Wydawajcie dramaturgów! (Międzynarodowy Dzień Teatru 2010)

Na swoim blogu powszednim z okazji tegorocznego Międzynarodowego Dnia Teatru wymieniłam 5 spektakli teatralnych, które chciałabym zobaczyć ponownie. Ponieważ skupiłam się na spektaklach Teatru Telewizji, to jest szansa, że będę miała taką okazję (zwłaszcza, że część tych spektakli była nadawana już w okresie popularności video, więc nie trzeba liczyć na TVP…). Dzisiaj chcę się natomiast skupić na innych marzeniach, które mają (niestety) małą szansę spełnienia.

Chciałabym  poczytać sobie dramaty. Bardzo to lubię. Swego czasu, kiedy chorowałam na teatr (a było to gdzieś koło roku 2000), czytałam ich mnóstwo. W domu mieliśmy całkiem sporo antologii i zbiorów utworów dramatycznych, a do tego kupowałam Dialog i miałam mnóstwo radości.  Pamiętam, że czytałam Durrenmatta, Strindberga, Havla, Ibsena, Mrożka, Zapolską, Czechowa i oczywiście Fredrę, Szekspira i Moliera. Czytałam antologie dramatu polskiego, amerykańskiego, rosyjskiego, niemieckiego (znaczy się NRD, oczywiście) i chyba węgierskiego.

Nie piszę tego, żeby się pochwalić jaką mam mądrą rodzinę, że miała takie książki, ani nawet po to, żeby się pochwalić, jaka to ja jestem mądra, że je czytałam. Chodzi mi o to, że skoro czytałam takie rzeczy, to znaczy, że one realnie istniały — wydawali je. Dzisiaj w księgarniach raczej posucha. Można sobie kupić lektury szkolne: na pewno znajdzie się Hamlet, Makbet i Romeo i Julia, będą tragedie Sofoklesa (najpewniej Król Edyp i Antygona), powinien się znaleźć jakiś Molier (stawiam na Skąpca i Świętoszka) no i Zemsta Fredry (czasem trafią się i Śluby panieńskie). Do tego Niemcy, Moralność pni Dulskiej, Odprawa posłów greckich i pewno jakiś Kordian, Dziady czy inna Balladyna. Ale żeby coś więcej? Może w lepszej księgarni trafi się Różewicz, Mrożek, Witkacy albo coś Czechowa. I tyle.

Myślałam nawet, że może przesadzam i nie umiem szukać, albo po prostu chodzę do księgarni, które zrezygnowały z rozprowadzania dramatów. Zajrzałam więc na Merlina, żeby zobaczyć ile można dostać dramatów w najbardziej znanym polskim internetowym sklepie z książkami. Kategoria dramat: 149 tytułów, dramat polski: 61 tytułów (w tym trzy wydania Pana Tadeusza i Chłopi), dramat obcy: 75 tytułów (w tym na przykład Odyseja). Biorąc pod uwagę, że zdecydowana większość wydań lektur szkolnych nie zakwalifikowała się do kategorii dramat, to możnaby spokojnie tę liczbę powiększyć, ale po co, skoro w znakomitej części są to kolejne wydania Hamleta i Zemsty z opracowaniem lub bez…?

Oj, nie lubimy w Polsce wydawać dramatów. Nawet Fredro ostatnie wydanie dzieł zebranych miał w latach 50. i 60. (Pisma wszystkie). Niby powinniśmy byś z niego dumni i wydawać go tak, jak Anglicy Szekspira a Francuzi Moliera, ale nic z tego… A skoro nie lubimy wydawać nawet „naszych” dramatopisarzy, to co dopiero mówić o obcych…

Mimo to z okazji MDT zaproponuję listę pięciu dramatopisarzy (w większości obcych właśnie), których sztuki chętnie bym przeczytała po polsku. Wiem, wiem — gruszki na wierzbie. Ale pomarzyć można, prawda?

1. sir Tom Stoppard

Znany głównie jako reżyser filmu Rosenkranz i Guildenstern nie żyją, nakręconego na podstawie własnego dramatu zresztą. I film, i dramat bardzo zresztą lubię. Uwielbiam przy czytaniu (nie tylko dramatów) zastanawiać się jakie były losy postaci trzecio- i czwartoplanowych, co się z nimi działo kiedy nie występują w książce, a Stoppard pokazał mi jak on widzi wydarzenia za kulisami Hamleta. A poza tym, po tej sztuce rzucanie monetą nigdy już nie było takie samo…

Jednak bardziej niż Rosenkrantza i Guildensterna kocham inną jego sztukę: Arkadię. Teatr Telewizji był kiedyś łaskaw przenieść tę sztukę  na ekran z Teatru Wybrzeże w Gdańsku i dzięki mu za to, bo sztuka jest naprawdę przednia. Akcja dzieje się w dwóch równoległych planach: na początku XIX i w końcówce XX wieku w angielskim dworze Sidley Park. We współczesności badacze starają się zgłębić przeszłość: dowiedzieć kim był tajemniczy pustelnik żyjący niegdyś na terenie posiadłości i odkryć nieznany dotąd fragment życiorysu lorda Byrona. W przeszłości lord Byron odwiedza dwór Sidley, gdzie młodą (i genialną) Thomasinę uczy guwerner Septimus Hodge, przyjaciel Byrona. Piękna sztuka, jeśli kiedyś będziecie mieli szansę, obejrzyjcie ją.

Sam Tom Stoppard, Brytyjczyk z wychowania, a Czech z pochodzenia (może dlatego tak kocham jego poczucie humoru?) jest w krajach anglojęzycznych uznawany za jednego z najgenialniejszych współczesnych dramaturgów. Pisze również scenariusze filmów (jest współautorem scenariuszów do Brazil i Zakochanego Szekspira), jest laureatem Oskara i czterech nagród Tony. Jest autorem wielu dramatów spośród których znam jeszcze tylko Panią Hapgood, którą niedawno (2000) wystawił Teatr Telewizji. A chciałabym poznać więcej jego sztuk, bo już lista jego dokonań teatralnych na Wikipedii wygląda imponująco i bardzo ciekawie. Wiecie, że adaptował Tango Mrożka na brytyjską scenę? Albo, że napisał sztukę telewizyjną o Polsce u progu stanu wojennego? Alb, że stworzył piętnastominutową wersję Hamleta? Naprawdę warto byłoby go wydać.

2. sir Alan Ayckbourn

Znów Anglik, tym razem autor głównie fars (przynajmniej z nich go znam) pełnych typowego brytyjskiego humoru. Ja pamiętam jego  świetne Świąteczne życzenia, Wesołych świąt i Od czasu do czasu, a bardzo chętnie poznałabym więcej. Zwłaszcza, że według Wikipedii Ayckbourn jest autorem 72 sztuk.

