Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”

Okładka
Ta okładka jest dużo piękniejsza od okładki mojej książki, którą możecie zobaczyć po kliknięciu na obrazek.

Tytuł: Dziwne losy Jane Eyre
Autor: Charlotte Brontë
Tytuł oryginalny: Jane Eyre
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Teresa Świderska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 1996
Ilość stron: 492

Sięgnęłam ostatnio po Jane Eyre po raz kolejny co prawda, ale po bardzo długiej przerwie. Od ostatniego czytania dekadę temu zdążyłam zapomnieć strasznie dużo pasjonujących szczegółów. A może nigdy wcześniej ich po prostu nie zauważyłam? Dla pamięci zatem (i gwoli podzielenia się z resztą świata) przed Wami garść moich zaskoczeń przy tej lekturze.

[Uwaga: Tekst z każdym zdaniem zawiera coraz więcej spoilerów.]

Zaskoczenie pierwsze. Jakość. Naprawdę nie pamiętałam, ze to jest tak dobrze napisane… Z jak niesamowitą starannością Charlotte Brontë stworzyła tę powieść. Nie ma tu ani jednej zbędnej sceny, wątki poboczne przeplatają się ze sobą, powracają kiedy trzeba. Ogrom pracy koncepcyjnej i redakcyjnej nad tym tekstem budzi podziw. Jane Eyre to zdecydowanie książka do wielokrotnego czytania, nawet znając dobrze fabułę i wszystkie zwroty akcji, czyta się ją jak powieść detektywistyczną, zauważając porozrzucane wcześniej podpowiedzi i aluzje do dalszych wydarzeń. Mimo dość przerażającego tłumaczenia, po które sięgnęłam, czytanie sprawia niesamowitą satysfakcję.

Zaskoczenie drugie. Tematy społeczne. Pierwsze rzecz, która mi umknęła, to fakt, że w Jane Eyre tyle jest rewolucji przemysłowej. Niby wszystko dzieje się gdzieś na początku wieku, a podstawowe skojarzenie, które przywodzi na myśl ta książka, to mgła na wrzosowiskach i nawiedzane zamczyska. Ale przecież już na samym początku opowieści, kiedy Jane ma jechać do Thornfield, martwi się, ze Millcote to duże miasto fabryczne, więc przewiduje wysokie kominy i chmury dymu. Potem, kiedy uczy w Morton, dokładniej poznajemy strukturę społeczną okolicy i widzimy, że choć St. John jest synem lokalnego szlachcica, to najbogatszy jest w tej społeczności pan Oliver, posiadacz odlewni fabryki igieł, a więc postać jakby wyjęta z Północ południe Elisabeth Gaskell. Zresztą obie panie się przecież znały, więc moje zdumienie może nie powinno być tak wielkie, jednak jakoś zupełnie nie spodziewałam się po Jane Eyre poruszania tych problemów.

Mia Wasikowski
Mia Wasikowski jako Jane

Tak samo zresztą, jak zupełnie zapomniałam, że istotnym motywem są w tej książce kwestie wysokiego i niskiego urodzenia, majątku i wartości człowieka. Już sama Jane i jej stosunek do innych jest niezłym przykładem tej tematyki, ale jeśli dodamy tego nieślubne dziecko francuskiej tancerki, sieroty z Lowood i chłopskie córki w Millcote, a z drugiej strony nieznośne dzieci ciotki Reed i puste towarzystwo pana Rochestera będziemy mieć pełen przekrój powodów społecznych wątpliwości panny Brontë. Równie ciekawy jest zresztą wątek sióstr St. Johna, Diany i Mary. Dobrze wykształcone wysoko urodzone panny Rivers z powodów finansowych pracują jako guwernantki u ludzi, których zupełnie nie obchodzi ich pochodzenie i umiejętności.

Już same rozważania społeczne w Jane Eyre sprawiałyby, że warto po tę książkę sięgnąć, zwłaszcza, że są to rozważania na poziomie nieco wyższym niż „dziwny jest ten świat i niesprawiedliwy”. Na szczęście zresztą bohaterka do wielu rzeczy musi sama dojrzeć, nie będąc od urodzenia filozofką socjalizmu.

