Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska „Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

Reklamy

David Gilmour „Klub filmowy”

Tytuł: Klub filmowy
Autor: David Gilmour
Tytuł oryginału: The Film Club
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2011
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Bliżej siebie
Ilość stron: 220

Do lektury tej książki skusiły mnie dwie rzeczy:  z jednej strony kilka pozytywnych opinii, które o Klubie filmowym przeczytałam i usłyszałam, z drugiej tematyka. Bardzo mało znam książek poruszających temat relacji ojciec-syn, a ta właśnie miała ją opisywać. I właściwie nie mogę się do niczego przyczepić, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadano na okładce, ale książka Gilmaoura mi się nie spodobała.

Klub filmowy to wspomnienia ojca o tym, jak „wychowywał” syna przy pomocy wyłącznie trzech filmów na tydzień. Poza tym dzieciak (nie taki już dzieciak, późny nastolatek, z tego co pamiętam — bo nie mam książki przed sobą — miał 15 lat) mógł robić co zechce poza braniem narkotyków.  Jesse nie musiał chodzić do szkoły, nie musiał pracować, nie musiał nic, tylko obejrzeć z ojcem trzy filmy tygodniowo.

Koncepcja ciekawa więc miałam nadzieję, że i książka będzie interesująca. Spodziewałam się, że będę mogła przeczytać o tym jak kształtowały się i zmieniały stosunki między ojcem i synem, o tym jakie problemy miał ten drugi i jak obaj próbowali je rozwiązać. Miałam nadzieję również na trochę informacji o tym jakie (i dlaczego) filmy oglądali, a przede wszystkim na dużo rozmów o tych filmach.

Co dostałam? Masę informacji o wątpliwościach autora, czy dobrze robi, drugie tyle o jego (jego, nie jego syna!) problemach z tego okresu, opis relacji ojciec-syn na poziomie mniej niż podstawowym, a do tego rzeczywiście troszkę informacji o tym dlaczego Gilmour wybrał taki a nie inny film (zazwyczaj niestety ograniczających się do „bo nie chciałem go zanudzić” , „bo to kultowy film mojej młodości” albo w najlepszym wypadku „bo jest tam taka kultowa scena”), do tego troszkę rozmów o filmach na poziomie synowskiego „I co ty w tym widzisz?” albo „Zarąbisty film”, a na deser głęboką ojcowską dumę, że oto jego zbuntowany nastoletni syn po trzech latach tej „terapii” wie o kinie tyle co on.

Przyznaję, że moja niechęć wobec książki może w dużej mierze wypływać z tego, że nie polubiłam autora, a co za tym idzie narratora. I to nawet nie dlatego, że zdecydował się na zastosowanie takiej hm… innowacyjnej metody wychowawczej. Nie, metoda sama w sobie wydawała mi się ciekawa, choć kontrowersyjna. Przeszkadzało mi raczej podejście opisywane jako „nie jestem kumplem swojego syna, jestem jego ojcem”. Podejście teoretycznie niegłupie, ale skutkujące tym, że kiedy dorastający syn przychodzi do ojca porozmawiać o seksie (a ja myślę sobie: wow! jaki sukces wychowawczy, sam przyszedł z problemem do ojca!), kochający tatuś nadaje komunikat w stylu „No o tym, to my rozmawiać nie będziemy, nie jestem twoim kumplem”. I to bez wcześniejszego wysłuchania o co chodzi, bez żadnego zorientowania się czy Jesse nie ma przypadkiem problemu…

Ja się naprawdę nie dziwię, że będąc posiadaczem takiej więzi z nastolatkiem szanowny rodzic boi się, że utraci z nim kontakt, jeśli będzie dalej naciskał na to, żeby chłopak chodził dalej do szkoły. Bo o ile na początku książki ojciec i syn nie mają ze sobą niemal nic wspólnego, o tyle na koniec mają wspólne przynajmniej filmy…

Miałam jeszcze przez chwilę nadzieję, że może Klub filmowy uratuje się opisem sytuacji rodzinnej, bo Gilmour był w tamtym czasie rozwiedziony i mieszkał z kolejną partnerką, ale nic z tego. Była żona co prawda pojawia się co jakiś czas, ale głównie po to, żeby bać się o przyszłość syna (poniekąd słusznie) bez konstruktywnych wniosków, za to nowa partnerka praktycznie w opowieści nie istnieje. Stąd może trochę moje wrażenie totalnej sztuczności tekstu, bo jak można nie napisać niemal słowa o osobie, która przez całe te trzy lata mieszkała z obojgiem bohaterów? Dopiero pod koniec wyłania się z niebytu i (ku zaskoczeniu narratora) nawiązuje z Jessem kontakt lepszy niż jego ojciec. I, mówiąc szczerze, mam wrażenie, że partnerka David mogłaby o tych trzech latach powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż zrobił to sam Gilmour.