Ale dlaczego go czytać, a nie oglądać? Bardzo chętnie bym oglądała, ale mam przykre wrażenie, że polscy aktorzy jakoś niespecjalnie czują sztuki Ayckbourna. Wesołych świąt i Od czasu do czasu widziałam w naprawdę doskonałej obsadzie (Zawadzka, Fronczewski, Ślesińska, Dymna, Jan Kociniak w tym pierwszym i Janda, Jungowska, Jan Machulski, Jan Englert i Malajkat w tym drugim), ale jakoś nie wszytko iskrzyło. Niby dialogi były zabawne i dobrze zagrane, ale gdybym tylko na podstawie tych inscenizacji miała sobie wyrobić zdanie o Alanie Ayckbournie, to nie uznałabym go za świetnego dramaturga. Nie wiem, może naszym aktorom brakuje dystansu, który niezbędny jest, żeby ten angielski humor zabłysnął? Bo może zabłysnąć, tego jestem pewna — widziałam angielski teatr telewizyjny Świąteczne życzenia. I było dokładnie tak, jak być powinno: nieodparcie śmiesznie i szalenie smutno zarazem.

Dlatego chciałabym Ayckbourna poczytać, skoro nie sądzę żebym się doczekała czasów, kiedy TVP puści ponownie te brytyjskie inscenizacje w reżyserii Michaela Simpsona (a było ich sporo).

3. sir Peter Shaffer

W notce, o której wspominałam na początku, pisałam o sztuce Detektyw Anthony’ego Shaffera. Otóż ów Anthony miał brata bliźniaka imieniem Peter. A brat ten dla odmiany pisał dramaty. Bardzo dobre dramaty zresztą, bo jest on autorem m.in. świetnego Amadeusza (sfilmowanego potem przez Milosa Formana według scenariusza samego Shaffera).  Już z powodu samego Amadeusza wartobyłoby się z Peterem Shafferem zapoznać bliżej, zwłaszcza, że sama sztuka (którą dane mi było obejrzeć niegdyś w Teatrze Jaracza w Łodzi) podobała mi się chyba bardziej niż film.

Ja jednak mam jeszcze jeden powód, dla którego chętnie poczytałabym P. Shaffera: Tajnego detektywa, którego widziałam w Teatrze Telewizji jakiś już czas temu ze świetnymi Trzepiecińską i Kowalskim oraz Pazurą, za którym co prawda nie przepadam, ale nie sposób nie oddać mu przy okazji tej roli sprawiedliwości. Ten dramat to może nie dzieło sztuki, ale razem z Amadeuszem zachęciły mnie do poznania innych sztuk Shaffera. A raczej zachęciłyby, gdyby w ogóle istniała możliwość przeczytania ich…

4. Conor McPherson

Tym razem ktoś z młodszego pokolenia i bez „sira” przed nazwiskiem, więc jego szanse publikacji są jeszcze niższe niż w przypadku poprzednich panów. Irlandczyk, dramatopisarz i reżyser, o którym w zasadzie praktycznie nic nie wiem.

Mam natomiast jedno wspomnienie związane z jego sztuką, dokładniej z monodramem Święty Mikołaj. Monodram ten grał swego czasu Jan Englert (a jest to aktor, który straszliwie mi się podobał — w zasadzie podoba mi się nadal, ale kiedyś bardziej — z wyglądu), a zdarzyło się kiedyś, że grał go w Łodzi w ŁDKu, a ja jakimś cudem dowiedziałam się o tym (reklama takich wydarzeń kuleje do tej pory, a co dopiero te dobrych kilka lat temu…) i udało mi się pójść. Właściwie prawie nic nie pamiętam, poza wrażenim, że bardzo mi się podobało nie tylko aktorstwo, ale również zafascynował mnie tekst monodramu. Tekst, którego, oczywiście, nigdzie nie da się przeczytać…

Wtedy nie dało się nawet znaleźć żadnych informacji o autorze w polskim Internecie (tak, tak, były kiedyś takie czasy…), teraz jest troszkę lepiej, a poza tym ja lepiej niż dawniej znam angielski. Wiem więc, że McPherson urodził się w Dublinie, że przynajmniej cztery jego sztuki były grane w Polsce, że ma prawie 40 lat, że dostał nagrodę Laurence’a Oliviera itd itp… Ale w dalszym ciągu nie mogę przeczytać żadnej jego sztuki.

5. Bogusław Schaeffer

Wbrew nazwisku nie jest to kolejny krewny Anthony’ego i Petera Shafferów i nie zważając na nazwisko to jedyny Polak w tej piątce. Polak, o którym nawet polska Wikipedia mówi niewiele. A jest przecież zarówno dramaturgiem, jak i kompozytorem (przy okazji też muzykologiem, krytykiem muzycznym i pedagogiem). Z początku pisał sztuki mocno związane z muzyką (o fascynujących tytułach, takich jak Scenariusz dla nie istniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego), późniejsze nie są tak mocno w muzyce osadzone.

Ja pamiętam, że widziałam na pewno w Teatrze Telewizji jego Tutam i albo Kwartet dla czterech aktorów, albo Scenariusz dla trzech aktorów, albo oba. Ale pamiętam najlepiej Tutam, które było sympatyczną komedią z aspiracjami do bycia komediodramatem. A poza tym występował w nim mój ukochany Gajos i bardzo dobra Joanna Żółkowska.

Nie powiem, żebym była tą sztuką zachwycona, ale miała w sobie coś. A poza tym to przecież paranoja, żeby nie dało rady przeczytać sztuki człowieka, który należy do grona najpopularniejszych współczesnych polskich dramatopisarzy (już nie wspominając o tym, że również do  grona wybitnych muzyków współczesnych)… Człowieka, o którym c jakieś dziesięć lat powstaje nowy film dokumentalny (ostatnio nawet częściej, bo po kolei w latach 1984, 1997, 2007 i 2008). To co musi się stać, żeby go ktoś wydał? Musi (tfu! tfu! tfu! i odpukuję w niemalowane: puk! puk! puk!) umrzeć? Trochę więcej o Schaefferze tutaj.

A na zakąskę fragment Kwartetu:

Coda

Stopparda nawet pewnie da radę kupić (może w antykwariatach?), bo wydali mu Rosenkrantza i Guildensterna oraz  Arkadię i Wynalazek miłości w jednym tomie. Poza tym Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją oraz Arkadia „wyszły” również w Dialogu (odpowiednio 1/1969 i 2/1994). Ayckbourna Od czasu do czasu można przeczytać w Dialogu 12/1996, Petera Shaffera Equus jest w Dialogu 8/1978, a McPhersona Tama w Dialogu 11/1999. Bogusława Schaeffera nie znalazłam…

Jeszcze bardziej spóźnione, ale nadal świąteczne

W poniedziałek na moim głównym blogu z okazji 21 marca powitałam wiosnę piosenkowo-wierszowo (21 marca to nie tylko pierwszy dzień wiosny, ale też Światowy Dzień Poezji). Miałam od razu napisać notkę i tutaj, ale los chciał inaczej. Nie będziemy się spierać z losem, ale notka o poezji być musi, bo jakżeby inaczej?

Nie mam zamiaru pozować tutaj na natchnioną wielbicielkę poezji spijającą nektar słów poety-geniusza z kart zbiorów i biegającą do różnych malinowych chruśniaków, żeby się poezją w samotności rozkoszować. Co to, to nie. Ale lubię. Lubię usiąść sobie wieczorem przy dwóch lampkach — jednej lampce świecącej, a drugiej lampce wina — i zamiast zagłębiać się w kolejnej powieści wziąć do ręki jakąś antologię, albo tomik któregoś z moich ukochanych autorów. Mam takich, część zmienia się z czasem, ale jest pewien trzon, który zostaje. I ten trzon staje się z roku na rok coraz „grubszy”, bo co i rusz odkrywam coś nowego i pięknego, a dużo rzadziej przestaję coś lubić. A na dodatek często słuchając różnych piosenek wsłuchuję się w ich słowa, zachwycam się, potem odkrywam autora i mam do pokochana kolejną osobę. Ale ja lubię kochać, więc zupełnie mi to nie straszne.

