Zapowiedzi na wiosnę

Pisałam już w poprzedniej notce, że chciałam zapowiedzi załatwić we wpisie zbiorowym z innymi drobiazgami, ale okazało się że jest ich za dużo. Zwyczajnie zapomniałam, że wielkimi krokami zbliża się Światowy Dzień Książki i wydawnictwa muszą się sprężyć, żeby jeszcze przed 23 kwietnia wydać możliwie dużo bestsellerów. I dobrze, bo dzięki temu zapowiedzi wydawnicze na najbliższe miesiące są bardzo obiecujące.

1. Mary Roach „Ale kosmos!”

Podtytuł: „Jak jeść, kochać się i korzystać z WC w stanie nieważkości”.

Tytuł oryginalny: „Packing For Mars. The Curious of Life in the Void”

Przekład: Maciek Sekerdej

Wydawnictwo: Autorka bestsellerów Bzyk, Sztywniak i Duch dotarła już wszędzie. Nic więc dziwnego, że na temat kolejnej książki wybrała wyprawę na Marsa.
Podróż w kosmos to nie tylko brak grawitacji i fenomenalny widok z okna, ale brak tego wszystkiego, co wydaje nam się niezbędne do życia: prywatności, świeżych owoców, gorących kąpieli i piwa. Jak można o znieść? Czy da się wytrzymać przez rok bez spacerów, uprawiania seksu i zapachu kwiatów? Co się stanie, jeśli w czasie spaceru w przestrzeni kosmicznej zwymiotujesz do hełmu? Mary Roach postanowiła znaleźć odpowiedź na te pytania. Od szkolenia jak korzystać z toalety na stacji kosmicznej do crash-testów nowych kapsuł ratunkowych NASA – autorka Bzyka na pewno znów was zaskoczy.

Ja: Przeczytałam już Bzyka i Sztywniaka, Duch jeszcze przede mną i chociaż słyszałam, że jest trochę gorszy od tamtych dwóch, to i tak zamierzam go przeczytać w oczekiwaniu na Ale kosmos!. Po prostu Mary Roach czyta się niesamowicie przyjemnie, a zakładając jeszcze, że można z jej książek wynieść jakąś (choćby minimalną) wiedzę na ciekawe tematy, trudno o lekturę bliższą doskonałości. Przynajmniej w momentach, kiedy nie mam ochoty na beletrystykę. A tak przy okazji, zwróciliście uwagę, że oryginalny tytuł jak zwykle lepszy?

Wydawnictwo Znak, wydanie planowane na 21 marca. Zapowiedź na stronie wydawcy.

2.Mark Logue, Peter Conradi „Jak zostać królem”

Tytuł oryginalny: „The King’s Speech”

Przekład: nie mam pojęcia kto

Wydawnictwo: Prawdziwa opowieść z życia brytyjskiej rodziny królewskiej. Jest rok 1936. Edward VIII abdykuje, by związać się z ukochaną Amerykanką, panią Simpson. Królem – Jerzym VI – zostaje niespodziewanie jego brat. Nowy monarcha ma jednak wielki problem: jąka się. Do wystąpień publicznych przygotowuje go australijski terapeuta mowy Lionel Logue. Zawiązują niezwykłą przyjaźń… Książka, oparta na pamiętnikach Logue’a, odsłania kulisy życia osobistego i rodzinnego Jerzego VI, ojca obecnej królowej Elżbiety II. Frapujące!

Ja: Nie wiem czy film powstał na bazie książki, czy może książka powstała przy okazji kręcenia filmu i jest tylko okazją do zarobku. Nie wiem, ale zamierzam pilnie wyglądać jej recenzji, bo bardzo jestem ciekawa czy warto po nią sięgnąć. Film bardzo mi się podobał i jeżeli książka jest na podobnym poziomie, to byłaby to świetna lektura rozrywkowa. Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie jest i zaczynam wypatrywać recenzji na blogach (może trafią się jakieś przedpremierowe).

Wydawnictwo Świat Książki, wydanie planowane na 2 marca. Zapowiedź ze strony Lubimy Czytać, bo dział zapowiedzi ŚK woła o pomstę do nieba.

3. Agnieszka Wójcińska „Reporterzy bez fikcji”

Wydawnictwo: „Ten zawód porywa, ale też strasznie rozrywa w środku. Wysysa, eksploatuje. Choć robię to z przyjemnością, psychicznie mnie to dużo kosztuje. (…) To jest jak praca kominiarza. On też może spaść z komina, ale wspina się wysoko i patrzy na świat z góry. To kapitalne. Naprawdę można mi pozazdrościć tej roboty”.
Jacek Hugo-Bader
„Kiedy ktoś mi coś opowiada, jestem wczepiona w to, co on mówi. Tak strasznie chcę się dowiedzieć. Ludzie wyczuwają, że nie rozmawiam z nimi, jak o sadzeniu kapusty. Przeżywam to, co mówią. To nie  jest wywiad, tylko rozmowa z drugą osobą, która musi zapomnieć, że jestem dziennikarką. Dlatego ten zawód jest niezbyt etyczny, ale  bez tego nie da się zrobić dobrego reportażu”.
Barbara Pietkiewicz
„Więc chcę pisać tak, by czytelnik stracił apetyt. By go zabolało, by poczuł strach, mróz albo smród. Żeby się ubrudził, porzygał albo popłakał z bezradności. Chciałbym, by czytelnik chociaż na chwilę wszedł w skórę bohatera. Żeby zadrżał i pomyślał: i mnie się to może przydarzyć”.
Wojciech Tochman

Ja: Co prawda Mój Ukochany Mąż jest zdania, ze nie lubię reportaży, ja jednak pozwalam sobie być innego zdania. Zresztą, lubię czy nie, wywiady z polskimi reporterami mogą być  naprawdę fascynujące. Bardzo jestem tej książki ciekawa, zwłaszcza, że wydawnictwu Czarne można ufać jeśli idzie o tę tematykę.

Wydawnictwo Czarne, wydanie planowane na 10 marca. Zapowiedź na stronie wydawcy.

