Rachel Cusk „Wariacje na temat rodziny Bradshaw”

okładkaTytuł: Wariacje na temat rodziny Bradshaw
Autor: Rachel Cusk
Tytuł oryginalny: The Bradshaw Variations
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Agnieszka Pokojska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2011 (c)
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 308

Oryginalny tytuł brzmi lepiej, bo The Bradshaw Variations kojarzy się z The Goldberg Variations, Wariacjami Goldbergowskimi Bacha. To całe „na temat rodziny” to za dużo niepotrzebnych słów, choć nie wątpię, że wydawca nie byłby zachwycony Wariacjami BradshawowskimiSkojarzenia muzyczne są zresztą jak najbardziej słuszne, Cusk znajduje temat (rodzina, związki, relacje z ludźmi, poszukiwanie siebie), a potem wielokrotnie go przetwarza, oglądając z każdej strony i zmieniając dynamikę, harmonię, barwę (a przynajmniej ich możliwe literackie odpowiedniki). Muzyka jest też stale obecna w narracji: świat Cusk wypełniony jest dźwiękami, jeden z bohaterów, Thomas Bradshaw właśnie w muzyce poszukuje siebie i odpowiedzi na dręczące go pytania, więc i świat przez tę muzykę postrzega.

Wariacje na temat rodziny Bradshaw to książka zupełnie inna od tych, które czytam zazwyczaj. Zagłębiałam się w nią z ciekawością i uwagą, ale trudno mi powiedzieć, czy czytanie jej sprawiło mi tak naprawdę przyjemność.

Teoretycznie wszystko jest do bólu standardowe. Oto mamy książkę o rodzinie: starzy rodzice, trzech dorosłych synów ze swoimi żonami i dziećmi, kilka postaci pobocznych i sporo zwykłych życiowych wydarzeń. Ktoś odbiera dziecko ze szkoły, ktoś wybiera się na wakacje, ktoś sprząta na strychu, a ktoś idzie na przyjęcie.  W centrum znajdują się Thomas i Tonie Bradshaw i ich ośmioletnia córka Alexa. Thomas jest „średnim” synem, tym przyzwoitym, zawsze starającym się zdobyć uwagę i miłość rodziców. Kiedy zaczyna się akcja powieści, właśnie przestał pracować, żeby zająć się córką, kiedy Tonie wraca do pracy na uniwersytecie. Ten motyw (niepracujący, opiekujący się dzieckiem i domem, ojciec) jest zresztą w całej książce najbardziej niecodzienny.

Niezwykłe jest w tej książce nie to, o czym opowiada, ale raczej to, w jaki sposób to robi. Rachel Cusk pisze bardzo specyficznie, z jednej strony swobodnie zagłębia się w psychikę bohaterów, z drugiej nie pozwala ani na chwilę się do nich zbliżyć. Przez większość lektury miałam wrażenie, że autorka patrzy na swoje postaci jak entomolog na wyjątkowo ciekawy gatunek żuka: chłodno i z dużą dokładnością. W zasadzie czytelnik nie musi już sobie nic dopowiadać. To chyba pierwsza rzecz, która mi w Wariacjach przeszkadzała. Wolę kiedy pisarz zostawia mi margines na własne przemyślenia i interpretacje, choćby na poziomie „dlaczego bohater coś zrobił, coś powiedział?”. U Cusk dostaję pełną informację dotyczącą nie tylko jego zachowania, ale też myśli, motywów i wspomnień, które na to wszystko wpływają.

Może również dlatego nie zdołałam nikogo w tej powieści polubić, przeciwnie, im więcej o kimś czytałam, tym mniejszą darzyłam go sympatią. Dokładnie odwrotnie niż w filmach Mike’a Leigh, gdzie wkurzające na początku postaci z czasem zaczyna się rozumieć, tolerować, czasem nawet im kibicować, w Wariacjach na temat rodziny Bradshaw akceptowanych na początku bohaterów, pod koniec lektury obserwowałam z niechęcią. Z jednej strony to pewnie zaleta, w końcu książka wzbudziła emocje, ale z drugiej — skoro nie udało mi się zżyć z bohaterami, nawet moje emocje były raczej chłodne.