Ponieważ blog funkcjonuje od niedawna, to nie będę poetycznie podsumowywać tylko zeszłego roku, ale napiszę trochę o niektórych moich fascynacjach — może nawet nie tyle tych najważniejszych, ile tych, które teraz przychodzą mi na myśl, więc na ten moment można je za najważniejsze uznać.

A jednak klasycy?

Jestem pewnie nieco staroświecka, bo zamiast zachwycać się Wojaczkiem i Stachurą (owszem, lubię, ale tylko w wersji śpiewanej przez stare Stare Dobre Małżeństwo na pierwszych kilku płytach, bez muzyki mi nie wchodzi) sięgam po te straszne lektury, którymi „zamęczali” nas poloniści w szkole. Chociaż nie przepadam za romantyzmem, lubię Pana Tadeusza i uwielbiam wprost Ballady i romanse. W ogóle inny Mickiewicz z tych ballad wychodzi: historyjki w większości krwawe (zupełnie nie dla dzieci — a może właśnie dla dzieci, które w końcu uwielbiają makabryczne opowieści z morałem), a do tego cudne poczucie humoru — to musiał być bardzo sympatyczny chłopak zanim zmienił nam się w narodowego wieszcza… Z podstawówki pamiętam jeszcze Powrót taty i Panią Twardowską, ale najlepsze odkryłam dopiero potem. Na przykład takie Lilije nie dość że zaczynają się uroczym

Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana;
Zabiwszy grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju,

(pamiętacie Gałczyńskiego: „Takie utwory wieszcza | Dzieciom się w książkach zamieszcza?”), to dalej jest coraz lepiej. Nie dość, że „Wrona gdzieniegdzie kracze | I puchają puchacze” (od dawna już dla mnie wrona kracze „gdzieniegdzie”), to dowiadujemy się na przykład, że „Mąż z królem Bolesławem | Poszedł na Kijowiany. | Lato za latem bieży, | Nie masz go z bojowiska; | Ja młoda śród młodzieży, | A droga cnoty śliska!”. Cudne to jest w całości i czyta się jak najlepsze opowiadanie grozy, z tym że jednak humorystyczne.

A przecież to tylko przykład, bo mamy i uroczą Świteziankę („Ona po srebrnym pląsa jeziorze | On pod tym jęczy modrzewiem”), i cudny przekład-nieprzekład z Schillera Rękawiczka (o Emrodzie, co poszedł między lwy i lamparty po rękawiczkę kochanki, a potem „Rycerz jej w oczy rękawiczkę rzucił: | <<Pani, twych dzięków nie trzeba mi wcale>> | To rzekł i poszedł, i więcej nie wrócił.” — no czyż to nie urocze?), i Trzech Budrysów (Pamiętacie? „Bo nad wszystkich ziem branki milsze Laszki kochanki, | Wesolutkie jak młode koteczki, | Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka, | Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki.”?),  i równie śliczne To lubię („Zostać na polu samemu i w nocy, | <<To lubię – rzekłem – to lubię!>>”)… Dość, bo można tak jeszcze długo. W ogóle u Mickiewicza kocham potoczystość języka i swobodę. Niesamowicie pięknie potrafił się znaleźć w każdej formie od króciutkiego sonetu po ogromny poemat trzynastozgłoskowcem. Do dramatów wieszcza Adama nikt mnie już pewnie nie przekona, ale ballady, romanse i sonety bardzo lubię.

Na deser inny poeta o Mickiewiczu. I nie będzie Gałczyńskiego (ani Lilij ani Ofiary świerzopa, chociaż bardzo lubię), tylko coś chyba mniej znanego…

Wielka trójca międzywojnia

Trzech bardzo ważnych dla mnie poetów zaczynało pisać w dwudziestoleciu międzywojennym. Ilekroć się zastanawiam, którego z nich wolę, tylekroć nie mogę się zdecydować. A jak już się zdecyduję, to za każdym razem inaczej. Gałczyński, Słonimski i Tuwim (niech będzie, że alfabetycznie). Każdy inny, a wszystkich trzech kocham czytać.

Konstantego Ildefonsa kojarzy się głównie z Zaczarowaną dorożką („Póki dorożka dorożką, | a koń koniem, dyszel dyszlem, | póki woda płynie w Wiśle (…) zawsze będzie w każdym mieście, | zawsze będzie choćby jedna, | choćby nie wiem jaka biedna…”). Ja Dorożkę bardzo  lubię, ale to przecież nie powód, żeby nie lubić i innych wierszy Gałczyńskiego. I tych zabawnych (Dlaczego ogórek nie śpiewa?, O wróbelku, Strasna zaba czy Satyra na bożą krówkę), i tych lirycznych (Prośba o wyspy szczęśliwe, Pyłem księżycowym, Ojczyzną moją jest muzyka, czy choćby Pieśń o żołnierzach z Westerplatte — pierwszy „poważny” Gałczyński jakiego poznałam, też w szkole).

Pięknie się wiersze Gałczyńskiego komponują z muzyką, mnóstwo słyszałam piosenek do jego liryki (tkliwej dynamiki…), łącznie z Zaczarowaną dorożką zresztą. Poniżej coś nieco mniej poważnego, ale za to w mistrzowskim wykonaniu Jacka Wójcickiego.

Antoni Słonimski z tych trzech moich ulubionych jest pewnie najmniej znany. A niesłusznie, bo wiersze pisał naprawdę piękne. Może napisał ich mniej, a może mniej ludzi natrafiło na nie szukając tekstów do piosenek, ale nadal warto się rozejrzeć za jakimś tomikiem Słonimskiego. Ja zresztą dowiedziałam się, że go lubię właśnie dzięki piosence — Elegii miasteczek żydowskich śpiewanej przez Antoninę Krzysztoń do własnej melodii.

Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek,
W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy
Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek,
I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.

Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany,
Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto
I wapnem sinym czysto wybielono ściany
Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.

Błyszczy tu księżyc jeden, chłodny, blady, obcy,
Już za miastem na szosie, gdy noc się rozpala,
Krewni moi żydowscy, poetyczni chłopcy,
Nie odnajdą dwu złotych księżyców Chagalla.

Te księżyce nad inną już chodzą planetą,
Odfrunęły spłoszone milczeniem ponurym.
Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą,
Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem.

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem.

Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem,
I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa,
Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa
Dwa narody karmione stuleci cierpieniem.

Trudno coś o Słonimskim znaleźć w Internecie, choć trochę tekstów da się poczytać. Jeszcze trudniej o piosenkę z jego tekstem, ale i to się udało. Byłby pewnie Święcicki i Nie wołaj mnie w wersji audio, ale YouTube zaproponowało takiego Gintrowskiego. Dla mnie nowość, ale bardzo mi się podoba.