4. Karel Čapek „Listy z podróży”

Tytuł oryginalny: „Cestopisy”

Przekład: Piotr Godlewski

Wydawnictwo: Najpierw jest podróż do Włoch (1923), rok później Čapek trafia na Wyspy Brytyjskie. W 1930 roku jedzie do Hiszpanii, w 1932 do Holandii, by cztery lata później odbyć w towarzystwie żony podróż na północ – do Skandynawii. Pięć podróży w ciągu piętnastu lat, w czasie gdy zbierały się nad Starym Kontynentem coraz ciemniejsze chmury. Ale pisarz, na przekór oganiającemu Europę szaleństwu nacjonalizmów, głosi pochwałę odmienności. Kochać świat – oto jego motto – z różnymi językami i odcieniami skóry, z tysiącami tańców i gatunków wina, z mnogością krain, spośród których każda ma osobny sposób na życie i innego Boga. Świat urzeka Čapka tak bardzo, że aby go właściwie opisać, słowa wspomaga rysunkami. We Włoszech zachwyca się kotami na trawniku w Rzymie i malarstwem Giotta. Wielka Brytania ujmuje go starymi drzewami i angielską mentalnością. W Hiszpanii opisuje dostojne kobiety w mantylach, przerażającą corridę oraz czyszczenie butów, które przybrało postać tańca lub obrzędu. Holandię postrzega jako przyjemny, malowniczy kraj, który z mieszczańskiego spokoju wyrwał Rembrandt. Skandynawia zadziwia go ufnością ludzi i rozległymi pustkowiami. Čapek ujmuje poczuciem humoru i wrażliwością – aż chce się wyruszyć tak jak on: w podróż, której trasę wyznaczy ślepy los.

Ja: Uwielbiam Čapka za Księgę apokryfów i (z zupełnie innej beczki) Daszeńkę. Jest mądry, dowcipny, dobrze pisze, a na dodatek to przecież jeden z ojców science fiction. No i twórca słowa „robot”, oczywiście. Jak więc mogłabym przejść obojętnie obok Listów z podróży, skoro nawet w nocie wydawniczej mowa jest o tym, że autor zachwycił się rzymskimi kotami… Już czuję, ze te listy będą cudowne i nie mogę się doczekać.

Wydawnictwo W.A.B., wydanie planowane na kwiecień. Zapowiedź na stronie wydawcy.

5. Lucy Maud Montgomery „Ania z Wyspy Księcia Edwarda”

Tytuł oryginalny: domyślam się, że to polski przekład ksiażki „The Blythes are Quoted”

Przekład: a cholera ich wie…

Wydawca: Ostatni tom serii powieści o Ani Shirley wydany w pełnej, nie okrojonej wersji, w zgodzie z oryginalnym maszynopisem przekazanym przed laty kanadyjskiemu wydawcy przez autorkę. Do tej pory skrócona o około 100 stron książka dostępna była w sprzedaży (również w Polsce – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009) pod tytułem Spełnione marzenia. Usunięte z poprzednich edycji tytułu strony rzucają nowe światło na historię wielu bohaterów cyklu. To znakomita lektura dla młodych i nieco starszych czytelników.

Ja: To ciekawe uczucie czekać na nowość autorstwa pisarki, która nie żyje od ponad pół wieku (popełniła zresztą samobójstwo tego samego dnia, którego oddała wydawcy rękopis tej powieści). Jeśli tak jak przypuszczam (bo na stronie wydawnictwa praktycznie nic na ten temat nie da się znaleźć) chodzi tutaj o książkę The Blythes are Quoted, to jest to zbiór opowiadań mówiących o czasach przed i po Wielkiej Wojnie, aż do wybuchu II Wojny Światowej. Tematyka opowiadań jest podobno zdecydowanie bardziej mroczna niż w poprzednich książkach autorki (informacje o książce zaczerpnięte z Wikipedii). Wariują z tytułami w tej serii, swoją drogą „Ania z Wyspy” to przecież angielski tytuł części, która u nas wyszła jako „Ania na Uniwersytecie”…

Wydawnictwo Literackie, wydanie planowane na czerwiec. Zapowiedź na stronie wydawcy.

6. Donna Leon „Dziewczyna z jego snów”

Tytuł oryginalny: „The Girl of His Dreams”

Przekład: Marek Fedyszak

Wydawnictwo: Komisarza Brunettiego odwiedza ksiądz Antonin, znany mu jeszcze z dzieciństwa, zaniepokojony sytuacją pewnego młodego człowieka, na którego naiwności jakoby żeruje pazerny oszust podający się za kaznodzieję i przywódcę grupy religijnej.
Jednak cała ta historia odchodzi w cień, gdy Brunetti wraz z inspektorem Vianello wyławiają z kanału zwłoki jedenastoletniej dziewczynki, prawdopodobnie złodziejki, jeśli sądzić po odnalezionych przy niej skradzionych przedmiotach. Ślady prowadzą do cygańskiego obozowiska. Jednak zarówno tam, jak i w bogatym weneckim domu komisarzowi przyjdzie się zmagać z głęboko zakorzenionymi uprzedzeniami i z tajemnicami, których ludzie dochowują, aby chronić swoje dzieci, nawet całkiem niewinne. Jakby się bali, że spadnie na nie kara za grzechy innych. Czy ponowne spotkanie z padre Antoninem pomoże choć trochę ukoić zszarpane nerwy Brunettiego?
Jak podsumował recenzent Evening Standard: „Dziewczyna z jego snów stanowi trafną analizę więzi rodzinnych oraz w trzeźwy sposób ukazuje wady i zalety poprawności politycznej”.

Ja: Donna Leon to moje „kryminalne” odkrycie zeszłego roku i chociaż na połce czekają na mnie jeszcze dwie jej powieści, a kilka innych czai się w księgarniach i antykwariatach, to i tak cieszę się z każdej nowej książki wydanej w tej serii (zwłaszcza, że w tej kieszonkowej wersji są naprawdę niedrogie). Komisarz Brunetti jest jednym z moich ulubionych literackich detektywów i na pewno Dziewczyna z jego snów trafi prędzej czy później na moją półkę.

