Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima

Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158

Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.

To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.

I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź „wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: „Proza”, „Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i „Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.

Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.

Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):

Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]

Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego „sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]

Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]

Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]

Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]

Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]

Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]

Moja ocena: 7,5/10

PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:

Żeby „zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]

Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]

Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]

Reklamy

Kilka wieści nie tylko książkowych

Tak jest zawsze…

Chcę napisać o kilku rzeczach, ale wydaje mi się, że skoro już piszę notkę, to można by do niej dodać trochę zapowiedzi wydawniczych. Rzucam więc na nie okiem i w rezultacie okazuje się, że tyle zapowiedzi wydaje mi się ciekawych, że spokojnie starczyłoby na oddzielną notkę.

Tym razem jednak zapowiedzi będą musiały się zadowolić pozycją w ogonie tego wpisu i bardzo skrótowym potraktowaniem, pierwsze skrzypce grają bowiem dzisiaj inne nowiny.

Nowa Ania

Ze względu na totalny brak umiejętności promocyjnych Wydawnictwa Literackiego mogliście przeoczyć, że wyczekiwana przeze mnie od jakiegoś czasu Ania z Wyspy Księcia Edwarda (The Blythes are Quoted) zdołała się już ukazać. Moim zdaniem w bardzo przyzwoitej, jak na tak grube tomiszcze, cenie (zwłaszcza wersja miękkookładkowa), więc mam nadzieję, że moja biblioteczka wzbogaci się o nią już niedługo. Więcej informacji na stronie wydawnictwa (tu).

200/200

Nigdy za bardzo się nad Józefem Ignacym Kraszewskim nie zastanawiałam. Wiedziałam, ze napisał dużo i wiedziałam, ze napisał Starą baśń i to w zasadzie wszystko, co o nim wiedziałam. Nie to, żebym była uprzedzona, nawet nie. Po prostu zawsze był poza sferą moich zainteresowań. Do czasu, kiedy okazało się, że są tacy, którzy „mają bzika na punkcie JIKa” i pod tym (między innymi) hasłem w blogowej społeczności Kraszewskiego lansują (uwielbiam takie niemal oksymoroniczne zastawienia jak „lansowanie Kraszewskiego”…).

Projekt „Kraszewski” podczytuję z przyjemnością i może nawet zachce mi się po jakieś JIKowe dzieło sięgnąć, żeby się w końcu na własnej skórze przekonać kto zacz, ale póki co dedykuję wszystkim uczestnikom projektu fragment wstępu do Miasteczka Middlemarch George Elliot. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, która książkę przetłumaczyła, pisze m.in. ta:

Los prowadzi bohaterów Miasteczka Middlemarch po rozmaitych, krzyżujących się ścieżkach. Ta, która interesuje nas szczególnie, to ścieżka polska. Jeden z bohaterów powieści, i to wyraźnie faworyt autorki, nazywa się Ladislaw i jest wnukiem polskiego powstańca. Jak to się stało, że George Eliot przyjęła imię za nazwisko (niewątpliwie bowiem chodzi o Władysława), skąd jej zainteresowanie tematyką polską — na to pytanie nie znam odpowiedzi, choć od dawna jej szukam. Mamy bowiem w twórczości tej pisarki jeszcze jedną „polską” zagadkę, jaką jest zbieżność wątku powieści Silas Marner, wydanej w 1861 roku, i Jermoły Kraszewskiego, wydanej w 1857 roku, a więc wcześniejszej o cztery lata i wówczas nietłumaczonej. Różne można snuć na ten temat przypuszczenia. Jedyne udokumentowane źródło zainteresowania George Eliot sprawami polskimi, jakie znalazłam, to fakt, że jej pasierb, Thornie Lewes, pragnął jechać do Polski, by walczyć z Rosjanami, rodzina jednak odwiodła go od tego pomysłu i w zamian wysłała do Afryki na polowania na grubą zwierzynę.