Julian Tuwim jest mi z tej trójki o tyle najbliższy, że związany z moim miastem — Łodzią. W Kwiatach polskich sporo jest łódzkich motywów i może właśnie dlatego tak je lubię, bo zazwyczaj do poematów dygresyjnych nie mam cierpliwości. Inna rzecz, że akurat Kwiaty można spokojnie czytać jako pojedyncze wiersze (tak zresztą były wielokrotnie wykorzystywane w piosenkach). Tuwim ma też w moim sercu szczególne miejsce ze względu na jego twórczość kabaretową. Wszystkie te teksty piosenek i szmoncesy do przedwojennych teatrzyków i kabaretów są dla mnie nieustającym źródłem radości.

A dla wszystkich bibliofilów (tekst za serwisem poema.art.pl) — Zakochany bibliofil (ballada tragiczna)

Na co mam przysiąc, Piękna, że z żądzy umieram?
Że mi się na Twój widok serce w pieśń rozdzwania?
Na komplety Kolberga, „Wisły”, Estreichera!
Na dziadowskich kantyczek groszowe wydania!
Na „Bandytę z miłości” (a miałem go, drania!)
Na „Kwiaty” Rozbickiego — z ryciną! Rzecz drobna,
Ale nie do zdobycia – jak ty do kochania…
– Przysięgam na te książki, na każdą z osobna!

Jakże cię mam przekonać, że mi sen odbiera
Wspomnienie o twych oczach i świat mi przesłania?
Klnę się na Syreniusza, Siennika, Kirchera
(„Mundus Subterraneus”), na „Podróże Frania”,
Na obscoenum sprzed wieku „Hrabina Melania”,
Na pangegrik „Muza weselnie-żałobna
W dźwięczno-wdzięcznych melodiach tkliwego gruchania” —
— Przysięgam na te książki, na każdą z osobna!

Ginę, Pani! Jak pragnę zdobyć Guliwera
W edycji M. Glucksberga! Przysięgam na „Zdania
I uwagi moralne Starego Fryzjera”,
Na „Młot na czarownice”, na traktat „De mania
Scribendi in latrinis”… Ginę z miłowania
Zapomnieć? Nie! Zapomnieć Ciebie nie podobna!
A że kocham – przysięgam Ci w chwili rozstania
Na wszystkie książki razem i każdą z osobna.

Przesłanie
Pani! Żegnam raz jeszcze i pięknie się kłaniam…
Gdy nie chcesz bibliofila — niech Cię jakiś snob ma…
Jedno wiedz: dziesięć takich oddam bez wahania
Za każdą z owych książek, za każdą z osobna.

Śliczne! Zwłaszcza w kontekście Grochu z kapustą, który wertuję sobie w wolnych chwilach, a w którym Tuima mania bibliofilska pięknie jest wyeksponowana. A na koniec może jednak klasyka. Fragment  Kwiatów polskich i Ewa Demarczyk.

Ten rok przyniósł

No i wyszedł wpis strasznie długi, a ja nawet nie zdążyłam wspomnieć o Jonaszu Kofcie, Jeremim Przyborze, Marianie Załuckim, Andrzeju Garczarku czy Jacku Kaczmarskim.

Ale że zazwyczaj ograniczam się w blogowych wyliczankach do pięciu elementów, to zostało mi jeszcze miejsce dla poetyckiego odkrycia tego roku — Emily Dickinson. Oczywiście znów odkrycie związane z muzyką. Piosenki do wierszy Emily Dickinson (całe dwa) śpiewała na swojej płycie Miłość jest wszystkim Grażyna Barszczewska. Oczywiście śpiewała i inne wiersze (choćby Achmatowej), ale właśnie Dickinson zwróciła moją uwagę. Przede wszystkim chyba lapidarnością.

Nie jestem jeszcze pewna, czy Emily Dickinson pozostanie wśród moich ulubionych poetów. Poznaję ją powolutku, od czasu do czasu czytając kilka wierszy. Nie mam dostępu do żadnego jej tomiku, więc czytam w Internecie. Niektóre mi się podobają, inne mniej — jak to zwykle. Na razie ją poznaję…

Wyrastamy z miłości

No i tak się rozpędziłam z tym pisaniem, że mi wpis z okazji Światowego Dnia Poezji puka do bram Międzynarodowego Dnia Teatru. Kiedy ja zdążę napisać notkę o (oczywiście ogromnie przeze mnie kochanym) dramacie? Już nie mówiąc o zwykłych recenzjach, z którymi straszliwie zalegam… Ale nic to, na razie tradycja blogowa mówi, że do notki warto dołączyć bonus. Więc bonus na rozluźnienie: tekst Julian Tuwim, śpiewa Jadwiga Kuta.

Terry Pratchett „Ciemna strona słońca”

Tytuł: Ciemna strona słońca
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: The Dark Side of the Sun
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jarosław Kotarski
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2001
Wydanie: pierwsze (dodruk)
Ilość stron: 187

Jazda pociągiem zazwyczaj sprzyja czytaniu. Przynajmniej w moim przypadku. Uwielbiam zaszyć się w przedziale ze stertą książek i jechać, jechać, jechać. Niestety tym razem wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Jechałam niedaleko (Łódź-Warszawa, trochę ponad półtorej godziny), w jedną stronę byłam zdenerwowana (pięć egzaminów w dwa dni), a w drugą jakieś panienki cały czas gadały (przy czym jedna z nich nie znalazła miejsca, więc stała na korytarzu, co logicznie pociąga za sobą konieczność trzymania otwartych drzwi do przedziału, które wpuszczają cały hałas z wagonu, grrrr…), więc nadzieje na przeczytanie chociaż części Źródła Mamerkusa Leszka Białego z bólem skreśliłam za oboma razami.

Ostatecznie musiałam sięgnąć po coś rozrywkowego, przyjemnego i, oczywiście, niezbyt denerwującego. Na szczęście przewidziałam taką możliwość już w domu i piątkowy wieczór upłynął pod znakiem doboru lektury. A ponieważ od kilku dni gnębił mnie apetyt na książki dla młodzieży (Broszkiewicz koniecznie… i cały cykl o Ani, to na początek najchętniej), a akurat prawie niczego tego typu nie miałam w domu, to poważnie się zastanowiłam i z drugiego rzędu wyciągnęłam rzadziej (niż Świat Dysku) czytane Pratchetty: Ciemną stronę słońca i Dysk. W drodze „tam” przeczytałam pół tej pierwszej, resztę w sobotę wieczorem wypoczywając po trzech z pięciu egzaminów…

Dom (skrót od uroczego imienia Dominikdaniel) Sabalos ma zostać Przewodniczącym i rządzić (nominalnie) całą planetą. Wszystko jednak wskazuje na to, że zostanie zabity tuż po uroczystości mianowania. Jest tylko jedna szansa na milion, żeby tak się nie stało, a Ci którzy czytają Pratchetta wiedzą, że jedna szansa na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Ale raz oszukany rachunek prawdopodobieństwa (który w tym świecie nie jest dokładnie tym samym co u nas), drugi raz nie da się wykiwać i Dom będzie musiał odnaleźć planetę Jokerów (prastarej rasy, stwórców wszystkich rozumnych ras), leżącą po „ciemnej stronie słońca”. Okazuje się jednak, że mało kto chce, żeby we wszechświecie nagle pojawiła się rasa bogów — a jedyną szansą, żeby do tego nie dopuścić jest likwidacja Doma Sabalosa. A przy okazji zapewne również towarzyszącego mu robota (klasy piątej) Isaaca i phnoba Hrsh-Hgna.