Wydawnictwo Noir sur Blanc, wydanie planowane na marzec. Zapowiedź na stronie wydawcy.

7. Konstandinos Kawafis „Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż…”

Podtytuł: wiersze wybrane w przekładzie Antoniego Libery

Przekład: Antoni Libera

Wydawca: Niniejszy wybór proponuje polskiemu czytelnikowi nową, zupełnie inną lekcję przekładu tej krystalicznej poezji, autorstwa Antoniego Libery, znawcy i tłumacza twórczości Samuela Becketta, poezji Hölderlina, dramatów Wilde’a i Makbeta Shakespeare’a.
„Poezja Kawafisa urzekła mnie od pierwszej lektury, a zadecydowały o tym takie jej cechy jak szczególna prostota i oszczędność języka, wysublimowana kolokwialność wyrazu, subtelna i wszechobecna ironia oraz dojmująca melancholia na tle przemijania i nietrwałości zarówno uczuć, jak i dzieł ludzkich rąk. Z dziesiątków scen, impresji i mini-opowieści wyłaniał się sugestywny obraz samotnego poety, przemierzającego wolnym krokiem »zmierzchającą« Aleksandrię – widmowe, zdegradowane miasto, kryjące pod powierzchnią plebejskiej tandety tajemnicę i skarby dawnej »arystokratycznej« świetności”.
Ze wstępu Antoniego Libery

Ja: Na Kawafisa natknęłam się po raz pierwszy dzięki Zespołowi Reprezentacyjnemu i piosence „W karczmie nad morzem” (w przekładnie C. M. Casasa). Potem znalazłam w domu zbiór jego wierszy i spodobały mi się. Nie został nagle moim ulubionym poetą, ale po prostu dobrze mi się go czytało. Bardzo chętnie sprawdzę jak go odbiorę w nowym tłumaczeniu i po kilku dobrych latach.

Wydawnictwo Znak, wydanie planowane na 28 marca. Zapowiedź na stronie wydawnictwa.

8. Mariusz Szczygieł „Niedziela, która zdarzyła się w środę”

Wydawnictwo: „Szczygieł łapie czas jak nikt inny nasycając swoje teksty choćby marzeniem bohaterki, by za odprawę z pracy kupić synowi ‚kurtkę z koca’. Słucha wszystkich, jeżeli kogoś zawstydza, to tylko czytelnika, bo każe myśleć i mieć oczy szerzej otwarte. Jeżeli w przyszłości historycy będą chcieli się dowiedzieć czegoś o Polsce lat dziewięćdziesiątych, współczesna literatura piękna nie da im za dużo, książka Szczygła – bardzo wiele”.
Paweł Dunin-Wąsowicz, „Machina” (1997)
Za kilka lat ta książka będzie pewnie ważnym dokumentem historycznym o czasach, które badacze nazywają okresem transformacji.  Bohaterowie reportaży Mariusza Szczygła są niczym marionetki, których losem pociągają niezrozumiałe wypadki. Te wypadki to nie choroba, śmierć, czy powódź. To: demokracja, rynek, prywatyzacja, popyt i podaż.
Paweł Śpiewak, „Życie” (1997)
Przyszłość już nadeszła, owe kilka lat minęło dawno. (Niedziela, która zdarzyła się w środę wyszła pod koniec 1996 roku). Uznaliśmy, że dziś jest to już książka historyczna. Połączyliśmy więc teksty ze zdjęciami wybitnej fotografki Anny Beaty Bohdziewicz, która od 1981 roku prowadzi swój Fotodziennik.
„Miałem szczęście być świadkiem, kiedy pewnym ludziom w środę przydarzyła się niedziela.To moja pierwsza reporterska książka. Z czasów, kiedy uwielbiałem pisać o Polsce, kiedy nie prowadziłem jeszcze talk-show w telewizji i kiedy nie miałem pojęcia, że pojadę w jakimkolwiek celu do Czech. Są to reportaże o przeciętności, bo sam pochodzę z przeciętnego miasteczka i, jak mówi mój tata Jerzy Szczygieł, to piękne być przeciętnym. Nowa Polska po upadku komuny postawiła przed przeciętnymi nieprzeciętne zadanie. Dlatego proszę potraktować tę książkę jako relację z zawodów w utrzymywaniu się na powierzchni”.
Mariusz Szczygieł (rok 2011)

Ja: Polubiłam Szczygła za reportaże w prasie, po przeczytaniu Zrób sobie raj i Gottlandu lubie go jeszcze bardziej. Podoba mi  się jego styl i dystans przy jednoczesnym cieple i poczucie humoru. To rzadka kombinacja cech, więc do Szczygła mam zamiar przyczepić się na stałe i czytać to, co napisze. Na razie zaczynam od jego bloga, ale już czekam na Niedzielę…

Wydawnictwo Czarne, wydanie planowane na 4 maja. Zapowiedź na stronie wydawcy.

9. „Wielka księga fantastycznego humoru”, tom I

Tytuł oryginalny: „The Mammoth Book of Seriously Comic Fantasy”

Przekład: Dominika Schimscheiner, Marcin Mortka

Wydawca: Uwaga! Przedawkowanie grozi zerwaniem boków. Na wszelki wypadek miej w pobliżu coś nudnego.
W tej antologii znajdziecie tylko dwie poważne strony: przedmowę i stopkę redakcyjną.
Bo w fantastyce chodzi też o to, by czasami po prostu wyszczerzyć się jak stare grabie i zarżeć jak zdrowy wałach na widok koniczyny.
Jakie były prawdziwe konsekwencje wynalezienia sztucznego ognia nie-od-pioruna i dlaczego Sapiensy to nonsensy? A może interesuje was zagadka Kuby Obcinacza i jego rola w budowie drakkara zwanego Naglfarem? Dlaczego Szatan pije margeritę, a zjednoczenie z elfami kończy się konsumpcją? Czy to prawda, że Royal Navy w wojnie z flotą Napoleona korzystała z technologii UFO?
Aha, uważajcie na Obcych, którzy wiedzą absolutnie wszystko! Macie czyste gatki?