Owszem, podobały mi się niektóre kawałki o filmach, ale na odbiorze całej książki zaważyła jednak osoba narratora, który wydał mi się po lekturze raczej kandydatem do bycia wychowywanym i nauczenia odpowiedzialności niż do wychowywania i uczenia tej odpowiedzialności kogokolwiek innego.

Wiem, ze książka jest ogólnie chwalona i wychodzę na paskudną malkontentkę albo pedagogiczny beton, ale naprawdę nie czepiam się konkretnego pomysłu wychowawczego, ani nawet jego rezultatów (różnie bywa). Czepiam się tego, że David Gilmour tak usilnie unikając relacji „nie jestem twoim kumplem” wylądował nie w relacji „jestem twoim ojcem” tylko „jestem twoim krytykiem filmowym” i był z tego dumny. Ja bym nie była.

Mimo wszystko książka dostaje ode mnie plusik za pokazanie relacji ojciec-syn, drugi za niektóre ciekawe wstawki o filmach i trzeci za to, że jest zwyczajnie dobrze napisana. A czy polecam? Nie. Ale nie sugerujcie się moją opinią za bardzo, bo większości recenzentów Klub filmowy się podobał. Ja wracam do szukania dobrej książki o ojcu i synu. Ma ktoś jakieś typy?

Moja ocena: 4/10

Zapowiedzi i inne drobiazgi

Nie udało mi się w tym roku dotrzeć na Targi Książki do Warszawy, co więcej, nie kupiłam w ten weekend ani jednej książki. A ponieważ nałogi mają swoje prawa, musiałam zrobić cokolwiek, co wiązałoby się z kupowaniem czy oglądaniem nowych książek. I stąd właśnie post o zapowiedziach wydawniczych. Po Targach i Dniu Książki wydawnictwa jak zwykle biorą głębszy oddech i rynek trochę zwalnia, ale mimo tego udało mi się znaleźć sporo bardzo interesujących pozycji. Mam nadzieję, że zaciekawią one jeszcze kogoś.

1. Oliver Sacks

Zysk i S-ka kontynuuje wydawanie książek Olivera Sacksa w nowej serii. Po Człowieku, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Antropologu na marsie i Muzykofilii w czerwcu  szykuje nam się nowe wydanie Przebudzeń, a we wrześniu Oko umysłu.

„Przebudzenia”

Wydawca: Nowe wydanie książki wybitnego angielskiego neurologa i psychiatry, który w swoich badaniach zajmuje się chorobami psychicznymi czy rekonwalescencją chorych po śpiączkowym zapaleniu mózgu, która jest tematem Przebudzeń.
Sacks z wyjątkową wnikliwością analizuje stan umysłu swoich pacjentów, jak i naturę choroby. Na kanwie książki powstał głośny film z Robertem de Niro i Robinem Williamsem.

Ja: Film filmem, ale Przebudzenia to chyba druga najbardziej znana książka Sacksa, zaraz po  Człowieku, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. O leczeniu ludzi pozostających w stanie śpiączki (po epidemii zapalenia opon mózgowych) od kilkudziesięciu lat. Kiedyś czytałam, choć źródła nie pomnę, że to właśnie ta książka (film?) i występujący w terapii lek L-DOPA (L-3,4-dihydroksyfenyloalanina) były inspiracją nazewniczą dla grupy muzycznej El Dupa. Ja miałam okazję czytać tylko fragmenty pierwszego wydania, a na pewno bardzo chciałabym mieć tę książkę na własność.

Wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie planowane na 7 czerwca 2011, informacja ze strony wydawcy.

„Oko umysłu”

