń. Z pewnością dowiedziałam się z niej trochę o sposobie w jaki Agatha Christie pisała swoje kryminały — moim (i chyba autora też) największym odkryciem było to, że często autorka w trakcie pisania sama nie wiedziała kto zabił, że koncepcja pojawiała się przy pisaniu książki, często zmieniana i analizowana. Oczywiście zawsze myślałam, że dokładny plan był przygotowywany jeszcze przed pisaniem, a tu niespodzianka. Nic więcej w książce specjalnie mnie nie poruszyło. Spacerowanie śladami myśli Christie było dość ciekawe, przydatna jest też analiza podobieństw pomiędzy poszczególnymi jej utworami i tego która powieść zawiera rozszerzenie którego opowiadania (często zresztą z innym mordercą).

Nie narzekam na to, że żeby wynieść cokolwiek z tej książki trzeba dobrze pamiętać intrygę kilkudziesięciu książek autorki albo mieć je pod ręką i czytać w odpowiednim momencie. Na tyle często wracam do jej twórczości, że w większości wypadków nie miałam specjalnych problemów. Większy problem miałaby osoba, która za dużo Christie nie czytała. Teoretycznie, owszem, są tu spoilery i Curran wspomina rozwiązania zagadek, ale jakoś niewiele z tego wynika — nie da się odtworzyć fabuły na podstawie tego, co pisze Curran. Szczególnym problemem staje się to w przypadku sztuk teatralnych, które nie dość, że nie są w Polsce wydane, to jeszcze są totalnie nieznane (nie mówię tu o Pajęczynie, Pułapce na myszy i Nieoczekiwanym gościu, które u nas wyszły). W takim wypadku, nie znając tekstu ostatecznego, naprawdę trudno docenić pracę Currana.

Doceniam za to czujność tłumaczki, która opatrzyła książkę przypisami odnoszącymi się do polskich wydań i tłumaczeń Christie. Dowiemy się z nich jak mają się polskie tytuły do oryginalnych (Remembered Death znana też jako Sparkling Cyanide po polsku nosi tytuł Rosmary znaczy pamięć) i jakie fragmenty zostały w tłumaczeniach pominięte lub zmienione. Ujął mnie następujący fragment i następujący po nim przypis tłumaczki:

W rozdziale 12 Pani McGinty nie żyje pani Oliver skarży się gorzko na pedantycznych czytelników, którzy w listach wytykają jej błędy i nieścisłości. Między innymi wspomina swoją powieść To była śmierć kota. „To tam dałam dmuchawce stopę długości, choć w rzeczywistości liczy pięć stóp”*.

*Dmuchawka miała wyjątkowego pecha. Pani Oliver skróciła ją o pięć stóp, natomiast polska tłumaczka o stopę. W oryginale Pani McGinty… wnikliwy czytelnik zwraca uwagę pisarce, że dmuchawka w rzeczywistości liczy sześć stóp. [9]

Miałam nadzieję, że znajdę w Zapiskach opracowaniu dokładną analizę: jak przedstawia się problem w powieści, jakie notatki poczyniła autorka, co z nich zostało, a co się zmieniło. Teoretycznie tak jest, ale tylko teoretycznie. Każdy utwór jest ledwo muśnięty, niemal nigdzie w książce nie znalazłam jakiejś głębszej analizy. Jeśli Christie zanotowała spis postaci, Curran przytacza go, podaje jak nazywały się w wersji ostatecznej, mówi kto wypadł, a kto został zastąpiony. I tyle. Żadnych szczegółów, żadnego pokazania jak ewoluowały pomysły Christie. W wielu miejscach mam wrażenie, że autor ślizga się po powierzchni. Jego uwagi wnoszą tak niewiele, że w zasadzie mogłyby być przypisami. I tak chyba te książkę czytałoby mi się lepiej — gdyby opublikowane zostały fragmenty notatników z przypisami Currana. Tutaj część zapisków Christie jest tylko wspominana albo streszczana (!), w zamian otrzymujemy za to zdanie autora (całkiem kategoryczne, nie powiem) na temat poziomu konkretnych książek autorki. Nie mam nic przeciwko osobistemu stosunkowi, ale fragmentów odnośnie „lepszych” i „gorszych” utworów pisarki było tyle, że zaczęły mnie denerwować. Nawet nie dlatego, że mam skrajnie inne zdanie niż Curran — owszem, w kilku miejscach uznał za marne powieści, które lubię, a w innych wynosił pod niebiosa te, moim zdaniem, nieco słabsze, zazwyczaj jednak się z nim zgadzam — ale fajnie byłoby, gdyby swoje zdanie jakoś uzasadniał. Najlepiej analizą fragmentów notatników albo analizą powieści. A tego nie robi.

