Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima

Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158

Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.

To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.

I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź „wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: „Proza”, „Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i „Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.

Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.

Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):

Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]

Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego „sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]

Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]

Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]

Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]

Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]

Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]

Moja ocena: 7,5/10

PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:

Żeby „zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]

Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]

Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]

Čapek na dziś, cz. I – Włochy

Tytuł: Listy z podróży
Autor: Karel Čapek
Tytuł oryginalny: Cestopisy
Język oryginału: czeski
Tłumacz: Piotr Godlewski
Posłowie: Leszek Engelking
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2011
Seria wydawnicza: Terra Incognita
Ilość stron: 571

Listy z podróży Karela Čapka wołają do mnie od wakacji i domagają się swojej obecności na blogu. Nie mogąc już dłużej ich ignorować, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma cytatami z tej przepięknej książki. Może kogoś te urywki przekonają do sięgnięcia po tę książkę, a moim zdaniem naprawdę sięgnąć po nią warto. Ale ja kocham Karela Čapka od dawna i mogę nie być obiektywna. Co tam „mogę nie być” — na pewno nie jestem. Stąd cytaty zamiast recenzji. A poza tym, co tu dużo mówić, mam ogromną ochotę znów ruszyć z Čapkiem do obcych krajów. Zwłaszcza, że pogoda za oknem bardzo sprzyja wycieczce do słonecznej Italii chociaż na papierze.

Dlatego dzisiaj podróż do Włoch, czyli cytaty z pierwszej części Listów… Jest rok 1923, Karel Čapek jedzie do Włoch, a tam pisze z podróży listy-felietony do Lidovych Novin. O czym pisze?

O tym co nie podoba mu się w Wenecji:

(…) 3. Nieprzebrane mnóstwo turystów (…)

5. Nowożeńcy (…)

6. Wenecjanki, ponieważ są to Rosjanki. Jedna, czarna jak diabeł, o migdałowych oczach, w tradycyjnej chuście z długimi na łokieć frędzlami i z wbitym w kok grzebieniem, najczystszy typ wenecki, który mnie niemal oszołomił, mówiła do swego kawalera: Da, da, jasnyj moj; i znów byłem o jedno złudzenie uboższy.” [9]

I co mu się podoba:

(…) 4. Jest niezmiernie przyjemnie, że nie ma tu ani jednego samochodu, ani jednego roweru, ani jednej dorożki czy wozu lub lektyki, ale za to jest 5. bardzo wiele kotów, więcej niż gołębi na placu Świętego Marka, kotów wspaniałych, tajemniczych i jasnookich, z korytarzy ironicznie spoglądających na turystów, a w nocy miauczących zadziwiającymi altami. [11]

Jak tu nie lubić człowieka, który tak pisze o kotach? Nie tylko weneckich, zresztą:

Za jedną z osobliwości Rzymu uznałbym koty na forum Trajana; jest to trawniczek poniżej poziomu ulicy, otoczony kratami; pośrodku stoi kolumna Trajana, jeden z najbardziej niedorzecznych pomników na świecie, a dookoła połamane kolumny. Na tych kolumnach naliczyłem niedawno nie mniej niż sześćdziesiąt kotów we wszelkich kolorach. Jest to wspaniały widok. Poszedłem popatrzeć na nie jeszcze w przepiękną księżycową noc; siedziały grzbietami do siebie i wrzeszczały; niewątpliwie był to jakiś obrzęd religijny. [25-26]

Są także świątynne koty, większe i bardziej opryskliwe od innych; żadnego z nich nie udało mi się pogłaskać. [59]

A opisy odwiedzanych krain, czy poetyckie, czy żartobliwe, są niesamowicie plastyczne:

W istocie region toskański jest bardzo podobny do ślicznego pejzażu w Czechach; tyle że zamiast ziemniaków rośnie tutaj winorośl, a każde wzgórze jest przepięknie ukoronowane jakimś pełnym wież miasteczkiem lub starą twierdzą. [21]

Wpływy hiszpańskie są ostatnie; pierwsze były greckie, drugie i trzecie — saraceńskie i normandzkie; renesans otarł się tylko o te tereny. Zalejcie te rozmaite czynniki kulturotwórcze olśniewającym słońcem, afrykańską glebą, mnóstwem kurzu i przepiękną roślinnością, a otrzymacie Sycylię. [31]

Umbryjski Bóg stworzył równinę, żeby rosły na niej winnice i topole, pagórki, żeby rosły na nich kędzierzawe gaje, cyprysy i samotnie, i góry, żeby na nich wyrosły miasta z etruskimi murami, gotyckimi domkami i ogromną rzymsko-romańską twierdzą. Umbryjski Bóg miał przepiękną niebieską farbę dla nieba i farbę jeszcze piękniejszą, którą pomalował dale i góry. Dlatego Umbria jest tak cudownie błękitna, najbłękitniejsza ze wszystkich krain. [47]

Pięknie zgrał mi się list z Florencji z czytanym wcześniej Pokojem z widokiem Forstera. Florencka część tej książki (która mnie podobała się dużo bardziej niż część angielska) wiele miejsca poświęcała turystom z nieodłącznym Bedekerem, a co o Florencji (w podobnych, bądź co bądź, czasach) pisze Čapek?