Z jednej strony kolejność czytania wybrałam niesłuszną — Ciemna strona słońca została napisana sporo po Dysku i niektórzy dopatrują się w niej kontynuacji poprzedniej powieści SF Pratchetta, albo chociaż tego, że dzieją się w tym samym świecie. Na moje oko wszystko to, to tylko pobożne życzenia, a jeżeli nawet są między powieściowymi światami jakieś zbieżności, to zupełnie nie wpływa to na kolejność lektury. Za to z drugiej strony kolejność dobrałam dobrze — najpierw przeczytałam książkę słabszą, dopiero potem lepszą.

Ciemna strona słońca nie jest dziełem sztuki. To przyzwoita powieść przygodowa z motywami filozoficznymi i socjologicznymi z jednej strony, ale i przyjemną akcją i zagadkami z przeszłości (i teraźniejszości) z drugiej. Powiedziałabym: książka dla młodzieży, ale cholera wie, czy dzisiejsza młodzież ma taki sam gust jak ja w okolicach liceum (czy może nawet podstawówki — tej ośmioklasowej). Mnie się wtedy na pewno spodobało, chociaż nawiązania do Asimova („Jedenaste Prawo Robotyki, klauzula C z poprawką”) wyłapuję dopiero teraz. I też mi się podoba, może nieco mniej niż za poprzednim czytaniem (rozwiązanie problemu jest na tyle ciekawe, że pierwszy raz musi przynieść więcej radości niż kolejne…), ale nadal. Zwłaszcza, że poczucie humoru się Pratchettowi nie zmienia razem z realiami, o których pisze.

I jeszcze kilka ostrzeżeń: to nie jest twarde SF, już bardziej space opera, taki fantaziak w kosmosie, w którym co prawda statki kosmiczne nie robią w próżni „wziuuu!”, ale prawie. To nie jest powieść na poważnie, jest lekka nawet jak na standardy Pratchetta (raczej początki Świata Dysku niż końcówka). To książka, w której występuje inteligentna planeta (Pierwszy Bank Syriański, prawnie uznany za człowieka), będąca ojcem chrzestnym głównego bohatera…

Polecam przede wszystkim miłośnikom Pratchetta, którym skończyły się książki o Świecie Dysku. Także miłośnikom humorystycznej ale nie głupiej SF dla młodzieży. No i generalnie miłośnikom książek zabawnych, którzy nie plują na sam dźwięk słowa „fantastyka”.

Moja ocena: 6/10

PS. Dla dociekliwych do porównania przy czytaniu: The Annotated Pratchett File o Ciemnej stronie słońca: tutaj.

PS 2. A w następnym odcinku recenzja Dysku tegoż autora.

Pierwszy stosik

Wzorem licznych książkowych blogowiczów chwalę się swoimi nowymi zdobyczami książkowymi. A w zasadzie nie tylko książkowymi, bo razem z książkami pozuje nasza nowa lampka…

Stosik nie jest wielki, ale też zawiera tylko książki, które przywędrowały do mnie niedawno. Z jednym oszukaństwem — Opowieści z Ziemiomorza (pasowały formatem) dołożyłam, żeby ukryć fakt, że wydawnictwo vis-a-vis — etiuda spartaczyło Księgę apokryfów i żeby napis na niej był w odpowiednią stronę trzeba ją położyć tyłem do góry…

Po kliknięciu można dokładnie zobaczyć co też na stosiku leży, ale leniwym podpowiem (w kolejności od spodu):

Julian Tuwim Tłumaczenia poetyckie — kocham Tuwima szczerze i mój mąż o tym wie, więc z wyjazdu do Gdyni przywiózł mi ten piękny tom kupiony w przecenie. Cudo — wybór tłumaczeń z objaśnieniami rzeczowymi. Głównie Puszkin (Lutnia Puszkina) ale wcale nie tylko. Oczywiście nie powstrzymałam się i już czytam (uważny oglądacz zdjęcia zauważy zakładkę) zaznaczając sobie co piękniejsze kawałki (chwała niech będzie zakładeczkom post-it!).
Wydawnictwo Ossolineum, wybrał i opracował Tadeusz Januszewski.

Leszek Biały Źródło Mamerkusa — efekt wizyty w Empiku. Mąż wyszedł z Wyprawami Wikingów, ja ze Źródłem. Zachorowałam na tę powieść po kilku recenzjach na blogach:  przede wszystkim tej, oraz tej i tej. Ciągle się na tę książkę natykam w Internecie, ostatnio tutaj. W Empiku wzięłam do ręki, otworzyłam w kilku miejscach, przeczytałam trochę i już wiedziałam, że łatwo mnie od niej odessać nie będzie. Na szczęście Małżonek nie próbował i zaaprobował dodatkowe koszty. Źródło jest zresztą ładnie wydane, a przy takiej grubości (ponad 800 stron) i twardej oprawie, te 50 złotych to bardzo przyzwoita cena, ale niezależnie od tego, uznaję, że mam bardzo dobrego Męża.
Wydawnictwo Nowy Świat.

Rene Sedillot Moralna i niemoralna historia pieniądza — to podobno też mężowski prezent dla mnie, ale po wręczeniu zaraz zabrał i nie oddawał zanim nie przeczytał (no dobrze, czytałam wtedy co innego, ale fakt pozostaje faktem)… Temat bardzo ciekawy, książka od razu rzuciła nam się w oczy na wystawie księgarni. Lubię tę francuską szkołę historyków „życia codziennego” i na historię pieniądza ostrzę sobie zęby, ale dopiero jak będę miała trochę więcej czasu. Takich książek nie lubię czytać w tramwajach.
Wydawnictwo WAB.

Karel Capek Księga apokryfów — efekt środowej wizyty w księgarni „przelotem”. Ale nie liczę jej za nieplanowany zakup, bo wiedziałam że kupię odkąd dowiedziałam się o wznowieniu. Kocham tę książkę odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy (pewnie gdzieś na początku liceum). Od tamtej pory sięgałam po nią wiele razy, choćby po to, żeby przeczytać jedno opowiadanko, i nigdy mnie nie zawiodła. Teraz też, kiedy tylko rzuciłam okiem zachwyciłam się ponownie. Już teraz żałuję, że opowiadań jest tu tak mało. Czytam powolutku, co jakiś czas, w przerwach w nauce, bo inaczej wciągnęłabym w dwie godzinki. Szkoda tylko, że wydawnictwo odwaliło taką fuszerkę. Nie tylko z tym, o czym wspominałam we wstępie, niestety…
Wydawnictwo vis-a-vis — etiuda.

Ursula K. Le Guin Opowieści z Ziemiomorza — oszukaństwo, o którym wspomniałam na początku. Opowieści leżą na półce już od dłuższego czasu, a wyciągnięte na wierzch zostały, bo mam ostatnio coraz większą ochotę, żeby wrócić do świata Ziemiomorza. Nawet nie pamiętam, czy je kiedyś czytałam, czy nie. Teraz chcę przeczytać cały cykl zgodnie z chronologią wydarzeń. Ale to dopiero w ostatniej kolejności spośród przedstawionych.
Wydawnictwo Książnica.

