Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”

Okładka
Ta okładka jest dużo piękniejsza od okładki mojej książki, którą możecie zobaczyć po kliknięciu na obrazek.

Tytuł: Dziwne losy Jane Eyre
Autor: Charlotte Brontë
Tytuł oryginalny: Jane Eyre
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Teresa Świderska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 1996
Ilość stron: 492

Sięgnęłam ostatnio po Jane Eyre po raz kolejny co prawda, ale po bardzo długiej przerwie. Od ostatniego czytania dekadę temu zdążyłam zapomnieć strasznie dużo pasjonujących szczegółów. A może nigdy wcześniej ich po prostu nie zauważyłam? Dla pamięci zatem (i gwoli podzielenia się z resztą świata) przed Wami garść moich zaskoczeń przy tej lekturze.

[Uwaga: Tekst z każdym zdaniem zawiera coraz więcej spoilerów.]

Zaskoczenie pierwsze. Jakość. Naprawdę nie pamiętałam, ze to jest tak dobrze napisane… Z jak niesamowitą starannością Charlotte Brontë stworzyła tę powieść. Nie ma tu ani jednej zbędnej sceny, wątki poboczne przeplatają się ze sobą, powracają kiedy trzeba. Ogrom pracy koncepcyjnej i redakcyjnej nad tym tekstem budzi podziw. Jane Eyre to zdecydowanie książka do wielokrotnego czytania, nawet znając dobrze fabułę i wszystkie zwroty akcji, czyta się ją jak powieść detektywistyczną, zauważając porozrzucane wcześniej podpowiedzi i aluzje do dalszych wydarzeń. Mimo dość przerażającego tłumaczenia, po które sięgnęłam, czytanie sprawia niesamowitą satysfakcję.

Zaskoczenie drugie. Tematy społeczne. Pierwsze rzecz, która mi umknęła, to fakt, że w Jane Eyre tyle jest rewolucji przemysłowej. Niby wszystko dzieje się gdzieś na początku wieku, a podstawowe skojarzenie, które przywodzi na myśl ta książka, to mgła na wrzosowiskach i nawiedzane zamczyska. Ale przecież już na samym początku opowieści, kiedy Jane ma jechać do Thornfield, martwi się, ze Millcote to duże miasto fabryczne, więc przewiduje wysokie kominy i chmury dymu. Potem, kiedy uczy w Morton, dokładniej poznajemy strukturę społeczną okolicy i widzimy, że choć St. John jest synem lokalnego szlachcica, to najbogatszy jest w tej społeczności pan Oliver, posiadacz odlewni fabryki igieł, a więc postać jakby wyjęta z Północ południe Elisabeth Gaskell. Zresztą obie panie się przecież znały, więc moje zdumienie może nie powinno być tak wielkie, jednak jakoś zupełnie nie spodziewałam się po Jane Eyre poruszania tych problemów.

Mia Wasikowski
Mia Wasikowski jako Jane

Tak samo zresztą, jak zupełnie zapomniałam, że istotnym motywem są w tej książce kwestie wysokiego i niskiego urodzenia, majątku i wartości człowieka. Już sama Jane i jej stosunek do innych jest niezłym przykładem tej tematyki, ale jeśli dodamy tego nieślubne dziecko francuskiej tancerki, sieroty z Lowood i chłopskie córki w Millcote, a z drugiej strony nieznośne dzieci ciotki Reed i puste towarzystwo pana Rochestera będziemy mieć pełen przekrój powodów społecznych wątpliwości panny Brontë. Równie ciekawy jest zresztą wątek sióstr St. Johna, Diany i Mary. Dobrze wykształcone wysoko urodzone panny Rivers z powodów finansowych pracują jako guwernantki u ludzi, których zupełnie nie obchodzi ich pochodzenie i umiejętności.

Już same rozważania społeczne w Jane Eyre sprawiałyby, że warto po tę książkę sięgnąć, zwłaszcza, że są to rozważania na poziomie nieco wyższym niż „dziwny jest ten świat i niesprawiedliwy”. Na szczęście zresztą bohaterka do wielu rzeczy musi sama dojrzeć, nie będąc od urodzenia filozofką socjalizmu.

Zaskoczenie trzecie. Jane Eyre. Bo chociaż tytułowa bohaterka jest, tak jak pamiętałam, dziewczyną świadoma swoich możliwości i umiejętności, a także swojego miejsca na świecie, chociaż wiele umie i myśli samodzielnie, daleko jej na szczęście do typowej Mary Sue. Ma swoje wady i ograniczenia, na szczęście tak jest skonstruowana, że ani jej dobre, ani złe strony nie irytują. Przede wszystkim to bardzo młodziutka dziewczyna, która po raz pierwszy w życiu trafia do normalnego (no, względnie normalnego, biorąc pod uwagę ciąg dalszy) domu i towarzystwa. Dziewiętnastolatka, która do tej pory o świecie uczyła się z książek, trochę przestraszona, a trochę zaciekawiona wszystkim wokół siebie.

To, oczywiście, powieść o dojrzewaniu, ale też w dużej mierze powieść o odnajdywaniu siebie, ustalaniu swojej hierarchii wartości, ale też o odrywaniu seksualności. I o ile na pierwszy rzut oka Jane Eyre jest niesamowicie dydaktyczna w opowieści o winie i karze, oraz w twardych zasadach moralnych Jane, która odrzuca propozycję zostania kochanką bogatego mężczyzny, jednak po przyjrzeniu się bliżej wszystko to staje się bardziej dwuznaczne. Bo przecież Jane odrzuca tę propozycję nie tylko dlatego, że to niewłaściwe, ale też dlatego, że z tego co do tej pory słyszała, wynika, że mężczyzna mógłby się szybko nią w tej roli znudzić, a także dlatego że żyjąc z kimś bez ślubu znajdzie się poza nawiasem społeczeństwa. To nie moralna niezłomność karze Jane odrzucić tę propozycję, tylko dosyć chłodna jednak, jak na te warunki, kalkulacja.

Ruth Wilson
Ruth Wilson jako Jane

Zaskoczenie trzecie. Zmysłowość i cielesność. No właśnie, skoro już przy tym jestem, niesamowite wrażenie w kontekście innych książek z epoki i o epoce robi zmysłowość powieści. Z jednej strony zmysłowość w sensie pobudzania różnych zmysłów, bo mamy tu i widoki (na które Jane jest szczególnie jako rysowniczka czuła), i dźwięki, i smaki, i zapachy, i dotyk nareszcie. Wszystko to znajduje w Jane Eyre swoje miejsce i świetnie dopełnia opowieści. Momenty niemal zespolenia z przyrodą, doprawione odrobiną romantycznego symbolizmu (rozdarty kasztan) są niesamowicie zmysłowe właśnie.