Ja: Lubię humorystyczną fantastykę, lubię dobre antologie, a jakoś tak się składa, że te dobre to najczęściej te zachodnie. Mamutowi pod tym względem raczej ufam (czy może daję kredyt zaufania), a nazwiska autorów wydają się kuszące. Może jest najmniej wyczekiwana z wszystkich, ale będę uważnie śledzić recenzje, żeby sprawdzić czy nie warto po nią sięgnąć. Mam nadzieję, że warto. A swoją drogą okładka paskudna, nawet jak na Fabrykę

Wydawnictwo Fabryka Słów, wydanie planowane na marzec. Zapowiedź na stronie wydawcy.

10. I inne…

Wydawnictwo W.A.B. planuje na marzec kolejną książkę Mariusza Czubaja Kołysanka dla mordercy (szczegóły tutaj). Nie czytałam poprzednich jego książek (ani wspólnych z Krajewskim, ani samodzielnej), ale do 21:37 przymierzam się od jakiegoś czasu. Kołysanka to kolejna powieść z Rudolfem Heinzem — profilerem. Na maj to samo wydawnictwo planuje nowego Mankella. Powrót nauczyciela tańca to książka bez komisarza Wallandera, co pewnie zagorzałych zwolenników stetryczałego policjanta zniechęci, mnie za to mocno zachęca do przeczytania. Podobno są tacy, którzy twierdzą, że ta powieść jest lepsza niż te z cyklu wallanderowskiego (szczegóły tutaj).

Z innej beczki z kolei, Wydawnictwo Literackie nadal zajmuje segment powieści-o-pięknych miejscach-na-świecie-do-których-warto-pojechać-żeby-zacząć-od-nowa-(z-silnymi-akcentami-kulinarnymi). Peter Pezzelli (ten od Kuchni Franceski) ciekawi mnie od jakiegoś czasu, a w marcu ma wyjść jego Villa Mirabella (szczegóły). Rhode Island jako miejsce nowego startu w życiu to chyba nowość w tego typu literaturze, ale jeśli nie sięgnę po Franceskę, to chętnie sprawdzę jak się w tej roli sprawdza. Z kolei Marlena de Blasi (ta od Tysiąca dni w…) po Smakach południowej Italii zaskakuje swoich miłośników Smakami północnej Italii (nikt się nie spodziewał…) — planowane wydanie w kwietniu. O poprzedniej słyszałam dobre opinie, a jakoś po toskańskich wakacjach coś mnie w tamtą stronę ciągnie (chociaż żarcie było paskudne), więc na północną Italię chętnie się skuszę (więcej o książce tutaj). Obie książki mam nadzieję przeczytać dając je wcześniej komuś w prezencie, a potem pożyczając. W przypadku de Blasi zacznę chyba od podarowania cyklu tysiącdniowego, mam nadzieję, że się spodoba (uważaj, moja ulubiona Matko).

Muza planuje na marzec Opowieść o Darwinie Irwinga Stone’a (szczegóły). Darwin jest ostatnio na topie ale niezależnie od tego zawsze mnie interesował, a Pasja życia tego autora zrobiła na mnie kiedyś duże wrażenie, mam więc nadzieję, że i Darwin kiedyś do mnie trafi. Z innego gatunku Muza proponuje drugi tom z serii o Drużynie A — Złą krew Arne Dahla. I mimo, że to nie ta Drużyna A, to miłe skojarzenia mnie do tych książek ciągną (szczegóły tutaj)

Prószyński i S-ka zaciekawił mnie dwoma zupełnie różnymi książkami i przy obu nie mam zielonego pojęcia czemu mam ochotę je przeczytać. Pierwsza to Podróż Turila Michaela Marcusa Thurnera (szczegóły) — science fiction z tej ich nowej serii Nowa Fantastyka. Dokładnie nic o niej nie wiem, ale blurb mnie zainteresował. Druga z kolei to Między nami nowojorczykami Cathleen Schine (więcej tutaj) z psami i Manhattanem w roli głównej. Tę na pewno kupię w prezencie znajomej miłośniczce psów i przeczytam potem.

Runa planuje wreszcie wydać czwarty tom Kronik Drugiego Kręgu Ewy Białołęckiej pt. Czas złych baśni (szczegóły). Lubię tę serię, a na kolejny tom trochęśmy się naczekali, więc bardzo jestem ciekawa czy plany się ziszczą. Przy okazji, miłośników Kuby Ćwieka informuję, że w planach jest też druga część Ofensywy Szulerów. Z kolei miłośnicy kryminałów i thrillerów powinni ucieszyć się z drugiej części trylogii Leifa GW Perssona pt. W innym czasie w innym życiu (wyd. Czarna Owca) i z nowej książki Tess Gerrritsen — Ciało (wyd. Albatros, informacja za Lubimy Czytać).

 

Reklamy

Dzień kota i trochę o książkach

Co prawda Dzień Kota był wczoraj, ale kiedy chciałam wczoraj wieczorem tę notkę napisać na kolana wgramoliła mi się nasza kocia i wymościwszy się przyjęła pozę całkowicie uniemożliwiającą pisanie (z tylnymi łapkami na moim udzie, przednimi opartymi o ugiętą rękę i łebkiem wtulonym w biust). I do tego kazała się głaskać, skubana. A o ile istnieje na świecie tego konkretnego dnia coś ważniejszego niż wspomnieć na blogu o Dniu Kota, to jest tym czymś Solidne wygłaskanie i wyprzytulanie swojego zwierzaka… Zamiast więc pisać wzięłam do jednej ręki książkę, a drugą głaskałam kota. A potem poszłyśmy spać. Nie ma to jak porządnie sobie poświętować.

Nasza kocia ma na imię Całka, waży dwa kilo i jest wielkości nieco wyrośniętego kociaka, mimo, że ma już około dwóch i pół roku. Więcej informacji i zdjęć zamieściłam na moim drugim blogu, gdzie zapraszam.