Wydawca: W Oku umysłu Oliver Sacks przedstawia historie ludzi, którzy radzą sobie w świecie i komunikują się z innymi, choć częściowo utracili albo pewne umiejętności intelektualne, przez wielu z nas uważane za nieodzowne, albo zdolność postrzegania zmysłowego. Pisze więc o ludziach tracących na przykład mowę, umiejętność rozpoznawania twarzy, zdolność postrzegania trójwymiarowej przestrzeni, umiejętność czytania lub zmysł wzroku. Wszyscy oni stają przed wyzwaniem polegającym na konieczności dostosowania się do zupełnie odmiennego istnienia w świecie.
Oto Lilian, pianistka, która traci umiejętność czytania nut i powoli przestaje rozpoznawać nawet codzienne przedmioty, lub neurobiolog Sue, która nigdy nie widziała w trzech wymiarach, aż nagle — gdy jest już po pięćdziesiątce — zaczyna widzieć stereoskopowo.
I Pat, która po latach izolowania się staje się osobą otwartą i towarzyską, mimo że ma afazję i nie potrafi wypowiedzieć nawet jednego zdania, albo Howard, płodny prozaik, który musi odkryć, jak kontynuować życie pisarza po utracie umiejętności czytania przez udar.
I wreszcie sam Oliver Sacks, który opowiada własną historię niepokojących skutków utraty zdolności widzenia jednym okiem przez nowotwór błony naczyniowej gałki ocznej.
Sacks analizuje niezmiernie dziwne paradoksy, pisze więc o ludziach, którzy doskonale widzą, ale nie rozpoznają własnych dzieci, albo o niewidomych, którzy nagle zaczynają widzieć znacznie lepiej od innych lub dosłownie uczą się czytać za pomocą języka. Rozważa także kwestie bardziej zasadnicze, a więc to, w jaki sposób widzimy i myślimy, na ile istotne są nasze wewnętrzne obrazy i dlaczego dzieje się tak, że choć pismo istnieje tylko pięć tysięcy lat, ludzie wykazują powszechną, jakby wrodzoną, zdolność do nauczenia się czytania.
Oko umysłu to świadectwo złożoności wzroku, mózgu oraz potęgi kreatywności i adaptacji. Książka ta pozwala w całkowicie nowy sposób spojrzeć na kwestie języka i komunikacji, gdy próbujemy sobie wyobrazić, jak można patrzeć czyimiś oczyma, a raczej czyimś umysłem.

Ja: Mam nadzieję, że Zysk ma zamiar wydać po polsku wszystkie książki Sacksa, bo ja mam zamiar je kupić. Nawet mimo faktu, że Muzykofilię przekładał Jerzy Łoziński, do którego (jako tłumacza) nie mam ani grosza zaufania. Zresztą właśnie przez tłumacza nie przeczytałam jej jeszcze od deski do deski. Może Oko przełoży ktoś inny. A jeżeli nie, to najpierw bardzo uważnie wczytam się w Muzykofilię, a potem pewnie i tak kupię Oko umysłu. Bo Sacksa warto czytać.

Wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie planowane na wrzesień 2011, informacja ze strony wydawnictwa.

2. Jonasz Kofta „Co to jest miłość. Wiersze i piosenki zebrane”

Wydawnictwo: Pierwsze pełne wydanie twórczości Jonasza Kofty.
Każdy jego wiersz mógł stać się od razu przebojem. Jonasz Kofta (1942–1988) był, obok Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego, jednym z największych poetów polskiej estrady. Do jego najbardziej znanych wierszy należą: „Jej portret”, „Śpiewać każdy może”, „Pamiętajcie o ogrodach”, „Kwiat jednej nocy”, „Buba”, „Wakacje z blondynką”, „Autobusy zapłakane deszczem” czy „Samba na jedną nutę…”.
Niniejsza książka jest pierwszym z trzech tomów utworów zebranych Jonasza Kofty, którego twórczość literacka do tej pory jeszcze nigdy nie została zebrana i wydana w całości. Otwiera ją wstęp przyjaciela Kofty – Ryszarda Marka Grońskiego. Niektóre z wierszy zostały odnalezione w archiwum Autora i będą publikowane po raz pierwszy.

Ja: Jonasz Kofta już od wielu lat jest jednym z moich ukochanych poetów powojennych, więc informacja o wydaniu jego utworów zebranych wzbudziła u mnie niemal euforię. 488 stron Kofty to niemal spełnienie marzeń, a przecież to tylko pierwszy z trzech tomów… Z informacji na stronie Fundacji Jonasza Kofty wynika, że pierwsze dwa tomy będą zawierały wiersze i teksty piosenek, a trzeci wszystko inne, czyli m.in. sztuki teatralne, musicale i słuchowiska radiowe. Pisałam już, że nie mogę się doczekać?

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, wydanie przewidziane na 24 maja 2011 (według informacji ze strony wydawnictwa), w co nie do końca chce mi się wierzyć (bo nawet okładki jeszcze nie ma), ale pomarzyć można.