Z drugiej strony, cielesność i zmysłowość w sensie, powiedzmy, erotycznym. Tak jak pisałam już wcześniej to w pewnej mierze jest książka o odkrywaniu własnej seksualności (co może w sumie doskonale tłumaczyć jej popularność). I chociaż serial BBC z Ruth Wilkinson dodał w tym aspekcie do opowieści sporo dosłowności, to jednak nie wydaje mi się, żeby bardzo rozminął się z duchem powieści. Tyle dotknięć, uścisków, siadania na kolanach i nawet pocałunków nie czytałam dawno w żadnej powieści, nie tylko dziewiętnastowiecznej. A jeśli nawet były, to nie towarzyszyło im tyle napięcia i emocji.

Co więcej cielesność to nie tylko ważny wątek relacji Jane Eyre i pana Rochestera, to również istotna część związku między St. Johnem Riversem a Rozamundą Oliver, między Rochesterem i Bertą Mason, a wreszcie między St. Johnem a Jane. I o ile Edward Rochester jest skłonny ulegać potrzebom ciała, a nawet czerpać z tego przyjemność, o tyle St. John Rivers przeciwko „słabości” własnego ciała się buntuje i do bitwy z nim wystawia rozum.

Samantha Morton
Samantha Morton jako Jane Eyre

W tym wszystkim Jane Eyre, choć przecież na początku podejmuje jedyną słuszną dla swojego czasu decyzję i opuszcza pana Rochestera, to przecież wcale nie jest skłonna przystać na propozycję małżeństwa St. Johna. Wprost stwierdza, że wstrętne by jej były jego małżeńskie czułości, których by jej nie szczędził, jako że wszystkie obowiązki traktuje poważnie. I chociaż nic nie mówi się tu wprost, to bardzo łatwo zobaczyć w Jane dziewczynę, która nie chce wychodzić za mąż bez miłości i pożądania, bo seks w takim wypadku byłby nieznośny… Przecież w ostatecznym rozrachunku, kiedy Jane Eyre wraca do Thornfield, podejmuje decyzję że większym grzechem byłoby dla niej małżeństwo bez miłości niż miłość bez małżeństwa. I to wszystko w pierwszej połowie XIX wieku…

Zaskoczenie czwarte. Pan Rochester i miłość. Na początku zaskoczenie dlatego, że Edward Rochester był brzydki. Proszę Was! Po tych wszystkich ekranizacjach? Po tych wszystkich Michaelach Fassbenderach i Tobych Stephensach? Brzydki? To zaskoczenie dzielę z wieloma, jak się okazało, koleżankami, bo nie omieszkałam zagadnienia przegadać. Okazuje się, że nawet jeśli któraś nie widziała żadnej ekranizacji, a czytała książkę, to nadal ma wrażenie, że pan Rochester był pięknym mężczyzną. Zupełnie wbrew tekstowi, oczywiście. Edward Rochester jest silny, dobrze zbudowany i szeroki w barach, ale twarz ma brzydką.  Co więcej jest w wieku (jak na te czasy) mocno średnim — ma około czterdziestu lat.

Do tego, oczywiście, dochodzą jego humory, surowość, całkowita nieprzewidywalność i dziwaczność, które w mniejszym lub większym stopniu jednak pamiętałam. Zaskoczeniem było za to to, co wyłoniło się z całego jego obrazu. Wyłoniło się dopiero teraz, kiedy i wiedzy i doświadczenia z tym tematem mam dużo więcej niż kiedyś.  Otóż z całym tym zestawem zachowań pan Rochester jest idealnym przykładem przemocowca. Mężczyzny, który stara się zawsze mieć władzę nad partnerką, którego zachowania nie sposób przewidzieć, który jednak potrafi być przesympatyczny. Mężczyzny, który nie znosi żadnego sprzeciwu, który gotów jest siłą zmusić kobietę do uległości.

A w tym wszystkim Jane Eyre, niedoświadczona dziewczyna, potrafi tak doskonale sobie z nim radzić, że w zasadzie powieść tę można by traktować jako instruktaż dla osób kochających przemocowców… Bo cóż robi Jane? Nie zwraca uwagi na jego humory. Nie ulega jego naciskom. Niemal nie reaguje na jego prowokacje. Nie daje się obsypywać bogactwem. Stara się zawrzeć kontrakt, dzięki któremu nie będzie partnerowi nic zawdzięczała. Oczywiście wszystkim tym doprowadza Rochestera do szału, ale, choćby i jej się serce krajało, znowu nie zmienia zdania. Wyciąga konsekwencje. Trzyma się postanowień.

Charlotte Gainsbourg
Charlotte Gainsbourg jako Jane

I mimo tego wszystkiego byłabym o nią bardzo niespokojna, gdyby doszło do skutku planowane małżeństwo lub związek Jane i Edwarda. Byłby to pewnie ten sam niepokój, który prześladował mądrą choć niezbyt inteligentną panią Fairfax — kobietę, która uwielbiała swojego chlebodawcę, ale jednak nie życzyła Jane związku z nim… Cała historia osiąga jednak happy end, a osiąga go w jedyny możliwy sposób, biorąc pod uwagę charakter głównego protagonisty. Żeby ich związek mógł być związkiem partnerskim i żeby mogli się wzajemnie szanować, pan Rochester musiałby zmienić swoje podejście, a nawet charakter. A nie byłoby to przecież możliwe bez tego, że przez dłuższy czas musiał całkowicie polegać na innym człowieku. Zresztą pewnie nawet i to mogłoby nie wystarczyć. Na szczęście, Charlotte Brontë jemu zabiera wzrok i możliwość wpływania na nią siłą, a jej daje majątek, a przynajmniej niezależność finansową. Dopiero wtedy mogą żyć długo i szczęśliwie, dopiero wtedy, kiedy to on musi nauczyć się polegać na niej i nie ma nad nią przewagi ekonomicznej. Nie mówiłam, że instruktaż? A wszystko to cały czas w XIX wieku. Myślę, że autorka musiała znać te mechanizmy ze swojego otoczenia. Są opisane świetnie i przez wieki oddało to pewnie pokoleniom dziewcząt niezliczone przysługi. Taki poradnik z czasów przedporadnikowych.

Zaskoczeń miałam zresztą przy tej książce więcej. Choćby podobieństwo relacji damsko-męskiej do tej z „Dumy i uprzedzenia”: brzydka, biedna i inteligentna dziewczyna i rozpuszczony powodzeniem bogacz, który docenia ją w końcu dla jej intelektu. Czy to nie jest ta historia miłosna, którą zawsze kochałyśmy najbardziej? Jednak zbliża się dwunasta, a 31 grudnia o dwunastej należy robić zupełnie inne rzeczy niż pisanie bloga: należy mianowicie cieszyć się z Mężem rocznicą ślubu. Zatem wszystkiego najlepszego dla nas i szczęścia w nowym, 2013, roku dla Was.

A kiedy po północy napiszę na drugim blogu wpis uzupełniający ten, natychmiast dodam link. EDYCJA: Zgodnie z zapowiedzią: link. Pod linkiem o panu Rochesterze, ekranizacjach i bokobrodach.