No i tyle. Wiele sobie po tym stosiku obiecuję, kiedy już będę po egzaminach. Na razie sesja paraliżuje odrobinę blogową działalność, ale mam nadzieję wrócić do jakiej takiej regularności już po weekendzie. Póki co — trzymajcie za mnie kciuki…

Stieg Larsson „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”

Tytuł: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Autor: Stieg Larsson
Tytuł oryginalny: Män som hatar kvinnor
Język oryginału: szwedzki
Tłumacz: Beata Walczak-Larsson
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2009
Wydanie: pierwsze poprawione
Ilość stron: 633
Cykl: Millenium (1 część)

Kiedy przyglądam się chmurze tagów w prawej kolumnie bloga, dochodzę do wniosku, że strasznie monotematyczne te recenzje. Po publikacji tej notki trzy największe tagi w chmurze powiększą się jednak jeszcze bardziej. Nic na to nie poradzę, że początek roku upłyną mi w towarzystwie szwedzkich kryminałów. Wszystko zaczęło się właśnie od Stiega Larssona i jego bestselleru Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Wiele czytałam o tej książce na długo zanim w ogóle zdecydowałam się po nią sięgnąć. Opinie były w zdecydowanej większości entuzjastyczne, ale dość długo mi zeszło zanim powieść kupiłam. A i to, kupiłam ją nie pod wpływem przemyśleń i recenzji, ale raczej pod wpływem impulsu i potrzeby kryminalnego czytadła na długie styczniowe wieczory. Którą to rolę książka Larssona spełniła zresztą bardzo dobrze.

Fabuła powieści była już opisywana po wielekroć, ale ponieważ sam nie znoszę, kiedy w recenzji czytam „fabułę wszyscy znają, więc nie będę o niej pisać”, to kilka zdań jej poświęcę. Książka składa się niejako z dwóch głównych wątków. Pierwszy (prasowo-dziennikarski) okala niejako ten drugi (kryminalny), czyli najwięcej jest go na początku i na końcu książki. Mamy tutaj dziennikarza i współwłaściciela czasopisma Millenium, Mikaela Blomkvista, który został skazany za pomówienia wobec znanego przemysłowca, i który stara się odzyskać twarz i jednocześnie pogrążyć wroga. Po ogłoszeniu wyroku (trzy miesiące więzienia) usuwa się z centrum wydarzeń i, zamiast pracować nad zdemaskowaniem złego Hans-Erika Wennerströma, daje się wciągnąć w śledztwo w sprawie dziewczyny, która znikła czterdzieści lat wcześniej. W śledztwie pomagają mu zleceniodawca — głowa klanu i bogacz Henrik Vanger, oraz researcherka i outsiderka — Lisbeth Salander.

Jako się rzekło wątek kryminalny jest w książce niejako „otoczony” tym dziennikarskim. Pojawia się dopiero w 1/3 książki, żeby pod koniec zostać rozwiązanym i wcale tym samym nie zakończyć powieści. Specyficzny ten zabieg nie przypadł do gustu wielu osobom, czytałam mnóstwo opinii, że „pierwsze 100 stron nudne, ale warto się przemęczyć”. Ja mam trochę inaczej: pierwsze sto stron czytało mi się bardzo przyjemnie, trochę jak powieść obyczajową, ale bardziej jak przydługi wstęp, w którym przedstawione zostają postaci dramatu i zaczyna być budowany klimat. Dużo gorzej było z ostatnią setką (przypadającą już po rozwiązaniu wątku kryminalnego, a przynajmniej jego części), która dłużyła mi się niemiłosiernie. W dalszym ciągu mam wrażenie, że rozkład napięcia w całej książce nieco kuleje.

Ogólne wrażenia z lektury mam pozytywne. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet to powieść naprawdę dobrze napisana z ciekawą zagadką kryminalną, a do tego zawierająca sporo informacji dotyczących współczesnej Szwecji. Miejscami co prawda zagadka jest nieco wydumana, jak w sporej większości współczesnych kryminałów, no i oczywiście, śledztwo musi kończyć się efektowną bijatyką, pościgiem i ogólnym łubudu… Za to bardzo ładnie pokazane jest samo zbieranie informacji i cały proces dochodzenia do prawdy. Z drugiej strony — znów widzę, tak popularne w szwedzkich kryminałach, umracznianie rzeczywistości, o którym pisałam już przy okazji recenzji Mankella. Tutaj jest jednak o tyle lepiej, że ludzie przynajmniej zazwyczaj znajdują czas na sen i jedzenie (co u komisarza Wallandera wcale nie jest normą), a nawet na seks, więc nie będę się czepiać.

Mam jednak z tą książką pewien kłopot, który skutkuje między innymi tym, że zupełnie nie ciągnie mnie do drugiego tomu cyklu, chociaż pierwszy czytałam z dużą przyjemnością. Tym problemem jest osoba Lisbeth, która (na szczęście) w tej części była raczej postacią drugoplanową. Zdecydowanie nie polubiłam panny Salander — szczerze nie znoszę (tak w życiu, jak i na papierze) ludzi, którzy uważają, że ogólnie przyjęte zasady ich nie dotyczą. I naprawdę wszystko mi jedno jak genialna jest jednostka i jak ciężkie przyżyca miała w dzieciństwie czy młodości. Niestety, Lisbeth Salander należy właśnie do tego typu osób. Dodatkowo jeszcze nie lubię postaci genialnych informatyków (hakerów, specjalistów od zabezpieczeń, czy czegokolwiek tego typu), którzy prawdopodobnie urodzili się już ze swoimi umiejętnościami, bo z historii ich życia nie wynika choćby to, żeby kiedykolwiek było ich stać na porządny komputer, nie mówiąc już o latach poświęconych na naukę… Cóż  możliwe, że w kolejnych tomach cudowne umiejętności Salander zostaną przez Larssona wyjaśnione, ale w pierwszym jej samorodny geniusz stawał mi kością w gardle… Właśnie przez Lisbeth miałam z lektury powieści dużo mniej przyjemności, niż miałam nadzieję na początku.

Biorąc pod uwagę to, że kolejne tomy cyklu Millenium dużo silniej skupiają się właśnie na postaci, która mnie irytuje, a do tego (z tego co udało mi się wyczytać) mniej mają wspólnego z porządnym kryminałem, a więcej z powieścią szpiegowską, sensacyjną czy wreszcie, modnymi ostatnio niesamowicie, teoriami spiskowymi, zupełnie nie ciągnie mnie do ich lektury. No, może troszeczkę — bo przecież tom pierwszy był naprawdę dobrze napisany.

Mimo to, z czystym sumieniem polecam zapoznanie się z Mężczyznami, którzy nienawidzą kobiet wszystkim miłośnikom kryminałów (nie tylko skandynawskich). To bardzo porządny współczesny kryminał z kawałkami sensacyjnymi i dziennikarsko-śledczymi, zahaczający też o sagę rodziną Vangerów, więc jeśli ktoś lubi takie klimaty na pewno znajdzie w tej książce coś dla siebie. Tym, którzy za kryminałami czy sensacją nie przepadają mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to powieść naprawdę dobrze napisana, ale polecać jej nie będę. Daleka jestem od twierdzenia, że n pewno spodoba się ona każdemu. Ale chyba jednak warto spróbować.

