Avangardowe książki

Nie, to „v” to nie literówka, ale wszystkim tym, którzy zajrzeli tu w poszukiwaniu jakichś szalonych nowoczesnych wybryków literackich muszę sprawić przykrość. Będzie o zakupach poczynionych na konwencie Avangarda 2010 w Warszawie.

Ale zanim o tym będzie, to słów parę o tym gdzie byłam, jak mnie nie było. Raz w Trójmieście (dwa razy w Gdańsku i więcej w Gdyni, w Sopocie przejazdem), raz na działce, cztery razy w Warszawie (trzy razy na studiach, raz na Avangardzie właśnie) i raz w Tumie (przez chwilę też w Łęczycy). Reszta nieciekawa. Ale już wracam i do świata wirtualnego i postaram się grzecznie pisać.

Co zaś się tyczy Avangardy (zachęcam do kliknięcia w link, zwłaszcza jeśli ktoś nie wie co to takiego ten „konwent”), to spędziłam tam niesamowicie przyjemnie cztery dni i tylko strasznie niedosypiałam (ale to norma na konwentach, więc nie marudzę. Przywieźliśmy z mężem spory łup książkowy tłumacząc się sami przed sobą tym, że do Cieszyna (Tricon) jest z Łodzi dużo dalej, więc trudniej będzie stamtąd przywozić łupy… Czyli obkupiliśmy się, że tak powiem, na zapas.

W rozmiarze naszego zakupowego szaleństwa spory udział miało wydawnictwo Solaris i jego stoisko na konwencie. Panowie z solarisowego sklepiku zawsze są w stanie namówić nas na zostawienie u nich większej ilości pieniędzy niżeśmy wcześniej planowali. Nie ma to jak dobry kupiec…

Przechodząc zaś do rzeczy (nie mam teraz dostępu do aparatu, więc stosikowego zdjęcia nie będzie) z Avangardy przywieźliśmy:

1 i 2. „Wielka księga opowieści o czarodziejach” dwa tomy opowiadań — oba tomy antologii na którą już od dawna miałam ogromną ochotę.

Cenię sobie „staromodne” antologie. Takie które powstają dlatego, ze ktoś ma pomysł, czas, trochę kasy i energię, żeby innych do swojego pomysłu przekonać. Takie do których utwory są zamawiane u wybranych pisarzy, a nie wybierane ze stosów opowiadań przysłanych do redakcji. Takie, które mają jakąś myśl przewodnią albo chociaż przedstawiają różne spojrzenia na ten sam temat. Mam wielką nadzieję, że właśnie takie będą obie „Wielkie księgi…”, zwłaszcza, że recenzje blogowe były raczej zachęcające. Książki kupione zdecydowanie dla mnie.

3. „Wichry Smoczogór” Wita Szostaka — wstyd się przyznać, ale nie czytałam tego autora nic poza zachwycającymi „Oberkami do końca świata”. Od dawna już ostrzyliśmy sobie zęby na wcześniejsze jego powieści, ale zawsze coś innego wpychało się bez kolejki… Teraz nareszcie Szostak dostanie swoją szansę, a raczej ja (i Marcin) dostaniemy przywilej obcowania z pięknym muzykalnym językiem.

Dodatkową motywacją była chęć kupienia jakiejś książki wydanej przez wydawnictwo Runa. Po dyskusjach i prelekcji z udziałem Anny Brzezińskiej przypomnieliśmy sobie, że lubimy to wydawnictwo, a dawno nic z ich stajni nie kupowaliśmy. No to trzeba to było nadrobić. Padło (nareszcie) na „Wichry Smoczogór”.

Jeśli nie znacie jeszcze Wita Szostaka, to szczerze Wam radzę — poznajcie. Jest to człowiek, który pisze muzyką i robi to świetnie. Książka kupiona dla nas obojga, ale jak znam Męża, to będzie się upierał, że dla mnie.