Reklamy

Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima

Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158

Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.

To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.

I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź „wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: „Proza”, „Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i „Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.

Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.

Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):

Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]

Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego „sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]

Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]

Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]

Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]

Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]

Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]

Moja ocena: 7,5/10

PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:

Żeby „zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]

Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]

Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]

Čapek na dziś, cz. I – Włochy

Tytuł: Listy z podróży
Autor: Karel Čapek
Tytuł oryginalny: Cestopisy
Język oryginału: czeski
Tłumacz: Piotr Godlewski
Posłowie: Leszek Engelking
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2011
Seria wydawnicza: Terra Incognita
Ilość stron: 571

Listy z podróży Karela Čapka wołają do mnie od wakacji i domagają się swojej obecności na blogu. Nie mogąc już dłużej ich ignorować, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma cytatami z tej przepięknej książki. Może kogoś te urywki przekonają do sięgnięcia po tę książkę, a moim zdaniem naprawdę sięgnąć po nią warto. Ale ja kocham Karela Čapka od dawna i mogę nie być obiektywna. Co tam „mogę nie być” — na pewno nie jestem. Stąd cytaty zamiast recenzji. A poza tym, co tu dużo mówić, mam ogromną ochotę znów ruszyć z Čapkiem do obcych krajów. Zwłaszcza, że pogoda za oknem bardzo sprzyja wycieczce do słonecznej Italii chociaż na papierze.

Dlatego dzisiaj podróż do Włoch, czyli cytaty z pierwszej części Listów… Jest rok 1923, Karel Čapek jedzie do Włoch, a tam pisze z podróży listy-felietony do Lidovych Novin. O czym pisze?

O tym co nie podoba mu się w Wenecji:

(…) 3. Nieprzebrane mnóstwo turystów (…)

5. Nowożeńcy (…)

6. Wenecjanki, ponieważ są to Rosjanki. Jedna, czarna jak diabeł, o migdałowych oczach, w tradycyjnej chuście z długimi na łokieć frędzlami i z wbitym w kok grzebieniem, najczystszy typ wenecki, który mnie niemal oszołomił, mówiła do swego kawalera: Da, da, jasnyj moj; i znów byłem o jedno złudzenie uboższy.” [9]

I co mu się podoba:

(…) 4. Jest niezmiernie przyjemnie, że nie ma tu ani jednego samochodu, ani jednego roweru, ani jednej dorożki czy wozu lub lektyki, ale za to jest 5. bardzo wiele kotów, więcej niż gołębi na placu Świętego Marka, kotów wspaniałych, tajemniczych i jasnookich, z korytarzy ironicznie spoglądających na turystów, a w nocy miauczących zadziwiającymi altami. [11]

Jak tu nie lubić człowieka, który tak pisze o kotach? Nie tylko weneckich, zresztą:

Za jedną z osobliwości Rzymu uznałbym koty na forum Trajana; jest to trawniczek poniżej poziomu ulicy, otoczony kratami; pośrodku stoi kolumna Trajana, jeden z najbardziej niedorzecznych pomników na świecie, a dookoła połamane kolumny. Na tych kolumnach naliczyłem niedawno nie mniej niż sześćdziesiąt kotów we wszelkich kolorach. Jest to wspaniały widok. Poszedłem popatrzeć na nie jeszcze w przepiękną księżycową noc; siedziały grzbietami do siebie i wrzeszczały; niewątpliwie był to jakiś obrzęd religijny. [25-26]

Są także świątynne koty, większe i bardziej opryskliwe od innych; żadnego z nich nie udało mi się pogłaskać. [59]

A opisy odwiedzanych krain, czy poetyckie, czy żartobliwe, są niesamowicie plastyczne:

W istocie region toskański jest bardzo podobny do ślicznego pejzażu w Czechach; tyle że zamiast ziemniaków rośnie tutaj winorośl, a każde wzgórze jest przepięknie ukoronowane jakimś pełnym wież miasteczkiem lub starą twierdzą. [21]

Wpływy hiszpańskie są ostatnie; pierwsze były greckie, drugie i trzecie — saraceńskie i normandzkie; renesans otarł się tylko o te tereny. Zalejcie te rozmaite czynniki kulturotwórcze olśniewającym słońcem, afrykańską glebą, mnóstwem kurzu i przepiękną roślinnością, a otrzymacie Sycylię. [31]

Umbryjski Bóg stworzył równinę, żeby rosły na niej winnice i topole, pagórki, żeby rosły na nich kędzierzawe gaje, cyprysy i samotnie, i góry, żeby na nich wyrosły miasta z etruskimi murami, gotyckimi domkami i ogromną rzymsko-romańską twierdzą. Umbryjski Bóg miał przepiękną niebieską farbę dla nieba i farbę jeszcze piękniejszą, którą pomalował dale i góry. Dlatego Umbria jest tak cudownie błękitna, najbłękitniejsza ze wszystkich krain. [47]

Pięknie zgrał mi się list z Florencji z czytanym wcześniej Pokojem z widokiem Forstera. Florencka część tej książki (która mnie podobała się dużo bardziej niż część angielska) wiele miejsca poświęcała turystom z nieodłącznym Bedekerem, a co o Florencji (w podobnych, bądź co bądź, czasach) pisze Čapek?

A we Florencji nie będę wam opowiadać o sztuce. Jest tu jej aż za dużo, w głowie od tego się kręci; w końcu człowiek gotów jest nabrać się na pamiątkę po psie, sądząc, że to fresk. [19]

Drugi rodzaj cudzoziemców trzyma się bedekera niczym tonący deski lub poszukiwacz skarbów czarodziejskiej różdżki. Niosą go oni zawsze przed sobą; a gdy zbliżają się do jakiegoś arcydzieła, bedeker wyraźnie drży w ich rękach, szybko bowiem unoszą wzrok, przelotnie przesuwają go po arcydziele i następnie półgłosem czytają, co bedeker cytuje o nim z Crowe’a i Cavalcaselli (…). Gatunek piąty to kopiści (…). Dzisiaj w Fiesole trzy naraz malowały klasztorny krużganek i cyprysy; parę kroków od nich tarzało się w trawie dziecko ze szczeniakiem, i było to tak piękne, że zapomniałem patrzeć na te marzycielskie krużganki, jak i na „przepiękny ** widok na Florencję i na dolinę Arno” (jak prawi bedeker); ale trzy kopistki z całą powagą nadal pacykowały swoje marzycielskie krużganki i cyprysy, i ani jedna nie zdjęła okularów, by spojrzeć na ** dziecko ze szczenięciem lub przetrzeć sobie oczy. [20-21]

Czy nie podobnie jak u Forstera? Bardzo to miłe uczucie, kiedy się takie podobieństwa zaczyna w lekturach dostrzegać.