3. Terry Pratchett „W północ się odzieję”

Wydawca: Kiedy ludzie zwracają się przeciw czarownicom, cierpią niewinni.
Tiffany Obolała jest czarownicą. Bardzo się stara, pomagając mieszkańcom Kredy. Nawet jeśli jej praca obejmuje głównie bandażowanie nóg i ma niewiele wspólnego z… no… magią. I utrudnia sen.
Ale gdzieś, kiedyś istniał splątany kłąb zła i pogardy, nienawiści i wrogości. Teraz się przebudził. Budzi też dawne opowieści, te o złych, starych czarownicach. I nagle Tiffany nie jest już taka pewna, czy postępuje słusznie. A jej mali sprzymierzeńcy – waleczni Nac Mac Feeglowie – tylko wszystko komplikują. Sytuacja powinna się poprawić, kiedy Tiffany wreszcie porządnie się wyśpi. Ale wcale się nie poprawia.
I wkrótce stanie się o wiele, wiele gorsza…

Ja: Kolejny tom przygód Tiffany (nie Akwili!), w kanonicznym tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. I chociaż za tą dziecięcą serią specjalnie nie przepadam, to „niespecjalnie” w przypadku Pratchetta oznacza dla mnie „na pewno kupię i przeczytam”. Mam zresztą w planach dokupienie dwóch pierwszych części cyklu (Wolni Ciut Ludzie i Kapelusz pełen nieba) w porządnym przekładzie, a potem przeczytanie całości raz jeszcze. Niesamowicie się cieszę, że Prószyński zdecydował się na wydanie dziecięcych książek Pratchetta (serii o Tiffany i Maurycego) w tłumaczeniu Cholewy.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, wydanie planowane na 17 maja 2011, informacja ze strony wydawnictwa.

4. Sławomir Mrożek i Stanisław Lem „Listy”

Wydawca: Dwaj wielcy pisarze. Dwie odmienne osobowości, dwa różne temperamenty. Wydawać by się mogło, że Stanisława Lema ze Sławomirem Mrożkiem niewiele łączyło. Okazuje się jednak, że pisarze przez wiele lat byli przyjaciółmi i pisali do siebie arcyciekawe listy. Nie tylko o literaturze, nie tylko o wielkiej polityce, ale i o czymś tak przyziemnym jak… samochody, których byli wielkimi miłośnikami. Mnóstwo w tej korespondencji ironii, słownych gier i żartów.
Opublikowanie listów Stanisława Lema i Sławomira Mrożka to wydarzenie kulturalne najwyższej rangi. Książka, wzbogacona o liczne fotografie, rzuca nowe światło na twórczość pisarzy i czasy, w których przyszło im żyć.

Ja: Uświadomiłam sobie niedawno, że bardzo lubię czytać zbiory listów. Oczywiście jeżeli są to listy osób, które warto czytać, a do takich właśnie osób należą niewątpliwie i Lem, i Mrożek. Biorąc pod uwagę, że twórczość obu chętnie czytuję, obu też cenię za inteligencję i poczucie humoru, spodziewam się uczty literackiej. I muszę uważniej rozejrzeć się po już wydanych listach. Na pewno czeka na mnie wiele perełek.

Wydawnictwo Literackie, wydanie planowane (według strony wydawnictwa) na maj 2011 lub (według księgarni Gandalf) na 20 czerwca 2011. W tym wypadku skłonna jestem wierzyć raczej Gandalfowi.

5. Wznowienia, kolejne wydania

Poza wspomnianym wcześniej Sacksem (Przebudzenia), znalazłam w planach wydawniczych wiele innych ciekawych wznowień. Bardzo się cieszę, że coraz więcej wydawnictw decyduje się na wznowienia ciekawych książek, których już praktycznie nie da się kupić. Dość wspomnieć jak monstrualne ceny osiągał na Allegro Dom Sióstr Charlotte Link zanim został niedawno wznowiony przez wydawnictwo Sonia Draga.

W najbliższym czasie czeka nas wznowienie świetnej fabularyzowanej biografii Michała Anioła autorstwa Irvinga Stone’a. Udrękę i Ekstazę wznawia wydawnictwo Muza. I chociaż bardziej mnie ostatnio ciągnie do Opowieści o Darwinie tego samego autora (i jeżeli coś będę chciała kupić, to pewnie zdecyduję się na Darwina), to pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie kiedyś Udręka i ekstaza. mam nadzieję, ze Muza ma zamiar dalej wydawać książki Stone’a, bo na kilka z nich czekam z ciekawością. Może jest szansa, że doczekam polskich wydań They Also Run i Men to Match My Mountains.

Znak z kolei przygotowuje trzecie już wydanie Białych Zębów Zaddie Smith. Żadnej książki Smith jakoś nie udało mi się jeszcze przeczytać, a bardzo mam ochotę. Chciałam zacząć przygodę z jej książkami właśnie od Białych zębów i mam nadzieję, że to wznowienie mi w tym zbożnym dziele pomoże.