***

Po gorszej passie czytelniczej i zawodzie w postaci Marioli… powolutku się odbijam. Wzięłam się za nieco lżejszą lekturę i dobrze mi to na razie robi. Zauważyłam, że mam trafiam ostatnio na pisarki, używające imion, które wydają mi się męskie. Pierwsza była Jan Kuran, której W moim Mitford powolutku sobie podczytuję. W poniedziałek sięgnęłam z kolei po książkę autora imieniem Fred, który okazał się być również kobietą. Pani Vargas używa imienia Fred, co jest zdrobnianiem od Frederiqe. Jej I wstali z martwych… bardzo mi się podobało. To taki nie do końca kryminał, sympatyczny, z odrobiną humoru i ogromem dystansu. Zagadka też niczego sobie. I tak się teraz zastanawiam: czy ten zbieg okoliczności z imionami autorek to odgórna sugestia żebym w końcu wzięła się za panią George Elliot…?

***

Zdjęcie pożyczone z serwisu AllegroPamiętacie serię wydawniczą Koliber? Te książeczki z białym paskiem na okładce. Na pasku tytuł i autor, wyżej koliber, a niżej dość paskudny rysunek… Wyglądały tak jak na zdjęciu obok (zdjęcie pożyczone z Allegro).

Stałam sobie wczoraj przed biblioteczką moich rodziców i w pewnym momencie zaczęłam (półka po półce) szukać tych białych pasków na okładkach i sprawdzać jakie kolejne cuda były w tej serii wydawane. Tytuły można przejrzeć tutaj. U rodziców znalazłam pewnie koło pięćdziesięciu tomów z Kolibra, może trochę więcej, może mniej. I kiedy je po kolei wyjmowałam i przeglądałam dopadła mnie straszna ochota, żeby je przeczytać. Bo co tytuł, to apetyczny: Jej pierwszy balWielki Gatsby, Przebudzenie, Sługa Boży, Samotność długodystansowca, Lampart, Wspólny pokój, Eros na Olimpie, Córka kapitana, Trzech panów w łódce nie licząc psa… Mogłabym tak jeszcze długo. Owszem, część czytała, ale nawet te przeczytane chętnie bym sobie powtórzyła. Dlatego za jakiś czas może zrobię sobie malutkie prywatne wyzwanie z serią z kolibrem. Poza wszystkim innym te książki mają tę kolosalną zaletę, ze są malutkie i świetne do czytania w drodze. A takich lektur nigdy za dużo.

***

Charleybrown na swoim blogu Enchanted Serenity of Period Films zamieściła fotosy promocyjne z ekranizacji Służących (The Help), której premiera planowana jest na 12 sierpnia tego roku. W notce znajdziecie też wywiad z autorką książki. Bardzo jestem ciekawa tego filmu.

***

Mój Ukochany Mąż zamieścił ostatnio na swoim dość hermetycznym blogu dwie recenzje naprawdę dobrych książek: My Topielcy Carstena Jensena i Ziarna zmian Henry’ego Hobhouse’a. Na lekturę obu mam zamiar się skusić (Ziarna już trochę dzisiaj podczytywałam w trakcie kociej sesji głaskania).

***

Enga z bloga Życiowa pasja bibliofila rzuciła pomysł stworzenia nagrody dla najlepszej książki (najlepszych książek) roku przyznawanej przez grono blogerów książkowych. Pomysł spodobał się i dyskusje ruszyły z kopyta. Można się do nich przyłączyć tutaj, do czego serdecznie namawiam. Im więcej nas, tym większy sens inicjatywy.

***

Miałam tu również pisać o zapowiedziach wydawniczych, które mnie zainteresowały, ale jak zajrzałam w kilka miejsc to tytułów uzbierało się tyle, że spokojnie starczy na osobną notkę. Najgorzej to zacząć szperać…

***

Biblioteka Narodowa podała wyniki badań czytelnictwa w roku 2010 przeprowadzone we współpracy z TNS OBOP. Wyniki przerażające. Jak co roku zresztą, niestety. Z podlinkowanej strony można ściągnąć szczegółowe dane i komentarz.

***

I na koniec prywata. W ramach nadrabiania zaległości z gorszego okresu odpisałam na wszystkie zaległe maile. Jutro postaram się wejść na portale z których korzystam (a których nie odwiedzałam już dawno) i odpisać na wiadomości tam. Jeśli jednak zdarzy(ło) mi się kogoś w tym odpisywaniu pominąć, przepraszam serdecznie i proszę, odezwijcie się jeszcze raz.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk „Mariola, moje krople…”

Tytuł: Mariola, moje krople…
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 302

W czasie czytania tej książki miałam właściwie tylko jedną refleksję (Mąż świadkiem): to nie jest zabawne. I chociaż wiem, że naprawdę wielu osobom Mariola przypadła do gustu i czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji, to nic na to nie poradzę.

To nie było zabawne.

Oczywiście powinnam raczej napisać, że mnie to nie bawi (oczywistość), że to odczucie subiektywne (kolejna oczywistość), że może nie miałam na książkę nastroju (może i tak, byłam bardzo obolała i trochę zmęczona kolejnymi problemami, które na nas spadają), że może miałam za duże oczekiwania (może i tak, bo oczekiwałam dobrze napisanej lekkiej i zabawnej książki, która oderwie mnie na moment od problemów) i takie tam inne truizmy, ale odczucia pozostają odczuciami. To po prostu nie było zabawne.

Trafiłam na Mariolę znienacka w antykwariacie za mniej niż połowę ceny okładkowej  i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Miałam nadzieję na przełamanie odrobinę zastoju w czytaniu (po bardzo dobrym styczniu przyszedł luty, w którym czytam trzy książki na raz i do żadnej mnie jakoś specjalnie nie ciągnie), na trochę dobrej rozrywki i oderwanie od przyziemnych zmartwień. Wiedziałam już, że rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, a recenzje wieszczyły humor w typie Barei, lekką zabawną książeczkę, która powinna poprawić humor.

Książkowe realia przypominały mi nieco Lesia, Wszyscy jesteśmy podejrzani, czy może najbardziej Dzikie białko Joanny Chmielewskiej. Również w Marioli mamy do czynienia ze swego rodzaju zakładem pracy, w którym ludzie stosunkowo mało zajmują się samą pracą, a dużo czasu poświęcają na inne sprawy. Tak samo jak w Dzikim białku, w Mariola, moje krople… dużą rolę odgrywają realia PRLu, akcja napędzana jest często i gęsto słabościami ustroju.