Te dogłębne opisy psychiki są, przyznaję, bardzo ładnie podane i mocno specyficzne, czasami naprawdę odkrywcze. Owszem, musiałam skupiać się na lekturze: była to dla mnie książka, którą czyta się powoli i z namysłem, bo właśnie język jest jej głównym tworzywem. Język i sposób opisywania oraz widzenia świata. O ile ten pierwszy nie zmienia się, to ten drugi owszem, ponieważ u Cusk bohaterów różnicuje właśnie sposób pojmowania świata. To pewnie brzmi bardzo zawile, ale w gruncie rzeczy jest intuicyjne, kiedy już zacznie się czytać. Wielokrotnie sięgałam po ołówek, żeby zaznaczyć ciekawy fragment, odkrywcze spojrzenie na rzeczy dobrze mi znane.

Garść przykładów: Thomas Bradshaw ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy [7]. Howard Bradshaw jest człowiekiem, którego natura żartownisia, w młodości wskazująca na lekceważenie dla konwenansów we wszelkiej postaci, przesyca jego dorosłe życie ironią, a dzięki niej jego ponadprzeciętny konserwatyzm jakimś cudem uchodzi za kawał [40]. Okolica domu Thomasa i Tonie to królestwo parków i kościołów — te pierwsze są małe i zatłoczone, te drugie duże i puste [22]. Tonie zna Claudię od lat, porozumiewały się wzrokiem na niezliczonych rodzinnych kolacjach, stała przy niej, gdy eleganckie buty obcierały im stopy na chrzcinach i pogrzebach, trzymała na rękach jej dzieci. Zna kształty, jakie przybierają jej radość i złość; przez większość swojego dorosłego życia słyszy partię Claudii niczym melodię z sąsiedniej sekcji orkiestry [118].

To tylko dość proste opisy (które akurat zrobiły na mnie wrażenie), kiedy Cusk bardziej zagłębia się w psychikę postaci, bywa jeszcze ciekawiej:

W pociągu Tonie myśli o seksie. Tak jakby był starym znajomym, którego nie widziała od lat i na którego nagle wpadła na peronie. Jedzie więc w przedziale ze swoim znajomym, seksem, z którym straciła kontakt mniej więcej wtedy, kiedy urodziła się Alexa, kiedy miłość wydawała się zadaniem matematycznym, jakie nagle udało jej się rozwiązać. [17]

Prawda jest taka, że wtedy, wiele lat temu, [Tonie] zakochała się w tym domu; zakochała się w nim, a potem, w miarę jak coraz lepiej go poznawała, miłość dzieliła się na coraz mniejsze części, aż w końcu każda porcja przedmiotu poznania była większa niż przypadająca nań cząsteczka uczucia. To jest właśnie nauczka, to jest wydźwięk kazania: fakty żyją dłużej niż emocje, a zatem wiedza jest potężniejsza od miłości. Możliwych przedmiotów poznania jest nieskończenie wiele, a zdolność do miłości jest tylko przestrzenią, która ma z góry określoną pojemność, nieprzekraczalną. [26]

Jak teraz rozumie [Thomas], na tym polega problem tego dnia: brakuje mu narzucenia ludzkiej woli. Jest bezkształtny. Jest grudą gliny, którą musi dopiero uformować natchnienie i pragnienie. To właśnie, jak sobie przypomina, znaczy wolność. W wieku czterdziestu trzech lat zwykle zażywa wolności w małych, rafinowanych dawkach: w postaci decyzji, poleceń, skomplikowanych możliwości odniesienia sukcesu. Zapomniał, jak smakuje surowiec. [96]

[…] w tym ciasnym mieszkaniu przypominającym norę o krętych korytarzach nie ma możliwości utrzymania dystansu, wskutek czego ludzka sylwetka wydaje się bardziej istotna, bardziej konkretna, gęstsza od znaczeń. Obok nędzy to właśnie sprawia, że Thomasowi mieszkanie Benjamina kojarzy się z młodością. Kiedy tu przychodzi, przypomina mu się bliższe, zmysłowo intensywniejsze przeżywanie własnego ciała, którego to przeżywania, jak dopiero teraz zrozumiał, z czasem zaprzestał. [105]