Ale przecież pisze też Čapek o sztuce i architekturze (choć nie florenckich). I pisze przepięknie na tematy, o których przecież pisać tak trudno:

W Monreale są prześliczne mozaiki o tematyce stworzenia świata; nawet Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej nie ujął głębiej stworzenia światła i wód, i lądu, i ciał niebieskich, a zwłaszcza zapomniał lub nie umiał pokazać, jak Bóg dnia siódmego „widział, że było to bardzo dobre”, i odpoczywał. Bóg w Monreale odpoczywa, śni jak gospodarz po pracy, z opuszczonymi rękami. [33]

Santa Constanza z prześlicznymi mozaikami na białym tle, gdzie aniołki zrywają, odwożą i depczą niebieskie winogrona; tkwi to jeszcze całkowicie w dawnej tradycji rzymskiej, ale jest w jakiś sposób dziecinne, naiwnie surowe, jak te pierwsze rzeźby chrześcijańskie, gdzie także niemal tylko oczy mówią o nowej wierze ludzi. [45]

Największym powodem do chwały i rarytasem Pizy jest jej piękna architektura kolumienkowa, taka szczęśliwa mania wznoszenia lekkich arkad, pokrywających całe ściany swoim przyjemnym rytmem; [50]

Poza tym jest w Pizie Campo Santo, cmentarz ze wszystkich stron pomalowany starymi freskami, które są piękne i pouczające. Na jednym z nich aniołowie i diabli wyciągają dusze z ciał śmiertelników; dusze są dobrze odżywione, prawdziwe tłuścioszki, toteż śmiertelnicy muszą okropnie rozdziawić usta, by dusza mogła przez nie przejść. [51]

Widziałem następnie wieżę Babel, w której mieszały się języki pięciu wieków; jest to mediolańska katedra. Z daleka wygląda ona jak wielki kawał blendy antymonowej, która krystalizuje się w postaci cienkich szpileczek, albo jak ogromny marmurowy karczoch; każda szpilka to wieżyczka albo sterczyna, a gdy się ją rozłupie, ma wewnątrz pełno rzeźb, na górze zaś rzeźbę, którą zobaczycie jedynie wtedy, gdy wdrapiecie się na dach (…). Jest to jedno z największych szaleństw jakie kiedykolwiek widziałem (…); rzeźby są wprawdzie niewiele warte, przypory są nudne, igły i wieżyczki bezsensowne, ale jest tego wszystkiego tyle, że w końcu całkowicie omota cię to swym fantastycznym, zwariowanym, śnieżnobiałym, upiornym brakiem umiaru. [53]

Ja, nędzny grzesznik, nie wspomniałem na przykład o Ostatniej wieczerzy Leonarda w Mediolanie; ale tuż obok niej jest krużganek, a za nim kapitularz czy co to jest, i tam jakiś braciszek na fotelach kanoników namalował biblijne krajobrazy; podobno są prymitywne, i zapewne właśnie dlatego bardzo piękne; [62]

Podsumowując, styl starochrześcijański i romański jest najświętszy; gotyk we Włoszech zanadto rozpycha się w szerokiej i jasnej przestrzeni, z czego wychodzi jakiś trzeźwy i nienasycony; potem stara się maskować to fasadą przyozdobioną tak, że aż się w głowie kręci. Wczesny renesans znowu przynosi czystość, surowość i mądre ograniczenie (…).
Wszystko pozostałe zaś jest barokiem. [60]

Wiele przemyśleń poświęca tutaj, we Włoszech, religii, co z kolei dało mi szansę liźnięcia czeskiej religijności niemal wiek przed Zrób sobie raj Szczygła. I nie sposób mi się z Čapkiem nie zgodzić w tych jego przemyśleniach, bo i ja, kiedy miałam szansę oglądać toskańskie kościoły przedkładałam te romańskie nad późniejsze. Tylko nie umiałam swoich wrażeń tak pięknie ująć w słowa:

I teraz twierdzę, że chrześcijaństwo tu na południu umarło wraz ze stylem romańskim, a na północy wraz z gotykiem; i że od rozwiniętego renesansu, a przede wszystkim baroku rozpoczyna się coś nowego i dość niesympatycznego, mianowicie katolicyzm. Chrześcijaństwo może przemawiać do nas jedynie prymitywnym, surowym, świętym językiem wczesnych stylów; jest poważne, czyste i dosyć proste. Renesans jest przy nim pogański, a barok bałwochwalczy, fetyszystyczny, krótko mówiąc, katolicki; w zestawieniu z wczesną czystością religijną jest w ich kulturze coś uderzająco mniej wartościowego. Cała ta maniakalna pompa, marmurowe intarsje, brokaty, sztukaterie, złoto, pnące się wzwyż ołtarze, cała ta chłodna wspaniałość religijnie nie powie wam nawet najmniejszego ułamka tego, co tak niezmiernie poważnie i czysto przemawia z kaplicy Giotta. [15]

Ściany są oblepione tablicami z katakumb (…). IRENE IN PACE. LAVRITIO CONG BENE MERENTI UXOR. To żona kazała wykuć dla zasłużonego Laurycjusza. Bene merens — to cała pochwała; był dobry i zasłużony; czy trzeba domagać się od człowieka więcej? (…). Tak, koniec starożytnej okazałości; w miejsce cesarzy, a i bogów, przychodzą ci  bene merentes, ci piekarze, przekupnie i rzeźnicy, i przekazują wieczności swe imiona niezgrabnie wyryte na kamiennych tablicach. Laurycjusz nie był ani cesarzem, ani bohaterem, ani konsulem; był jedynie bene merens; tylko chrześcijańska prostota zachowała jego zasłużone i skromne imię na wieki wieków. Widzicie, raczej w tym właśnie upatruję sensu chrześcijaństwa niż w pogańskiej wielkości bazyliki Świętego Piotra. [46]

Ale przecież nie tylko wysokie tematy porusza Čapek w swoich listach. Nie umiem nie uśmiechnąć się, kiedy pisze o kobietach z takim samym zachwytem jak o sztuce:

A kiedy już mówię o dalekich krajach — otóż w Orvieto spotkałem pierwszą podczas mojej podróży kobietę naprawdę olśniewającej urody. Była to młoda Japonka. Nigdy nie myślałem, że Japonki mogą być tak piękne. Patrzyła na Signorellego, a ja na Signorellego i na nią. Potem odeszła, a Signorelli został. To malarz oszałamiający; ale nigdy bym nie uwierzył, że Japonki mogą być tak idealnie urocze. [23]

Niepokojące wrażenie robi za to beztroski i nieskrępowany późniejszą wiedzą (Čapek zresztą wojny nie dożyje) opis włoskich faszystów:

Nawiasem mówiąc, faszyści w mundurach wyglądają dostojnie jak nasi kominiarze; również takie jakieś czarne czapeczki z kitką noszą, i zęby im tak świecą; kuriozalne wrażenie. [16]

I przepięknie pisze Čapek o portach, statkach i okrętach (jak Czech może tak cudownie pisać o statkach? Może to kwestia tęsknoty za morzem?). Cudownie pisze o sztuce starożytnej, tej rzymskiej i tej greckiej, a nieco złośliwie o turystach, którzy ją podziwiają. Z ciekawością ale i niepokojem pisze o Etruskach. potrafi nawet z czułością pisać o drewnie. Ale gdybym chciała zacytować tutaj wszystko, co mnie zachwyciło, musiałabym pewnie przepisać całość. W swoim egzemplarzu pozaznaczane mam na każdej stronie czasem i cztery fragmenty.