4. „Galeria dla dorosłych” Feliksa W. Kresa — odgrażałam się całkiem niedawno, ze tę ksiażkę kupię, więc kiedy zobaczyłam ją na stoisku, to nie było rady… Na szczęście miłość mojego Męża do Kresa przewyższa nawet moją miłość do tego autora, więc nie spotkałam się z protestami, a raczej z gorącą zachętą.

„Galerię złamanych piór” tegoż autora uważam za jedną z najlepiej napisanych książek o pisaniu jakie zdarzyło mi się czytać (a przy tym nieziemsko zabawną), mam więc nadzieję na kolejną porcję solidnego „rzemiosła” (jak tylko mój ukochany mąż skończy, bo porwał książę już w pociągu w drodze powrotnej, a teraz rozdrabnia się na inne rzeczy i mnie blokuje…).

Nie jestem może wielką fanką fantasy spod pióra Kresa, za to jego felietony o pisaniu biorę w ciemno. Książka zakupiona zdecydowanie dla nas obojga.

5. „Stacja tranzytowa/Rezerwat Goblinów” Clifforda D. Simaka — tutaj zaczyna się już robić zdecydowanie bardziej SF-owo, bo też zbliżamy się powoli do książek mężowskich.

Marcin z dużym zapałem zaczytuje się w możliwie twardym SF, za którym ja z kolei nie przepadam. Na obszarze tego gatunku spotykamy się w okolicach starej dobrej klasyki SF (mniej lub bardziej „twardej”), którą bardzo lubię. Simak jest pewni bliższy moim niż Marcina upodobaniom, ale pewnie przeczytamy go oboje.

Przyznaję, że zakup inspirowany był prelekcją o klasyce SF (która to prelekcja może i była głównie reklamą wydawnictwa Solaris, ale po pierwszebyła też fajna, a po drugie jako reklama jak widać zadziałała), na której ten właśnie tytuł rzucił mi się w oczy (uszy). Książka kupiona teoretycznie dla mnie, w praktyce zobaczymy.

6. „Preludium Fundacji” Izaaka Asimova — też SF i też klasyka. Nie mogłam się powstrzymać, bo zazwyczaj piekielnie ciężko jest znaleźć gdzieś cały cykl, a nie tylko jeden czy dwa środkowe tomy. Te książki nie są może wydane tak pięknie, jak niektóre nowsze cykle fantastyczne (i nie tylko), ale za to są w porządnej twardej oprawie, mają przyzwoitą czcionkę, no (najważniejsze) i po prostu są — jakoś tak mam, że jak coś lubię, to mam zawsze ochotę mieć to w domu, nie wystarczy mi przeczytanie cudzego egzemplarza…

Asimova bardzo cenię (i za Fundację, i za Roboty) i właśnie jego pisanie jest najbardziej reprezentatywne dla tego, co mi się w science fiction podoba.

Na razie mam z tej serii wydawniczej tylko „Pozytonowego detektywa”, ale kiedyś uzbieram całość obu cykli. Książka kupiona teoretycznie dla mnie.

7. „Wiosna Helikonii” Briana W. Aldissa — doszliśmy wreszcie do książek mężowskich. Nie mówię, ze nigdy Helikonii nie przeczytam, ale na pewno ni zrobię tego w najbliższej przyszłości. Mimo mojej ogromnej sympatii (oraz podziwu) dla Aldissa i uroczego pyszczka istoty na okładce.

„Wiosna…” to pierwszy tom cyklu Helikonii, z całej trylogii brakuje nam jeszcze (drugiego) „Lata Helikonii”, bo „Zimę…” już mamy. Jak już uzbieramy całość to pewnie nękana wyrzutami sumienia po nią sięgnę. Zresztą Aldiss to taka klasyka, że aż szkoda jej nie znać.