Pisze za to z całkowitą pewnością rzeczy typu „Po niej [Nocy i ciemności] autorka nie stworzyła już niczego naprawdę dobrego” albo „każda książka Agaty stworzona po 1967 roku stanowi wyprawę w przeszłość — i jest grosza od swojej poprzedniczki”. Mnóstwo tu „na pewno”, „musi”, „nie może” itd. A we mnie takie dyrektywne spostrzeżenia nie poparte argumentami budzą odruchowy sprzeciw. Dlatego komentarze Currana czytało mi się (przynajmniej od pewnego momentu) z trudem.

Książka zawiera też dwa niepublikowane wcześniej opowiadania Christie z Herkulesem Poirot. I chociaż pewnie nie wszystkie opowiadania Christie wyszły już po polsku, to i dla nas nowe jej utwory są ciekawostką. I to głównie ciekawostką właśnie: Wypadek z piłką psa został bowiem przez autorkę rozwinięty do powieści (Niemy świadek), a różnice między oboma utworami są stosunkowo niewielkie, zaś Pojmanie Cerbera, nie opublikowane tuż przed II wojną światową z powodów politycznych, a dziesięć lat później (przy drukowaniu w zbiorze opowiadań) zastąpione innym utworem, jest bardzo specyficzne ale mało kryminalne (jak zresztą większość z Dwunastu prac Herkulesa). Dla samych opowiadań książki kupować nie warto.

Ogólnie w Sekretnych zapiskach za mało znalazłam Agathy Christie, a za dużo Johna Currana. I chociaż niewątpliwie książka jest przydatna i chętnie wrócę do niej po przeczytaniu któregoś z omówionych tytułów, to nie polecam jej w zasadzie nikomu poza fanatycznymi miłośnikami Agathy Christie i jej twórczości.

Oczywiście po przeczytaniu tych dwóch pozycji wchłonęłam już Dwanaście prac Herkulesa i Tajemniczą historię w Styles i szykuję się na więcej. Bardzo chętnie przeczytałabym też jakąś dobrą książkę o Agacie Christie lub o jej twórczości. Czytał ktoś z Was Biografię Agathy Christie Janet Morgan? Albo może polecacie jakąś inną książkę w tym temacie?

moje oceny:

„Autobiografia”: 8/10

„Sekretne zapiski Agaty Christie”: 4,5/10

[1] Agatha Christie „Autobiografia”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 13;
[2] tamże, s. 14;
[3] tamże, s. 14;
[4] tamże, s.15;
[5] tamże, s. 15;
[6] tamże, s. 16;
[7] tamże, s. 139;
[8] tamże, s. 487;
John Curran „Sekretne zapiski Agathy Christie”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, s.191;

A poza tym, Kochani, życzę Wam szczęśliwego nowego roku 2011.

Marek Karpiński „Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji”

Tytuł: Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji
Autor: Marek Karpiński
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 334

Świetna książka. Może nie genialna i idealna, ale na prawdę dawno nie bawiłam się przy żadnej książce tak dobrze, mało która też tak mnie zaciekawiła. Powinnam prawdopodobnie zacząć od tego, że dostałam tę książkę w ramach prezentu-niespodzianki. Na poprawę humoru. Od własnego Męża… Ale nie zacznę tak, bo sama wcześniej wyraziłam gorące zainteresowanie tą lekturą, a po otrzymaniu prezentu ogromnie się ucieszyłam. I słusznie.

