Kontynuacje i nawiązania: Don Kichot

Ilustracja do wydania z 1863 roku
Ilustracja Gustava Doré

Pamiętam, że w moich licealnych podręcznikach do polskiego po każdej niemal lekturze pojawiał się (przez wielu znienawidzony) dział „Kontynuacje i nawiązania”, z którego mogliśmy się dowiedzieć kto pisał o Ikarze po mitach greckich. Ja zawsze to bardzo lubiłam i chociaż przykłady nawiązań były dość nieciekawe, do dziś została mi ciekawość wypatrywania (w książkach, piosenkach, filmach) motywów.

Trafiłam też ostatnio po raz któryś już na listę książek, którą norweskie Kluby Książki stworzyły na podstawie odpowiedzi 100 pisarzy z 54 krajów świata. A poproszono ich o nominowanie dziesięciu książek, które miały największy wpływ na kulturę świata i wpłynęły na ich sposób myślenia (nominate the ten books which have had the most decisive impact on the cultural history of the world, and left a mark on the authors’ own thinking). I, jak się okazało, najwięcej głosów w tej konkurencji zebrał Don Kichot Cervantesa.

Nie jest to moja ulubiona książka, więc jak zwykle przejrzałabym listę z większą lub mniejszą ciekawością (tym razem z większą, bo jest wyjątkowo mało anglocentryczna) i szybko o niej zapomniała, ale nałożyła mi się lektura tego artykułu z czasem, kiedy w naszym domy praktycznie bez przerwy słychać piosenkę Pożytek z odmieńców.

Piosenkę z tekstem Jacka Kaczmarskiego śpiewa Trio Łódzko-Chojnowskie (muzyka Pawła Konopackiego).

Jacek Kaczmarski do Cervantesa i Don Kichota sięgał bardzo często. Poza Pożytkiem z odmieńców warto wspomnieć Cervantesa, Co dwóch widzi gdy widzi to samo, Sny i sny, Tezę Sancho Pansy i — moją ulubioną — Tezę Don Kichota. Znając życie wszystkich nie wymieniłam, ale i z tego zestawu można z łatwością wyciągnąć co najmniej jeden wniosek: Don Kichot jest niesamowicie uniwersalny, czy może lepiej byłoby powiedzieć wieloznaczny. Różnice między powyższymi wierszami wystarczyłyby spokojnie na pracę licencjacką, a jakby się kto dobrze postarał, to i na magisterską, a wszystkie czerpią z tego samego Cervantesa.

Kiedy zagłębiam się w Kaczmarskiego uderza mnie potrzeba powrotu do źródeł, którymi się inspirował. Kiedy słucham Muzeum, sięgam do obrazów, a kiedy wczytuję się w te wszystkie wariacje na temat Don Kichota czuję potrzebę powrotu do książki i sprawdzenia co takiego przeoczyłam.

Teza Don Kichota Kaczmarskiego, czyli moja zdecydowanie ukochana interpretacja tej postaci.

Nie tylko Kaczmarski sięgał do Cervantesa. Pierwszą piosenkę o Don Kichocie usłyszałam jeszcze zanim w ogóle wiedziałam kto zacz. Ballada o późnej starości Don Kichota Wojciecha Młynarskiego jest jedną z najpiękniejszych odpowiedzi na pytanie „co ma piernik do wiatraka?” (do postaci Don Kichota odnosił się zresztą Młynarski nie tylko tu, bo choćby i w Błędnym rycerzu).

A skoro piszę o moich ulubionych artystach, to nie mogę nie wspomnieć o Brelu, którego wersję Człowieka z La Manczy przedkładam zarówno nad oryginał, jak i nad wersję polską. Zresztą właśnie francuska wersja Brela (i pan Macias) była głównym powodem dla którego widziałam ten musical i dla którego rozważam pójście na niego powtórnie (nikt nie mówił, że to musi być logiczne, prawda?). Bo w zasadzie ten musical jest dość średni…

Najpiękniejsza odpowiedź na pytanie „co ma piernik do wiatraka?”, czyli Ballada o późnej starości Don Kichota Wojciecha Młynarskiego.

Ilustracja do wydania z 1863 roku
Ilustracja Gustava Doré

Na angielskiej Wikipedii można się zapoznać z całą stroną dzieł inspirowanych Don Kichotem. Dla mnie to ciekawy materiał wyjściowy do dalszych poszukiwań.

Zastanawiam się, co takiego jest w książce Cervantesa, że tak wielu artystów się nią inspiruje? Dlaczego akurat Don Kichot „wygrał” we wspomnianym na początku plebiscycie? Czy to dlatego, że mówi o potędze książek (w końcu to właśnie księgi zainspirowały Don Kichota)? Czy może ze względu na apoteozę wyobraźni? Czy może po prostu dlatego, że rzeczywiście miał duży wpływ na powieść (jako gatunek literacki) i zaczepieni autorzy pamiętali to ze szkoły?

Czytaliście Don Kichota? Jakie zrobił na Was wrażenie?

Bo ciągle się waham, czy próbować do niego wracać.

PS. Inny mój ulubiony poeta — Andrzej Waligórski — też pisał o błędnym rycerzu.

PS2. Nie podsumowałam książkowo zeszłego roku i w ogóle strasznie dawno mnie tutaj nie było, ale może uda mi się poprawić. Nawał pracy czasami nie pozwala nawet zerknąć na bloga, ale czasem powoduje, że człowiek robi wszystko, byleby do tej pracy nie siadać…

Reklamy

Wie dobrze Depka…

książka Pawła Huellegopłyta FormacjiWpis z dedykacją dla Ulubionego Męża.

Nawet nie wiem, czy ten wpis powinien się pojawić tu, czy tam, ale ze względu na Huellego będzie tutaj. Temat taki trochę halloweenowy, zaduszkowy i w ogóle nieco spóźniony, ale uznajmy, ze listopad jest miesiącem w którym dobrze się słucha o wszystkich krew w żyłach mrożących legendach i podaniach. A tę konkretną legendę poznałam (jak zwykle w moim przypadku) od zadniej strony.

Najpierw była Formacja (dawniej Gdańska Formacja Szantowa), ich koncert na Kubryku i płyta Renament. Na tym koncercie pierwszy raz usłyszałam piosenkę Na strandzie Helu i na nim też dowiedziałam się, że inspirację autor (Krzysztof Jurkiewicz) zawdzięczał Pawłowi Huellemu i jego Opowieściom chłodnego morza. Zanim dotarłam do Opowieści… trochę czasu minęło, ale w końcu wypatrzyłam je na ojcowej półce i znalazłam właściwe opowiadanie (Depka — Rzepka).

Fascynująca była dla mnie analiza obu tych tekstów jednocześnie. To już nie nisko latające skojarzenia, o  których pisałam w poprzedniej notce, tylko wyraźne nawiązanie. Przełożenie (dość poetyckiej, owszem, ale jednak) prozy Huellego na język poezji (tekściarstwo też poezja) i piosenki. Przełożenie bardzo, moim zdaniem, udane.

Zapraszam Was do podróży na wybrzeże w poszukiwaniu legendy Depki. Jeśli znacie piosenkę Formacji, odświeżcie ją sobie (wersję koncertową z YT zamieszczam poniżej) i dopiero wtedy zanurzcie się w opowieść Pawła Huellego. Jeśli Na strandzie Helu nigdy nie słyszeliście, radzę rozpocząć od Huellego, a dopiero potem posłuchać piosenki.