A we Florencji nie będę wam opowiadać o sztuce. Jest tu jej aż za dużo, w głowie od tego się kręci; w końcu człowiek gotów jest nabrać się na pamiątkę po psie, sądząc, że to fresk. [19]

Drugi rodzaj cudzoziemców trzyma się bedekera niczym tonący deski lub poszukiwacz skarbów czarodziejskiej różdżki. Niosą go oni zawsze przed sobą; a gdy zbliżają się do jakiegoś arcydzieła, bedeker wyraźnie drży w ich rękach, szybko bowiem unoszą wzrok, przelotnie przesuwają go po arcydziele i następnie półgłosem czytają, co bedeker cytuje o nim z Crowe’a i Cavalcaselli (…). Gatunek piąty to kopiści (…). Dzisiaj w Fiesole trzy naraz malowały klasztorny krużganek i cyprysy; parę kroków od nich tarzało się w trawie dziecko ze szczeniakiem, i było to tak piękne, że zapomniałem patrzeć na te marzycielskie krużganki, jak i na „przepiękny ** widok na Florencję i na dolinę Arno” (jak prawi bedeker); ale trzy kopistki z całą powagą nadal pacykowały swoje marzycielskie krużganki i cyprysy, i ani jedna nie zdjęła okularów, by spojrzeć na ** dziecko ze szczenięciem lub przetrzeć sobie oczy. [20-21]

Czy nie podobnie jak u Forstera? Bardzo to miłe uczucie, kiedy się takie podobieństwa zaczyna w lekturach dostrzegać.

Ale przecież pisze też Čapek o sztuce i architekturze (choć nie florenckich). I pisze przepięknie na tematy, o których przecież pisać tak trudno:

W Monreale są prześliczne mozaiki o tematyce stworzenia świata; nawet Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej nie ujął głębiej stworzenia światła i wód, i lądu, i ciał niebieskich, a zwłaszcza zapomniał lub nie umiał pokazać, jak Bóg dnia siódmego „widział, że było to bardzo dobre”, i odpoczywał. Bóg w Monreale odpoczywa, śni jak gospodarz po pracy, z opuszczonymi rękami. [33]

Santa Constanza z prześlicznymi mozaikami na białym tle, gdzie aniołki zrywają, odwożą i depczą niebieskie winogrona; tkwi to jeszcze całkowicie w dawnej tradycji rzymskiej, ale jest w jakiś sposób dziecinne, naiwnie surowe, jak te pierwsze rzeźby chrześcijańskie, gdzie także niemal tylko oczy mówią o nowej wierze ludzi. [45]

Największym powodem do chwały i rarytasem Pizy jest jej piękna architektura kolumienkowa, taka szczęśliwa mania wznoszenia lekkich arkad, pokrywających całe ściany swoim przyjemnym rytmem; [50]

Poza tym jest w Pizie Campo Santo, cmentarz ze wszystkich stron pomalowany starymi freskami, które są piękne i pouczające. Na jednym z nich aniołowie i diabli wyciągają dusze z ciał śmiertelników; dusze są dobrze odżywione, prawdziwe tłuścioszki, toteż śmiertelnicy muszą okropnie rozdziawić usta, by dusza mogła przez nie przejść. [51]

Widziałem następnie wieżę Babel, w której mieszały się języki pięciu wieków; jest to mediolańska katedra. Z daleka wygląda ona jak wielki kawał blendy antymonowej, która krystalizuje się w postaci cienkich szpileczek, albo jak ogromny marmurowy karczoch; każda szpilka to wieżyczka albo sterczyna, a gdy się ją rozłupie, ma wewnątrz pełno rzeźb, na górze zaś rzeźbę, którą zobaczycie jedynie wtedy, gdy wdrapiecie się na dach (…). Jest to jedno z największych szaleństw jakie kiedykolwiek widziałem (…); rzeźby są wprawdzie niewiele warte, przypory są nudne, igły i wieżyczki bezsensowne, ale jest tego wszystkiego tyle, że w końcu całkowicie omota cię to swym fantastycznym, zwariowanym, śnieżnobiałym, upiornym brakiem umiaru. [53]

Ja, nędzny grzesznik, nie wspomniałem na przykład o Ostatniej wieczerzy Leonarda w Mediolanie; ale tuż obok niej jest krużganek, a za nim kapitularz czy co to jest, i tam jakiś braciszek na fotelach kanoników namalował biblijne krajobrazy; podobno są prymitywne, i zapewne właśnie dlatego bardzo piękne; [62]

Podsumowując, styl starochrześcijański i romański jest najświętszy; gotyk we Włoszech zanadto rozpycha się w szerokiej i jasnej przestrzeni, z czego wychodzi jakiś trzeźwy i nienasycony; potem stara się maskować to fasadą przyozdobioną tak, że aż się w głowie kręci. Wczesny renesans znowu przynosi czystość, surowość i mądre ograniczenie (…).
Wszystko pozostałe zaś jest barokiem. [60]

Wiele przemyśleń poświęca tutaj, we Włoszech, religii, co z kolei dało mi szansę liźnięcia czeskiej religijności niemal wiek przed Zrób sobie raj Szczygła. I nie sposób mi się z Čapkiem nie zgodzić w tych jego przemyśleniach, bo i ja, kiedy miałam szansę oglądać toskańskie kościoły przedkładałam te romańskie nad późniejsze. Tylko nie umiałam swoich wrażeń tak pięknie ująć w słowa:

I teraz twierdzę, że chrześcijaństwo tu na południu umarło wraz ze stylem romańskim, a na północy wraz z gotykiem; i że od rozwiniętego renesansu, a przede wszystkim baroku rozpoczyna się coś nowego i dość niesympatycznego, mianowicie katolicyzm. Chrześcijaństwo może przemawiać do nas jedynie prymitywnym, surowym, świętym językiem wczesnych stylów; jest poważne, czyste i dosyć proste. Renesans jest przy nim pogański, a barok bałwochwalczy, fetyszystyczny, krótko mówiąc, katolicki; w zestawieniu z wczesną czystością religijną jest w ich kulturze coś uderzająco mniej wartościowego. Cała ta maniakalna pompa, marmurowe intarsje, brokaty, sztukaterie, złoto, pnące się wzwyż ołtarze, cała ta chłodna wspaniałość religijnie nie powie wam nawet najmniejszego ułamka tego, co tak niezmiernie poważnie i czysto przemawia z kaplicy Giotta. [15]

Ściany są oblepione tablicami z katakumb (…). IRENE IN PACE. LAVRITIO CONG BENE MERENTI UXOR. To żona kazała wykuć dla zasłużonego Laurycjusza. Bene merens — to cała pochwała; był dobry i zasłużony; czy trzeba domagać się od człowieka więcej? (…). Tak, koniec starożytnej okazałości; w miejsce cesarzy, a i bogów, przychodzą ci  bene merentes, ci piekarze, przekupnie i rzeźnicy, i przekazują wieczności swe imiona niezgrabnie wyryte na kamiennych tablicach. Laurycjusz nie był ani cesarzem, ani bohaterem, ani konsulem; był jedynie bene merens; tylko chrześcijańska prostota zachowała jego zasłużone i skromne imię na wieki wieków. Widzicie, raczej w tym właśnie upatruję sensu chrześcijaństwa niż w pogańskiej wielkości bazyliki Świętego Piotra. [46]

Ale przecież nie tylko wysokie tematy porusza Čapek w swoich listach. Nie umiem nie uśmiechnąć się, kiedy pisze o kobietach z takim samym zachwytem jak o sztuce:

A kiedy już mówię o dalekich krajach — otóż w Orvieto spotkałem pierwszą podczas mojej podróży kobietę naprawdę olśniewającej urody. Była to młoda Japonka. Nigdy nie myślałem, że Japonki mogą być tak piękne. Patrzyła na Signorellego, a ja na Signorellego i na nią. Potem odeszła, a Signorelli został. To malarz oszałamiający; ale nigdy bym nie uwierzył, że Japonki mogą być tak idealnie urocze. [23]

Niepokojące wrażenie robi za to beztroski i nieskrępowany późniejszą wiedzą (Čapek zresztą wojny nie dożyje) opis włoskich faszystów:

Nawiasem mówiąc, faszyści w mundurach wyglądają dostojnie jak nasi kominiarze; również takie jakieś czarne czapeczki z kitką noszą, i zęby im tak świecą; kuriozalne wrażenie. [16]

I przepięknie pisze Čapek o portach, statkach i okrętach (jak Czech może tak cudownie pisać o statkach? Może to kwestia tęsknoty za morzem?). Cudownie pisze o sztuce starożytnej, tej rzymskiej i tej greckiej, a nieco złośliwie o turystach, którzy ją podziwiają. Z ciekawością ale i niepokojem pisze o Etruskach. potrafi nawet z czułością pisać o drewnie. Ale gdybym chciała zacytować tutaj wszystko, co mnie zachwyciło, musiałabym pewnie przepisać całość. W swoim egzemplarzu pozaznaczane mam na każdej stronie czasem i cztery fragmenty.

Na koniec więc już tylko dwa cytaty o samym podróżowaniu:

I dlatego teraz umieszczam na wstępie ostrzeżenie dla wszystkich, którzy będą tę książkę czytać, żeby nie uważali jej za przewodnik ani za opis podróży, ani za cicerone, lecz za cokolwiek bądź innego, za co zechcą; i żeby, gdy sami gdzieś pojadą, zaufali, oprócz rozkładowi jazdy, wyłącznie i jedynie szczególnej łasce, która towarzyszy ludziom podróżującym i pokazuje im więcej, niż w ogóle człowiek może napisać i opowiedzieć. [8]

Wierzcie mi więc: z odrobiną prostoty i cierpliwości człowiek mógłby przejść cały świat. [38]

A przecież poza Włochami są w Listach z podróży jeszcze wyspy brytyjskie, Hiszpania, Holandia i Skandynawia. I wszystkie one wołają o swoje miejsce na blogu, a ja pewnie nie dam rady za długo im się opierać. A wy kupcie sobie (albo wypożyczcie) Listy z podróży i ruszcie z Čapkiem w jego podróże sami. Bo warto.

___

Liczby w nawiasach kwadratowych oznaczają numery stron.

Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska „Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

David Gilmour „Klub filmowy”

Tytuł: Klub filmowy
Autor: David Gilmour
Tytuł oryginału: The Film Club
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2011
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Bliżej siebie
Ilość stron: 220

Do lektury tej książki skusiły mnie dwie rzeczy:  z jednej strony kilka pozytywnych opinii, które o Klubie filmowym przeczytałam i usłyszałam, z drugiej tematyka. Bardzo mało znam książek poruszających temat relacji ojciec-syn, a ta właśnie miała ją opisywać. I właściwie nie mogę się do niczego przyczepić, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadano na okładce, ale książka Gilmaoura mi się nie spodobała.

Klub filmowy to wspomnienia ojca o tym, jak „wychowywał” syna przy pomocy wyłącznie trzech filmów na tydzień. Poza tym dzieciak (nie taki już dzieciak, późny nastolatek, z tego co pamiętam — bo nie mam książki przed sobą — miał 15 lat) mógł robić co zechce poza braniem narkotyków.  Jesse nie musiał chodzić do szkoły, nie musiał pracować, nie musiał nic, tylko obejrzeć z ojcem trzy filmy tygodniowo.

Koncepcja ciekawa więc miałam nadzieję, że i książka będzie interesująca. Spodziewałam się, że będę mogła przeczytać o tym jak kształtowały się i zmieniały stosunki między ojcem i synem, o tym jakie problemy miał ten drugi i jak obaj próbowali je rozwiązać. Miałam nadzieję również na trochę informacji o tym jakie (i dlaczego) filmy oglądali, a przede wszystkim na dużo rozmów o tych filmach.

Co dostałam? Masę informacji o wątpliwościach autora, czy dobrze robi, drugie tyle o jego (jego, nie jego syna!) problemach z tego okresu, opis relacji ojciec-syn na poziomie mniej niż podstawowym, a do tego rzeczywiście troszkę informacji o tym dlaczego Gilmour wybrał taki a nie inny film (zazwyczaj niestety ograniczających się do „bo nie chciałem go zanudzić” , „bo to kultowy film mojej młodości” albo w najlepszym wypadku „bo jest tam taka kultowa scena”), do tego troszkę rozmów o filmach na poziomie synowskiego „I co ty w tym widzisz?” albo „Zarąbisty film”, a na deser głęboką ojcowską dumę, że oto jego zbuntowany nastoletni syn po trzech latach tej „terapii” wie o kinie tyle co on.

Przyznaję, że moja niechęć wobec książki może w dużej mierze wypływać z tego, że nie polubiłam autora, a co za tym idzie narratora. I to nawet nie dlatego, że zdecydował się na zastosowanie takiej hm… innowacyjnej metody wychowawczej. Nie, metoda sama w sobie wydawała mi się ciekawa, choć kontrowersyjna. Przeszkadzało mi raczej podejście opisywane jako „nie jestem kumplem swojego syna, jestem jego ojcem”. Podejście teoretycznie niegłupie, ale skutkujące tym, że kiedy dorastający syn przychodzi do ojca porozmawiać o seksie (a ja myślę sobie: wow! jaki sukces wychowawczy, sam przyszedł z problemem do ojca!), kochający tatuś nadaje komunikat w stylu „No o tym, to my rozmawiać nie będziemy, nie jestem twoim kumplem”. I to bez wcześniejszego wysłuchania o co chodzi, bez żadnego zorientowania się czy Jesse nie ma przypadkiem problemu…

Ja się naprawdę nie dziwię, że będąc posiadaczem takiej więzi z nastolatkiem szanowny rodzic boi się, że utraci z nim kontakt, jeśli będzie dalej naciskał na to, żeby chłopak chodził dalej do szkoły. Bo o ile na początku książki ojciec i syn nie mają ze sobą niemal nic wspólnego, o tyle na koniec mają wspólne przynajmniej filmy…

Miałam jeszcze przez chwilę nadzieję, że może Klub filmowy uratuje się opisem sytuacji rodzinnej, bo Gilmour był w tamtym czasie rozwiedziony i mieszkał z kolejną partnerką, ale nic z tego. Była żona co prawda pojawia się co jakiś czas, ale głównie po to, żeby bać się o przyszłość syna (poniekąd słusznie) bez konstruktywnych wniosków, za to nowa partnerka praktycznie w opowieści nie istnieje. Stąd może trochę moje wrażenie totalnej sztuczności tekstu, bo jak można nie napisać niemal słowa o osobie, która przez całe te trzy lata mieszkała z obojgiem bohaterów? Dopiero pod koniec wyłania się z niebytu i (ku zaskoczeniu narratora) nawiązuje z Jessem kontakt lepszy niż jego ojciec. I, mówiąc szczerze, mam wrażenie, że partnerka David mogłaby o tych trzech latach powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż zrobił to sam Gilmour.

Owszem, podobały mi się niektóre kawałki o filmach, ale na odbiorze całej książki zaważyła jednak osoba narratora, który wydał mi się po lekturze raczej kandydatem do bycia wychowywanym i nauczenia odpowiedzialności niż do wychowywania i uczenia tej odpowiedzialności kogokolwiek innego.

Wiem, ze książka jest ogólnie chwalona i wychodzę na paskudną malkontentkę albo pedagogiczny beton, ale naprawdę nie czepiam się konkretnego pomysłu wychowawczego, ani nawet jego rezultatów (różnie bywa). Czepiam się tego, że David Gilmour tak usilnie unikając relacji „nie jestem twoim kumplem” wylądował nie w relacji „jestem twoim ojcem” tylko „jestem twoim krytykiem filmowym” i był z tego dumny. Ja bym nie była.