Tę zagadkę, lub choćby możliwość porównania obu powieści, przekazuję z przyjemnością uczestnikom projektu, a sama póki co wracam do Middlemarch.

Płaszcz zabójcy

To z kolei projekt Zacofanego.w.lekturze, który wybił się na blogową niepodległość i z bloga swojego twórcy wywędrował do siebie. Chętnie rozpisałabym się o tym, na czym zacna ta inicjatywa polega, ale że wszystko zostało już tak dokładnie przez autora wyłuszczone, pozostaje mi jedynie zachęcić wszystkich do wizyt i podziękować Zacofanemu.w.lekturze za wprowadzenie projektu w życie.

Jak dobrze mu w pozycji tej

W marcu powtarzałam sobie jego Makabrę i współczucie, dziwną mieszankę autobiografii piosenek wybranych, w maju zastanawiałam się czy kupić książkę jego syna (nadal czekam na recenzje), wczoraj z pewną melancholią dowiedziałam się, że Maciej Zembaty nie żyje. Zmarł nagle i, znając jego zdanie na temat eutanazji i powolnego umierania (a także jego ostatni blogowy wpis), uznaję to za dowcip opatrzności (lub dowolnego zainteresowanego tematem boga). Staram się też powstrzymać samolubne rozżalenie na to, że nie ma go już tutaj. Mam za to nadzieję, że z podróży do Azji przywiózł wiarę w reinkarnację i że gdzieś tam basem śmieje się kolejne bezkompromisowe niemowlę, które swojemu otoczeniu przysporzy mnóstwo strapień i jeszcze więcej radości.

A ja w najbliższych dniach planuję sobie wieczór z piosenkami z trumienki, dzień z Zembatym Cohenem i poranek z Rodziną Poszepszyńskich.

Z zapowiedzi wydawniczych:

Ledwo zdążyłam przeczytać pierwszy, a Prószyński już zapowiada drugi tom Wierszy i piosenek zebranych Jonasza Kofty (informacja tutaj). I bardzo dobrze, bo już tęsknię za moją porcją kilkunastu wierszy i piosenek dziennie, które łykałam jakieś dwa tygodnie z pierwszego tomu. Jak zazwyczaj nie zdarza mi się czytać zbiorów wierszy od deski do deski, tak tym razem przeczytałam dokładnie wszystko. Gdybym umiała, napisałabym coś o tej książce na blogu, a tak tylko zachęcam wszystkich do sięgnięcia po oba tomy.

Znak z kolei planuje w sierpniu wydać książkę Thorwalda dotąd na polski nie tłumaczoną. Męska plaga. Seks, pożądanie i kłopoty z prostatą  (więcej informacji tu) będzie o tym, na co sama nazwa wskazuje. A ponieważ Thorwalda bardzo lubię, a seksuologię może nawet bardziej, ta książka jest jakby stworzona z myślą o mnie.

Trochę wcześniej, bo we lipcu (chociaż okładki jeszcze nie pokazali) Iskry planują wydać wybór tekstów prozą i aforyzmów Tuwima,  Cyganka (szczegóły tutaj). Jako, że Jarmark rymów był długie lata moją ulubioną lekturą, a skecze i monologi Tuwima uwielbiam, Cyganka będzie na liście zakupów na wysokiej pozycji.Na razie przypominam sobie tuwimowe aforyzmy i uświadamiam, że jego językiem jestem przesiąknięta już na zawsze. Bo przecież ledwie pięć akapitów temu powstrzymywałam się przed napisaniem „Nie wiem, co się na świecie zrobiło! Zaczynają teraz umierać tacy ludzie, którzy dawniej nigdy nie umierali”. W oczekiwaniu na książkę polecam zajrzenie na stronę Tuwima na Wikicytatach, a przede wszystkim zapoznanie się z cudownym tłumaczeniem monologu Ślusarz z polskiego na polski.