Swoją opowieść Huelle zaczyna zupełnie niewinnie wspomnieniem z dzieciństwa:

W tamtych czasach kupno czegokolwiek — nawet ryby — urastało do rangi problemu. [63]

Potem gawędzi trochę o kłopotach z zaopatrzeniem w latach siedemdziesiątych zeszłego wieku, o tym kiedy było z tym lepiej, a kiedy gorzej i jakim problemem było zaopatrzenie w ryby na Wigilię, aż w końcu zaczyna właściwą opowieść:

Wydelegowany zostałem do tej podróży niczym tajny agent: na jednej karteczce miałem zapisany adres rybaków spod Jastarni. Na drugiej — rozkład jazdy pociągów (w tym powrotnych) relacji Gdynia—Hel. Trzecia zawierała spis zakupów, ostatecznie przekreślony przez moją matkę, z dopiskiem — bierz, co będzie…

Pan Depka mieszkał w szopie. Było to skrzyżowanie typowej kaszubskiej checzy z czymś w rodzaju warsztatu i magazynu; tyleż rybackiego, co szkutniczego. Nawet się nie zdziwił, kiedy wkroczyłem do środka i wyjawiłem swoje referencje — „od pana inżyniera, co to maszyny kutrów wam rychtował”. Ale nie rozmawialiśmy o silnikach. Alojz Depka był poruszony i razem z panem Rzepką dyskutował — nad buseczkami (kieliszkami) wódki — cóż to się stało parę tygodni temu, kiedy to na zatokę wypłynął Józk Konkel, szyper maszoperii. Otóż — po pierwsze — nie był to czas połowów. Po drugie — na wodzie stało się coś takiego, o czym zarówno Depka, jak i Rzepka rozmawiali ściszonymi głosami.

Zjawisko to od lat prześladowało rybaków na zatoce. Czasami — nie wiadomo dlaczego akurat w tym, a nie innym momencie — na wodzie, zwłaszcza w okolicach starej torpedowni — pojawiała się pomarańczowa kula. Niczym piorun kulisty — „wieldżi” — to jest po kaszubsku — ogromny. Nikt nie wiedział, co to jest w istocie. Bywało, że w zderzeniu z łodzią kula ta paliła kuter i całą załogę na popiół — jak miało to miejsce w roku sześćdziesiątym trzecim, za maszopa Ponkego. Nikt nie ocalał. [64-65]

Jeszcze kilka opowieści o podobnych wypadkach z przeszłości i kolejnych próbach wyjaśnienia zjawiska przez kolejne komisje.

I nagle, jak gdybym otworzył karty księgi, potoczyła się opowieść: zdumiewająco barwna, bardzo stara.

Dlaczego Hel — we wszystkich językach żeglarzy — oznaczał to samo, po prostu piekło? No bo mieszkańcy przysiółków wiecznie zasypywanych piaskiem to byli prawdziwi słudzy diabła, piekielnicy. Zwłaszcza w czas jesiennych sztormów rozpalali na strandzie ognie — fałszywe drogowskazy. Rozbite statki dostarczały miejscowym wielu dóbr. Znali książęce prawo brzegowe i wiedzieli doskonale, że wszystko, co wyniesie woda — należy do princepsa. Dlatego po każdej spowodowanej katastrofie wszystkich ocalałych rozbitków zabijano. Żeby nie było świadków. Nawet — co zdarzało się niezwykle rzadko — kiedy rozbitkiem była kobieta.

Złe duchy sprzyjały procederowi. Żadna kara, żadne nieszczęścia nie spadły na lądowych piratów.

Dopiero kiedy z nawałnicy na brzeg wydostał się człowiek w biskupich szatach, po raz pierwszy złamano żelazną zasadę. Nikt nie odważył się zabić kapłana. Przykuto go łańcuchem w jednej z checz, gdzie przez dziesięć lat musiał obracać żarna. Dopiero przejeżdżający nieopodal urzędnik księcia Świętopełka — usłyszawszy nucone przez niewolnika łacińskie psalmy — powrócił do wsi z eskortą i wyzwolił biskupa Sedenzę, który dziesięć lat wcześniej płynął jako legat papieża Innocentego IV do duńskiego króla Eryka, no i trafił w czasie burzy na Helę, czyli do piekła.

Wyrok księcia Świętopełka był okrutny, ale sprawiedliwy. Co drugi mężczyzna z wioski poszedł na powróz. A niejakiego Depkę — pirackiego herszta — najpierw wysmarowano smołą. Potem przywiązano do masztu jego łodzi i obłożono pałubę chrustem. Płonąca łódź na oczach wszystkich mieszkańców strandu (także tych dyndających już na sznurach) długo krążyła po wodzie, popychana niewidzialnym prądem. I od tamtego czasu — kończył opowieść Alojz Depka — kto spotka tę płonącą łódź, musi zginąć. Czy nasz, czy Niemiec, Szwed czy Rusek.  [66-68]

Huelle w swojej opowieści wraca potem jeszcze na chwilę z XIII wieku do wieku XX, pociągu relacji Hel—Gdynia i Wigilii, ale my pozostańmy jeszcze w czasach księcia Świętopełka i papieża Innocentego IV i zobaczmy jak tę samą opowieść o Depce opowiedział Krzysztof Jurkiewicz i Formacja:


sł. i muz. K. Jurkiewicz; tekst piosenki można znaleźć tutaj.

Ta sama historia, często dokładnie te same słowa, czy związki frazeologiczne, a efekty zupełnie inne. Analizę porównawczą pozostawię nauczycielom polskiego (którzy może dobrze by zrobili posługując się na lekcjach tego typu przykładami, zamiast tego co porównywało się, kiedy ja byłam w szkole — choć może coś się do dzisiaj zmieniło). Mnie bardziej obchodzi fakt, że da się tę samą historię opowiedzieć zupełnie inaczej, a za każdym razem ciekawie. I trochę odnoszę się tutaj do tego komentarza Szyszki, a trochę do wcześniejszych swoich przemyśleń.

Obie historie nie są identyczne. Huelle dał swojej legendzie ramę współczesności, Formacja wydestylowała samą opowieść. W piosence jesteśmy bliżej Depki, a on jest dużo bardziej ludzki — wódz, który za wszelką cenę stara się dbać o swoich ludzi. W ten sposób obie te historie budzą we mnie inne emocje. Legenda Huellego jest opowieścią o duchach, jaką można powtarzać sobie przy ogniskach, a przy tym, już poza opowieścią o Depce opowiadanie daje nam mimochodem trochę „prywatnej” historii wybrzeża. Piosenkę Formacji odbieram za to nie tylko jako legendę, ale też nieco bardziej uniwersalną przypowieść, choćby o tym, że nie da rady osiągnąć dobrych celów złymi uczynkami, albo i o tym, ze jak się już źle postępuje, to jeden wyłom może doprowadzić do klęski. Dzięki uczłowieczeniu Depki pozwalam myślom błądzić w interpretacjach dużo dalej.

Dzięki Huellemu zrozumiałam lepiej Na strandzie Helu i piosenka podoba mi się jeszcze bardziej niż przed przeczytaniem opowiadania Depka — Rzepka. Dzięki Formacji przeczytałam uważnie Huellego i po pierwsze poznałam kogoś, kto używa jeszcze więcej wtrąceń (te myślniki!) niż ja, a po drugie, może zapoznam się z jego twórczością trochę bliżej, bo dotychczas nasza znajomość była bardzo powierzchowna, a to co do tej pory przeczytałam w Opowieściach chłodnego morza bardzo mi odpowiada.