Zaskoczenie trzecie. Jane Eyre. Bo chociaż tytułowa bohaterka jest, tak jak pamiętałam, dziewczyną świadoma swoich możliwości i umiejętności, a także swojego miejsca na świecie, chociaż wiele umie i myśli samodzielnie, daleko jej na szczęście do typowej Mary Sue. Ma swoje wady i ograniczenia, na szczęście tak jest skonstruowana, że ani jej dobre, ani złe strony nie irytują. Przede wszystkim to bardzo młodziutka dziewczyna, która po raz pierwszy w życiu trafia do normalnego (no, względnie normalnego, biorąc pod uwagę ciąg dalszy) domu i towarzystwa. Dziewiętnastolatka, która do tej pory o świecie uczyła się z książek, trochę przestraszona, a trochę zaciekawiona wszystkim wokół siebie.

To, oczywiście, powieść o dojrzewaniu, ale też w dużej mierze powieść o odnajdywaniu siebie, ustalaniu swojej hierarchii wartości, ale też o odrywaniu seksualności. I o ile na pierwszy rzut oka Jane Eyre jest niesamowicie dydaktyczna w opowieści o winie i karze, oraz w twardych zasadach moralnych Jane, która odrzuca propozycję zostania kochanką bogatego mężczyzny, jednak po przyjrzeniu się bliżej wszystko to staje się bardziej dwuznaczne. Bo przecież Jane odrzuca tę propozycję nie tylko dlatego, że to niewłaściwe, ale też dlatego, że z tego co do tej pory słyszała, wynika, że mężczyzna mógłby się szybko nią w tej roli znudzić, a także dlatego że żyjąc z kimś bez ślubu znajdzie się poza nawiasem społeczeństwa. To nie moralna niezłomność karze Jane odrzucić tę propozycję, tylko dosyć chłodna jednak, jak na te warunki, kalkulacja.

Ruth Wilson
Ruth Wilson jako Jane

Zaskoczenie trzecie. Zmysłowość i cielesność. No właśnie, skoro już przy tym jestem, niesamowite wrażenie w kontekście innych książek z epoki i o epoce robi zmysłowość powieści. Z jednej strony zmysłowość w sensie pobudzania różnych zmysłów, bo mamy tu i widoki (na które Jane jest szczególnie jako rysowniczka czuła), i dźwięki, i smaki, i zapachy, i dotyk nareszcie. Wszystko to znajduje w Jane Eyre swoje miejsce i świetnie dopełnia opowieści. Momenty niemal zespolenia z przyrodą, doprawione odrobiną romantycznego symbolizmu (rozdarty kasztan) są niesamowicie zmysłowe właśnie.

Z drugiej strony, cielesność i zmysłowość w sensie, powiedzmy, erotycznym. Tak jak pisałam już wcześniej to w pewnej mierze jest książka o odkrywaniu własnej seksualności (co może w sumie doskonale tłumaczyć jej popularność). I chociaż serial BBC z Ruth Wilkinson dodał w tym aspekcie do opowieści sporo dosłowności, to jednak nie wydaje mi się, żeby bardzo rozminął się z duchem powieści. Tyle dotknięć, uścisków, siadania na kolanach i nawet pocałunków nie czytałam dawno w żadnej powieści, nie tylko dziewiętnastowiecznej. A jeśli nawet były, to nie towarzyszyło im tyle napięcia i emocji.

Co więcej cielesność to nie tylko ważny wątek relacji Jane Eyre i pana Rochestera, to również istotna część związku między St. Johnem Riversem a Rozamundą Oliver, między Rochesterem i Bertą Mason, a wreszcie między St. Johnem a Jane. I o ile Edward Rochester jest skłonny ulegać potrzebom ciała, a nawet czerpać z tego przyjemność, o tyle St. John Rivers przeciwko „słabości” własnego ciała się buntuje i do bitwy z nim wystawia rozum.