Moja ocena: 6,5/10

Dwie uwagi nieco na marginesie:

1. Na podstawie trylogii Millenium Szwedzi nakręcili film, którego nie oglądałam, ale (biorąc pod uwagę długość książki) jest pewnie nieco okrojony względem powieści. Podobno obejrzeć mimo to warto.

2. Kiedy patrzę na tytuł anglojęzycznej wersji tej powieści, mam wrażenie, że ktoś wziął odwet za polskie tłumaczenia tytułów filmów (typu Wirujący seks, Młość i śmierć w Wenecji czy Wbrew regułom)…

Camilla Lackberg „Księżniczka z lodu”

Tytuł: Księżniczka z lodu
Autor: Camilla Lackberg
Tytuł oryginalny: Isprinsessen
Język oryginału: szwedzki
Tłumacz: Inga Sawicka
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2009
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Czarna seria
Ilość stron: 424
Cykl: Saga kryminalna (1 część)

Miało być o Stiegu Larssonie i jego Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet, ale postanowiłam jednak napisać o książce, którą dużo łatwiej mi ocenić niż tamtą. Znowu (tak jak Piąta kobieta Mankella) szwedzki kryminał, ale tym razem kryminał „kobiecy”. Z takim właśnie określeniem — „kobiece kryminały” — spotkałam się wielokrotnie przy opisie książek Camilli Lackberg. Ja chyba jednak wolę kobiece kryminały w stylu Agathy Christie.

Akcja Księżniczki z lodu ma miejsce w szwedzkim miasteczku Fjallbacka. Dawniej żyjące z połowów, dziś bardziej z turystów miasto zdecydowanie nie tętni życiem poza sezonem. Właśnie mroźna zima jest tłem dla wydarzeń, które się rozegrają: morderstwa młodej kobiety i poszukiwania winnego jej śmierci. Poszukiwaniem zajmie się z jednej strony lokalna policja, a z drugiej — pisarka Ericka Falck, dawna przyjaciółka zamordowanej kobiety.

Właśnie śledztwo Ericki jest w książce na pierwszym planie.  Oczywiście śledzimy też działania policji (zwłaszcza w osobie, zainteresowanego pisarką prywatnie, młodego policjanta, Patrika), ale to Ericka jest na pierwszym planie. Zarówno jej poszukiwania prawdy (a żeby ją odkryć musi cofnąć się aż do dzieciństwa ofiary), jak i aspiracje twórcze czy życie prywatne poznajemy bardzo dokładnie. I jak to bywa w takich przypadkach polubienie książki mocno zależy od polubienia głównego bohatera — ja Ericki nie polubiłam.

Ciężko w ogóle powiedzieć, żebym kogoś w tej książce polubiła. Może trochę Patrika, policjanta „po przejściach” i rozwodzie z kobietą, z którą ożenił się tylko po to, żeby zapomnieć o innej… Troszkę też Pernillę, żonę przyjaciela głównej bohaterki, który ciągle do niej wzdycha… Najsympatyczniejszy wydał mi się Eilert — starszy pan, pojawiający się na samym początku i samym końcu, ale żeby go polubić, to też nie bardzo. Nie to, żeby bohaterowie byli jawnie antypatyczni — na pewno nie wszyscy. Wyraźnie antypatyczni są miejscowy szef policji, wyższe sfery miasteczka w postaci matki i syna z żoną (zwłaszcza syn), miejscowy pijak i mąż siostry Ericki. W sumie, jak tak spojrzeć to całkiem sporo, ale wiele też zostaje postaci, które po prostu nie zdobyły mojej sympatii, chociaż teoretycznie mogłyby. Jakoś mnie autorka nie potrafiła przekonać, że ktokolwiek w jej książce jest wart polubienia.

To zresztą nie byłby wielki problem, bo żeby książka mi się podobała nie muszę lubić bohaterów, ale problemów w Księżniczce z lodu miałam jeszcze kilka. Podstawowy był taki, że bardzo ciężko mi się ją czytało. Zaczęłam w styczniu, skończyłam na początku marca. Zupełnie nie miałam ochoty wracać do lektury, jeżeli odłożyłam książkę choćby na moment. Bardzo powoli mi też szło samo czytanie. Ciężko mi zdefiniować co takiego jest w stylu autorki, co zupełnie mi nie podeszło. Cały język książki wydał mi się sztuczny, a do tego większość napisana jest w paskudnie górnolotnym tonie. Miałam trochę wrażenie, że pisała to nastolatka, a nie dojrzała kobieta…

Ale całkowicie najgorsze było to, że wszyscy w tej książce byli paskudnie niedomyślni. Owszem — lubię kryminały, w których udaje mi się odgadnąć jakąś zagadkę przed detektywem albo równo z nim, ale kiedy muszę czekać kolejne sto-dwieście stron, żeby ktokolwiek w ogóle pomyślał o rozwiązaniu, które dla mnie jest oczywiste, przestaję być zadowolona.

Jak widać powyżej, Księżniczka z lodu nie bardzo mi się podobała. Co gorsza sama intryga kryminalna (zarówno morderstwo, jak i tropy, prowadzące do odkrycia sprawcy) jest naprawdę świetna (może kiedyś wykorzystam ją jako scenariusz do erpega…), ale cała reszta już mniej. Do pozytywów można jeszcze zaliczyć obraz małego nadmorskiego miasteczka, w którym liczy się „co ludzie powiedzą”. Do negatywów (dla mnie) język i niedomyślnych, niesympatycznych bohaterów. W sumie książka wyszła z tego nawet nie zła, tyko mocno nijaka. Ogółem — raczej nie polecam.

Moja ocena: 4,5/10

Henning Mankell „Piąta kobieta”

Tytuł: Piąta kobieta
Autor: Henning Mankell
Tytuł oryginalny: Femte kivnnan
Język oryginału: szwedzki
Tłumacz: Halina Thylwe
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2007
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Mroczna seria
Ilość stron: 482
Cykl: komisarz Wallander (6 część)

Zbierałam się do przeczytania którejś z książek Mankella już nie wiem od jak dawna. Zachęt do jego przeczytania było kilka: lubię kryminały (to raz), lubię czytać o Skandynawii i Skandynawów (to dwa), oba seriale o Wallanderze były całkiem interesujące (to trzy). Poza tym był moment, kiedy na Mankella była zwyczajna moda i nie dało się wejść do księgarni, żeby się na człowieka nie rzucił… To akurat niekoniecznie zaleta, więc „cztery” będzie raczej to, że naczytałam się pozytywnych recenzji na blogach książkowych.

Zanim się wzięłam do którejś z powieści Mankella minęło jednak sporo czasu. Przede wszystkim dlatego, że recenzja mojego Męża była dużo mniej zachęcająca niż większość entuzjastycznych głosów. A że zazwyczaj mamy gusta podobne, wzięłam jego zdane pod uwagę. Jednak po jakimś roku, kiedy skończyły nam się już oba wallanderowe seriale (można było sobie ostatnio obejrzeć komisarza na Ale kino! w obu wersjach — szwedzkiej i angielskiej) zaczęłam się łamać. Ostatecznie morale złamało mi przeczytanie super-duper-hiper-bestselleru Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet Stiega Larssona. No bo jak tu recenzować szwedzki kryminał bez znajomości prozy Mankella? Znalazł się więc w końcu wystarczający powód, do tego trochę czasu i już wkrótce wygrzebałam z regału Piątą kobietę — szóstą powieść Henninga Mankella, której bohaterem jest komisarz Kurt Wallander.