Z książek, których może nigdy w całości nie przeczytam, ale bardzo chciałabym mieć, napalam się na  Petera Ackroyda Londyn. Biografia. Książka została wydana w 2000 roku i sporo się o niej naczytałam. Polskie wydanie Zysk i S-ka planuje na sierpień (nota wydawcy tu). A po co mi biografia Londynu? Bo Londyn jest fascynujący i historia jest fascynująca. A już historia Londynu… no sami rozumiecie. A poza tym cghcę sama się przekonać o czym było tyle gadania. No i mam nadzieję na ładne obrazki.

Na koniec biografia Hanki Bielickiej autorstwa Zbigniewa Korpolewskiego. Nazywać się to będzie Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu, a wydanie jest planowane przez Prószyńskiego na koniec lipca (więcej tu). Uwielbiam biografie, zwłaszcza biografie artystów scenicznych, a jeszcze zwłaszczej polskich artystów scenicznych którzy chociaż zahaczyli o międzywojnie. Tutaj dodatkowo atutem jest autor, więc oficjalnie zaczynam się czaić na książkę o pani Hance.

Ekranizacje

Czekam też na dwie ekranizacje, obie książek poniekąd historycznych, a przynajmniej kostiumowtych. Mam wrażenie, że to jednak wszystko, co je łączy. Pierwszy w moich marzeniach będzie możliwie realistyczny i bliski oryginału:

A drugi możliwie efektowny i zabawny:

Co prawda, oczywiście, oba mogą okazać się do bani, ale zawsze warto mieć nadzieję. Trailery są całkiem sympatyczne (jeżeli w pierwszym przypadku przymknie się oczy na różowy hollywoodzki lukier skapujący z ekranu, a w drugim na elementy fantastyczne i totalne oderwanie od książki).

Jeszcze bardziej spóźnione, ale nadal świąteczne

W poniedziałek na moim głównym blogu z okazji 21 marca powitałam wiosnę piosenkowo-wierszowo (21 marca to nie tylko pierwszy dzień wiosny, ale też Światowy Dzień Poezji). Miałam od razu napisać notkę i tutaj, ale los chciał inaczej. Nie będziemy się spierać z losem, ale notka o poezji być musi, bo jakżeby inaczej?

Nie mam zamiaru pozować tutaj na natchnioną wielbicielkę poezji spijającą nektar słów poety-geniusza z kart zbiorów i biegającą do różnych malinowych chruśniaków, żeby się poezją w samotności rozkoszować. Co to, to nie. Ale lubię. Lubię usiąść sobie wieczorem przy dwóch lampkach — jednej lampce świecącej, a drugiej lampce wina — i zamiast zagłębiać się w kolejnej powieści wziąć do ręki jakąś antologię, albo tomik któregoś z moich ukochanych autorów. Mam takich, część zmienia się z czasem, ale jest pewien trzon, który zostaje. I ten trzon staje się z roku na rok coraz „grubszy”, bo co i rusz odkrywam coś nowego i pięknego, a dużo rzadziej przestaję coś lubić. A na dodatek często słuchając różnych piosenek wsłuchuję się w ich słowa, zachwycam się, potem odkrywam autora i mam do pokochana kolejną osobę. Ale ja lubię kochać, więc zupełnie mi to nie straszne.

Ponieważ blog funkcjonuje od niedawna, to nie będę poetycznie podsumowywać tylko zeszłego roku, ale napiszę trochę o niektórych moich fascynacjach — może nawet nie tyle tych najważniejszych, ile tych, które teraz przychodzą mi na myśl, więc na ten moment można je za najważniejsze uznać.

A jednak klasycy?