Przy okazji polecam wszystkim zapoznanie się z całością tekstu Huellego (który jest zresztą naprawdę króciutki i przytoczyłam chyba większość; na zachętę dla Męża dodam, że w tekście występuje nawet „sowiecki U-Boot”…) i posłuchanie innych piosenek Formacji (na moim pierwszym blogu kilka dodatkowych piosenek, o tutaj i przewinąć na koniec posta).

cytaty za: Paweł Huelle „Opowieści chłodnego morza”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008; liczby w nawiasach kwadratowych odnoszą się do numerów stron;

PS. Czy tylko mnie wydaje się zabawne, że nagrodę dla najlepszej współczesnej piosenki szantowej przyznaje prezydent Krakowa? Formacja dostała ją właśnie za Na strandzie Helu na Shanties 2010.

Gra w skojarzenia

Pamiętacie dowcip o tym facecie, co mu się wszystko kojarzyło?

Wiecie, ten, w którym psychiatra bada poczytalność faceta pokazując mu różne kształty.

— Z czym się to panu kojarzy?
— Z gołą babą.
— A to?
— Z gołą babą.
— A to?
— Z gołą babą.
— A to?
— Z gołą babą.
— Panie, pan nie jest żadnym wariatem, tylko po prostu zboczeńcem.
— Ja? A kto mi te wszystkie gołe baby pokazywał?

 Pomijając kwestię profesjonalizmu rzeczonego fachowca, ten (dość marny zresztą) kawał przypomina mi się ostatnio coraz częściej. Nie dlatego żeby mi się wszystko kojarzyło z gołymi babami (albo choćby i facetami). Gorzej: wszystko kojarzy mi się ze wszystkim. Czego bym nie przeczytała, czy posłuchała, od razu mam to irytujące wrażenie, że gdzieś niedawno czytałam/słyszałam/itd coś na ten sam temat.

W zasadzie nawet lubię ten stan, z którym schodzą mi się książkowe (czy dowolne inne) historie czy tematy (tak jak ostatnio w przypadku Čapka na przykład). I nie mam tu na myśli takich sytuacji, w których autor świadomie nawiązuje do innego dzieła (mój ulubiony przykład takiego nawiązania, to dialog z krukiem z Amerykańskich bogów Gaimana, ten zaczynający się Kruku, powiedz „Nevermore”), ale takie, w których dwie czytane książki splatają się mniej lub bardziej wątkami cz poruszanymi problemami.

Przykład I

Czytałam (w czwartek to było) wracając do domu tramwajem Sklep Potrzeb Kulturalnych Kroha, a w nim trafiłam na taki fragment:

Chłopskie narzekanie to rytuał, pomost między człowiekiem a człowiekiem, przyjazne wyciągnięcie ręki. Ma swoje umowne, ściśle przestrzegane prawidła, uświęcone tradycją (…). Ciekawe co będzie, gdy wejdziemy w ściślejszy kontakt z kulturą zachodnią i keep smiling zderzy się z prasłowiańsko-socjalistycznym biadoleniem. [1]

Wysiadłam z tramwaju, zamiast książki włączyłam sobie odtwarzacz mp3, a tam Andrzej Brzeski śpiewa:

Wróciłam do domu i naturalnym odruchem uzależnionego od Internetu dziecięcia wieku włączyłam komputer i zajrzałam do raczej znanego serwisu społecznościowego facebook, a tam Raczkowski:

rysunek z tablicy uzytkownika Raczkowski na dziś

Po czym, już na sam koniec, przeglądając nowe wpisy na blogach dotarłam do Kawy z cynamonem, gdzie Szyszka bardzo ciekawie (polecam) napisała o lekturach szkolnych, między innymi to:

Ja się czepiam, moi kochani tego, że zestaw jest wybitnie dołujący i pod niebiosa wynosi tragizm jednostki, która przegrywa swoje życie. I pal sześć czy przez własną głupotę, czy przez okrutny świat, który jej nie pozwala rozwinąć skrzydełek – nieszczęście i zraniona duma pełzają przez spis lektur. Ja rozumiem, polski romantyzm i pozytywizm w ciężkich czasach się turlał, literatura wojenna i powojnia też w niesprzyjających warunkach, ale do jasnej ciasnej, skoro Baczyński mógł pisać o rzeczach pięknych, to co szkodziło choć jednej, JEDNEJ osobie napisać coś pozytywnego? Nie, wszyscy albo umierają, albo gapią się na rozdartą sosnę.

Przykład II

Również w Sklepie Potrzeb Kulturalnych pisze Kroh o sprawie Józka Łojasa, bukowianina, który zabił po pijanemu turystę:

A żeby było jeszcze obrzydliwiej, prawie równocześnie z procesem Józka odbywał się w Warszawie głośny proces poszlakowy profesora medycyny, oskarżonego o otrucie żony — podobno truł ją powolutku, miesiącami, wykorzystując wiedzę fachową, podbierając służbowe proszki z Akademii Medycznej. Józkowi dożywocie, a tamtemu piętnaście lat. Zawirowało mi w rozumie, gdy o tym przeczytałem. Jeśli był winien — próbowałem przywołać na pomoc zdrowy rozsądek (…) — jeśli był winien, należał mu się wyrok śmierci; a jeśli nie udowodnili mu winy, powinni go zwolnić, myślałem. [2]

Kilka dni wcześniej czytałam natomiast w Moim Cohenie Zembatego:

Nie wierzę w ludzką sprawiedliwość, bo nigdy nie wierzył w nią mój Ojciec, który był wybitnym prawnikiem i sędzią.
Jako Przewodniczący Trybunału Narodowego podpisał tysiące wyroków śmierci — w tym także dla Franka i Hessa. Przy tym wszystkim był zdecydowanym przeciwnikiem kary śmierci, a w procesach poszlakowych interpretował zawsze wątpliwości na korzyść domniemanych morderców. Prywatnie był pewien, że na przykład dr Tarwid otruł swoją małżonkę. Jako sędzia Sądu Najwyższego uniewinnił sławetnego doktora, gdyż nie znalazł jednak niezbitych dowodów jego winy.* [3]

Kilka słów o sprawie Tarwida było też w Pitawalu PRL-u Podemskiego, który czytałam jeszcze chwilę wcześniej.

* Profesor Tarwid w pierwszej instancji dostał 15 lat, Sąd Najwyższy go uniewinnił; nie mogę być pewna, że to jego ma na myśli Kroh, ale zakładając zbieżność dat i faktów, raczej tak.

Przykład III, najmniej oczywisty

We wspomnianej już książeczce Mój Cohen, Maciek Zembaty pisał tak:

Jak by nie było, w obecnym parlamencie 30 procent posłów i senatorów to moi koledzy spod celi*. Reszta współwięźniów z tamtych lat aktualnie znowu odsiaduje wyroki, lecz tym razem już nie za politykę, ale korupcję i nadużycia. [4]

Dla odmiany w tomiku Andrzeja Garczarka z serii Biblioteka Bardów (który podczytuję sobie na zmianę ze Sklepem Potrzeb Kulturalnych) tak pisze autor o piosence Czeskie kino:

W kraju był to czas Wielkiej Konspiry. Tajne drukarnie. Kolportaż nielegalnych pism, ulotek, biuletynów. Zakazane spotkania. Zakazane piosenki. Śpiewanie po chałupach „ku pokrzepieniu serc”.
Zauważyłem wówczas, że w odróżnieniu od innych piosenek, których nastrój i przesłanie nie najgorzej rymowały się z klimatem i potrzebą społeczną — ta najwyraźniej mąciła pogodę konspiracyjnej wspólnoty i komunię skołatanych serc. Sprawiała kłopot, z którym nie bardzo mógł sobie poradzić słuchacz, w końcu i sam wieszcz. Dość, że po dwóch, trzech wykonaniach zrezygnowałem z niej zupełnie i schowałem głęboko na dnie szuflady. [5]

Ta piosenka zaczyna się tak:

na Wygwizdowie czeskie kino
adoratorów ma niewielu
gdybyś ty wszystko o mnie wiedział
nie mówiłbyś mi — przyjacielu…

ale nie przejmuj się ja również
powodów nie mam nazbyt wielu
i w rzeczy samej też nie więcej
wiem, choć ci mówię — przyjacielu… (…) [6]

A tutaj jej wersja z najnowszej płyty artysty (z tekstem lekko zmienionym względem tego ze zbioru):

* Zembaty był internowany w Białołęce

Wniosek i pytanie

Wniosek z powyższych jest prosty i już o nim pisałam: wszystko mi się kojarzy ze wszystkim. Nawet w ostatnim, najbardziej nieoczywistym trzecim przykładzie, od razu narzuca mi się skojarzenie, ze trudno się dziwić, że ci współwięźniowie Zembatego, którzy teraz odsiadują wyroki za korupcję kiedyś niechętnie słuchali garczarkowego Czeskiego kina.