Sama nie wiem czemu jakoś mnie do dłuższych form Aldissa nie ciągnie (zresztą opowiadanie też zaczęłam czytać i nie dobrnęłam do końca). Podoba mi się to co i w jaki sposób on pisze, ale chyba muszę mieć na niego specyficzny nastrój. Książka kupiona dla Męża.

8. „Głupcy” Pat Cadigan — tutaj już próg mojej odporności czytelniczej zostaje zdecydowanie przekroczony i nie sądzę, żebym po „Głupców” kiedyś sięgnęła. Tak samo, jak nie mam ochoty na Egana, Gibsona, Kate Wilhelm, Bester i kilku innych. Cyberpunk jest z pewnością bardzo fajny, ale nie jest to powód, żebym musiała od razu go czytać…

Poszłam do męża, żeby go zapytać, co jeszcze mogę napisać o Pat Cadigan. Powiedział z grubsza: „Twarda SF. Cyberpunk. Lepiej napisana niż Gibson. Nie zawracaj mi głowy, tylko sama przeczytaj. Ja na razie przeczytałem tylko kilkanaście stron, to nic więcej Ci nie powiem”. No proszę… Nie miałam nawet pojęcia, że już zaczął czytać. Jednak to pisanie bloga czasami się człowiekowi przydaje — kto by pomyślał, że usprawnia komunikację małżeńską. Książka kupiona bardzo zdecydowanie dla Męża.

9. „Kroki w nieznane 2009” almanach fantastyki, tom 5 — piąty tom drugiej serii  (trochę serialowo to wyszło, ale co zrobić) kultowej antologii opowiadań SF. I jak nie lubię słowa „kultowy”, to tamte (wydawane w latach 70.) antologie pod redakcją Lecha Jęczmyka kultowe były.

Druga „seria” jest może mniej kultowa, ale ciągle zawiera bardzo interesujący wybór tekstów SF. Zazwyczaj zaglądam do tych antologii i czytuję na wyrywki to, co mnie akurat zainteresuje.

W tym tomie na pewno przeczytam opowiadanie Connie Willis, którą uwielbiam. Poza Connie czaję się na Paolo Bacigalupiego, Iana McDonalda i Teda Kosmatkę (choć tego ostatniego głównie ze względu na niesamowicie sympatyczne nazwisko).  Książka kupiona dla Męża.

10. „Lyonesse” dodatek do gry fabularnej Wolsung RPG — jako, ze dziesięć to lepsza liczba niż dziewięć, a dodatek do erpega nadal jest książką, to na dziesiątym miejscu prezentuję nasz ostatni łup z Avangardy, jedyny przy którym nie zawinili panowie z księgarni Solarisu i jedyny, który zaczęłam już czytać… Tym, co nie wiedzą czym jest RPG polecam ten artykuł. Wszystkich zainteresowanych Wolsungiem zapraszam tutaj.

A dla wszystkich, którzy kojarzą o co chodzi kilka słów o książce. Dodatek, jak sama nazwa wskazuje, jest w całości poświęcony Lyonesse, czyli wolsungowemu odpowiednikowi Londynu. Jest napchany tekstem tak, że aż trzeszczy, a to co do tej pory przeczytałam pozwala mi stwierdzić, że zawartość jest na naprawdę dobrym poziomie.

Książka kupiona dla nas obojga.

I to wszystko. Fantastyki z tych zakupów wystarczy mi spokojnie na pół roku, a Marcin już dziś zaczął narzekać, ze nie ma co czytać. Narzekanie poskutkowało między innymi wizytą w Matrasie i zakupem 7 kolejnych książek, z czego ja przyznaję się do jednej. Dobrze chociaż, ze trzy z nich nabyliśmy łącznie za zawrotną sumę 20 złotych… Półki z tanią książką w Matrasach to Zło w czystej postaci.

Męża wysyłam na wakacje dziś w nocy, sama jadę za tydzień. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze coś napisać przed wyjazdem, ale gdyby nie, to zostawiam Was z podprogową reklamą: Jedźcie na Tricon!