Jestem pewnie nieco staroświecka, bo zamiast zachwycać się Wojaczkiem i Stachurą (owszem, lubię, ale tylko w wersji śpiewanej przez stare Stare Dobre Małżeństwo na pierwszych kilku płytach, bez muzyki mi nie wchodzi) sięgam po te straszne lektury, którymi „zamęczali” nas poloniści w szkole. Chociaż nie przepadam za romantyzmem, lubię Pana Tadeusza i uwielbiam wprost Ballady i romanse. W ogóle inny Mickiewicz z tych ballad wychodzi: historyjki w większości krwawe (zupełnie nie dla dzieci — a może właśnie dla dzieci, które w końcu uwielbiają makabryczne opowieści z morałem), a do tego cudne poczucie humoru — to musiał być bardzo sympatyczny chłopak zanim zmienił nam się w narodowego wieszcza… Z podstawówki pamiętam jeszcze Powrót taty i Panią Twardowską, ale najlepsze odkryłam dopiero potem. Na przykład takie Lilije nie dość że zaczynają się uroczym

Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana;
Zabiwszy grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju,

(pamiętacie Gałczyńskiego: „Takie utwory wieszcza | Dzieciom się w książkach zamieszcza?”), to dalej jest coraz lepiej. Nie dość, że „Wrona gdzieniegdzie kracze | I puchają puchacze” (od dawna już dla mnie wrona kracze „gdzieniegdzie”), to dowiadujemy się na przykład, że „Mąż z królem Bolesławem | Poszedł na Kijowiany. | Lato za latem bieży, | Nie masz go z bojowiska; | Ja młoda śród młodzieży, | A droga cnoty śliska!”. Cudne to jest w całości i czyta się jak najlepsze opowiadanie grozy, z tym że jednak humorystyczne.

A przecież to tylko przykład, bo mamy i uroczą Świteziankę („Ona po srebrnym pląsa jeziorze | On pod tym jęczy modrzewiem”), i cudny przekład-nieprzekład z Schillera Rękawiczka (o Emrodzie, co poszedł między lwy i lamparty po rękawiczkę kochanki, a potem „Rycerz jej w oczy rękawiczkę rzucił: | <<Pani, twych dzięków nie trzeba mi wcale>> | To rzekł i poszedł, i więcej nie wrócił.” — no czyż to nie urocze?), i Trzech Budrysów (Pamiętacie? „Bo nad wszystkich ziem branki milsze Laszki kochanki, | Wesolutkie jak młode koteczki, | Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka, | Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki.”?),  i równie śliczne To lubię („Zostać na polu samemu i w nocy, | <<To lubię – rzekłem – to lubię!>>”)… Dość, bo można tak jeszcze długo. W ogóle u Mickiewicza kocham potoczystość języka i swobodę. Niesamowicie pięknie potrafił się znaleźć w każdej formie od króciutkiego sonetu po ogromny poemat trzynastozgłoskowcem. Do dramatów wieszcza Adama nikt mnie już pewnie nie przekona, ale ballady, romanse i sonety bardzo lubię.

Na deser inny poeta o Mickiewiczu. I nie będzie Gałczyńskiego (ani Lilij ani Ofiary świerzopa, chociaż bardzo lubię), tylko coś chyba mniej znanego…

Wielka trójca międzywojnia

Trzech bardzo ważnych dla mnie poetów zaczynało pisać w dwudziestoleciu międzywojennym. Ilekroć się zastanawiam, którego z nich wolę, tylekroć nie mogę się zdecydować. A jak już się zdecyduję, to za każdym razem inaczej. Gałczyński, Słonimski i Tuwim (niech będzie, że alfabetycznie). Każdy inny, a wszystkich trzech kocham czytać.

Konstantego Ildefonsa kojarzy się głównie z Zaczarowaną dorożką („Póki dorożka dorożką, | a koń koniem, dyszel dyszlem, | póki woda płynie w Wiśle (…) zawsze będzie w każdym mieście, | zawsze będzie choćby jedna, | choćby nie wiem jaka biedna…”). Ja Dorożkę bardzo  lubię, ale to przecież nie powód, żeby nie lubić i innych wierszy Gałczyńskiego. I tych zabawnych (Dlaczego ogórek nie śpiewa?, O wróbelku, Strasna zaba czy Satyra na bożą krówkę), i tych lirycznych (Prośba o wyspy szczęśliwe, Pyłem księżycowym, Ojczyzną moją jest muzyka, czy choćby Pieśń o żołnierzach z Westerplatte — pierwszy „poważny” Gałczyński jakiego poznałam, też w szkole).