A pytanie też nieskomplikowane: też tak macie?

Ja zauważyłam to u siebie dopiero niedawno, kiedyś książki były (dla mnie) od siebie dużo bardziej oderwane niż teraz. Nawiązania musiałby być dużo bardziej oczywiste, żebym je wyłapała… więc zastanawiam się, jak to jest u innych czytelników.

PS. Gdyby ktoś po tym wpisie chciał posłuchać więcej Garczarka albo Brzeskiego, to bardzo polecam i zapraszam choćby na mój drugi blog.

[1] Antoni Kroh  „Sklep Potrzeb Kulturalnych”, Prószyński i S-ka, Warszawa, (c) 1999, s. 117;

[2] Antoni Kroh  „Sklep Potrzeb Kulturalnych”, Prószyński i S-ka, Warszawa, (c) 1999, s. 90;

[3] Maciej Zembaty „Mój Cohen”, Agencja Artystyczna MTJ, Warszawa, 2002, s. 146;

[4] Maciej Zembaty „Mój Cohen”, Agencja Artystyczna MTJ, Warszawa, 2002, s. 196-197;

[5] Andrzej Garczarek „Andrzej Garczarek”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa, 1999, s. 52-53;

[6] Andrzej Garczarek „Andrzej Garczarek”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa, 1999, s. 55;

Čapek na dziś, cz. I – Włochy

Tytuł: Listy z podróży
Autor: Karel Čapek
Tytuł oryginalny: Cestopisy
Język oryginału: czeski
Tłumacz: Piotr Godlewski
Posłowie: Leszek Engelking
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2011
Seria wydawnicza: Terra Incognita
Ilość stron: 571

Listy z podróży Karela Čapka wołają do mnie od wakacji i domagają się swojej obecności na blogu. Nie mogąc już dłużej ich ignorować, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma cytatami z tej przepięknej książki. Może kogoś te urywki przekonają do sięgnięcia po tę książkę, a moim zdaniem naprawdę sięgnąć po nią warto. Ale ja kocham Karela Čapka od dawna i mogę nie być obiektywna. Co tam „mogę nie być” — na pewno nie jestem. Stąd cytaty zamiast recenzji. A poza tym, co tu dużo mówić, mam ogromną ochotę znów ruszyć z Čapkiem do obcych krajów. Zwłaszcza, że pogoda za oknem bardzo sprzyja wycieczce do słonecznej Italii chociaż na papierze.

Dlatego dzisiaj podróż do Włoch, czyli cytaty z pierwszej części Listów… Jest rok 1923, Karel Čapek jedzie do Włoch, a tam pisze z podróży listy-felietony do Lidovych Novin. O czym pisze?

O tym co nie podoba mu się w Wenecji:

(…) 3. Nieprzebrane mnóstwo turystów (…)

5. Nowożeńcy (…)

6. Wenecjanki, ponieważ są to Rosjanki. Jedna, czarna jak diabeł, o migdałowych oczach, w tradycyjnej chuście z długimi na łokieć frędzlami i z wbitym w kok grzebieniem, najczystszy typ wenecki, który mnie niemal oszołomił, mówiła do swego kawalera: Da, da, jasnyj moj; i znów byłem o jedno złudzenie uboższy.” [9]

I co mu się podoba:

(…) 4. Jest niezmiernie przyjemnie, że nie ma tu ani jednego samochodu, ani jednego roweru, ani jednej dorożki czy wozu lub lektyki, ale za to jest 5. bardzo wiele kotów, więcej niż gołębi na placu Świętego Marka, kotów wspaniałych, tajemniczych i jasnookich, z korytarzy ironicznie spoglądających na turystów, a w nocy miauczących zadziwiającymi altami. [11]

Jak tu nie lubić człowieka, który tak pisze o kotach? Nie tylko weneckich, zresztą:

Za jedną z osobliwości Rzymu uznałbym koty na forum Trajana; jest to trawniczek poniżej poziomu ulicy, otoczony kratami; pośrodku stoi kolumna Trajana, jeden z najbardziej niedorzecznych pomników na świecie, a dookoła połamane kolumny. Na tych kolumnach naliczyłem niedawno nie mniej niż sześćdziesiąt kotów we wszelkich kolorach. Jest to wspaniały widok. Poszedłem popatrzeć na nie jeszcze w przepiękną księżycową noc; siedziały grzbietami do siebie i wrzeszczały; niewątpliwie był to jakiś obrzęd religijny. [25-26]

Są także świątynne koty, większe i bardziej opryskliwe od innych; żadnego z nich nie udało mi się pogłaskać. [59]

A opisy odwiedzanych krain, czy poetyckie, czy żartobliwe, są niesamowicie plastyczne:

W istocie region toskański jest bardzo podobny do ślicznego pejzażu w Czechach; tyle że zamiast ziemniaków rośnie tutaj winorośl, a każde wzgórze jest przepięknie ukoronowane jakimś pełnym wież miasteczkiem lub starą twierdzą. [21]

Wpływy hiszpańskie są ostatnie; pierwsze były greckie, drugie i trzecie — saraceńskie i normandzkie; renesans otarł się tylko o te tereny. Zalejcie te rozmaite czynniki kulturotwórcze olśniewającym słońcem, afrykańską glebą, mnóstwem kurzu i przepiękną roślinnością, a otrzymacie Sycylię. [31]

Umbryjski Bóg stworzył równinę, żeby rosły na niej winnice i topole, pagórki, żeby rosły na nich kędzierzawe gaje, cyprysy i samotnie, i góry, żeby na nich wyrosły miasta z etruskimi murami, gotyckimi domkami i ogromną rzymsko-romańską twierdzą. Umbryjski Bóg miał przepiękną niebieską farbę dla nieba i farbę jeszcze piękniejszą, którą pomalował dale i góry. Dlatego Umbria jest tak cudownie błękitna, najbłękitniejsza ze wszystkich krain. [47]

Pięknie zgrał mi się list z Florencji z czytanym wcześniej Pokojem z widokiem Forstera. Florencka część tej książki (która mnie podobała się dużo bardziej niż część angielska) wiele miejsca poświęcała turystom z nieodłącznym Bedekerem, a co o Florencji (w podobnych, bądź co bądź, czasach) pisze Čapek?