Mimo wszystko książka dostaje ode mnie plusik za pokazanie relacji ojciec-syn, drugi za niektóre ciekawe wstawki o filmach i trzeci za to, że jest zwyczajnie dobrze napisana. A czy polecam? Nie. Ale nie sugerujcie się moją opinią za bardzo, bo większości recenzentów Klub filmowy się podobał. Ja wracam do szukania dobrej książki o ojcu i synu. Ma ktoś jakieś typy?

Moja ocena: 4/10

Hanka Lemańska „Chichot losu”

Tytuł: Chichot losu
Autor: Hanka Lemańska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 268

Wyczytałam tę książkę Ciotce. Jako rodzinny dostarczyciel literatury miałam za zadanie tylko ją kupić i oddać nowej właścicielce, ale jak tu się powstrzymać, kiedy książka jeszcze ciepła wzdycha smutnie okładkami… No i wyczytałam.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: Joanna, niezależna, robiąca karierę i goniąca za sukcesem zgadza się popilnować dzieci koleżanki. Koleżanka ginie, a nasza bohaterka zostaje sama z informacją, że dzieci nie mają nikogo bliskiego, kto by je przygarnął i swoim sumieniem. Po przeczytaniu tego streszczenia na pewno już wiecie jak się to wszystko skończy. I macie rację, bo historia w niczym nie zaskakuje. Kiedy pojawił się aktualny amant wiedziałam jakie przeszkody spotkają ten związek i jakie będzie rozwiązanie tego wątku. Po pierwszym wspomnieniu o amancie przyszłym wiedziałam doskonale, że to właśnie ten.Historia z lodami? Przewidziany. Wątek Agaty? Jak najbardziej… I to naprawdę nie dlatego, że jestem wyjątkowo genialna, tylko wszystko to jest proste jak drut i schematyczne.

Całe szczęście, że są to schematy z epoki jeszcze przedkalicińskiej (Chichot losu i Dom nad rozlewiskiem wyszły w tym samym roku) — Joanna nie wyjeżdża na prowincję ułożyć sobie tam od nowa życia z nową rodziną i nowymi problemami. Zamiast tego bierze los we własne ręce i próbuje sobie radzić. Na szczęście znajdą się tacy, co jej pomogą. Wspominałam już, że pojawiają się w powieści niezbędne w prozie tego typu „psiapsiółki”? Nie? No to wspominam. Czy naprawdę każda kobieta w Warszawie ma grono trzech czy czterech koleżanek, z którymi co tydzień spotyka się na wino i ploty…?

Ale z całego tego marudzenia mogłoby wynikać, że mi się nie podobało, podczas kiedy wcale tak nie jest. Chichot losu napisany jest z humorem, lekko i sprawnie. Czyta się go z przyjemnością, zwłaszcza, że w większości opowiada o ludziach sympatycznych. Przez całą lekturę towarzyszyły mi dwa skojarzenia. Z jednej strony stare książki Szwai (lubię) — bo i humor, i w roli głównej kobieta z charakterem, i drobniutki wątek sensacyjny, i te przyjaciółki nieszczęsne, i równie schematyczny scenariusz. Z drugiej za to strony po głowie chodził mi Brulion Bebe B. Musierowiczowej (też lubię i to bardzo) i inne jej książki — bo i sytuacja wyjściowa podobna (młoda kobieta opiekuje się dwójką cudzych dzieci dłużej niż zamierzała), i dzieciaki podobne (młodszy chłopczyk i starsza dziewczyna), i kilka rozwiązań fabularnych (problemy w „upragnionym” związku Anieli i Joanny), a do tego Ci pozytywni bohaterowie…

Nie wątpię, że serial nakręcony na podstawie tej książki może być ciekawy, bo sama powieść sprawia w wielu miejscach wrażenie szkicu — niektóre sytuacje są tylko wspomniane, ważne rozmowy dzieją się na boku, a przytaczane są tylko ich rezultaty, sporo wątków zostało ledwo zarysowanych. Na pewno sprawny scenarzysta na tej kanwie jest w stanie stworzyć naprawdę przyzwoity serial, za to przy czytaniu miałam czasem wrażenie, że autorce strasznie spieszyło się, żeby książkę skończyć i niektóre ważne dla fabuły elementy potraktowała trochę po macoszemu.

Ale nie ma co marudzić: książkę czytało mi się miło i szybko, była dość wciągająca, żeby wyciągać ją z torebki w tramwaju na trzy przystanki (na stojąco), więc oceniam ją zdecydowanie pozytywnie. Jeśli nie będziecie miały wygórowanych wymagań, powinna się spodobać.

Polecam nawet tym, którzy na widok kolejnego Rozlewiska otrząsają się ze wstrętem.