Poza tym Rebis przygotowuje nowe wydanie Dicka (na razie w zapowiedziach Ubik i Czy androidy marzą o elektrycznych owcach) w formie podobnej do pięknego twardookładkowego wydania cyklu Diuny Herberta. Znak z kolei przygotował już drugie wydanie Księdza Rafała Grabskiego, którego może w końcu uda mi się przeczytać, bo podobno dobry. Zresztą chyba dobrze się sprzedawał, skoro już wychodzi drugie wydanie?

6. Inne

Oprócz wznowień znalazłam w planach wydawniczych jeszcze kilka ciekawych książek, którym na pewno przyjrzę się dokładniej. Niekoniecznie od razu je kupię, ale mam kilka potencjalnie ciekawych zapowiedzi na oku.

Na recenzje Końca pieśni Wojciecha Zembatego będę popatrywać głównie ze względu na osobę autora (syn Macieja). Z drugiej strony, jeżeli wydaje to Znak,  zakładam, że książka jest przynajmniej dobra, zwłaszcza ze oni raczej nie wydają polskiej fantastyki, o ile mnie pamięć nie myli. No, zobaczymy…

Wydawnictwo Literackie wydaje już drugą książkę Harry’ego Olivera. Poprzednia jego książka  (Czarne koty i prima aprilis) podobno nie jest zła, ale nie interesowałam się nią specjalnie ze względu na średnio ciekawy dla mnie temat. Na lipiec WL zapowiada za to Kocie furtki i pułapki na myszy. Skąd się wzięły zwyczajne (i niezwykłe!) przedmioty w naszym życiu? i jeżeli recenzje tej pozycji też będą pozytywne, to na pewno się nią zainteresuję. Bardzo lubię czytać o zwykłych rzeczach i ich pochodzeniu (pamiętacie Koty w worku Kopalińskiego?).

Muza z kolei, w serii Spectrum poleca (tej, w której wyszło Tatami kontra krzesła) planuje Belgijską melancholię Orzechowskiego. Tym razem, jak sama nazwa wskazuje, o Belgii, czyli zdecydowanie bliżej moich zainteresowań. Może być bardzo ciekawie.

Co jeszcze ciekawego? Nasza Księgarnia wydaje Muminki w formie audiobooków a czyta Krzysztof Kowalewski. Muminki to jedna z moich ulubionych lektur od dzieciństwa, a w interpretacji Kowalewskiego na pewno warto będzie do nich wrócić.

Jest na co czekać.

A na koniec jeszcze w zapowiedziach WABu znalazłam trzeci tom serii „Rycerze Sycylii” (Przeklęty okręt Viviane Moore), która okazała się być serią kryminałów historycznych osadzonych w XII wieku. Czytał ktoś którąś z powieści o przygodach Hugona z Tarsu i Tankreda z Normandii? Ciekawa jestem tej serii, bo dobry kryminał historyczny jest na wagę złota. Na razie zacznę się rozglądać za recenzjami Ludzi wiatru i Dzikich wojowników.

Drobiazgi niezapowiedziowe

Na Warszawskich Targach Książki ogłoszono nominacje do tegorocznej Nike.  Pełna lista tutaj. Wydawnictwo Czarne zgarnęło w tym roku 7/20 nominacji — bardzo przyzwoity wynik., gratuluję książek. Będę trzymać kciuki za Zrób sobie raj Szczygła, ale chętnie przeczytam kilka nominowanych książek. Na razie mam apetyt na Balladyny i romanse Karpowicza (jakoś sądzę, że on wygra), Chmurlandię Bator (dopiero jak przeczytam poprzednią), Samuela Zborowskiego Rymkiewicza i Dno oka Nowickiego. No i, oczywiście, Dziennik Mrożka.

A Wy? Co typujecie, co chcielibyście przeczytać i co chcielibyście żeby wygrało?

***

Na tych samych WTK ogłoszono nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia (pełna lista tutaj). Tym razem nie mam faworytów, a przeczytać mam ochotę głównie (poza wymienionym wcześniej Rymkiewiczem) Piątą stronę świata Kutza.

***

Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego dla najlepszego reportażu literackiego dostali w tym roku za książkę Wojna nie ma w sobie nic z kobiety autorka Swietłana Aleksijewicz, oraz tłumacz  Jerzy Czech. Komunikat jury znajduje się tutaj. Książki-laureatki nie czytałam, ale zasłyszane opinie były różne, zdecydowanie nei tylko pozytywne. A Wam jak się podobała?