A we Florencji nie będę wam opowiadać o sztuce. Jest tu jej aż za dużo, w głowie od tego się kręci; w końcu człowiek gotów jest nabrać się na pamiątkę po psie, sądząc, że to fresk. [19]

Drugi rodzaj cudzoziemców trzyma się bedekera niczym tonący deski lub poszukiwacz skarbów czarodziejskiej różdżki. Niosą go oni zawsze przed sobą; a gdy zbliżają się do jakiegoś arcydzieła, bedeker wyraźnie drży w ich rękach, szybko bowiem unoszą wzrok, przelotnie przesuwają go po arcydziele i następnie półgłosem czytają, co bedeker cytuje o nim z Crowe’a i Cavalcaselli (…). Gatunek piąty to kopiści (…). Dzisiaj w Fiesole trzy naraz malowały klasztorny krużganek i cyprysy; parę kroków od nich tarzało się w trawie dziecko ze szczeniakiem, i było to tak piękne, że zapomniałem patrzeć na te marzycielskie krużganki, jak i na „przepiękny ** widok na Florencję i na dolinę Arno” (jak prawi bedeker); ale trzy kopistki z całą powagą nadal pacykowały swoje marzycielskie krużganki i cyprysy, i ani jedna nie zdjęła okularów, by spojrzeć na ** dziecko ze szczenięciem lub przetrzeć sobie oczy. [20-21]

Czy nie podobnie jak u Forstera? Bardzo to miłe uczucie, kiedy się takie podobieństwa zaczyna w lekturach dostrzegać.

Ale przecież pisze też Čapek o sztuce i architekturze (choć nie florenckich). I pisze przepięknie na tematy, o których przecież pisać tak trudno:

W Monreale są prześliczne mozaiki o tematyce stworzenia świata; nawet Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej nie ujął głębiej stworzenia światła i wód, i lądu, i ciał niebieskich, a zwłaszcza zapomniał lub nie umiał pokazać, jak Bóg dnia siódmego „widział, że było to bardzo dobre”, i odpoczywał. Bóg w Monreale odpoczywa, śni jak gospodarz po pracy, z opuszczonymi rękami. [33]

Santa Constanza z prześlicznymi mozaikami na białym tle, gdzie aniołki zrywają, odwożą i depczą niebieskie winogrona; tkwi to jeszcze całkowicie w dawnej tradycji rzymskiej, ale jest w jakiś sposób dziecinne, naiwnie surowe, jak te pierwsze rzeźby chrześcijańskie, gdzie także niemal tylko oczy mówią o nowej wierze ludzi. [45]

Największym powodem do chwały i rarytasem Pizy jest jej piękna architektura kolumienkowa, taka szczęśliwa mania wznoszenia lekkich arkad, pokrywających całe ściany swoim przyjemnym rytmem; [50]

Poza tym jest w Pizie Campo Santo, cmentarz ze wszystkich stron pomalowany starymi freskami, które są piękne i pouczające. Na jednym z nich aniołowie i diabli wyciągają dusze z ciał śmiertelników; dusze są dobrze odżywione, prawdziwe tłuścioszki, toteż śmiertelnicy muszą okropnie rozdziawić usta, by dusza mogła przez nie przejść. [51]

Widziałem następnie wieżę Babel, w której mieszały się języki pięciu wieków; jest to mediolańska katedra. Z daleka wygląda ona jak wielki kawał blendy antymonowej, która krystalizuje się w postaci cienkich szpileczek, albo jak ogromny marmurowy karczoch; każda szpilka to wieżyczka albo sterczyna, a gdy się ją rozłupie, ma wewnątrz pełno rzeźb, na górze zaś rzeźbę, którą zobaczycie jedynie wtedy, gdy wdrapiecie się na dach (…). Jest to jedno z największych szaleństw jakie kiedykolwiek widziałem (…); rzeźby są wprawdzie niewiele warte, przypory są nudne, igły i wieżyczki bezsensowne, ale jest tego wszystkiego tyle, że w końcu całkowicie omota cię to swym fantastycznym, zwariowanym, śnieżnobiałym, upiornym brakiem umiaru. [53]

Ja, nędzny grzesznik, nie wspomniałem na przykład o Ostatniej wieczerzy Leonarda w Mediolanie; ale tuż obok niej jest krużganek, a za nim kapitularz czy co to jest, i tam jakiś braciszek na fotelach kanoników namalował biblijne krajobrazy; podobno są prymitywne, i zapewne właśnie dlatego bardzo piękne; [62]

Podsumowując, styl starochrześcijański i romański jest najświętszy; gotyk we Włoszech zanadto rozpycha się w szerokiej i jasnej przestrzeni, z czego wychodzi jakiś trzeźwy i nienasycony; potem stara się maskować to fasadą przyozdobioną tak, że aż się w głowie kręci. Wczesny renesans znowu przynosi czystość, surowość i mądre ograniczenie (…).
Wszystko pozostałe zaś jest barokiem. [60]

Wiele przemyśleń poświęca tutaj, we Włoszech, religii, co z kolei dało mi szansę liźnięcia czeskiej religijności niemal wiek przed Zrób sobie raj Szczygła. I nie sposób mi się z Čapkiem nie zgodzić w tych jego przemyśleniach, bo i ja, kiedy miałam szansę oglądać toskańskie kościoły przedkładałam te romańskie nad późniejsze. Tylko nie umiałam swoich wrażeń tak pięknie ująć w słowa:

I teraz twierdzę, że chrześcijaństwo tu na południu umarło wraz ze stylem romańskim, a na północy wraz z gotykiem; i że od rozwiniętego renesansu, a przede wszystkim baroku rozpoczyna się coś nowego i dość niesympatycznego, mianowicie katolicyzm. Chrześcijaństwo może przemawiać do nas jedynie prymitywnym, surowym, świętym językiem wczesnych stylów; jest poważne, czyste i dosyć proste. Renesans jest przy nim pogański, a barok bałwochwalczy, fetyszystyczny, krótko mówiąc, katolicki; w zestawieniu z wczesną czystością religijną jest w ich kulturze coś uderzająco mniej wartościowego. Cała ta maniakalna pompa, marmurowe intarsje, brokaty, sztukaterie, złoto, pnące się wzwyż ołtarze, cała ta chłodna wspaniałość religijnie nie powie wam nawet najmniejszego ułamka tego, co tak niezmiernie poważnie i czysto przemawia z kaplicy Giotta. [15]

Ściany są oblepione tablicami z katakumb (…). IRENE IN PACE. LAVRITIO CONG BENE MERENTI UXOR. To żona kazała wykuć dla zasłużonego Laurycjusza. Bene merens — to cała pochwała; był dobry i zasłużony; czy trzeba domagać się od człowieka więcej? (…). Tak, koniec starożytnej okazałości; w miejsce cesarzy, a i bogów, przychodzą ci  bene merentes, ci piekarze, przekupnie i rzeźnicy, i przekazują wieczności swe imiona niezgrabnie wyryte na kamiennych tablicach. Laurycjusz nie był ani cesarzem, ani bohaterem, ani konsulem; był jedynie bene merens; tylko chrześcijańska prostota zachowała jego zasłużone i skromne imię na wieki wieków. Widzicie, raczej w tym właśnie upatruję sensu chrześcijaństwa niż w pogańskiej wielkości bazyliki Świętego Piotra. [46]

Ale przecież nie tylko wysokie tematy porusza Čapek w swoich listach. Nie umiem nie uśmiechnąć się, kiedy pisze o kobietach z takim samym zachwytem jak o sztuce:

A kiedy już mówię o dalekich krajach — otóż w Orvieto spotkałem pierwszą podczas mojej podróży kobietę naprawdę olśniewającej urody. Była to młoda Japonka. Nigdy nie myślałem, że Japonki mogą być tak piękne. Patrzyła na Signorellego, a ja na Signorellego i na nią. Potem odeszła, a Signorelli został. To malarz oszałamiający; ale nigdy bym nie uwierzył, że Japonki mogą być tak idealnie urocze. [23]

Niepokojące wrażenie robi za to beztroski i nieskrępowany późniejszą wiedzą (Čapek zresztą wojny nie dożyje) opis włoskich faszystów:

Nawiasem mówiąc, faszyści w mundurach wyglądają dostojnie jak nasi kominiarze; również takie jakieś czarne czapeczki z kitką noszą, i zęby im tak świecą; kuriozalne wrażenie. [16]

I przepięknie pisze Čapek o portach, statkach i okrętach (jak Czech może tak cudownie pisać o statkach? Może to kwestia tęsknoty za morzem?). Cudownie pisze o sztuce starożytnej, tej rzymskiej i tej greckiej, a nieco złośliwie o turystach, którzy ją podziwiają. Z ciekawością ale i niepokojem pisze o Etruskach. potrafi nawet z czułością pisać o drewnie. Ale gdybym chciała zacytować tutaj wszystko, co mnie zachwyciło, musiałabym pewnie przepisać całość. W swoim egzemplarzu pozaznaczane mam na każdej stronie czasem i cztery fragmenty.