Samantha Morton
Samantha Morton jako Jane Eyre

W tym wszystkim Jane Eyre, choć przecież na początku podejmuje jedyną słuszną dla swojego czasu decyzję i opuszcza pana Rochestera, to przecież wcale nie jest skłonna przystać na propozycję małżeństwa St. Johna. Wprost stwierdza, że wstrętne by jej były jego małżeńskie czułości, których by jej nie szczędził, jako że wszystkie obowiązki traktuje poważnie. I chociaż nic nie mówi się tu wprost, to bardzo łatwo zobaczyć w Jane dziewczynę, która nie chce wychodzić za mąż bez miłości i pożądania, bo seks w takim wypadku byłby nieznośny… Przecież w ostatecznym rozrachunku, kiedy Jane Eyre wraca do Thornfield, podejmuje decyzję że większym grzechem byłoby dla niej małżeństwo bez miłości niż miłość bez małżeństwa. I to wszystko w pierwszej połowie XIX wieku…

Zaskoczenie czwarte. Pan Rochester i miłość. Na początku zaskoczenie dlatego, że Edward Rochester był brzydki. Proszę Was! Po tych wszystkich ekranizacjach? Po tych wszystkich Michaelach Fassbenderach i Tobych Stephensach? Brzydki? To zaskoczenie dzielę z wieloma, jak się okazało, koleżankami, bo nie omieszkałam zagadnienia przegadać. Okazuje się, że nawet jeśli któraś nie widziała żadnej ekranizacji, a czytała książkę, to nadal ma wrażenie, że pan Rochester był pięknym mężczyzną. Zupełnie wbrew tekstowi, oczywiście. Edward Rochester jest silny, dobrze zbudowany i szeroki w barach, ale twarz ma brzydką.  Co więcej jest w wieku (jak na te czasy) mocno średnim — ma około czterdziestu lat.

Do tego, oczywiście, dochodzą jego humory, surowość, całkowita nieprzewidywalność i dziwaczność, które w mniejszym lub większym stopniu jednak pamiętałam. Zaskoczeniem było za to to, co wyłoniło się z całego jego obrazu. Wyłoniło się dopiero teraz, kiedy i wiedzy i doświadczenia z tym tematem mam dużo więcej niż kiedyś.  Otóż z całym tym zestawem zachowań pan Rochester jest idealnym przykładem przemocowca. Mężczyzny, który stara się zawsze mieć władzę nad partnerką, którego zachowania nie sposób przewidzieć, który jednak potrafi być przesympatyczny. Mężczyzny, który nie znosi żadnego sprzeciwu, który gotów jest siłą zmusić kobietę do uległości.

A w tym wszystkim Jane Eyre, niedoświadczona dziewczyna, potrafi tak doskonale sobie z nim radzić, że w zasadzie powieść tę można by traktować jako instruktaż dla osób kochających przemocowców… Bo cóż robi Jane? Nie zwraca uwagi na jego humory. Nie ulega jego naciskom. Niemal nie reaguje na jego prowokacje. Nie daje się obsypywać bogactwem. Stara się zawrzeć kontrakt, dzięki któremu nie będzie partnerowi nic zawdzięczała. Oczywiście wszystkim tym doprowadza Rochestera do szału, ale, choćby i jej się serce krajało, znowu nie zmienia zdania. Wyciąga konsekwencje. Trzyma się postanowień.