***

Czytelniczo mój maj dopiero teraz się „prostuje”, wcześniej albo nie miałam weny, a kiedy ją odzyskałam trafiłam na ksiażkę, którą czytałam smakując każde słowo (Pokój z widokiem, szczerze polecam), więc przyjemnie ale powoli. Lubię i takie lektury, ale tylko co jakiś czas. Teraz znowu mam napęd do czytania i z niego korzystam.

A wy wolicie czytać szybko i dużo, czy powoli i uważnie?

***

Miałam jeszcze napisać kilka słów o Zbrodni w błękicie, moim czytaniu serii „Koliber” i wspomnieć ostatnie nabytki książkowe  ale to już chyba kiedy indziej. Co za dużo to nie zdrowo.

C. J. Sansom „Komisarz”

Tytuł: Komisarz
Autor: C. J. Sansom
Tytuł oryginału: Dissolution
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Cykl: Matthew Shardlake, tom I
Ilość stron: 479

Przeczytałam w maju dwie książki, które ogromnie mi się podobały. Przy obu świetnie spędziłam czas i obie serdecznie polecam. Ale o ile Pokój z widokiem smakowałam i czytałam najwolniej jak się da, byle się szybko nie skończył (niecałe 250 stron zajęło mi tydzień i wciąż żal mi było rozstawać się z książką), to dwa razy grubszego Komisarza pochłonęłam w dwa dni, nie mogąc się oderwać i czytając go w każdym możliwym miejscu.

Komisarz to naprawdę świetna książka. Jest rok 1537, Matthew Shardlake jest komisarzem w służbie wikariusza generalnego Thomasa Cromwella. Reformacja w Anglii posuwa się do przodu dużymi krokami, Cromwell stara się likwidować zakony, a dokładniej: doprowadzić do ich samorozwiązania się. W jednym z klasztorów ginie wysłany przez wikariusza w celu negocjacji komisarz królewski, a nasz dzielny bohater musi odkryć kto go zabił. No i, oczywiście, okaże się, że to nie koniec kłopotów.

Mimo sporych różnic, trudno mi było nie porównywać Komisarza do cyklu książek Ellis Petters o braciszku Cadfaelu. W obu mamy do czynienia z angielskim klasztorem, w obu obserwujemy codzienne życie benedyktyńskich mnichów, w obu na terenie klasztoru prowadzone jest śledztwo. Ku mojemu zdziwieniu, (bo książki Petters ogromnie lubię) Sanso wyszedł z tych porównań obronną ręką. Stworzył własnego pełnokrwistego bohatera, którego możemy dobrze poznać i polubić, a który na dodatek zmienia się na naszych oczach. Dał mu do zbadania zagadkę na pierwszy rzut oka niemal nie do rozwiązania i mocno skomplikowaną, ale udało mu się nie popaść w absurd przy jej wymyślaniu. Na dodatek książka jest piekielnie wciągająca i bardzo dobrze napisana (brawa dla tłumaczki, swoją drogą).

Moje skojarzenia z Cadfaelem kazały mi jednak (zwłaszcza w pierwszej części, w której komisarz poznaje życie klasztoru) szukać podobieństw i różnic w tych dwóch, oddalonych od siebie o trzy wieki, opactwach benedyktyńskich. i w świetle tych zmian nietrudno było mi zrozumieć skąd u reformatorów taki pęd do rozwiązywania klasztorów. Choć nie znaczy to, że Sansom staje w powieści po stronie Cromwella i jego reform. Bo chociaż Shardlake jest idealistą i gorliwym zwolennikiem reformacji, to on i jego wiara zostaną w trakcie śledztwa wystawione na ciężką próbę.

W ogóle podobało mi się ogromnie w jaki sposób autor pokazywał tę „wielką” politykę. Nie jestem fanką epoki Tudorów, a Henryk VIII budzi we mnie jedynie lekkie obrzydzenie, bez nuty fascynacji swoimi czasami, ale Komisarza czytało mi się wyśmienicie. Choć w powieści Cromwell pojawia się osobiście (i to nie raz), to tak naprawdę nie jest to książka o robieniu polityki, ale bardziej o jej wpływie na zwyczajnych ludzi. Matrymonialne pomysły króla nie wiążą się tutaj z dramatem jego małżonek (oddalanych lub skazywanych na śmierć) ani dworzan (dworskie kliki i stronnictwa), ale ważą na życiu mieszczan, rzemieślników, chłopów, służących, mnichów i generalnie ludzi, których los jest mi jakoś bliższy niż los księżniczek.