Na koniec więc już tylko dwa cytaty o samym podróżowaniu:

I dlatego teraz umieszczam na wstępie ostrzeżenie dla wszystkich, którzy będą tę książkę czytać, żeby nie uważali jej za przewodnik ani za opis podróży, ani za cicerone, lecz za cokolwiek bądź innego, za co zechcą; i żeby, gdy sami gdzieś pojadą, zaufali, oprócz rozkładowi jazdy, wyłącznie i jedynie szczególnej łasce, która towarzyszy ludziom podróżującym i pokazuje im więcej, niż w ogóle człowiek może napisać i opowiedzieć. [8]

Wierzcie mi więc: z odrobiną prostoty i cierpliwości człowiek mógłby przejść cały świat. [38]

A przecież poza Włochami są w Listach z podróży jeszcze wyspy brytyjskie, Hiszpania, Holandia i Skandynawia. I wszystkie one wołają o swoje miejsce na blogu, a ja pewnie nie dam rady za długo im się opierać. A wy kupcie sobie (albo wypożyczcie) Listy z podróży i ruszcie z Čapkiem w jego podróże sami. Bo warto.

___

Liczby w nawiasach kwadratowych oznaczają numery stron.

Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska „Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia”

Tytuł: Okruchy dnia
Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł oryginalny: The Remains of the Day
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jan Rybicki
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 301

To powinna być strasznie nudna książka. Serio. No bo tak: wyobrażacie sobie bohatera nudniejszego niż nienaganny angielski kamerdyner? I to przedwojenny. To ta postać, która w teatrze wchodzi na jedną kwestię, brzmiącą zazwyczaj „Obiad podano, sir”. Albo wyobraźcie sobie powieść, która jest dziennikiem przeplatanym wspomnieniami i ogromną dawką filozoficznego zastanawiania się, co to znaczy być „wielkim” w swojej pracy i jak można zdefiniować „godność”, którą charakteryzują się najznamienitsi przedstawiciele zawodu. A teraz zmiksujcie to razem, dodajcie sztywny i mocno formalny język i pomyślcie…

To powinna być strasznie nudna książka.

Ale nie jest, przynajmniej dla mnie. Okruchy dnia to nie książka, którą czytałoby się jednym tchem czy w jeden wieczór. Czytałam ją prawie tydzień, podczytując po kilka stron, co chwilę odkładając i sięgając po nią ponownie. Nie byłam w nastroju, żeby przeczytać ją od deski do deski, ale z drugiej strony nie mogłam wytrzymać, żeby nie sprawdzić co będzie dalej. To lektura wymagająca odrobiny skupienia i wysiłku, ale dająca w zamian bardzo wiele. Książka napisana tak pięknym i sugestywnym językiem (brawa dla tłumacza!) i w taki sposób, że ja — wiecznie garbiąca się i przyjmująca  podczas czytania najrozmaitsze kabłąkowate pozycje — odruchowo prostowałam plecy i siadałam prosto.

Mówi się czasem, że prawdziwi kamerdynerzy istnieją tylko w Anglii. W innych krajach są tylko służący, niezależnie od przyznawanego im tytułu. Skłonny jestem zgodzić się z tą opinią. Ludzie z kontynentu nie potrafią być kamerdynerami, ponieważ są jako rasa niezdolni do takiego okiełznania uczuć, jakie wyćwiczył w sobie naród angielski. Ludzie z kontynentu — oraz, zgodzą się Państwo, w znacznej mierze wszystkie ludy celtyckie — zazwyczaj nie panują nad sobą w chwilach silnego wzruszenia, a więc nie potrafią we wszelkich okolicznościach zachować postawy ściśle zawodowej (…). Jednym słowem „godność” jest im obca. My, Anglicy, mamy w tym względzie przewagę nad cudzoziemcami i dlatego właśnie, gdy myśli się o wielkim kamerdynerze, jest on już z definicji Anglikiem. [1]

Mamy lato 1956 roku. Pan Stevens, kamerdyner w Darlington Hall, służący niegdyś lordowi Darlingtonowi, a dziś panu Farradayowi (notabene Amerykaninowi), postanawia swój urlop spędzić poza posiadłością. Co jest o tyle dziwne, że nigdy jeszcze (a nigdy datuje się co najmniej od lat dwudziestych) tego nie robił. Odbędzie w ten sposób dwie, a może nawet trzy podróże, a każdą ciekawszą od poprzedniej. Po pierwsze, pojedzie do Kornwalii, gdzie mieszka dawna gospodyni Darlington Hall, aby dowiedzieć się, czy nie miałaby ona ochoty wrócić na służbę. Po drugie, wybierze się w przeszłość, snując wspomnienia cofnie się aż do roku 1922, kiedy to panna Kenton zaczęła pracować w rezydencji. Na koniec wreszcie odbędzie podróż wgłąb siebie, spróbuje zdefiniować rzeczy, które zawsze go gnębiły i może nawet coś odkryje.

Można rozpatrywać Okruchy dnia jako powieść o powołaniu, o poświęceniu pracy, o przybieraniu życiowych ról, o podejmowaniu decyzji i ich konsekwencjach, winie i odpowiedzialności, czy wreszcie o tym jak zdefiniować udane życie. Można też patrzeć na nią jako na obraz części polityki angielskiej lat 20. i 30 XX wieku, obraz zresztą bardzo ciekawy, bo w częściach poświęconych przeszłości Darlington Hall pięknie pokazany jest proces kształtowania stosunków między Wielką Brytanią a Niemcami po Wielkiej Wojnie. Można też czytać tę książkę jako opowieść o uczuciu i obowiązku, a jest to swoją drogą jedna z piękniejszych opowieści o miłości, jakie czytałam. Można wreszcie zanurzyć się w język Ishiguro (czy raczej Stevensa) i trochę poobcować z kulturą i elegancją językową, o którą w dzisiejszym cudownym świecie naprawdę niełatwo. Wszystko to na zaledwie 300 stronach.

Mało przed lekturą pamiętałam z filmu poza ogólnymi zarysami fabuły i genialnymi rolami Anthony’ego Hopkinsa i Emmy Thompson. I chociaż obawiałam się, że postaci z książki będą miały dla mnie ich rysy i że będzie mi to przeszkadzać, to na szczęście nie miałam do końca racji. Co prawda „moja” panna Kenton wyglądała jak Emma Thompson, a „mój” Stevens miał postawę i ruchy Anthony’ego Hopkinsa (co zabawne, nie miał w mojej wyobraźni jego twarzy), ale zupełnie nie miałam z tego powodu problemów z lekturą. Wizja filmowa pięknie wkomponowała mi się w książkową i teraz z radością powtórzę sobie film, żeby przeprowadzić operację odwrotną. Jeśli zastanawiacie się czy warto przeczytać książkę, skoro oglądaliście film, szczerze radzę spróbować. Powieść Ishiguro operuje tak pięknym językiem, że naprawdę warto się z nią zapoznać.