Charlotte Gainsbourg
Charlotte Gainsbourg jako Jane

I mimo tego wszystkiego byłabym o nią bardzo niespokojna, gdyby doszło do skutku planowane małżeństwo lub związek Jane i Edwarda. Byłby to pewnie ten sam niepokój, który prześladował mądrą choć niezbyt inteligentną panią Fairfax — kobietę, która uwielbiała swojego chlebodawcę, ale jednak nie życzyła Jane związku z nim… Cała historia osiąga jednak happy end, a osiąga go w jedyny możliwy sposób, biorąc pod uwagę charakter głównego protagonisty. Żeby ich związek mógł być związkiem partnerskim i żeby mogli się wzajemnie szanować, pan Rochester musiałby zmienić swoje podejście, a nawet charakter. A nie byłoby to przecież możliwe bez tego, że przez dłuższy czas musiał całkowicie polegać na innym człowieku. Zresztą pewnie nawet i to mogłoby nie wystarczyć. Na szczęście, Charlotte Brontë jemu zabiera wzrok i możliwość wpływania na nią siłą, a jej daje majątek, a przynajmniej niezależność finansową. Dopiero wtedy mogą żyć długo i szczęśliwie, dopiero wtedy, kiedy to on musi nauczyć się polegać na niej i nie ma nad nią przewagi ekonomicznej. Nie mówiłam, że instruktaż? A wszystko to cały czas w XIX wieku. Myślę, że autorka musiała znać te mechanizmy ze swojego otoczenia. Są opisane świetnie i przez wieki oddało to pewnie pokoleniom dziewcząt niezliczone przysługi. Taki poradnik z czasów przedporadnikowych.

Zaskoczeń miałam zresztą przy tej książce więcej. Choćby podobieństwo relacji damsko-męskiej do tej z „Dumy i uprzedzenia”: brzydka, biedna i inteligentna dziewczyna i rozpuszczony powodzeniem bogacz, który docenia ją w końcu dla jej intelektu. Czy to nie jest ta historia miłosna, którą zawsze kochałyśmy najbardziej? Jednak zbliża się dwunasta, a 31 grudnia o dwunastej należy robić zupełnie inne rzeczy niż pisanie bloga: należy mianowicie cieszyć się z Mężem rocznicą ślubu. Zatem wszystkiego najlepszego dla nas i szczęścia w nowym, 2013, roku dla Was.

A kiedy po północy napiszę na drugim blogu wpis uzupełniający ten, natychmiast dodam link. EDYCJA: Zgodnie z zapowiedzią: link. Pod linkiem o panu Rochesterze, ekranizacjach i bokobrodach.

Reklamy

Stosik majowy

Minął już pierwszy tydzień czerwca, a ja ciągle nie znalazłam czasu (i weny, oczywiście), żeby zaprezentować mój uzbierany w maju stosik. Troszkę ten początek miesiąca był u nas nerwowy (trzeba pozbyć się wilgoci z mieszkania, na szczęście wilgoć nie jest po powodzi, ale i tak niemiło) i jakoś mi czas przelatuje ostatnio przez palce.

Jak się okazało stare przysłowia miewają jednak rację i w tym przypadku sprawdziło mi się „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Bowiem dzięki odsunięciu w czasie prezentacji majowych stosów mogłam dorzucić do nich kilka drobiazgów dokupionych już w czerwcu. Oto zatem przed wami stosik (chociaż dzisiaj w zmodyfikowanej postaci, bo na stojąco, a nie na leżąco) majowy (z lekką domieszką czerwca):

Książki podzieliłam na moje (po lewej) i wyniesione (no dobra, pożyczone) od rodziców (po prawej). Jak więc widać, wzbogaciłam się w maju książkowo całkiem nieźle, głównie dzięki obchodzonym w tym miesiącu imieninom.

Pierwszy od lewej stoi zbiór Jane Austen zawierający jedno opowiadanie w formie listów (Lady Susan) i dwa niedokończone szkice (Watsonowie, Sanditon). Brakowało mi tej książki w mojej kolekcji i chociaż nie lubię czytać powieści niedokończonych, to jednak zwyciężyła moja miłość do pisarki i tomik wylądował w biblioteczce. Nie żałuję, ale też nie zachęcam do lektury nikogo poza miłośnikami pisarstwa Jane Austen. Już przeczytane.