Moja ocena: 6,5/10

Przemek Jurek „Kochanowo i okolice”

Tytuł: Kochanowo i okolice
Autor: Przemek Jurek
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Grasshopper
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Męski punkt widzenia
Ilość stron: 415

Nie pamiętam już u kogo przeczytałam o Kochanowie… po raz pierwszy, ale jestem stuprocentowo pewna, że wiem o tej powieści z któregoś z blogów książkowych. Przeczytałam recenzję (pozytywną), zapisałam sobie tytuł w kajeciku i o sprawie zapomniałam, przypominając sobie tylko przy czytaniu kolejnych (znowu pozytywnych) recenzji, że mam toto na liście. I pewnie tak by już zostało, gdyby nie nasz (mój i mojego Ulubionego Męża[1]) deficyt kulturalny. Postanowiliśmy mianowicie wybrać się do teatru. Ale nie w celu przeżycia artystycznego katharsis, tylko dla rozrywki. W ten sposób odpadła nam zdecydowana większość przedstawień i teatrów łódzkich, aż na końcu pozostał Teatr (nomen omen) Powszechny ze swoją misją popularyzowania komedii[2]. W oczy rzucił nam się znany tytuł i w ten sposób poszliśmy na Kochanowo i okolice w wersji scenicznej, która spodobała nam się ogromnie (więcej na końcu). Jako, że mimo tego nie popędziłam od razu do księgarni po powieść Przemka Jurka, los postanowił zadziałać i umieścił Kochanowo… w moim ulubionym antykwariacie. Taką właśnie zawikłaną drogą, przy wydatnej pomocy wspomnianego losu, przywędrowała do mnie ta książka. I podbiła moje serce.

Bo Kochanowo i okolice to świetna powieść rozrywkowa.

Historia opowiada o grupce chłopaków po trzydziestce, którzy zrezygnowali już z marzeń, ale ciągle lubią sobie razem pograć (tylko dla rozrywki), a tu nagle wyciąga po nich ręce mała (bo na szczeblu gminnym) polityka. Do tego wspomnienia z dzieciństwa i młodości, dzięki którym możemy bohaterów lepiej poznać. Na pierwszy rzut oka nic nowego: ile już razy czytałam o nieumiejących się odnaleźć facetach przed czterdziestką, którzy wspominają dzieciństwo?  Ale Kochanowo… to powiew świeżości. Niemal wszystko jest w nim wyjątkowe. No bo tak:

  • Bohaterowie są sympatyczni — w zasadzie wszyscy (nawet Makar) dają się lubić. Niesamowita nowość, bo do tej pory rzadko kiedy udawało mi się polubić bohaterów nowej polskiej prozy.
  • Bohaterowie mają normalne (mniej lub bardziej) życie rodzinne i zawodowe — może nie robią tego, o czym marzyli od dziecka, ale mają z czego żyć. Przez powieść przewijają się dzieci, żony, partnerki, a nawet rodzice i rodzinne obiady. I to nie jako nieszczęście czy utrapienie. Odświeżające. Nawet Makar ma pracę…
  • Bohaterowie znają inne sposoby odreagowania niż picie na umór/ćpanie do nieprzytomności (może poza Makarem)/przypadkowy seks — i nie twierdzę, że są abstynentami i na widok piwa przechodzą na drugą stronę ulicy. Owszem, potrafią się upić, zdarza im się też zapalić trawkę. Ale z drugiej strony ten który prowadzi nie pije i nie czuje, że z tego powodu nastąpi koniec świata.
  • Bohaterowie lubią się wzajemnie — nie kopią pod sobą dołków, nie podkładają świni, nie konkurują. Zwyczajnie się przyjaźnią. Co więcej lubią też własne rodziny. I w ogóle wszystko jest raczej normalne, a nie patologiczne. Oczywiście poza Makarem, ale bez niego byłoby nudno…

A oprócz bohaterów? Oprócz nich najważniejsza jest muzyka. Muzyka marki metal. Nie byłam nigdy młodym metalowcem (ani nawet punkiem jak Makar), ale miałam znajomych. Stąd nawet udało mi się zrozumieć sporą część dowcipów typowo „branżowych”, w których pojawiają się nazwy poszczególnych metalowych nurtów i kapel.

Ale Kochanowo… to nie tyle powieść o jakimś konkretnym gatunku muzycznym, ale o wpływie, jaki muzyka może mieć na ludzi, na dorastanie i dojrzewanie. O tym jak zmienia się muzyczny gust, jak ulubiony kawałek może stać się przyczyną zerwania najgłębszej nawet przyjaźni. O tym jak można wspominać mijające lata pod kątem muzyki właśnie. Nie trzeba wiedzieć co to takiego „trash metal” czy „nu metal” żeby zrozumieć jakim szokiem (i radością) było dla narratora stoisko z pirackimi kasetami na rynku w 1990 roku.

Niezależnie zaś od mojej sympatii do bohaterów i do tematyki, książka przepełniona jest humorem i nostalgią. Nostalgią za dawnymi czasami, kiedy wcale nie wszystko było lepsze, ale za to wszyscy byli(śmy) młodsi. No i śmiechem zarówno z „teraz” jak i z „wtedy”. Ale śmiechem ciepłym i sympatycznym, a nie szyderczym.

Humor i ciepło — to wrażenie zostawiła we mnie lektura Kochanowa i okolic i spotkanie z chłopcami z zespołu Eksterminator („brutal death metal band from Kochanowo, gmina Kłodzko”). A na deser króciutki cytat:

…a że mijaliśmy z Koczisem posesję Jaromira po drodze ze szkoły, zawsze zachodziliśmy do niego, żeby najeść się jabłek z jego ogrodu i pogadać o poważnych sprawach. Trochę o Panu Samochodziku, trochę o „Kajku i Kokoszu” i komiksach Baranowskiego, ciut o samochodach, ciut o dziewczynach, ale przede wszystkim o muzyce.
Muzyka była najważniejsza. [str. 98]

Polecam wszystkim. Nie tylko tym z rocznika ’75, nie tylko starym metalowcom. Wszystkim, którzy mają ochotę na sympatyczną i niegłupią powieść rozrywkową.