Prawda jest taka, że przez cały ubiegły tydzień Thomas pracował nad adagio jak samotny więzień kopiący tunel pod murem twierdzy. Trochę się wstydzi tej swojej potajemnej determinacji, rygoru swoich metod, wytrwałej, powtarzalnej pracy, którą w to włożył, bo zawsze uzyskiwał w życiu to, na czym mu zależało, a także pokonywał to, co chciał z niego wyrugować. Miał wrażenie, że oszukuje tak samo jak wtedy, gdy całą noc uczył się do egzaminu albo przebrnął mękę zebrania, wiedząc więcej niż ktokolwiek inny, albo zaplanował w najmniejszych szczegółach strategią zainteresowania sobą kobiety, która mu się podobała. Zawsze uważał, że ciężka praca zajmowała miejsce, w którym powinno się znajdować coś bardziej naturalnego, coś instynktownego, wrodzonego, coś, co kojarzy się ze szczerością, choć nie wie właściwie dlaczego. Siedząc w domu przy fortepianie, był pewien, że istnieje jakiś uczciwszy sposób opanowania tego adagio niż ćwiczenie każdego taktu tak długo, aż załamywała się jego harmonia i stawał się on grzechoczącą skrzynką szaleństwa, ale nie udało mu się dojść do tego, na czym ten sposób miałby polegać. [108]

Takie pierwsze wyprawy na zakupy można odczuwać jako swego rodzaju prostytucję. Jego potrzeby są takie prywatne, takie przestylizowane przez wyobraźnię, a sklepy są tak konkretne i rzeczowe — dopiero po jakimś czasie Leo się rozgrzewa i przystosowuje swoje pragnienia do tego, co rzeczywiście jest w sprzedaży. [221]

Taki właśnie jest jej język. Jeśli Wam się podoba, sięgajcie po Wariacje śmiało, nie powinniście się zawieść. Jeśli natomiast przy lekturze któregoś z kolei cytatu zaczyna nawiedzać Was wrażenie, że niepokojąco zbliżacie się do grafomanii, odpuśćcie sobie raczej tę lekturę.

Mnie dopadło ono między innymi przy tym ostatnim fragmencie: zabrzmiał dobrze, ale po głębszym zastanowieniu okazał się być całkowicie bez sensu. Oczywiście możliwe, że to tłumaczka się rąbnęła i Leo miał na myśli korzystanie z usług dam negocjowalnego afektu, a nie prostytucję samą w sobie (wtedy jakiś sens się pojawia), ale nadal pozostaje wrażenie, że porównanie zostało sztucznie dobrane tak, by szokować i budzić emocje. Nie lubię tego, bo pachnie tanią manipulacją uczuciami czytelnika.

Zaskakująco, w kontekście całego tego skupiania się na języku powieści, jedyny jej fragment, który uwiódł mnie całkowicie to krótki rozdział, w którym Howard i Claudia wybierają się na weekend za miasto. Rozdział w formie dramatu, czy może nawet dialogu, bez żadnych didaskaliów. Był świetny i mam wrażenie, że ten totalny brak narracji mówił o bohaterach dużo więcej niż kilkanaście stron ich przemyśleń i analiz. Znowu docieram więc do wniosku, że jak dla mnie Cusk pisze zbyt dokładnie i szczegółowo, nie zostawiając pola do własnej interpretacji.

Ostatnie zażalenie wnoszę nie tyle może do fabuły, co raczej do przesłania, jakie mi się z Wariacji na temat rodziny Bradshaw wyłoniło. Otóż przy całym swoim obrazoburczym podejściu do macierzyństwa i bycia kobietą, Rachel Cusk napisała książkę z której bije głęboka akceptacja dla tradycyjnego myślenia i podziału ról w rodzinie. Owszem, mamy tu zamianę obowiązków, próby poszukiwania siebie, ale ostatecznie i tak wszystko zmierza do jednego końca i nikomu nie wydaje się to przeszkadzać. Oczywiście można argumentować, że to książka o zwykłych ludziach, a zwykli ludzie tak właśnie się zachowują, ale nie wyczułam tutaj ani trochę niechęci czy buntu wobec takiego stanu rzeczy. Możliwe, że po prostu nie wczytałam się wystarczająco głęboko, ale z pewnością dla mnie nie jest to powieść feministyczna.

To po prostu smutna książka o niesympatycznych ludziach.

Ale może warto po nią sięgnąć, choćby na próbę. Jest inna i obcowanie z nią było interesującym doświadczeniem, a to może wystarczyć za zalety. A jeśli nie wystarczy, to przeczytajcie co w niej znalazły Marpil i Tamaryszek i może dajcie się im przekonać.

Moja ocena: 5,5/10