Dzban ciotki Becky Lucy Maud Montgomery czytałam już kilka razy w innym tłumaczeniu (pt. W pajęczynie życia) i ogromnie lubiłam. Nie wiem nawet, czy to nie moja ulubiona książka tej pisarki. Tę wersję kupiłam, bo akurat „rzuciła się na mnie” w antykwariacie, a poprzedni egzemplarz jest gdzieś po ludziach i nie jesteśmy z Mamą pewne gdzie. Sama książka jak najbardziej warta przeczytania, dość wyjątkowa jak na twórczość L. M. Montgomery, bo nie o jednej dorastającej dziewczynce, a o całym klanie rodzinnym. Przeczytałam z przyjemnością, chociaż połowa mózgu była zajęta przypominaniem sobie jak to było w tamtym innym tłumaczeniu… A było lepiej, więc jeśli macie wybór, to sięgnijcie po W pajęczynie życia. Za to jeśli takiego wyboru nie macie, to i Dzban ciotki Becky warto przeczytać. Bardzo warto. Również przeczytane.

To kolorowe coś stojące obok, to książka pod tytułem Dwa końce świata, science fiction autorstwa… Antoniego Słonimskiego. Ustrzelona w antykwariacie za śmieszną sumę (jak dwie poprzednie) i po przeczytaniu opisu z okładki nie mogłam się powstrzymać… Jeszcze przede mną, bardzo jestem ciekawa.

Zabić posłańca zakupione w zasadzie tylko ze względu na niezłą serię (przyzwoite kryminały w niej wychodziły) i niezbyt wysoką cenę (oczywiście, też antykwariat). Miałam ostatnio niedosyt czytadłowych kryminałów i postarałam sobie zapewnić dużą dostawę. To już zakup z czerwca, więc jeszcze nie czytałam.

Kłania się PRL Stefanii Grodzieńskiej to wybór felietonów i skeczy, których głównym bohaterem jest tytułowy PRL. Podzielony tematycznie, zawiera co prawda moje ulubione „kawałki” pani Stefanii, ale jednak nieznającym jej twórczości polecam raczej Kawałki męskie, żeńskie i nijakie. Zbiór jest za to prześlicznie wydany i okraszony uroczymi rysunkami. Jak każda twórczość tej autorki świetnie poprawia humor. Upolowany w antykwariacie już jakiś czas temu, niedługo po śmierci pani Grodzieńskiej. Już przeczytany.

Dom nad Zatoką dostałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mira i zdążyłam już nie tylko zrecenzować, ale nawet przeczytać… Jest w sumie jedyną książką w tym „stosie”, która nie została nabyta w antykwariacie.

Na prawo od niego Daria Doncowa i Zjawa w adidasach. Kilka dni wcześniej koleżanka polecała mi tę autorkę, więc jak zobaczyłam ją na mojej ulubionej półce w moim ulubionym antykwariacie, nie miałam innego wyjścia. Wzięłam oczywiście. Podobno jest to humorystyczny kryminał. Zobaczymy.

Dwa kolejne tomy to Villette Charlotty Bronte, której Jane Eire bardzo lubię. Poza tym znowu zbiegło mi się wypatrzenie książki w antykwariacie z przeczytaniem kilku pozytywnych wzmianek w różnych miejscach, a takich znaków nie ignoruję. Jeszcze nieprzeczytana.

Joanna Gromek-Illg i książka Skarby, to był strzał w ciemno z, wspominanej już tutaj, ulubionej półki w antykwariacie. Trochę kryminał, trochę książka obyczajowa, trochę książka dla młodzieży. Miejscami zabawna, miejscami całkowicie nieprawdopodobna, ogółem dość przyjemna jako czytadło. Króciutka. Przeczytałam.

Dwie Donny Leon: Perfidna gra i Zgubne środki są efektem dwóch wizyt w antykwariacie. Ponieważ nigdy jeszcze Donny Leon nie czytałam, to wzięłam jedną jej powieść, żeby zobaczyć czy mi się spodoba. Ale za następnym razem jakoś ciężko mi było zostawić tę drugą… no bo co będzie, jeżeli mi się spodoba, a ktoś ją kupi przede mną…? Mam więc dwie Donny i nadzieję na miłą lekturę. Zwłaszcza, że format mają wybitnie tramwajowy. Ciągle nieprzeczytane.