Na koniec więc już tylko dwa cytaty o samym podróżowaniu:

I dlatego teraz umieszczam na wstępie ostrzeżenie dla wszystkich, którzy będą tę książkę czytać, żeby nie uważali jej za przewodnik ani za opis podróży, ani za cicerone, lecz za cokolwiek bądź innego, za co zechcą; i żeby, gdy sami gdzieś pojadą, zaufali, oprócz rozkładowi jazdy, wyłącznie i jedynie szczególnej łasce, która towarzyszy ludziom podróżującym i pokazuje im więcej, niż w ogóle człowiek może napisać i opowiedzieć. [8]

Wierzcie mi więc: z odrobiną prostoty i cierpliwości człowiek mógłby przejść cały świat. [38]

A przecież poza Włochami są w Listach z podróży jeszcze wyspy brytyjskie, Hiszpania, Holandia i Skandynawia. I wszystkie one wołają o swoje miejsce na blogu, a ja pewnie nie dam rady za długo im się opierać. A wy kupcie sobie (albo wypożyczcie) Listy z podróży i ruszcie z Čapkiem w jego podróże sami. Bo warto.

___

Liczby w nawiasach kwadratowych oznaczają numery stron.

Powakacyjnie

Wróciłam z urlopu już dawno, jednak ponowne przystosowanie do codziennego życia w mieście okazało się trudniejsze niż się spodziewałam. Byłam tutaj:

Odrobinę też tutaj:

Czyli w Niżnych i Wysokich Tatrach w obu po słowackiej stronie. Trzecie zdjęcie z Niżnych to dzień, w którym była najlepsza pogoda w ciągu całych tych dwóch tygodni, więc za dużo po górach nie połaziliśmy. Wyjazd za to upłynął pod znakiem bocianów (gniazdo prawie przed samym oknem jednej kwatery) i kozic (Niżne Tatry są ich pełne) oraz zwiedzania. Wiedzieliście na przykład, że przed kulturą łużycką tereny dzisiejszej Słowacji zamieszkiwali Celtowie?

Ale ja nie o tym, bo to podobno blog o książkach. Totalna szajba kazała mi na dwa tygodnie, w trakcie których (przynajmniej w teorii) na czytanie nie powinnam mieć siły i czasu, tylko 7 książek. A ponieważ opanowałam się co do liczby sztuk, to popłynęłam w objętości i w sumie zabrałam chyba z 3000 stron lektury. Nie to, żebym nie wiedziała dobrze, że w razie czego mogę też podczytywać cudze. Owszem, wiedziałam. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że przecież jechałam do obcego kraju, a tam trudno jest w razie czego coś dokupić. No i to, że wracałam pociągiem, a pociąg Zakopane-Łódź to nawet wliczając sen z 500 stron.

Zresztą sześć z tych siedmiu przeczytałam, a do tego jedną dodatkową, o której staram się coś napisać. Napiszę też na pewno o Listach z podróży Karela Capka, bo to naprawdę świetna lektura, a poza tym nie wytrzymam bez podzielenia się pysznymi cytatami. Ale to dopiero wtedy, kiedy moje książki wrócą z turnee po Europie (no, po części Europy), w które pojechały, kiedy mnie już się skończył urlop.

***

I w ogóle nie powinnam się wychylać z tym wpisem, póki nie uda mi się stworzyć czegoś bardziej składnego i o książce, ale skojarzyło mi się coś z czymś. Ostatnio coraz więcej mi się kojarzy: czytam jedną książkę i przypominam sobie, że o tym samym (czasem z innej perspektywy, a czasem tylko o czymś podobnym) czytałam już w innej. Zazębiają mi się tematy, osoby, motywy i jest to niesamowicie przyjemne.To trochę takie uczucie jak wtedy, kiedy po kilku dniach nauki do egzaminu nagle wszystko układa się na swoich miejscach i zaczyna pasować, a trochę takie jak wtedy, kiedy znajdujemy w losowo wybranej książce jakieś odwołanie do klasyki, mrugnięcie autora do czytelnika.

I w ten sposób, nieco od… hmmm… zadniej strony dochodzę powoli do moich skojarzeń. Otóż było tak: najpierw artykuł w Polityce napisała Justyna Sobolewska. Artykuł nosił chwytliwy tytuł „Ranking książek najbardziej nieprzeczytanych” i ja go nie przeczytałam, ale za to przeczytali inni. Na pewno zrobiły to Mag oraz Orchisss, bo napisały inspirowane tekstem wpisy.

I pewnie skończyłoby się na jednym komentarzu i chwili przemyśleń (zwłaszcza, że czasu na Internet nie mam ostatnio za wiele), ale zaczęły się nasuwać skojarzenia. Bo skoro spory kawał „kanonu” czytamy po prostu w szkole i w mniejszej czy większej części mamy za sobą, a potem możemy skoncentrować się na tym, co się nam w klasyce podoba, to jak to się ma do wielu kolejnych dyskusji o lekturach szkolnych (ostatnia u Futbolowej)? Wywalać ten kanon, skoro potem mało kto po niego sięgnie, czy katować dzieciaki kolejnymi romantycznymi dramatami?

Ale tak naprawdę podstawowe moje skojarzenie powędrowało daleko. Umilałam sobie ostatnio czas słuchaniem płyt z zestawu zatytułowanego (kłamliwie) „Kabaret Dudek wszystko” i trafiłam tam na perełkę. W szóstym programie tego kabaretu Irena Kwiatkowska mówi monolog autorstwa Jeremiego Przybory pt. „Dżojs”. I tak jak Balladynę przeczytałam długo po obejrzeniu przyborowej Balladyny ’68, tak pewnie Ulisses na długo już będzie mi się kojarzyć tylko z „tą nogą kaczą”. Tak bardzo chciałam się tym z Wami podzielić, że aż własnoręcznie zmajstrowałaam filmik i wrzuciłam na YouTube’a. Szczerze polecam:

Do Ulissesa mnie zresztą nie ciągnie. Może dlatego, ze mój Małżonek wierci mi raczej dziurę w brzuchu pod kątem „przeczytaj wreszcie jakiś poważny reportaż, a nie tylko tak dla przyjemności czytasz…”. I czasem czytam jakiś poważny reportaż. Dla jego przyjemności. Ale do czytania w ukryciu się (jeszcze) nie posunęłam.

***

Z ważnych rzeczy w blogosferze, czyli komunikaty parafialne: do końca sierpnia i tylko do końca sierpnia można nominować książki do nagrody blogerów książkowych Złota Zakładka. Muszą to być książki wydane po raz pierwszy (lub kolejny, ale poprawione) w 2010 roku. Szczegóły tutaj. Nominujcie, nominujcie, nawet jak macie tylko jeden typ. Bo naprawdę warto (nie tylko dlatego, że rozlosowane zostaną góry książek) brać udział w takim fajnym przedsięwzięciu.