Mimo, że książka w cyklu szósta, nie ma wiele problemów z czytaniem jej jako pierwszej. Tyle, że co jakiś czas bohater wspomina „śledztwo z lata”, które widocznie było w powieści poprzedniej. Z drugiej strony, możliwe, że nie miałam problemów z czytaniem bo Kurta Wallandera znam już dobrze z serialu. Jak by nie było, komisarz wraca do Skanii z Rzymu (gdzie wybrał się z ojcem) w dobrym humorze, który wkrótce mu się kończy, bo w okolicznych miastach zaczynają ginąć (i w sensie „zniknąć” i w sensie „umrzeć”) mężczyźni. Brutalne zbrodnie zdają się nie mieć ze sobą powiązania, aż do czasu, oczywiście.

Muszę przyznać, że nie jestem Piątą kobietą zachwycona. Nie tylko zresztą ze względu na samo pisarstwo Hennnga Mankella. Ogromny minus już na samym starcie książka zbiera za to, że tłumaczka odmienia nazwę miasta Ystad. Zatem ktoś myśli o „Ystadzie” albo wraca do „Ystadu”. Aż zajrzałam do słownika, bo może ja jestem jakaś niedouczona, albo mam złe wyczucie, ale nie: „Ystad ndm”. Wnerwiała mnie ta bezsensowna odmiana przez całą książkę z równą siłą — nie dałam rady się przestawić. Ciekawam skąd ten pomysł językowy…?

Ale książka to nie samo przecież tłumaczenie. Poza „Ystadem” (i „wypożyczalnią wideokaset” gdzieś koło początku) zgrzytów nie było. Powieść czyta się bardzo szybko. Mankell pisze ładnymi, prostymi zdaniami i w ogóle bardzo wprost, bez zbędnych opisów. Niestety, na tym tle bardzo dużo miejsca w powieści zajmują przemyślenia i rozterki moralne (i inne) bohaterów. Nawet nie chodzi o to, że oni strasznie dużo tych rozterek mają. Raczej o to, że można łatwo i krótko opisać, że ktoś wyszedł z domu, pojechał do pracy, zrobił sobie kawy itd, ale już dużo trudniej w takim skrócie przedstawić to co przez ten czas myślał czy czuł. Więc to myślenie i czucie zajmuje — jak dla mnie — zdecydowanie za dużo książki. Rozumiem, że Wallander ma się jawić jako człowiek wrażliwy, a przez to sympatyczny, ale ja jakoś tego nie kupiłam.

Tak samo nie kupiłam tego, że autor opisy działań policji przeplata opisami działań mordercy. Pewnie jestem staroświecka, ale w powieści detektywistycznej czy innym kryminale lubię sobie pozgadywać kto jest winien, pokibicować detektywom i poczuć sie zaskoczona przy kolejnych zwrotach akcji. Tutaj zostało mi to brutalnie odebrane — mogłam tylko obserwować jak policjanci zbliżają się do prawdy, co jest zdecydowanie mniej emocjonujące. Zresztą same w sobie opisy działań mordercy nie za bardzo mi się podobały, pewnie głównie przez to, że mnóstwo tam było myśli, a mało czynów. A opisu pokręconego umysłu sprawcy też nie kupuję w całości — w kilku miejscach się ta koncepcja trochę rozjeżdżała. Już bym wolała sama się domyślać co w tym umyśle siedzi niż dostawać to kawa na ławę…

Tak sobie trochę marudzę, ale generalnie to nie jest zła książka. Owszem, mam wrażenie, że jakby część jej wyciąć to czytałoby się lepiej, ale generalnie sama intryga jest w porządku. Co prawda ostatecznie musi się niestety kończyć pościgami i bijatyką czy strzelaniną, ale ten typ powieści po prostu tak ma. Nie ma co walczyć z wiatrakami i liczyć na spokojne zakończenia.

Chwali się Mankella (i w ogóle literaturę skandynawską) za refleksje na tematy społeczne. Słusznie się chwali, ale do pewnego tylko stopnia. Rzeczywiście dużo w Piątej kobiecie obserwacji społecznych, dużo patologii i w ogóle mroczny nastrój schyłku cywilizacji. No właśnie… ten nastrój troszeczkę zbyt mroczny. Nawet rozumiem powód dla którego kiedyś zaczęto pisać w ten sposób — trzeba było zadowolone z siebie i spokojne społeczeństwo wyrwać z tego stanu szokowo: pokazując wszystkie brudy i mocno zwielokrotnioną „prawdę” ulicy. Ale teraz, kiedy już ci straszni mieszczanie (a z nimi cały świat) wiedzą, że Szwecja to nie raj na ziemi, to nie widzę najmniejszego powodu, żeby ciągle tę prawdę o rzeczywistości wykrzywiać w stronę mroku. Gdyby wierzyć książkom o Wallanderze (a tym bardziej serialowi), to Skania byłaby niemal tak niebezpieczna jak hrabstwo Midsomer (to od inspektora Barnaby’ego Caroline Graham), a do tego mniej sympatyczna. To „przemracznianie” realiów jest zresztą ostatnio bardzo modne — z tego powodu nie byłam na przykład w stanie czytać serii Breslau Krajewskiego. Z czego wynika, że Mankella „refleksji o patologiach nękających szwedzkie społeczeństwo” (cytat z okładki) też nie kupuję w stu procentach. Owszem — obserwacje procesów są trafne, ale podane zupełnie niestrawnie.

I znowu wyszło, że o pozytywach jest maciupki akapicik, a o wadach cały wielki akapit. To jeszcze trochę o pozytywach: naprawdę świetnie się Mankella czyta, jeśli skupia się on na działaniu bohaterów a nie na myśleniu. Dawno nie czytałam niczego napisanego tak krystalicznie czysto (to strasznie ciężko wyjaśnić, starałam się wcześniej, chodzi mi o prostotę środków użytych do opisów) jak te fragmenty. Bardo podoba mi się też maniera powtarzania po wielekroć daty. Prawie każda „cząstka” powieści kończy się albo zaczyna (albo i to, i to) podaniem daty, dnia tygodnia i godziny. Co zaskakujące, wcale to nie irytuje, a za to pozwala łatwiej połapać się w czasie. No i czyta się to naprawdę szybko, nawet jeśli trudno się emocjonować zagadką kryminalną.

Ogólnie polecam Piątą kobietę wszystkim, którzy lubią skandynawskie kryminały, a reszcie tylko wtedy, jeśli chce sprawdzić „z czym się je” Mankella. Nie wiem czy to jego najlepsza czy najgorsza książka, bo nie mam porównania z innymi, ale na pewno to bardzo przyzwoity kryminał, nawet jeżeli z rodzaju, za którym nie przepadam. Ale to ja — inni mogą go uwielbiać.

Moja ocena: 6/10