Może właśnie te porównania sprawiły, że książka Gutowskiej-Adamczyk zupełnie mnie nie rozbawiła? Bo o ile u Chmielewskiej mieliśmy do czynienia z ludźmi sympatycznymi, trochę zwariowanymi i często irytującymi, ale generalnie dość pozytywnymi: przyzwoitymi, starającymi się utrzymać rodzinę i wykonać swoją robotę najlepiej jak potrafią, tak  w Marioli w prowincjonalnym teatrze na Dolnym Śląsku pracują niemal wyłącznie osoby nieprzyjemne. Większość bohaterów w pracy najchętniej zajmuje się piciem, w drugiej kolejności zaś gżeniem po kątach, graniem w karty, zastanawianiem się jak wygryźć zwierzchnika i zająć jego miejsce, siedzeniem w bufecie, walką z ustrojem i jedzeniem. O pracy nie myśli w zasadzie nikt poza może krawcem Czesiem i przybyłym ze stolicy młodym i idealistycznym reżyserem. Owszem, wszyscy aktorzy chcą zrobić oszałamiającą karierę, grać główne role i mieć dobrą prasę, ale żeby ktoś miał ochotę popracować? W życiu.

Jak łatwo zauważyć bohaterów nie polubiłam. Banda nierobów z Teatru Miejskiego nie jest zresztą opisana tak, żeby ich lubić. Dość powiedzieć, że pod koniec tej trzystustronnicowej powieści ledwo rozpoznawałam większość pracowników teatru. Przedstawienie postaci czy opisy są w książce dosyć ograniczone, główny nacisk zaś położony jest na dialogi, które w założeniu miały chyba być zabawne. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że mnie nie rozbawiły.

W ogóle w Marioli z komizmem jest problem. Chyba jeszcze w podstawówce (czy nie przy okazji omawiania Fredry?) uczyli mnie, że komizm bywa trojakiego rodzaju: słowny, sytuacyjny i związany z postacią. W książce Gutowskiej-Adamczyk ten pierwszy w zasadzie nie występuje.

Co do postaci, można by się spierać, jednak dla mnie jedyną prawdziwie zabawną postacią (trzecioplanową, a do tego straszliwie zmarnowaną przez autorkę) jest towarzysz Biedakowski, dyrektor wydziału kultury, który musi wykazać się znajomością współczesnej dramaturgii (choć przecież, kiedy był dyrektorem  wydziału gospodarki rolnej i wydziału środowiska nikt nie wymagał od niego znajomości hodowli tuczników ani składu chemicznego nawozów). Pozostałe postaci są raczej schematyczne i same w sobie niezbyt śmieszne: mamy dyrektora (marzącego o spokoju i wysokiej emeryturze), jego sekretarkę (która chciałaby zostać dyrektorem), mamy aktorkę (która dostaje główne role, bo jest dyrektorską żoną), mamy głównego aktora (który dla odmiany jest zapatrzonym w siebie afektowanym homoseksualistą), mamy bufetową (byłą aktorkę i byłą żonę dyrektora), mamy przybyłego z Warszawy reżysera (idealistę, który gubi się w lokalnych układach) itp., itd. Wszyscy sztampowi do bólu, a na dodatek przedstawieni w ten sposób, że czytając miałam wrażenie obcowania z ludźmi-wydmuszkami — przedstawicielami konkretnych typów, a nie „żywymi” postaciami.

No i na koniec humor sytuacyjny. Tak, na nim właśnie zbudowana jest Mariola, moje krople…, non stop ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, w jednych drzwiach znika szef Solidarności, w drugich pojawiają się ubecy, pod łóżkiem leży dyrektor, w szafie pierwszy sekretarz, dodatkowo wszędzie walają się przekładane z miejsca na miejsce powielacze. Tempo akcji jak w Żandarmie z Saint-Tropez. I na tym chyba polega problem tej książki: nie jest w zasadzie powieścią, tylko opisem komedii (gdzieś chyba zresztą czytałam, że rzeczywiście powstała na podstawie niewykorzystanego scenariusza).

Szczególnie rozczarował mnie język powieści. Po dwóch tomach Cukierni pod Amorem przyzwyczajona byłam do tego, że Gutowska-Adamczyk pisze naprawdę dobrze, na to tez się nastawiłam. W Marioli autorka nie miała co prawda zbyt dużego pola do popisów, zważywszy na przeważająca w książce ilość dialogów, ale mimo tego język mnie zawiódł. Książka jest, owszem, napisana sprawnie i poprawnie ale nie ma w niej ani szczypty językowej finezji tak silnie obecnych w Zajezierskich i Cieślakach.

Sądzę, że gdyby Mariola, moje krople… była filmem, najlepiej filmem z dobrą obsadą doświadczoną w graniu fars i komedii, wzbudziłaby moje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Zabawne sytuacje (w książce opisane tak szczątkowo, tak nieplastycznym i nieśmiesznym językiem, że nie były w stanie mnie rozbawić) stałyby się nagle prześmieszne, postaci-wydmuszki wzbogacone osobowością i interpretacją aktorów nabrałyby głębi, charakteru i komizmu, a tempo galopujących po sobie zdarzeń byłoby dodatkowym atutem. Chętnie obejrzałabym taki film, najchętniej z Jerzym Stuhrem w roli dyrektora Zbytka.

A książka? Cóż, można przeczytać, ale po co? Spragnionym dobrej rozrywki polecam zamiast tego którąś z pierwszych książek Chmielewskiej albo komedię Barei. Nie czytając Marioli nic nie stracicie. Nie jest zabawna.

Moja ocena: 2,5/10

PS. W kwestii blurba z czwartej strony okładki. Gdzie tam oni prowokują wprowadzenie stanu wojennego? Na tyle skomplikowana to ta fabułka nie jest. Wielka polityka jest zupełnie w tle, nawet nie mamy w książce prawie żadnych (poza jedną rozmową) do niej odniesień. Stan wojenny pojawia się znikąd i całkiem bez sensu kończy powieść, chociaż przecież najciekawsze mogłoby się dopiero zacząć. Ale cóż — pewnie ze stanu wojennego śmiać się już nie wypada, więc książka sie skończyła. Bo innych powodów zakończenia w tym akurat momencie nae zauważyłam.