***

Poza tym już w czwartek jedziemy do Poznania na Polcon. Planuję być na wielu prelekcjach, kilka poprowadzić (a przygotowujemy to samo, co Marcin dzielnie poprowadził już sam na Avangardzie), zagrać w trochę planszówek, pogadać ze znajomymi, a jak dobrze pójdzie, to z jeszcze-nie-znajomymi i ogólnie dobrze się bawić. Jak ktoś z okolic i ma wolny weekend, to polecam wpaść chociaż na sobotę. Polconowego trailera nie wrzucam, bo w tym roku wyjątkowo marny. Plakat zresztą też, ale nie zrażajcie się, bo to naprawdę fajna impreza.

Kilka wieści nie tylko książkowych

Tak jest zawsze…

Chcę napisać o kilku rzeczach, ale wydaje mi się, że skoro już piszę notkę, to można by do niej dodać trochę zapowiedzi wydawniczych. Rzucam więc na nie okiem i w rezultacie okazuje się, że tyle zapowiedzi wydaje mi się ciekawych, że spokojnie starczyłoby na oddzielną notkę.

Tym razem jednak zapowiedzi będą musiały się zadowolić pozycją w ogonie tego wpisu i bardzo skrótowym potraktowaniem, pierwsze skrzypce grają bowiem dzisiaj inne nowiny.

Nowa Ania

Ze względu na totalny brak umiejętności promocyjnych Wydawnictwa Literackiego mogliście przeoczyć, że wyczekiwana przeze mnie od jakiegoś czasu Ania z Wyspy Księcia Edwarda (The Blythes are Quoted) zdołała się już ukazać. Moim zdaniem w bardzo przyzwoitej, jak na tak grube tomiszcze, cenie (zwłaszcza wersja miękkookładkowa), więc mam nadzieję, że moja biblioteczka wzbogaci się o nią już niedługo. Więcej informacji na stronie wydawnictwa (tu).

200/200

Nigdy za bardzo się nad Józefem Ignacym Kraszewskim nie zastanawiałam. Wiedziałam, ze napisał dużo i wiedziałam, ze napisał Starą baśń i to w zasadzie wszystko, co o nim wiedziałam. Nie to, żebym była uprzedzona, nawet nie. Po prostu zawsze był poza sferą moich zainteresowań. Do czasu, kiedy okazało się, że są tacy, którzy „mają bzika na punkcie JIKa” i pod tym (między innymi) hasłem w blogowej społeczności Kraszewskiego lansują (uwielbiam takie niemal oksymoroniczne zastawienia jak „lansowanie Kraszewskiego”…).

Projekt „Kraszewski” podczytuję z przyjemnością i może nawet zachce mi się po jakieś JIKowe dzieło sięgnąć, żeby się w końcu na własnej skórze przekonać kto zacz, ale póki co dedykuję wszystkim uczestnikom projektu fragment wstępu do Miasteczka Middlemarch George Elliot. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, która książkę przetłumaczyła, pisze m.in. ta:

Los prowadzi bohaterów Miasteczka Middlemarch po rozmaitych, krzyżujących się ścieżkach. Ta, która interesuje nas szczególnie, to ścieżka polska. Jeden z bohaterów powieści, i to wyraźnie faworyt autorki, nazywa się Ladislaw i jest wnukiem polskiego powstańca. Jak to się stało, że George Eliot przyjęła imię za nazwisko (niewątpliwie bowiem chodzi o Władysława), skąd jej zainteresowanie tematyką polską — na to pytanie nie znam odpowiedzi, choć od dawna jej szukam. Mamy bowiem w twórczości tej pisarki jeszcze jedną „polską” zagadkę, jaką jest zbieżność wątku powieści Silas Marner, wydanej w 1861 roku, i Jermoły Kraszewskiego, wydanej w 1857 roku, a więc wcześniejszej o cztery lata i wówczas nietłumaczonej. Różne można snuć na ten temat przypuszczenia. Jedyne udokumentowane źródło zainteresowania George Eliot sprawami polskimi, jakie znalazłam, to fakt, że jej pasierb, Thornie Lewes, pragnął jechać do Polski, by walczyć z Rosjanami, rodzina jednak odwiodła go od tego pomysłu i w zamian wysłała do Afryki na polowania na grubą zwierzynę.

Tę zagadkę, lub choćby możliwość porównania obu powieści, przekazuję z przyjemnością uczestnikom projektu, a sama póki co wracam do Middlemarch.

Płaszcz zabójcy

To z kolei projekt Zacofanego.w.lekturze, który wybił się na blogową niepodległość i z bloga swojego twórcy wywędrował do siebie. Chętnie rozpisałabym się o tym, na czym zacna ta inicjatywa polega, ale że wszystko zostało już tak dokładnie przez autora wyłuszczone, pozostaje mi jedynie zachęcić wszystkich do wizyt i podziękować Zacofanemu.w.lekturze za wprowadzenie projektu w życie.

Jak dobrze mu w pozycji tej

W marcu powtarzałam sobie jego Makabrę i współczucie, dziwną mieszankę autobiografii piosenek wybranych, w maju zastanawiałam się czy kupić książkę jego syna (nadal czekam na recenzje), wczoraj z pewną melancholią dowiedziałam się, że Maciej Zembaty nie żyje. Zmarł nagle i, znając jego zdanie na temat eutanazji i powolnego umierania (a także jego ostatni blogowy wpis), uznaję to za dowcip opatrzności (lub dowolnego zainteresowanego tematem boga). Staram się też powstrzymać samolubne rozżalenie na to, że nie ma go już tutaj. Mam za to nadzieję, że z podróży do Azji przywiózł wiarę w reinkarnację i że gdzieś tam basem śmieje się kolejne bezkompromisowe niemowlę, które swojemu otoczeniu przysporzy mnóstwo strapień i jeszcze więcej radości.

A ja w najbliższych dniach planuję sobie wieczór z piosenkami z trumienki, dzień z Zembatym Cohenem i poranek z Rodziną Poszepszyńskich.

Z zapowiedzi wydawniczych:

Ledwo zdążyłam przeczytać pierwszy, a Prószyński już zapowiada drugi tom Wierszy i piosenek zebranych Jonasza Kofty (informacja tutaj). I bardzo dobrze, bo już tęsknię za moją porcją kilkunastu wierszy i piosenek dziennie, które łykałam jakieś dwa tygodnie z pierwszego tomu. Jak zazwyczaj nie zdarza mi się czytać zbiorów wierszy od deski do deski, tak tym razem przeczytałam dokładnie wszystko. Gdybym umiała, napisałabym coś o tej książce na blogu, a tak tylko zachęcam wszystkich do sięgnięcia po oba tomy.

Znak z kolei planuje w sierpniu wydać książkę Thorwalda dotąd na polski nie tłumaczoną. Męska plaga. Seks, pożądanie i kłopoty z prostatą  (więcej informacji tu) będzie o tym, na co sama nazwa wskazuje. A ponieważ Thorwalda bardzo lubię, a seksuologię może nawet bardziej, ta książka jest jakby stworzona z myślą o mnie.

Trochę wcześniej, bo we lipcu (chociaż okładki jeszcze nie pokazali) Iskry planują wydać wybór tekstów prozą i aforyzmów Tuwima,  Cyganka (szczegóły tutaj). Jako, że Jarmark rymów był długie lata moją ulubioną lekturą, a skecze i monologi Tuwima uwielbiam, Cyganka będzie na liście zakupów na wysokiej pozycji.Na razie przypominam sobie tuwimowe aforyzmy i uświadamiam, że jego językiem jestem przesiąknięta już na zawsze. Bo przecież ledwie pięć akapitów temu powstrzymywałam się przed napisaniem „Nie wiem, co się na świecie zrobiło! Zaczynają teraz umierać tacy ludzie, którzy dawniej nigdy nie umierali”. W oczekiwaniu na książkę polecam zajrzenie na stronę Tuwima na Wikicytatach, a przede wszystkim zapoznanie się z cudownym tłumaczeniem monologu Ślusarz z polskiego na polski.