Najstarszy zawód świata napisany jest bowiem bardzo sympatycznie. Czyta się sam. Język Marka Karpińskiego jest potoczysty, pełen intelektualnych wtrętów, nawiązań i odniesień (zdaniem wspomnianego wcześniej Męża pretensjonalny — może, mnie oczarował i tak), pojawiają się zwroty w najróżniejszych obcych językach, które co prawda nie są zazwyczaj tłumaczone, ale też tłumaczenia nie potrzebują. Na końcu recenzji znajdziecie kilka próbek stylu autora i każdy będzie mógł wyrobić sobie o nim opinię.

Faktem jest, że jako studentka (podyplomowa czy nie, studia pozostają studiami) seksuologii mam pewnie nieco inny niż reszta ludzkości stosunek (nomen omen) do omawianego w książce zagadnienia. Możliwe jest również, że posiadałam i przed lekturą zasób wiedzy z tej dziedziny większy niż przeciętny czytelnik. W końcu przez sporą część zeszłego semestru słuchałam na zajęciach o historii obyczajowości seksualnej czy o prostytucji właśnie. I choć mogę z tego powodu powiedzieć, że autor pominął wiele ciekawych aspektów historii tego zawodu (jak choćby prostytucja sakralna, której istnienie ledwie zaznaczył), to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, ze dowiedziałam się naprawdę mnóstwo interesujących rzeczy.

Książka ma układ chronologiczny: zaczynamy od starożytnej Grecji i lecimy dalej, mniej więcej kolejnymi epokami (średniowiecze itd aż do XXI wieku), czy formami państwowymi (Grecja, Rzym) i religijnymi (judaizm, wczesne chrześcijaństwo). Rozdziały nie są zbyt długie, a i powiązane ze sobą na tyle luźno, że można spokojnie czytać je oddzielnie jako eseje o interesujących nas czasach. Eseje, powtórzę to ponownie, fascynujące.

Jednak warto też powiedzieć, że nie jest to w żadnym wypadku książka naukowa, a jeżeli traktować ją jako popularno-naukową, to zdecydowanie więcej jest w niej tego pierwszego członu. Przeczytanie Najstarszego zawodu świata sprawiło, że zamarzyła mi się lektura obszernej monografii na temat prostytucji. Monografii szczegółowej ale zawierającej też szeroki kontekst (którego książce Karpińskiego nie sposób odmówić), opartej na źródłach i napisanej bardziej naukowo, nawet jeżeli mniej pięknie. Nie twierdzę, że Karpiński nie opiera się na źródłach, przeciwnie, 180 przypisów na niecałe 350 stron tekstu dowodzi, że opiera się całkiem mocno. Arcyciekawe cytaty są niewątpliwą zaletą tej książki.

Za to jedną z największych jej wad jest to, że redaktor nie sprawdził uważnie czy przypisy końcowe odpowiadają numerami właściwym miejscom w tekście. Bo przez znaczącą część książki nie odpowiadają. Co prawda da się to we w miarę bezbolesny sposób skontrolować, (przeskok przypisów jest najpierw o jeden, a potem o dwa), ale w przypadku książki popularno-naukowej i to jeszcze wydawnictwa Iskry, to ogromny minus. Kolejne minusy, które (choć z pewnym trudem) jestem w stanie wskazać w tej książce są już zdecydowanie bardziej subiektywną sprawą:

Po pierwsze rozdziały współczesne (powiedzmy od połowy XX wieku) są dużo mniej dla mnie ciekawe niż starsze. Fakt, że żeby oddać całość udokumentowanej (bo przecież dokumentów i świadectw z tego okresu więcej jest jakby niż z takiego powiedzmy średniowiecza) działalności z interesującego autora obszaru, potrzeba by pracy zdecydowanie większej, ale skupiając się na szczegółach, pewnych nowych zjawiskach, nieco stracił Karpiński z oczu całość. O ile prostytucja w rozdziałach wcześniejszych zdawała się być odrębnym pojedynczym zjawiskiem (choć, oczywiście opisanym wielostronnie i z różnych perspektyw), to tutaj miałam wrażenie oglądania tylko poszczególnych obrazów bez próby syntezy. Tak samo dopisany do tego wydania ostatni rozdział o wieku XXI (pierwsze londyńskie wydanie miało miejsce w 1997 roku), to przegląd kilku nowych zjawisk w prostytucji, spisany fragmentarycznie i troszkę jakby bez odniesienia do poprzedniego tekstu (powtarzało się sporo informacji z rozdziału poprzedniego, tak jakby autor tylko niezbyt uważnie go przejrzał przed dopisaniem kontynuacji).

Po drugie z kolei, czytając piękne i potoczyste zdania marzyłam czasami, żeby jakiś dobry, znający się na rzeczy specjalista przysiadł i opatrzył całość przypisami, korygującymi rzeczy pięknie brzmiące i zakorzenione w języku i świadomości potocznej, a jednak nie do końca prawdziwe. Przykładem niech będzie nieszczęsny Onan — we wstępie pisze autor: Do realizacji potrzeb seksualnych (jeżeli pominąć nieszczęsnych naśladowców biblijnego Onan) konieczna jest druga osoba. Nieszczęsny Onan jest zresztą jeszcze w tym kontekście wspominany. Kiedy nic właśnie! Biblijny Onan nie uprawiał masturbacji zwanej od jego imienia onanizmem. Bóg pokarał go za ulanie nasienia na ziemię, owszem, ale w wyniku tzw. stosunku przerywanego. Takich drobiazgów zauważyłam w książce kilka, nie wątpię, że specjalista znalazłby ich więcej.

Niemniej, szczerze polecam lekturę Najstarszego zawodu świata wszystkim zainteresowanym historią życia prywatnego. Bo cóż w zasadzie jest bardziej prywatnego, niż seks nierozerwalnie związany właśnie z prostytucją.

I na koniec obiecana garść cytatów (przy okazji kilka spośród tysięcy zawartych w książce ciekawostek):

Obowiązkiem tak skoszarowanej niewolnicy było obdarzanie rozkoszą każdego, kto posiadał zdolność płatniczą jednego obola. Niezorientowanym w ówczesnych kursach walut przypominamy, że tyle brał niejaki Charon za przewiezienie przez rzekę Styks. [14]

W sprawie tej należy przytoczyć jeszcze jeden trik, do którego uciekały się profesjonalistki. Otóż na podeszwach swych sandałów chytre te panienki ryły negatyw napisu „pójdź za mną”. W pyle greckich dróg pozostawał więc odciśnięty ów zachęcający anons. Łączyły zatem przemyślnie Greczynki spacer dla zdrowia ze swoista akcją promocyjną. [15]

Teatr interesuje nas nie tylko dlatego, że w cieniu jego arkad kwitł nierząd. Wyżej próbowaliśmy pokazać, że nie było takiego cienia, w którym by nie kwitł. [31]

W dziedzinie stanowienia prawa o interesującym nas zawodzie prym dzierży — jak zwykle — Anglia. List żelazny Henryka II (1180) był dla prostytucji tym, czym Magna Carta dla demokracji.

Kiedy papież Innocenty IV opuszczał Lion po dziewięcioletnim pobycie, towarzyszący jego świątobliwości kardynał Hugo, nie bez ironii, tak napisał: „Po przybyciu znaleźliśmy tylko trzy lub cztery burdele. Gdy odjeżdżaliśmy natomiast zostawiliśmy za sobą tylko jeden. Jakkolwiek warto dodać, że rozciągał się bez żadnej przerwy od Wschodniej do Zachodniej bramy”. [73]

Moja ocena: 8,5/10