Pięknie się wiersze Gałczyńskiego komponują z muzyką, mnóstwo słyszałam piosenek do jego liryki (tkliwej dynamiki…), łącznie z Zaczarowaną dorożką zresztą. Poniżej coś nieco mniej poważnego, ale za to w mistrzowskim wykonaniu Jacka Wójcickiego.

Antoni Słonimski z tych trzech moich ulubionych jest pewnie najmniej znany. A niesłusznie, bo wiersze pisał naprawdę piękne. Może napisał ich mniej, a może mniej ludzi natrafiło na nie szukając tekstów do piosenek, ale nadal warto się rozejrzeć za jakimś tomikiem Słonimskiego. Ja zresztą dowiedziałam się, że go lubię właśnie dzięki piosence — Elegii miasteczek żydowskich śpiewanej przez Antoninę Krzysztoń do własnej melodii.

Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek,
W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy
Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek,
I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.

Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany,
Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto
I wapnem sinym czysto wybielono ściany
Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.

Błyszczy tu księżyc jeden, chłodny, blady, obcy,
Już za miastem na szosie, gdy noc się rozpala,
Krewni moi żydowscy, poetyczni chłopcy,
Nie odnajdą dwu złotych księżyców Chagalla.

Te księżyce nad inną już chodzą planetą,
Odfrunęły spłoszone milczeniem ponurym.
Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą,
Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem.

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem.

Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem,
I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa,
Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa
Dwa narody karmione stuleci cierpieniem.

Trudno coś o Słonimskim znaleźć w Internecie, choć trochę tekstów da się poczytać. Jeszcze trudniej o piosenkę z jego tekstem, ale i to się udało. Byłby pewnie Święcicki i Nie wołaj mnie w wersji audio, ale YouTube zaproponowało takiego Gintrowskiego. Dla mnie nowość, ale bardzo mi się podoba.

Julian Tuwim jest mi z tej trójki o tyle najbliższy, że związany z moim miastem — Łodzią. W Kwiatach polskich sporo jest łódzkich motywów i może właśnie dlatego tak je lubię, bo zazwyczaj do poematów dygresyjnych nie mam cierpliwości. Inna rzecz, że akurat Kwiaty można spokojnie czytać jako pojedyncze wiersze (tak zresztą były wielokrotnie wykorzystywane w piosenkach). Tuwim ma też w moim sercu szczególne miejsce ze względu na jego twórczość kabaretową. Wszystkie te teksty piosenek i szmoncesy do przedwojennych teatrzyków i kabaretów są dla mnie nieustającym źródłem radości.

A dla wszystkich bibliofilów (tekst za serwisem poema.art.pl) — Zakochany bibliofil (ballada tragiczna)

Na co mam przysiąc, Piękna, że z żądzy umieram?
Że mi się na Twój widok serce w pieśń rozdzwania?
Na komplety Kolberga, „Wisły”, Estreichera!
Na dziadowskich kantyczek groszowe wydania!
Na „Bandytę z miłości” (a miałem go, drania!)
Na „Kwiaty” Rozbickiego — z ryciną! Rzecz drobna,
Ale nie do zdobycia – jak ty do kochania…
– Przysięgam na te książki, na każdą z osobna!

Jakże cię mam przekonać, że mi sen odbiera
Wspomnienie o twych oczach i świat mi przesłania?
Klnę się na Syreniusza, Siennika, Kirchera
(„Mundus Subterraneus”), na „Podróże Frania”,
Na obscoenum sprzed wieku „Hrabina Melania”,
Na pangegrik „Muza weselnie-żałobna
W dźwięczno-wdzięcznych melodiach tkliwego gruchania” —
— Przysięgam na te książki, na każdą z osobna!