Z książek, których może nigdy w całości nie przeczytam, ale bardzo chciałabym mieć, napalam się na  Petera Ackroyda Londyn. Biografia. Książka została wydana w 2000 roku i sporo się o niej naczytałam. Polskie wydanie Zysk i S-ka planuje na sierpień (nota wydawcy tu). A po co mi biografia Londynu? Bo Londyn jest fascynujący i historia jest fascynująca. A już historia Londynu… no sami rozumiecie. A poza tym cghcę sama się przekonać o czym było tyle gadania. No i mam nadzieję na ładne obrazki.

Na koniec biografia Hanki Bielickiej autorstwa Zbigniewa Korpolewskiego. Nazywać się to będzie Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu, a wydanie jest planowane przez Prószyńskiego na koniec lipca (więcej tu). Uwielbiam biografie, zwłaszcza biografie artystów scenicznych, a jeszcze zwłaszczej polskich artystów scenicznych którzy chociaż zahaczyli o międzywojnie. Tutaj dodatkowo atutem jest autor, więc oficjalnie zaczynam się czaić na książkę o pani Hance.

Ekranizacje

Czekam też na dwie ekranizacje, obie książek poniekąd historycznych, a przynajmniej kostiumowtych. Mam wrażenie, że to jednak wszystko, co je łączy. Pierwszy w moich marzeniach będzie możliwie realistyczny i bliski oryginału:

A drugi możliwie efektowny i zabawny:

Co prawda, oczywiście, oba mogą okazać się do bani, ale zawsze warto mieć nadzieję. Trailery są całkiem sympatyczne (jeżeli w pierwszym przypadku przymknie się oczy na różowy hollywoodzki lukier skapujący z ekranu, a w drugim na elementy fantastyczne i totalne oderwanie od książki).

Ocenianie książek

Zmobilizowałam się nareszcie i dodałam do bloga podstronę z krótkim opisem mojej skali ocen. Sama nie wiem dlaczego zaczęłam oceniać książki w skali od 1 do 10 punków. Biorąc pod uwagę, że było to kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, ciężko powiedzieć dlaczego nie wybrałam skali szkolnej (1-6). Wiele osób, których blogi czytuję stosuje właśnie taką skalę, czasem ograniczając się do punktacji od 1 do 5 (z połówkami lub bez).  Tak jest również na Lubimy Czytać, w Na kanapie, na Good Reads (oceny od 1 do 5 bez połówek), w Biblionetce (od 1 do 6 z połówkami) i pewnie w wielu innych miejscach w sieci.

Skąd się wzięło moje 1-10 (z połówkami)? Nie mam pojęcia. Ale skoro już tak zaczęłam oceniać, to nie widzę powodu do zmian. Moje 1-10 jest bardzo wygodne, bo daje mi szerokie mozliwości oceniania, prawie cztery razy szersze niż na Lubimy Czytać. W ten sposób mogę rozróżniać kilka „poziomów” książek świetnych czy „średnich” — dla mnie bomba.

Inna cecha mojego systemu oceniania to brak symetrii. Średnie książki nie znajdują się w połowie skali (gdyby tak było, miałabym spore luzy poniżej średniej i straszny tłok powyżej), tylko na 3. A ponieważ bardzo rzadko zdarza mi się przeczytać książkę, którą oceniam jako złą, albo choćby marną, to te pięć stopni (1-2,5) wystarcza mi całkowicie. Dla dobrych książek mam za to aż 14 poziomów dzięki czemu mogę spokojnie szaleć i rozróżniać książki dobre, naprawdę dobre i niezłe.

Zupełnie inaczej ma się rzecz z wytłumaczeniem komuś innemu, co oznaczają moje oceny. Chyba z godzinę biedziłam się, żeby chociaż z grubsza ująć w słowa różnice pomiędzy moimi „połówkami”. Zwłaszcza, że na tej samej skali oceniam całą literaturę niezależnie od gatunku. W końcu moja ocena odzwierciedla w dużej mierze to, jak podobała mi się dana książka, a taką ocenę umiem wystawić i kryminałowi, i reportażowi, i podręcznikowi.

Biorąc pod uwagę to, że każda z moich ocen jest kompletnie subiektywna, to w zasadzie cały ten przydługi wywód nie ma sensu, bo co komu po moich dziwnych nieobiektywnych ocenach? Szczerze mówiąc „stawiam je” książkom po trosze z przyzwyczajenia i w dużej mierze jako notatkę dla mnie (dużo łatwiej sobie potem przypomnieć książkę wcześniej ocenioną).

Ale nie tylko — sądzę, że te oceny mogą też przydać się czytelnikom. Jeśli sprawdzą jak podobały mi się książki, które już przeczytali, będą mieli szansę ocenić na ile zbieżne są nasze gusta. Ja na przykład znam tylko kilku blogerów, którzy mają gusta podobne do mnie — ich polecankom zazwyczaj ufam. Wielu innych za to ma gusta totalnie rozbieżne i w tym przypadku koncentruję się nie na ich polecankach, tylko ostrzeżeniach. Już kilka razy znalazłam świetną książkę, tylko dlatego, że odradzał ją ktoś, z zupełnie odmiennymi niż ja preferencjami. I dlatego mam nadzieję, że moje oceny też się do czegoś przydadzą komuś poza mną).

Dla wygody wklejam również tutaj stworzoną w pocie czoła legendę do moich ocen:

1 — książka zła, przestrzegam przed traceniem czasu na choćby myślenie o niej;
1,5
— niedobra, nie warto czytać;
2 — kiepściutka, dobrze się zastanówcie zanim sięgniecie;
2,5 — marna, trochę ostrzegam przed traceniem na nią czasu;
3 — średnia książka, nie polecam, ale i za bardzo nie zniechęcam, można przeczytać dla zabicia czasu;
3,5 — nadal średnia, ale ma w sobie coś wartościowego;
4 — nic specjalnego, do dobrej jeszcze sporo jej brakuje, ale oprócz wad ma też sporo zalet;
4,5 — niezła, można sięgnąć, jeśli sama wpadnie w ręce;
5 — po prostu dobra książka;
5,5 — dobra książka, która dodatkowo czymś wyróżnia się na tle reszty;
6 — naprawdę dobra, warto po nią sięgnąć;
6,5 — bardzo dobra, gdyby książki nie spadały poniżej tego poziomu, żylibyśmy w czytelniczym raju;
7 — więcej niż bardzo dobra, ma w sobie coś specjalnego (książki od 7 chciałabym na pewno mieć na własność);
7,5 — wspaniała książka, warto kiedyś poszukać;
8 — świetna książka, zacznijcie szukać już teraz;
8,5 — znakomita lektura z przebłyskami geniuszu, polecam naprawdę wszystkim;
9 — prawie genialna, trzeba przeczytać;
9,5 — genialna, spora szansa, że przy kolejnym czytaniu dostanie 10;
10 — doskonała, genialna, jedna z moich ulubionych książek (10 wystawiam dopiero po wielokrotnym czytaniu);

A Wy? Oceniacie ksiażki liczbowo czy sądzicie, że to do niczego nieprzydatne? Jaką stosujecie skalę? Porównujecie swoje gusta z gustami innych blogerów?