Moja ocena: 8/10

***

Spektakl w łódzkim Teatrze Powszechnym (a mam nadzieję, ze będą go jeszcze grali i to często) polecam również i to nawet tym, którzy książkę przeczytali. Tekst tej komedii to autorska interpretacja powieści i bardzo wiele Przemek Jurek w fabule pozmieniał, żeby pasowało na scenę. Pasuje całkiem zgrabnie.

Z tym, że przedstawienie polecam zdecydowanie tylko tym, którzy nie mają uczulenia na cięższą muzykę. Bo jednak co innego o metalu czytać, a co innego słuchać kapeli metalowej. A mato i swoje zalety (nigdy nie pomyślałabym, że metal ma taki potencjał humorystyczny), jak i wady (co starsi widzowie nie byli raczej zachwyceni słyszanymi dźwiękami).

My mamy zamiar iść jeszcze raz i wyciągnąć ze sobą znajomych.

***

No, mam nadzieję, że po dłuższej przerwie niniejszym powracam do nieregularnego blogowania. Ale lepiej nieregularnie niż wcale, prawda?

***

[1] Pytają mnie czasem ilu mam mężów, że zaznaczam, że ten jest ulubiony. Cóż — po co szukać kolejnych, kiedy na ulubionego trafiło się już za pierwszym razem…?

[2] Polskie Centrum Komedii, którego celem jest „stworzenie możliwości rozwoju współczesnej polskiej komedii w jak najszerszym jej spektrum oraz wypracowanie nowoczesnego języka gatunku” [źródło] i chociaż brzmi to trochę jak marketingowy bełkot, to efekty są naprawdę świetne: między innymi trzecia już edycja konkursu na komedię i wystawianie laureatów poprzednich edycji (jak na przykład „Kochanowo…”). Naprawdę kawał dobrej roboty.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk „Mariola, moje krople…”

Tytuł: Mariola, moje krople…
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 302

W czasie czytania tej książki miałam właściwie tylko jedną refleksję (Mąż świadkiem): to nie jest zabawne. I chociaż wiem, że naprawdę wielu osobom Mariola przypadła do gustu i czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji, to nic na to nie poradzę.

To nie było zabawne.

Oczywiście powinnam raczej napisać, że mnie to nie bawi (oczywistość), że to odczucie subiektywne (kolejna oczywistość), że może nie miałam na książkę nastroju (może i tak, byłam bardzo obolała i trochę zmęczona kolejnymi problemami, które na nas spadają), że może miałam za duże oczekiwania (może i tak, bo oczekiwałam dobrze napisanej lekkiej i zabawnej książki, która oderwie mnie na moment od problemów) i takie tam inne truizmy, ale odczucia pozostają odczuciami. To po prostu nie było zabawne.

Trafiłam na Mariolę znienacka w antykwariacie za mniej niż połowę ceny okładkowej  i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Miałam nadzieję na przełamanie odrobinę zastoju w czytaniu (po bardzo dobrym styczniu przyszedł luty, w którym czytam trzy książki na raz i do żadnej mnie jakoś specjalnie nie ciągnie), na trochę dobrej rozrywki i oderwanie od przyziemnych zmartwień. Wiedziałam już, że rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, a recenzje wieszczyły humor w typie Barei, lekką zabawną książeczkę, która powinna poprawić humor.

Książkowe realia przypominały mi nieco Lesia, Wszyscy jesteśmy podejrzani, czy może najbardziej Dzikie białko Joanny Chmielewskiej. Również w Marioli mamy do czynienia ze swego rodzaju zakładem pracy, w którym ludzie stosunkowo mało zajmują się samą pracą, a dużo czasu poświęcają na inne sprawy. Tak samo jak w Dzikim białku, w Mariola, moje krople… dużą rolę odgrywają realia PRLu, akcja napędzana jest często i gęsto słabościami ustroju.

Może właśnie te porównania sprawiły, że książka Gutowskiej-Adamczyk zupełnie mnie nie rozbawiła? Bo o ile u Chmielewskiej mieliśmy do czynienia z ludźmi sympatycznymi, trochę zwariowanymi i często irytującymi, ale generalnie dość pozytywnymi: przyzwoitymi, starającymi się utrzymać rodzinę i wykonać swoją robotę najlepiej jak potrafią, tak  w Marioli w prowincjonalnym teatrze na Dolnym Śląsku pracują niemal wyłącznie osoby nieprzyjemne. Większość bohaterów w pracy najchętniej zajmuje się piciem, w drugiej kolejności zaś gżeniem po kątach, graniem w karty, zastanawianiem się jak wygryźć zwierzchnika i zająć jego miejsce, siedzeniem w bufecie, walką z ustrojem i jedzeniem. O pracy nie myśli w zasadzie nikt poza może krawcem Czesiem i przybyłym ze stolicy młodym i idealistycznym reżyserem. Owszem, wszyscy aktorzy chcą zrobić oszałamiającą karierę, grać główne role i mieć dobrą prasę, ale żeby ktoś miał ochotę popracować? W życiu.