Ginę, Pani! Jak pragnę zdobyć Guliwera
W edycji M. Glucksberga! Przysięgam na „Zdania
I uwagi moralne Starego Fryzjera”,
Na „Młot na czarownice”, na traktat „De mania
Scribendi in latrinis”… Ginę z miłowania
Zapomnieć? Nie! Zapomnieć Ciebie nie podobna!
A że kocham – przysięgam Ci w chwili rozstania
Na wszystkie książki razem i każdą z osobna.

Przesłanie
Pani! Żegnam raz jeszcze i pięknie się kłaniam…
Gdy nie chcesz bibliofila — niech Cię jakiś snob ma…
Jedno wiedz: dziesięć takich oddam bez wahania
Za każdą z owych książek, za każdą z osobna.

Śliczne! Zwłaszcza w kontekście Grochu z kapustą, który wertuję sobie w wolnych chwilach, a w którym Tuima mania bibliofilska pięknie jest wyeksponowana. A na koniec może jednak klasyka. Fragment  Kwiatów polskich i Ewa Demarczyk.

Ten rok przyniósł

No i wyszedł wpis strasznie długi, a ja nawet nie zdążyłam wspomnieć o Jonaszu Kofcie, Jeremim Przyborze, Marianie Załuckim, Andrzeju Garczarku czy Jacku Kaczmarskim.

Ale że zazwyczaj ograniczam się w blogowych wyliczankach do pięciu elementów, to zostało mi jeszcze miejsce dla poetyckiego odkrycia tego roku — Emily Dickinson. Oczywiście znów odkrycie związane z muzyką. Piosenki do wierszy Emily Dickinson (całe dwa) śpiewała na swojej płycie Miłość jest wszystkim Grażyna Barszczewska. Oczywiście śpiewała i inne wiersze (choćby Achmatowej), ale właśnie Dickinson zwróciła moją uwagę. Przede wszystkim chyba lapidarnością.

Nie jestem jeszcze pewna, czy Emily Dickinson pozostanie wśród moich ulubionych poetów. Poznaję ją powolutku, od czasu do czasu czytając kilka wierszy. Nie mam dostępu do żadnego jej tomiku, więc czytam w Internecie. Niektóre mi się podobają, inne mniej — jak to zwykle. Na razie ją poznaję…

Wyrastamy z miłości

No i tak się rozpędziłam z tym pisaniem, że mi wpis z okazji Światowego Dnia Poezji puka do bram Międzynarodowego Dnia Teatru. Kiedy ja zdążę napisać notkę o (oczywiście ogromnie przeze mnie kochanym) dramacie? Już nie mówiąc o zwykłych recenzjach, z którymi straszliwie zalegam… Ale nic to, na razie tradycja blogowa mówi, że do notki warto dołączyć bonus. Więc bonus na rozluźnienie: tekst Julian Tuwim, śpiewa Jadwiga Kuta.

Pierwszy stosik

Wzorem licznych książkowych blogowiczów chwalę się swoimi nowymi zdobyczami książkowymi. A w zasadzie nie tylko książkowymi, bo razem z książkami pozuje nasza nowa lampka…

Stosik nie jest wielki, ale też zawiera tylko książki, które przywędrowały do mnie niedawno. Z jednym oszukaństwem — Opowieści z Ziemiomorza (pasowały formatem) dołożyłam, żeby ukryć fakt, że wydawnictwo vis-a-vis — etiuda spartaczyło Księgę apokryfów i żeby napis na niej był w odpowiednią stronę trzeba ją położyć tyłem do góry…

Po kliknięciu można dokładnie zobaczyć co też na stosiku leży, ale leniwym podpowiem (w kolejności od spodu):

Julian Tuwim Tłumaczenia poetyckie — kocham Tuwima szczerze i mój mąż o tym wie, więc z wyjazdu do Gdyni przywiózł mi ten piękny tom kupiony w przecenie. Cudo — wybór tłumaczeń z objaśnieniami rzeczowymi. Głównie Puszkin (Lutnia Puszkina) ale wcale nie tylko. Oczywiście nie powstrzymałam się i już czytam (uważny oglądacz zdjęcia zauważy zakładkę) zaznaczając sobie co piękniejsze kawałki (chwała niech będzie zakładeczkom post-it!).
Wydawnictwo Ossolineum, wybrał i opracował Tadeusz Januszewski.