Po przerwie, tak jak mówiłam pożyczone od rodziców, najbardziej po lewej dwie Siesickie: Beethoven i dżinsy i Między pierwszą a kwietniem. Miałam ochotę powtórzyć jakąś Siesicką i wybrałam moją ulubioną i podsuniętą przez Mamę. Beethovena… jeszcze nie przeczytałam, za mną za to lektura mojej od dawna ulubionej Siesickiej, czyli Między pierwszą a kwietniem. Pierwszy raz przeczytałam ją, kiedy jeszcze prawie nic z niej nie rozumiałam, teraz rozumiem dużo więcej i ciągle mogę z czystym sumieniem polecić nie tylko nastolatkom. A nawet może bardziej mamom nastolatek i jeszcze starszych dzieci. Bo to raczej niemłodzieżowa Siesicka…

Na Byczki w pomidorach, czyli najnowszą Chmielewską, musiałam poczekać, aż lekturę skończy moja Matka (nie trwało to długo), ale ani chwili dłużej czekać nie miałam zamiaru. Przeczytałam z przyjemnością, chociaż bez czytelniczego orgazmu. Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że to powrót starej Chmielewskiej, podobało mi się raczej średnio. Choć, oczywiście, kilka zabawnych momentów było. Miłośnicy Chmielewskiej przeczytają i tak, a pozostałym nie polecam.

Polecane wcześniej Kawałki męskie, żeńskie i nijakie Stefanii Grodzieńskiej pożyczyłam od rodziców, bo byłam akurat w środku słuchania wersji audio i zdecydowanie wolałam resztę doczytać niż dosłuchać. Jakoś mnie czytający nie porwali, a książka porywa zdecydowanie. Zwłaszcza nieziemskie dialogi małżeńskie. Z czystym sumieniem polecam naprawdę każdemu. Czytam sobie co jakiś czas kawałek i już mi się (mimo ostrożnego dawkowania) kończy. A szkoda, bo na poprawę humoru trudno o coś lepszego.

Duśka to biografia Darii Trafankowskiej i miałam na nią ochotę już od dawna. Sama nie wiem dlaczego do tej pory jej nie przeczytałam, ale na pewno nadrobię to niedopatrzenie.

Przedostatnia stoi Patty Jean Webster, którą od zawsze niemal kocham za Tajemniczego opiekuna, a ostatnio również za Kochany Wrogu. Miła powieść dla młodych panienek (tak koło 14 lat pewnie), dla mnie trochę powrót do lektur dzieciństwa. Przyjemne, ale nie tak dobre jak dwie wymienione tej  samej autorki.

Na samym końcu, jak widać, Joanna Chmielewska i, jak nie widać, Tajemnica. Pochłonięta w ramach „odtrutki” po Byczkach w pomidorach, bo strasznie dawno jej nie czytałam. Znowu pokochałam Gucia i jego sposób wysławiania się i ucieszyłam się, ze to ten tom, w którym pojawia się Janusz, a ostatecznie znika Marek (w postaci Bożydara tym razem). Zresztą porównanie stosunku jaki ma narratorka do Marka w tych dwóch powieściach pomogło mi odpowiedzieć sobie na pytanie co zmieniło się w książkach Chmielewskiej…

Sporo tego, prawda? Zdecydowanie dominuje lektura lekka, łatwa i przyjemna, ale jakoś na taką ostatnio mam ochotę. Może dla oderwania się myślami od suszenia ściany. Mój ukochany Mąż natomiast, prawdopodobnie dla równowagi (bilans musi wyjść na zero…) zajmuje się ostatnio lekturą zdecydowanie bardziej wymagającą. I dobrze, bo ja już nie muszę (polecam odwiedzenie bloga Męża i obejrzenie sobie uważnie tego teledysku, jest naprawdę świetny).

W zasadzie to nie wszystko, bo udało mi się ostatnio wygrać dwie blogowe rozdawajki i zostać wybraną do jednej blogowej akcji, dzięki czemu wzbogaciłam się o trzy kolejne książki, ale o tym może już kiedy indziej.