„Książki i ludzie” rozmowy Barbary N. Łopieńskiej — wypisy osobiste

Tytuł: Ksiażki i ludzie
Autor: Barbara N. Łopieńska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Twój Styl
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 258

Książki i ludzie Barbary N. Łopieńskiej to dla mnie nie jest książka, którą można zrecenzować. To znaczy, oczywiście, wszystko jest możliwe, problem polega na tym, że w moim przypadku recenzja brzmiałaby z grubsza: „Rozmowy z ludźmi kultury o ich bibliotekach i stosunku do książek, bardzo ciekawe, polecam”. Może wymieniłabym jeszcze tych ludzi i wypisała skrajności w traktowaniu książek. I tyle. Nuda.

A ponieważ Książki i ludzie to naprawdę fascynująca lektura, w której pewnie każdy czytelnik znajdzie jakieś odbicie siebie, należy jej się ode mnie coś więcej. A ponieważ wypisałam z niej mnóstwo cytatów, oto przed Wami zestawienie poglądów różnych czytelników z moimi komentarzami. Może nie są to najciekawsze czy najzabawniejsze fragmenty książki, ale wybrałam te, które mówią coś także o moim stosunku do książek, czytania i własnej biblioteczki. Zapraszam do lektury i polemiki.

O książkach i czytaniu

Często czytam Klub Pickwicka, Lalkę, ale bez zakończenia, bo nie lubię, kiedy moim bohaterom dzieje się coś złego. [Janusz Tazbir, str. 29]

Mam tak samo. Nie lubię zakończenia Pana Wołodyjowskiego, chociaż książka bardzo mi się podoba. Mgły Avalonu czytam zazwyczaj tak do połowy, zanim zaczną się problemy. Lalkę w sumie oswoiłam, wmawiając sobie, że nic nie jest do końca przesądzone, ale mam sporo książek, do których wracam chętnie, ale zakończenie omijam albo tylko kartkuję.

Czytałem, z przejęciem naturalnie, bo to jest obsesyjne doświadczenie, Zbrodnię i karę, ale uważam, że po prostu powinna być dobra służba psychiatryczna, dobra policja i Marmieładowem powinna zająć się policja. Że to nie jest do pisania powieści. Że wiele problemów Dostojewskiego powinno się rozwiązać medycznie. Medycznie i policyjnie. Taki jest mój pogląd. [Zygmunt Kubiak, str. 109]

Nareszcie (po jakichś dziesięciu latach szukania) trafiłam na kogoś, kto myśli podobnie jak ja. Nie lubię czytać (ani oglądać filmów) o chorych psychicznie (i nieprzystosowanych społecznie) sportretowanych tak, jakby ich problemy i zachowanie było normalne. Nie podobała mi się Zbrodnia i kara, irytuje mnie Dr House. Jestem za rozwiązaniami medycznymi i policyjnymi.

Jestem najeżony na współczesną literaturę dramatyczną, zwłaszcza anglosaską, za peryferyjność oglądu świata, za taką, powiedziałbym , chmurę dewiacji. A ja mam lęk przed dewiacją. Boję się wariatów, boję się wynaturzeń, zboczeń, jestem prostacko przywiązany do normalnego rozmnażania się ludzi. Dziecko o trzech głowach nie budzi mojego szczególnego zainteresowania. A dramaturgia współczesna od dłuższego czasu penetruje peryferie rzeczy — studium alkoholika albo homoseksualisty zaczyna dokuczać. Wolałbym, żeby to się odbywało w szpitalu niż na scenie. [Gustaw Holoubek, str. 131]

Ja dla odmiany nie boję się wariatów i nie jestem prostacko przywiązana do normalnego rozmnażania. Ale za to dość wariatów i ludzi z dziwacznymi problemami mam w pracy i w literaturze fachowej i naprawdę wolałabym już o tym nie czytać (ani nie oglądać na scenie, jeśli o tym mowa). Też sądzę, że literatura współczesna (nie tylko dramatyczna) za bardzo eksploruje peryferia, a za mało mówi o zwykłych, przeciętnych ludziach. Ja nie twierdzę, że wszystko to się nie zdarza, ale „znaj proporcją, Mocium Panie”.

Najbardziej męczą mnie książki w stylu Marka Krajewskiego (albo niektórych skandynawskich kryminałów) gdzie dokładnie wszyscy są mordercami, gwałcicielami, złodziejami, zboczeńcami albo ofiarami przestępstw (teraz lub w dzieciństwie, wtedy mają traumę). Za każdymi drzwiami czai się przemoc domowa (jeśli nie coś dużo gorszego), a wszystkie dzieci są skutkami gwałtów… No, błagam, ile można? W pewnym momencie to wszystko staje się nie tylko schematyczne, ale i śmieszne. Czy naprawdę mało problemów mają ludzie zdrowi na umyśle i z grubsza uczciwi? Kiedy ostatnio czytaliście współczesny kryminał, w którym motywem był zwykły majątek albo zabicie szantażysty, a nie trauma z dzieciństwa (lub późniejsza)?

A najgorsze jest to, że po przeczytaniu tych kilku książek specjalistycznych te wszystkie (no, większość) „głębokie analizy” i „studia psychologiczne” są dla mnie zwyczajnie nieprawdopodobne…

Czuję u niego jakąś nadgorliwość ponurości, jakąś nienaturalność i to mnie razi. Nie lubię Kafki. [Magdalena Tulli, str. 142]

I znowu: jak to miło, że ktoś jeszcze ma podobne co ja zdanie o twórczości autora, tym razem Kafki. Nie przepadam za nim, Proces wymęczyłam ze sporą niechęcią i nie bardzo zastanawiałam się nad swoim stosunkiem do autora dopóki nie przeczytałam tej rozmowy. Właśnie tak, „nadgorliwość ponurości”, o to mi chodziło.