Matthew Shardlake, mimo tego, że nawet na okładce nazywany jest „średniowiecznym prawnikiem i detektywem”, jest tak naprawdę kwintesencją renesansu. Prosty chłopak, syn rolnika, który mimo swojego kalectwa (Matthew jest garbusem) dotarł niemal na sam szczyt władzy i jako wysłannik wikariusza generalnego (Cromwell zresztą też był chłopakiem z ludu) może wydawać polecenia opatowi czy miejscowemu sędziemu. Matthew maluje, biorąc pod uwagę zasady perspektywy, ceni dysputy filozoficzne i religijne, a co więcej uważa, że kobietom został dany taki sam umysł jak mężczyznom (co może jest jednym z niewielu jego średniowiecznych rysów, patrz: Kobiety w czasach katedr). Idealistycznie wierzy w słuszność reformacji, ale jednocześnie dostrzega piękno klasztornego kościoła. Z niesmakiem odwraca wzrok od figur świętych i relikwii, ale widzi ich moc i znaczenie dla ludzi. Jest kapitalnym bohaterem. Całe szczęście, bo cała narracja w Komisarzu jest pierwszoosobowa, prowadzona właśnie przez niego. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może obserwować nie tylko jego próby odkrycia prawdy, ale też ewolucję jego poglądów, a ciężko mi powiedzieć co jest ciekawsze.

Nie mogę też nie wspomnieć o interesujących postaciach drugoplanowych, z których najbardziej przypadł mi do gustu brat Guy z Malton, szpitalnik i opiekun ogrodu ziołowego (jakie to szczęście, że zielarz jest sympatyczny, po Cadfaelu mogłabym nie znieść innego podejścia). Mam szczerą nadzieję, że mimo tego, co stało się w tym tomie komisarz Shardlake jeszcze go spotka. Równie ciekawy (choć może mniej sympatyczny) wydał mi się brat Gabriel, zakrystianin i kantor, a nawet, zupełnie niesympatyczny, przeor Mortimus.

Wydawnictwo też godne jest wielu pochwał, bo to i tłumaczenie nie zepsuło powieści, i korekta się popisała nie przepuszczając błędów, i skład bardzo elegancki, ale największą moją radość wzbudziła zamieszczona na początku mapka klasztoru i spis ważnych osób. Kryminały z mapką maja u mnie z wejścia łatwiej. W ogóle lubię wydawnictwo Albatros (Andrzej Kuryłowicz) i frustruje mnie to, że nie posiadają strony internetowej i nie mogę ani kupić nic bezpośrednio od nich, ani poznać ich planów wydawniczych.

Ale, wracając do naszych baranów, jednym mi tutaj podpadli: tłumaczeniem tytułu. Wiecie jak Komisarz nazywa się w oryginale? Dissolution… No ja się pytam, jak kogo dobrego, co komu szkodziło użyć tytułu „Rozwiązanie”? Odnosiłoby się i do rozwiązywania klasztorów, i do rozwiązywania małżeństwa (Henryk VIII, przypominam), i do rozwiązania zagadki, a na upartego patrząc nawet do tego, że akcja powieści zaczyna się niedługo po tym, kiedy królowa (Jane Seymour) zmarła w połogu (czyli w trakcie rozwiązania)… No co komu szkodziło? Ja wiem, że „dissolution” to bardziej rozkład czy rozpad, ale chyba bliżej mu do rozwiązania niż komisarza?

Tłumaczenia nazw kolejnych tomów są równie urocze: Dark Fire = Alchemik, Sovereign = Rebelia, Revelation = Przepowiednia (no, powiedzmy, niech im będzie), a Heartstone = Inwazja. Nie żebym się czepiała…

Ale tytuł naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, kiedy treść jest rzeczywiście dobra. A w Komisarzu była. Z góry cieszę się, że przede mną jeszcze co najmniej cztery tomy tego cyklu (a mam nadzieję, że autor na tym nie poprzestanie), a przed Matthew Shardlake’iem trzy kolejne żony Henryka VIII, Edward VI i jego Rada Regencyjna, „Dziewięciodniowa Królowa” lady Jane Gray, Krwawa Maria Tudor i Królowa-Dziewica Elżbieta I. A na moje oko, Shardlake ma szansę dożyć Elżbiety. Oczywiście, jeśli nie będzie się wychylał, bo czasy czekają go ciężkie.

Jeżeli zatem chcecie przeczytać dobry kryminał, dobrą powieść historyczną albo oba na raz, a do tego poznać bardzo ciekawego bohatera, koniecznie sięgnijcie po Komisarza. A jeśli chcecie dowiedzieć się w jaki sposób przepadała ostatnia kopia O komedii Arystotelesa, to (choć nie powiem złego słowa o Umberto Eco)… też sięgnijcie po Komisarza i zobaczcie w jak cudny sposób potrafi do czytelnika puścić oko.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Za zachęcenie do lektury Komisrza dziękuję dabarai. A za spełnianie czytelniczych marzeń antykwariatowi Komiks i Ukochanemu Mężowi.