Leszek Biały Źródło Mamerkusa — efekt wizyty w Empiku. Mąż wyszedł z Wyprawami Wikingów, ja ze Źródłem. Zachorowałam na tę powieść po kilku recenzjach na blogach:  przede wszystkim tej, oraz tej i tej. Ciągle się na tę książkę natykam w Internecie, ostatnio tutaj. W Empiku wzięłam do ręki, otworzyłam w kilku miejscach, przeczytałam trochę i już wiedziałam, że łatwo mnie od niej odessać nie będzie. Na szczęście Małżonek nie próbował i zaaprobował dodatkowe koszty. Źródło jest zresztą ładnie wydane, a przy takiej grubości (ponad 800 stron) i twardej oprawie, te 50 złotych to bardzo przyzwoita cena, ale niezależnie od tego, uznaję, że mam bardzo dobrego Męża.
Wydawnictwo Nowy Świat.

Rene Sedillot Moralna i niemoralna historia pieniądza — to podobno też mężowski prezent dla mnie, ale po wręczeniu zaraz zabrał i nie oddawał zanim nie przeczytał (no dobrze, czytałam wtedy co innego, ale fakt pozostaje faktem)… Temat bardzo ciekawy, książka od razu rzuciła nam się w oczy na wystawie księgarni. Lubię tę francuską szkołę historyków „życia codziennego” i na historię pieniądza ostrzę sobie zęby, ale dopiero jak będę miała trochę więcej czasu. Takich książek nie lubię czytać w tramwajach.
Wydawnictwo WAB.

Karel Capek Księga apokryfów — efekt środowej wizyty w księgarni „przelotem”. Ale nie liczę jej za nieplanowany zakup, bo wiedziałam że kupię odkąd dowiedziałam się o wznowieniu. Kocham tę książkę odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy (pewnie gdzieś na początku liceum). Od tamtej pory sięgałam po nią wiele razy, choćby po to, żeby przeczytać jedno opowiadanko, i nigdy mnie nie zawiodła. Teraz też, kiedy tylko rzuciłam okiem zachwyciłam się ponownie. Już teraz żałuję, że opowiadań jest tu tak mało. Czytam powolutku, co jakiś czas, w przerwach w nauce, bo inaczej wciągnęłabym w dwie godzinki. Szkoda tylko, że wydawnictwo odwaliło taką fuszerkę. Nie tylko z tym, o czym wspominałam we wstępie, niestety…
Wydawnictwo vis-a-vis — etiuda.

Ursula K. Le Guin Opowieści z Ziemiomorza — oszukaństwo, o którym wspomniałam na początku. Opowieści leżą na półce już od dłuższego czasu, a wyciągnięte na wierzch zostały, bo mam ostatnio coraz większą ochotę, żeby wrócić do świata Ziemiomorza. Nawet nie pamiętam, czy je kiedyś czytałam, czy nie. Teraz chcę przeczytać cały cykl zgodnie z chronologią wydarzeń. Ale to dopiero w ostatniej kolejności spośród przedstawionych.
Wydawnictwo Książnica.

No i tyle. Wiele sobie po tym stosiku obiecuję, kiedy już będę po egzaminach. Na razie sesja paraliżuje odrobinę blogową działalność, ale mam nadzieję wrócić do jakiej takiej regularności już po weekendzie. Póki co — trzymajcie za mnie kciuki…