Tak naprawdę zawsze miałem tendencję, która się z wiekiem nasiliła, do czytywania w kółko tych samych książek. Do dziś czytam w kółko te same książki. A pewnych, które wszyscy kulturalni ludzie przeczytali, nie znam. Nie lubię i nie czytam. Prawie nie znam Dostojewskiego. Nie lubię osoby. [Erwin Axer, str. 227]

Znowu ten Dostojewski, dostało mu się dzisiaj. Ale bardziej od tego, że też go nie lubię chciałam napisać o tym, że też czytam czasem na okrągło te same książki. Mam sporo takich, które przeczytałam koło dziesięciu razy, kilka czytanych ponad dwudziestokrotnie, tych poniżej dziesięciu nawet nie ma co liczyć, tak samo tych, do których wracam co jakiś czas, żeby przeczytać konkretny fragment albo losowo wybrany urywek.

I rzeczywiście pomijam wiele książek, które wszyscy inni czytają. Dajmy już spokój Dostojewskiemu, ale taki Cichy Don jest ulubionym tematem moich dyskusji z moim Ulubionym Ojcem — bo nie przeczytałam, a powinnam. Mam takich mnóstwo, również tych młodszych: nie czytam (i raczej nie mam zamiaru próbować) Lessing, Murakamiego, Irvinga, Allende. Nie ciągnie mnie do Llosy i w ogóle żadnych pisarzy iberoamerykańskich. Nie czytuję literatury azjatyckiej (może poza Izraelem) ani afrykańskiej. I póki co dobrze mi z tym.

— Pamiętniki i wspomnienia to ulubiona lektura Pana żony. Pan ich nie lubi?
— Teoretycznie bym lubił, ale jakoś nie czytam. [Jerzy Turowicz, str. 243]

U mnei nie tylko pamiętniki i wspomnienia, ale również reportaże i ogólnie literatura faktu, biografie i ksiażki historyczne, sporo fantastyki, może też książki podróżnicze. Teoretycznie bym lubiła, ale (prawie) nie czytam. Nawet praktycznie lubię, ale nadal raczej po nie nie sięgam. Chyba po prostu dlatego, że nie da rady czytać wszystkiego. Coś czasem trzeba odpuścić.

O biblioteczkach, kupowaniu i pożyczaniu

Kupuję [książki] już chyba ukradkiem sama przed sobą. [Julia Hartwig, str. 45]

Ja też! Wracam z księgarni czy antykwariatu i mam ochotę natychmiast schować przyniesione książki gdzieś na półkę i udawać, że stały tutaj od zawsze. Kiedyś dostanę rozdwojenia jaźni i Dr Jeckyll nie będzie wiedziała nic o książkach, które kupiła Mrs Hyde.

Najchętniej wklejałbym [do pożyczanej książki] kartkę „skradziono u Andrzeja Osęki”, jak było napisane na żarówkach w tramwajach — „skradziono w MZK”. [Andrzej Osęka, str. 83]

Lubię pożyczać książki, ale zawsze straszliwie martwię się, że do mnie nie wrócą. Niby zapisuję co komu pożyczam, ale i tak niepokój pozostaje. Jesteśmy coraz bliżsi zamówienia sobie pieczątki z ex librisem, choć z drugiej strony musiałby być bardzo estetyczny, żeby nie szpecił książek i to nas na razie powstrzymuje.

W którymś z podręczników Kotarbińskiego  jest rozdział o podziałach logicznych i nielogicznych i przykład, jak ktoś ustawiał książki na półkach. Na jednej ustawiał przyrodnicze, na drugiej francuskie, a na trzeciej w zielonych okładkach. I dokładnie tak właśnie ustawia się książki w bibliotece. [Jerzy Jedlicki, str. 34]

Układ biblioteki jest sumą ciągłych kompromisów. [Jerzy Jedlicki, str. 34]

Pozbywanie się książek jest dużo bardziej pracochłonne niż kupowanie. [Jerzy Jedlicki, str. 35]

Trzy prawdy spokojnie mogące odnosić się do naszej biblioteczki. Staramy się zachować pewien ład w ustawieniu, ale w paradę wchodzą nam nie tylko formaty książek, ale też bardzo płynny podział na „moje” i „mężowskie” i brak miejsca na kolejne nabytki. Bo pozbywanie książek zupełnie nam nie idzie… chociaż pierwszy krok już wykonany, wyselekcjonowaliśmy książki „do wymiany”. Na razie leżą na osobnej półce.

Kupowałam czasem książki, które już wcześniej przeczytałam. Żeby mieć. Posiadanie ma w sobie coś kojącego. [Magdalena Tulli, str. 140]

Nadal kompletuję książki, które muszę mieć w domowej biblioteczce, a od czasów wyprowadzenia się od rodziców ich nie mam. Lubię do książek wracać, lubię wiedzieć, że stoją na półce i czekają. Nie korzystam już z bibliotek, a od znajomych pożyczam książki niezwykle rzadko. Mimo tego ilość książek do przeczytania rośnie w tempie zastraszającym. Bo lubię mieć.

Troszkę są poukładane, ale, jak pani wie, książki mają tendencję do przemieszczania się po całym mieszkaniu [Krystyna Zachwatowicz, str. 156]

Moje książki jakoś też nie chcą spokojnie stać w miejscu, w którym je postawiłam. Przenoszą się z półki na półkę, zbierają w stosy i zawalają miejsca, gdzie nie powinno ich być, czasem po prostu gdzieś uciekają i strasznie trudno je znaleźć… W zasadzie orientuję się w moim książkowym bałaganie, ale trochę mnie on męczy.

***

O tym, między innymi, można przeczytać w Książkach i ludziach Barbary N. Łopieńskiej. Wywiady przeprowadzone zostały z tak różnymi ludźmi, że na każdy z przytoczonych poglądów znajdą się w książce przynajmniej dwie kontry. Miłośnicy Dostojewskiego też znajdą w niej sporo dla siebie. Albo ci, którzy mają nienaganny porządek w biblioteczce. A nawet ci, którzy książki traktują wyłącznie jako narzędzie pracy i specjalnie za nimi nie przepadają.

Bardzo polecam.

Moja ocena: 8,5/10