Proszę mi wybaczyć, jeśli to dla Pana bolesne wspomnienie, lecz nigdy nie zapomnę chwili, gdy razem staliśmy w oknie i patrzyliśmy, jak Pana ojciec chodzi tam i z powrotem przed altaną, patrząc w ziemię, jakby chciał znaleźć tam jakiś cenny, zgubiony klejnot. [2]

Tę scenę pamiętałam z filmu, może dzięki widzianemu po wielekroć plakatowi z oknem wbiła mi się bardziej w pamięć. W przytoczonym wyżej cytacie pisze o niej (w swoim liście do pana Stevensa) panna Kenton.

Jeśli po przeczytaniu tego wszystkiego macie jeszcze wątpliwości czy polecam Okruchy dnia, to znaczy, że ten tekst zupełnie mi nie wyszedł. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, a zwłaszcza języka Kazuo Ishiguro i szczególnego klimatu, jaki potrafił przedstawić w swojej powieści. Chciałabym sięgnąć po jakąś inną jego książkę, polecacie coś?

I jeszcze na koniec jeden cytat dla bibliofilów. Co pan Stevens sądzi o romansach:

To stwierdziwszy, przyznam jednak — bo i nie ma się czego wstydzić — że czasami powieści te stanowiły dla mnie źródło rozrywki. Być może wówczas nie przyznawałem się do tego przed sobą, lecz jak już powiedziałem, czy jest czego się wstydzić? Czemuż to nie miałbym bawić się lekką lekturą o paniach i panach zakochujących się w sobie i wyznających uczucia, często w niezwykle eleganckiej formie? [3]

Czyż staroświecki, sztywny i nieco w końcu zakłamany kamerdyner Stevens nie jest tu bardziej szczery niż wielu ze współczesnych „ambitnych” czytelników…?

Moja ocena: 9,5/10

PS. Duże brawa dla wydawnictwa za redakcję, korektę i skład. Świetna robota.

[1] Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia”, Albatros — Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2008, s. 55;

[2] Tamże, s. 61;

[3] Tamże, s. 206-207.

Agatha Christie „Autobiografia” i John Curran „Sekretne zapiski Agaty Christie”

Tytuł: Autobiografia
Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: An Autobiography
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Magdalena Konikowska, Teresa Lechowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 590

Tytuł: Sekretne zapiski Agaty Christie
Autor: John Curran
Tytuł oryginalny: Agatha Christie’s Secret Notebooks
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Beata Długajczyk
Wydawnictwo: Wydawnistwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 477

Sylwestra, jak powszechnie wiadomo, należy spędzać tak, żeby dobrze się bawić. Dlatego zamiast szykować się na bal zrobię sobie zaraz gorącą kąpiel i trochę poczytam. Potem może sfotografujemy stosiki pogwiazdkowe. A przedtem napiszę parę słów o dwóch bardzo silnie ze sobą powiązanych książkach. Sekretne zapiski Agaty Christie dostałam od przedstawiciela Mikołaja na Mikołajki, ale przecież nie mogłam czytać ich bez przygotowania, wyciągnęłam więc z czeluści szafki Autobiografię królowej kryminałów i (jak pilny student) przypomniałam sobie podstawową wiedzę przed przyswajaniem dalszej.

Zdążyłam już zapomnieć jak dobra jest to książka. Do kryminałów Agathy Christie wracam dość często i zawsze uderza mnie lekkość jej pióra, ale zwyczajnie nie pamiętałam, że Autobiografię czyta się tak przyjemnie. Od pierwszej do ostatniej strony książka wciągała mnie bardziej niż niejeden kryminał tej autorki. Agatha Christie zaczęła pisać swoją autobiografię w 1950 roku, skończyła piętnaście lat później w wieku 75 lat. Większość wspomnień pochodzi sprzed wojny (spora część sprzed pierwszej), z lat dzieciństwa i młodości autorki, część powojenna to tylko 22 spośród prawie 600 stron. Stosunkowo niewiele dowiemy się o twórczości Christie, jej pisanie pozostaje na trzecim albo i dalszym planie. Pięknie za to pisze ona o czasach, w których żyła i krajach, które odwiedziła. A że podróżowała dookoła świata, a sporą część życia spędziła na Bliskim Wschodzie, to miała o czym pisać.

Już pierwsze zdania książki znienacka przenoszą nas w nieoczekiwane regiony. No bo wyobraźcie sobie sześćdziesięcioletnią Agathę Christie, znaną z fotografii miłą panią o przenikliwych oczach, która zaczyna spisywać swoje wspomnienia. Wyobraziliście sobie? To teraz dodajcie do tego całe otoczenie w jakim byście ją umieścili. Już? To przeczytajcie jak zaczyna się Autobiografia:

Nimrud to współczesna nazwa starożytnego miasta Kalah, wojskowej stolicy Asyryjczyków. Nasz Dom Ekspedycji zbudowany jest z glinianych cegieł. Stoi po wschodniej stronie kopca i mieści kuchnię, jadalnię połączoną ze świetlicą, małe biuro, pracownię, duży magazyn oraz malutką ciemnię. My wszyscy śpimy w namiotach. [1]

Później dowiadujemy się, że w tym sezonie dodano do Domu Ekspedycji  nowy pokój, na którego drzwiach od strony zewnętrznej przyczepiona jest tabliczka z wypisanym pismem klinowym „Beit Agatha” – dom Agathy. Tam właśnie, pomiędzy pomaganiem w pracach wykopaliskowych a pisaniem nowej powieści, Agatha Christie rozpoczynała pisanie Autobiografii.

Dalej jest równie ciekawie.  O swoim wieku pisze autorka z dużą dozą dystansu:

Czasami w osobach młodszych budzisz niejaką historyczną ciekawość.

— Przypuszczam — mówi wykształcona dziewczyna z pewnym zainteresowaniem — że pamięta pani całą wojnę krymską?