Hanka Lemańska „Chichot losu”

Tytuł: Chichot losu
Autor: Hanka Lemańska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 268

Wyczytałam tę książkę Ciotce. Jako rodzinny dostarczyciel literatury miałam za zadanie tylko ją kupić i oddać nowej właścicielce, ale jak tu się powstrzymać, kiedy książka jeszcze ciepła wzdycha smutnie okładkami… No i wyczytałam.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: Joanna, niezależna, robiąca karierę i goniąca za sukcesem zgadza się popilnować dzieci koleżanki. Koleżanka ginie, a nasza bohaterka zostaje sama z informacją, że dzieci nie mają nikogo bliskiego, kto by je przygarnął i swoim sumieniem. Po przeczytaniu tego streszczenia na pewno już wiecie jak się to wszystko skończy. I macie rację, bo historia w niczym nie zaskakuje. Kiedy pojawił się aktualny amant wiedziałam jakie przeszkody spotkają ten związek i jakie będzie rozwiązanie tego wątku. Po pierwszym wspomnieniu o amancie przyszłym wiedziałam doskonale, że to właśnie ten.Historia z lodami? Przewidziany. Wątek Agaty? Jak najbardziej… I to naprawdę nie dlatego, że jestem wyjątkowo genialna, tylko wszystko to jest proste jak drut i schematyczne.

Całe szczęście, że są to schematy z epoki jeszcze przedkalicińskiej (Chichot losu i Dom nad rozlewiskiem wyszły w tym samym roku) — Joanna nie wyjeżdża na prowincję ułożyć sobie tam od nowa życia z nową rodziną i nowymi problemami. Zamiast tego bierze los we własne ręce i próbuje sobie radzić. Na szczęście znajdą się tacy, co jej pomogą. Wspominałam już, że pojawiają się w powieści niezbędne w prozie tego typu „psiapsiółki”? Nie? No to wspominam. Czy naprawdę każda kobieta w Warszawie ma grono trzech czy czterech koleżanek, z którymi co tydzień spotyka się na wino i ploty…?

Ale z całego tego marudzenia mogłoby wynikać, że mi się nie podobało, podczas kiedy wcale tak nie jest. Chichot losu napisany jest z humorem, lekko i sprawnie. Czyta się go z przyjemnością, zwłaszcza, że w większości opowiada o ludziach sympatycznych. Przez całą lekturę towarzyszyły mi dwa skojarzenia. Z jednej strony stare książki Szwai (lubię) — bo i humor, i w roli głównej kobieta z charakterem, i drobniutki wątek sensacyjny, i te przyjaciółki nieszczęsne, i równie schematyczny scenariusz. Z drugiej za to strony po głowie chodził mi Brulion Bebe B. Musierowiczowej (też lubię i to bardzo) i inne jej książki — bo i sytuacja wyjściowa podobna (młoda kobieta opiekuje się dwójką cudzych dzieci dłużej niż zamierzała), i dzieciaki podobne (młodszy chłopczyk i starsza dziewczyna), i kilka rozwiązań fabularnych (problemy w „upragnionym” związku Anieli i Joanny), a do tego Ci pozytywni bohaterowie…

Nie wątpię, że serial nakręcony na podstawie tej książki może być ciekawy, bo sama powieść sprawia w wielu miejscach wrażenie szkicu — niektóre sytuacje są tylko wspomniane, ważne rozmowy dzieją się na boku, a przytaczane są tylko ich rezultaty, sporo wątków zostało ledwo zarysowanych. Na pewno sprawny scenarzysta na tej kanwie jest w stanie stworzyć naprawdę przyzwoity serial, za to przy czytaniu miałam czasem wrażenie, że autorce strasznie spieszyło się, żeby książkę skończyć i niektóre ważne dla fabuły elementy potraktowała trochę po macoszemu.

Ale nie ma co marudzić: książkę czytało mi się miło i szybko, była dość wciągająca, żeby wyciągać ją z torebki w tramwaju na trzy przystanki (na stojąco), więc oceniam ją zdecydowanie pozytywnie. Jeśli nie będziecie miały wygórowanych wymagań, powinna się spodobać.

Polecam nawet tym, którzy na widok kolejnego Rozlewiska otrząsają się ze wstrętem.

Moja ocena: 6,5/10