Jak łatwo zauważyć bohaterów nie polubiłam. Banda nierobów z Teatru Miejskiego nie jest zresztą opisana tak, żeby ich lubić. Dość powiedzieć, że pod koniec tej trzystustronnicowej powieści ledwo rozpoznawałam większość pracowników teatru. Przedstawienie postaci czy opisy są w książce dosyć ograniczone, główny nacisk zaś położony jest na dialogi, które w założeniu miały chyba być zabawne. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że mnie nie rozbawiły.

W ogóle w Marioli z komizmem jest problem. Chyba jeszcze w podstawówce (czy nie przy okazji omawiania Fredry?) uczyli mnie, że komizm bywa trojakiego rodzaju: słowny, sytuacyjny i związany z postacią. W książce Gutowskiej-Adamczyk ten pierwszy w zasadzie nie występuje.

Co do postaci, można by się spierać, jednak dla mnie jedyną prawdziwie zabawną postacią (trzecioplanową, a do tego straszliwie zmarnowaną przez autorkę) jest towarzysz Biedakowski, dyrektor wydziału kultury, który musi wykazać się znajomością współczesnej dramaturgii (choć przecież, kiedy był dyrektorem  wydziału gospodarki rolnej i wydziału środowiska nikt nie wymagał od niego znajomości hodowli tuczników ani składu chemicznego nawozów). Pozostałe postaci są raczej schematyczne i same w sobie niezbyt śmieszne: mamy dyrektora (marzącego o spokoju i wysokiej emeryturze), jego sekretarkę (która chciałaby zostać dyrektorem), mamy aktorkę (która dostaje główne role, bo jest dyrektorską żoną), mamy głównego aktora (który dla odmiany jest zapatrzonym w siebie afektowanym homoseksualistą), mamy bufetową (byłą aktorkę i byłą żonę dyrektora), mamy przybyłego z Warszawy reżysera (idealistę, który gubi się w lokalnych układach) itp., itd. Wszyscy sztampowi do bólu, a na dodatek przedstawieni w ten sposób, że czytając miałam wrażenie obcowania z ludźmi-wydmuszkami — przedstawicielami konkretnych typów, a nie „żywymi” postaciami.

No i na koniec humor sytuacyjny. Tak, na nim właśnie zbudowana jest Mariola, moje krople…, non stop ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, w jednych drzwiach znika szef Solidarności, w drugich pojawiają się ubecy, pod łóżkiem leży dyrektor, w szafie pierwszy sekretarz, dodatkowo wszędzie walają się przekładane z miejsca na miejsce powielacze. Tempo akcji jak w Żandarmie z Saint-Tropez. I na tym chyba polega problem tej książki: nie jest w zasadzie powieścią, tylko opisem komedii (gdzieś chyba zresztą czytałam, że rzeczywiście powstała na podstawie niewykorzystanego scenariusza).

Szczególnie rozczarował mnie język powieści. Po dwóch tomach Cukierni pod Amorem przyzwyczajona byłam do tego, że Gutowska-Adamczyk pisze naprawdę dobrze, na to tez się nastawiłam. W Marioli autorka nie miała co prawda zbyt dużego pola do popisów, zważywszy na przeważająca w książce ilość dialogów, ale mimo tego język mnie zawiódł. Książka jest, owszem, napisana sprawnie i poprawnie ale nie ma w niej ani szczypty językowej finezji tak silnie obecnych w Zajezierskich i Cieślakach.

Sądzę, że gdyby Mariola, moje krople… była filmem, najlepiej filmem z dobrą obsadą doświadczoną w graniu fars i komedii, wzbudziłaby moje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Zabawne sytuacje (w książce opisane tak szczątkowo, tak nieplastycznym i nieśmiesznym językiem, że nie były w stanie mnie rozbawić) stałyby się nagle prześmieszne, postaci-wydmuszki wzbogacone osobowością i interpretacją aktorów nabrałyby głębi, charakteru i komizmu, a tempo galopujących po sobie zdarzeń byłoby dodatkowym atutem. Chętnie obejrzałabym taki film, najchętniej z Jerzym Stuhrem w roli dyrektora Zbytka.

A książka? Cóż, można przeczytać, ale po co? Spragnionym dobrej rozrywki polecam zamiast tego którąś z pierwszych książek Chmielewskiej albo komedię Barei. Nie czytając Marioli nic nie stracicie. Nie jest zabawna.

Moja ocena: 2,5/10

PS. W kwestii blurba z czwartej strony okładki. Gdzie tam oni prowokują wprowadzenie stanu wojennego? Na tyle skomplikowana to ta fabułka nie jest. Wielka polityka jest zupełnie w tle, nawet nie mamy w książce prawie żadnych (poza jedną rozmową) do niej odniesień. Stan wojenny pojawia się znikąd i całkiem bez sensu kończy powieść, chociaż przecież najciekawsze mogłoby się dopiero zacząć. Ale cóż — pewnie ze stanu wojennego śmiać się już nie wypada, więc książka sie skończyła. Bo innych powodów zakończenia w tym akurat momencie nae zauważyłam.