Dość dotknięta odpowiadam, że nie jestem aż tak wiekowa. Odrzucam również ewentualność udziału w powstaniu sipajów w Indiach. Przyznaję się natomiast do wspomnień z wojny burskiej — brał w niej udział mój brat. [2]

Uważa, że ma on pewne zalety:

Wspominanie to jedna z rekompensat, jakie przynosi wiek, i to rekompensat z pewnością bardzo miłych. [3]

Sądzi też, że człowiek nie zmienia się całkowicie:

Jestem tą samą osobą co owa poważna dziewczynka z jasnopłowymi anglezami. Cielesna skrytka, w której zamieszkuje dusza, rośnie, rozwija instynkty i upodobania, uczucia i zdolności intelektualne, lecz ja, prawdziwa Agatha, pozostaję taka sama (…). Tak więc my wszystkie — mała Agatha Miller i duża Agatha Miller, i Agatha Christie, i Agatha Mallowan — podążamy naszą drogą. Dokąd? Tego człowiek nie wie — i to oczywiście sprawia, że życie jest fascynujące. [4]

To właśnie to, co zawsze czytając jej książki wyczuwałam:

Zawsze uważałam i nadal tak uważam, że życie jest fascynujące. [5]

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć. [6]

A wszystko to (i jeszcze trochę więcej) w czterostronnicowej przedmowie. Ta fascynacja i radość życia powoduje, że Autobiografię czyta się jak fascynującą podróż w czasie i przestrzeni. Christie pamięta różne rzeczy, nie wszystkie te, które chciałaby pamiętać, a często przychodzą jej na myśl drobiazgi pozornie bez większego znaczenia.  Właśnie te drobiazgi sprawiają, że czytając wspomnienia Agathy Christie możemy poczuć smak i zapach czasów odległych od nas często o ponad wiek.

Bardzo to przyjemna lektura, miejscami nostalgiczna, miejscami wzruszająca, najczęściej jednak zwyczajnie zabawna. Mój egzemplarz po przeczytaniu pełen jest żółtych przylepnych zakładeczek, a jeszcze więcej w nim zaznaczeń i podkreśleń. Oczywiście są w nim też kartki ze spisanym stanem posiadania książek autorki (już nieaktualny, muszę koniecznie go wymienić!) i kilka większych zakładek.

Mnóstwo przyjemności dało mi śledzenie razem z Christie mentalności ludzi. W wieku dwudziestym zachodziły w niej ogromne zmiany i sporą ich część odnotowuje autorka w swoich wspomnieniach.  Na ogól nie aż tak wprost jak tutaj:

W ciągu mego życia mieliśmy do czynienia z trzema kolejnymi etapami snobizmu. W pierwszym z nich podstawowe pytania brzmiały następująco: „Ależ kochanie, kim ona jest? Co to za rodzina? Czy pochodzi z rodu Twiddledo z Yorkshire? Tak, oczywiście, źle im się powodzi, bardzo źle, ona jednak wywodzi się z Wilmotów”. Z biegiem czasu zastąpiły je inne: „Och tak, oczywiście, są okropni, ale za to szalenie bogaci”. „Czy ludzie, którzy wzięli dom Larche’ów, mają pieniądze?” „Ach tak, wobec tego lepiej zadzwońmy”. W trzecim etapie pojawiały się znowu inne: „Lecz czy oni są zabawni, kochanie?” „Tak, oczywiście nie są zamożni i nikt nie wie, skąd się wzięli, ale są bardzo zabawni”. [7]

Nie będę tutaj zamęczać Was dalej cytatami z Autobiografii, za to szczerze zachęcam, abyście przeczytali ją sami. Jeżeli tylko interesuje Was początek XX wieku, międzywojnie albo czasy II wojny światowej, jeżeli lubicie atmosferę angielskich domów taką jak w Gosford Park, lub raczej jak w powieściach Agathy Christie, jeśli wreszcie lubicie dobrze napisane wspomnienia lub chcecie się czegoś więcej na temat autorki dowiedzieć — czytajcie. Naprawdę warto.

Jest też, oczywiście, w Autobiografii trochę o twórczości. Nie tyle, ile fan chciałby przeczytać, ale informacje bywają ciekawe. Można dowiedzieć się co zainspirowało kilka znanych powieści, którą ze swoich książek Agatha Christie lubi najbardziej, a którą najmniej. Jest wreszcie  całkiem sporo o przeróbkach scenicznych jej powieści i o pisanych przez nią sztukach teatralnych. W ten sposób przejdźmy do drugiej książki, o której chcę dziś napisać. Jeszcze w Autobiografii pisze Christie tak:

Pomysły zjawiają się w najmniej oczekiwanych momentach: idę ulicą, oglądam wystawę sklepu z kapeluszami, aż tu nagle błyska myśl: o, w ten sposób można by znakomicie zatuszować zbrodnię, nikt się nie domyśli. Naturalnie, trzeba jeszcze dopracować praktyczne szczegóły, pomalutku „urodzić” postacie, lecz pomysł tymczasem trafia do zeszytu.

Wszystko to bardzo pięknie, tyle że zeszyt wiecznie się gdzieś zawierusza. Zwykle mam pod ręką z pół tuzina, notuję tam co ciekawsze koncepty, informacje o truciznach i lekach, wyczytane w gazecie doniesienia o szczególnie chytrych oszustwach. Rzecz jasna, gdybym trzymała notatki w idealnym porządku, starannie posegregowane i oznaczone, uniknęłabym wielu kłopotów. Lecz także pozbawiła się przyjemności. [8]

Właśnie te zeszyty (dokładnie 73) wziął na warsztat John Curran, wielbiciel królowej kryminałów i współzałożyciel archiwum Agathy Christie. Sekretne zapiski Agaty Christie (w oryginale Agatha Christie’s Secret Notebooks) wbrew nośnemu tytułowi nie zawierają wypisów z pamiętników autorki ani jej pikantnych listów. Nic z tego. Książka to analiza części notatek, jakie autorka poczyniła na potrzeby swoich książek. Curran nie opisał ani wszystkich książek, ani wszystkich zeszytów, wybrał jednak te, które jego zdaniem mogą być dla czytelnika najciekawsze.

Całość podzielona jest na rozdziały połączone wspólnym tematem omawianych książek. Znajdziemy więc „morderstwo z przeszłości”, „morderstwo za granicą” i „morderstwo według dziecięcej rymowanki” (oczywiście nie tylko te). Każdy rozdział otwiera spis książek, których zakończenia zostały ujawnione (i jakiś odpowiedni cytat z autorki), zaś opis każdej książki rozpoczyna się od kilkuzdaniowego streszczenia. Do tego mamy (wyróżnione innym krojem pisma i pogrubieniem) cytaty z notatników Christie i sporo zdjęć (zazwyczaj poszczególnych stron). Całości dopełniają ramki z informacjami dodatkowymi i dodatki po każdym rozdziale. Przyznaję chętnie, że to bardzo pięknie i starannie wydana książka.

Co do jej treści natomiast nie mam już tak pozytywnych wrażeń. Z pewnością dowiedziałam się z niej trochę o sposobie w jaki Agatha Christie pisała swoje kryminały — moim (i chyba autora też) największym odkryciem było to, że często autorka w trakcie pisania sama nie wiedziała kto zabił, że koncepcja pojawiała się przy pisaniu książki, często zmieniana i analizowana. Oczywiście zawsze myślałam, że dokładny plan był przygotowywany jeszcze przed pisaniem, a tu niespodzianka. Nic więcej w książce specjalnie mnie nie poruszyło. Spacerowanie śladami myśli Christie było dość ciekawe, przydatna jest też analiza podobieństw pomiędzy poszczególnymi jej utworami i tego która powieść zawiera rozszerzenie którego opowiadania (często zresztą z innym mordercą).

Nie narzekam na to, że żeby wynieść cokolwiek z tej książki trzeba dobrze pamiętać intrygę kilkudziesięciu książek autorki albo mieć je pod ręką i czytać w odpowiednim momencie. Na tyle często wracam do jej twórczości, że w większości wypadków nie miałam specjalnych problemów. Większy problem miałaby osoba, która za dużo Christie nie czytała. Teoretycznie, owszem, są tu spoilery i Curran wspomina rozwiązania zagadek, ale jakoś niewiele z tego wynika — nie da się odtworzyć fabuły na podstawie tego, co pisze Curran. Szczególnym problemem staje się to w przypadku sztuk teatralnych, które nie dość, że nie są w Polsce wydane, to jeszcze są totalnie nieznane (nie mówię tu o Pajęczynie, Pułapce na myszy i Nieoczekiwanym gościu, które u nas wyszły). W takim wypadku, nie znając tekstu ostatecznego, naprawdę trudno docenić pracę Currana.

Doceniam za to czujność tłumaczki, która opatrzyła książkę przypisami odnoszącymi się do polskich wydań i tłumaczeń Christie. Dowiemy się z nich jak mają się polskie tytuły do oryginalnych (Remembered Death znana też jako Sparkling Cyanide po polsku nosi tytuł Rosmary znaczy pamięć) i jakie fragmenty zostały w tłumaczeniach pominięte lub zmienione. Ujął mnie następujący fragment i następujący po nim przypis tłumaczki:

W rozdziale 12 Pani McGinty nie żyje pani Oliver skarży się gorzko na pedantycznych czytelników, którzy w listach wytykają jej błędy i nieścisłości. Między innymi wspomina swoją powieść To była śmierć kota. „To tam dałam dmuchawce stopę długości, choć w rzeczywistości liczy pięć stóp”*.

*Dmuchawka miała wyjątkowego pecha. Pani Oliver skróciła ją o pięć stóp, natomiast polska tłumaczka o stopę. W oryginale Pani McGinty… wnikliwy czytelnik zwraca uwagę pisarce, że dmuchawka w rzeczywistości liczy sześć stóp. [9]

Miałam nadzieję, że znajdę w Zapiskach opracowaniu dokładną analizę: jak przedstawia się problem w powieści, jakie notatki poczyniła autorka, co z nich zostało, a co się zmieniło. Teoretycznie tak jest, ale tylko teoretycznie. Każdy utwór jest ledwo muśnięty, niemal nigdzie w książce nie znalazłam jakiejś głębszej analizy. Jeśli Christie zanotowała spis postaci, Curran przytacza go, podaje jak nazywały się w wersji ostatecznej, mówi kto wypadł, a kto został zastąpiony. I tyle. Żadnych szczegółów, żadnego pokazania jak ewoluowały pomysły Christie. W wielu miejscach mam wrażenie, że autor ślizga się po powierzchni. Jego uwagi wnoszą tak niewiele, że w zasadzie mogłyby być przypisami. I tak chyba te książkę czytałoby mi się lepiej — gdyby opublikowane zostały fragmenty notatników z przypisami Currana. Tutaj część zapisków Christie jest tylko wspominana albo streszczana (!), w zamian otrzymujemy za to zdanie autora (całkiem kategoryczne, nie powiem) na temat poziomu konkretnych książek autorki. Nie mam nic przeciwko osobistemu stosunkowi, ale fragmentów odnośnie „lepszych” i „gorszych” utworów pisarki było tyle, że zaczęły mnie denerwować. Nawet nie dlatego, że mam skrajnie inne zdanie niż Curran — owszem, w kilku miejscach uznał za marne powieści, które lubię, a w innych wynosił pod niebiosa te, moim zdaniem, nieco słabsze, zazwyczaj jednak się z nim zgadzam — ale fajnie byłoby, gdyby swoje zdanie jakoś uzasadniał. Najlepiej analizą fragmentów notatników albo analizą powieści. A tego nie robi.

Pisze za to z całkowitą pewnością rzeczy typu „Po niej [Nocy i ciemności] autorka nie stworzyła już niczego naprawdę dobrego” albo „każda książka Agaty stworzona po 1967 roku stanowi wyprawę w przeszłość — i jest grosza od swojej poprzedniczki”. Mnóstwo tu „na pewno”, „musi”, „nie może” itd. A we mnie takie dyrektywne spostrzeżenia nie poparte argumentami budzą odruchowy sprzeciw. Dlatego komentarze Currana czytało mi się (przynajmniej od pewnego momentu) z trudem.

Książka zawiera też dwa niepublikowane wcześniej opowiadania Christie z Herkulesem Poirot. I chociaż pewnie nie wszystkie opowiadania Christie wyszły już po polsku, to i dla nas nowe jej utwory są ciekawostką. I to głównie ciekawostką właśnie: Wypadek z piłką psa został bowiem przez autorkę rozwinięty do powieści (Niemy świadek), a różnice między oboma utworami są stosunkowo niewielkie, zaś Pojmanie Cerbera, nie opublikowane tuż przed II wojną światową z powodów politycznych, a dziesięć lat później (przy drukowaniu w zbiorze opowiadań) zastąpione innym utworem, jest bardzo specyficzne ale mało kryminalne (jak zresztą większość z Dwunastu prac Herkulesa). Dla samych opowiadań książki kupować nie warto.

Ogólnie w Sekretnych zapiskach za mało znalazłam Agathy Christie, a za dużo Johna Currana. I chociaż niewątpliwie książka jest przydatna i chętnie wrócę do niej po przeczytaniu któregoś z omówionych tytułów, to nie polecam jej w zasadzie nikomu poza fanatycznymi miłośnikami Agathy Christie i jej twórczości.

Oczywiście po przeczytaniu tych dwóch pozycji wchłonęłam już Dwanaście prac Herkulesa i Tajemniczą historię w Styles i szykuję się na więcej. Bardzo chętnie przeczytałabym też jakąś dobrą książkę o Agacie Christie lub o jej twórczości. Czytał ktoś z Was Biografię Agathy Christie Janet Morgan? Albo może polecacie jakąś inną książkę w tym temacie?

moje oceny:

„Autobiografia”: 8/10

„Sekretne zapiski Agaty Christie”: 4,5/10

[1] Agatha Christie „Autobiografia”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 13;
[2] tamże, s. 14;
[3] tamże, s. 14;
[4] tamże, s.15;
[5] tamże, s. 15;
[6] tamże, s. 16;
[7] tamże, s. 139;
[8] tamże, s. 487;
John Curran „Sekretne zapiski Agathy Christie”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, s.191;

A poza tym, Kochani, życzę Wam szczęśliwego nowego roku 2011.