Debbie Macomber „Dom nad zatoką”

Tytuł: Dom nad zatoką
Autor: Debbie Macomber
Tytuł oryginalny: 16 Lighthouse Road
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Małgorzata Borkowska
Wydawnictwo: Mira
Rok wydania: 2010
Seria wydawnicza: Powieść obyczajowa
Ilość stron: 315
Cykl: Zatoka Cedrów (Cedar Cove) (1 część)

W życiu bym nie sięgnęła po tę książkę, gdyby nie pewna miła pni z wydawnictwa Mira, która zaproponowała mi przeczytanie jednej z książek wydanych przez to wydawnictwo. Nie miałam specjalnie ochoty ani na powieść psychologiczną, ani na thriller psychologiczny, które mi zaproponowała (nie lubię czytać przygnębiających książek jak leje), ale chętnie zajrzałam na stronę wydawnictwa, żeby rzucić okiem, czy czegoś ciekawego dla siebie nie znajdę.

Tutaj krótkie wyjaśnienie: nie, nie odstraszyło mnie to, że wydawnictwo Mira to jakaś odnoga Harlequina. Co prawda w życiu przeczytałam w sumie trzy harlequiny, ale wcale nie mam nic przeciwko nim. Bo niby czemu mam mieć? Z tamtych trzech jeden był marny, jeden przeciętny, a jeden dobry, więc w sumie statystyka podobna jak w każdej innej literaturze.

Wracając do przeglądana strony, to znalazłam na niej dwie książki Debbie Macomber kręcące się wokół robótek ręcznych. A jako, że jest to jeden z moich ukochanych wątków literackich (tropie jego występowanie w każdej czytanej książce), to wiedziałam, co by mnie zainteresowało. Niestety, tamtych dwóch dostać nie mogłam, ale zdecydowałam się przeczytać coś innego pani Macomber, żeby przekonać się jak pisze i czy warto polować na Skrawki życia i Sklep na Blossom Street.

Przeczytałam Dom nad zatoką i już wiem, że polować na tamte warto.

Przyznaję szczerze, że za lekturę zabrałam się bez żadnych oczekiwań. Miałam może nadzieję na miłe obyczajowe czytadło i tyle. A co dostałam? Opowieść (wbrew opisowi na okładce) nie koncentruje się na młodej parze w czasie małżeńskiego kryzysu. Do tego dostajemy problemy (nie tylko miłosne) ludzi starszych i w średnim wieku, sporo rozważań o rozwodach i ich sensowności, problemy związane z utratą dziecka, związki między rodzicami a dziećmi… i w ogóle sporo współczesnych problemów (amerykańskich, ale mam wrażenie, że i Polska pod tym względem Stany goni) pokazanych z pewnym wdziękiem. Może trochę powierzchownie i naiwnie (co można osiągnąć na 300 stronach?), ale za to okraszonych ciepłem i poczuciem humoru.

Czytało mi się to bardzo przyjemnie. I chociaż większość wątków nie niosła ze sobą niespodzianek, to i tak z przyjemnością przekładałam kolejne strony. Polubiłam większość bohaterów i miałam wrażenie, że autorka także ich lubi. Poza tym spodobał mi się styl Debbie Macomber, troszkę ironiczny ale bardzo ciepły.

No i dostałam też w książce coś, czego się nie spodziewałam: nie jeden, ale dwa ulubione motywy literackie. O jednym już wspominałam: robótki ręczne. Co prawda akcja nie kręci się wokół robótek, ale są one istotne przynajmniej dla jednej bohaterki. Drugi z kolei motyw to marynarka. Nie w sensie strój, ale w sensie marynarze (ci wspaniali mężczyźni w swoich pływających gruchotach). Od jakiegoś już czasu wspólnie z Mężem wyszukujemy wątki marynistyczne w dziełach (głównie filmach), których nigdy bym o to nie podejrzewała (Dźwięki muzyki chociażby), a najwyżej punktowane są okręty podwodne. W Domu nad zatoką znalazł się i okręt podwodny, i lotniskowiec, i baza marynarki. Pod względem wątków pobocznych jestem głęboko usatysfakcjonowana.

Zdecydowanie mam ochotę nie tylko przeczytać jeszcze coś Debbie Macomber, ale też wrócić do Cedar Cove i przekonać się co jeszcze ciekawego się tam zdarzy i jak potoczą się dalsze losy bohaterów z tej książki.

Dom nad zatoką polecam jako miłe obyczajowe czytadło, niezbyt ambitne, ale idealne na upalną plażę, albo przeciwnie — na weekend po bardzo męczącym tygodniu w pracy.

Moja ocena: 6/10

Małgorzata Gutowska-Adamczyk „Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy”

Tytuł: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 465
Cykl: Cukiernia pod Amorem (1 część)

Pisałam o tej książce na blogu już dwa razy: najpierw przy okazji kwietniowych zapowiedzi, potem chwaląc się nabytkami po Dniu Książki. Nie czytałam wcześniej nic pani Gutowskiej-Adamczyk, ale  skuszona opisem, kilkoma przeczytanymi stronami, jedną sieciową recenzją i faktem, że była scenarzystką (kultowego w niektórych kręgach) Tata, a Marcin powiedział…, postanowiłam dać jej szansę. I nie zawiodłam się.

Bardzo to była przyjemna lektura. Autorka na przemian raczy nas historią (z grubsza) współczesną, bo dziejącą się w roku 1995, i rozmaitymi historiami wcześniejszymi, rozciągniętymi w czasie przez całą drugą połowę XIX stulecia, aż do początku wieku XX.

Ta współczesna opowiada o Idze, studentce z Gutowa, córce właściciela tytułowej cukierni. To właśnie ona postanawia odkryć zdarzyło się podczas wojny. Ma ślad: podczas wykopalisk na gutowskim rynku odkryto pochodzące z tamtych czasów zwłoki kobiety, która na palcu miała średniowieczny pierścień. Pierścień otoczony w rodzinie Igi legendą. W trakcie poszukiwań bohaterka dowie się wiele zaskakujących rzeczy o swojej rodzinie, o której (zdawałoby się) wiedziała już wszystko. Poza wątkiem poszukiwawczym jest tu też sporo o stosunkach łączących Igę (której matka zmarła, już dawno) ze swoim samotnym ojcem, trochę o jej problemach osobistych (związek z chłopakiem) i rodzinnych (choroba babki).

Pozostałe historie nie są tak łatwe do opisania. Jest ich kilka, nie pojawiają się chronologicznie,  a powiązane są ze sobą tak luźno, że z początku ciężko jest wychwycić między nimi związek. Najogólniej powiedzieć można, że wszystkie dotyczą (mniej lub bardziej odlegle) Tomasza Zajezierskiego i jego matki Barbary. Dowiadujemy się więc sporo o samym Tomaszu (niezbyt przyjemna postać, moim zdaniem), ale też o rodzinie jego narzeczonej, o jego siostrach, jego mamce, o historii jego przyjścia na świat, a także o jego rodzicach i dziecku. I chociaż Tomasz jest tutaj postacią spajającą całą układankę, to główną rolę w tych historiach grają kobiety: silne, słabe, kochające i przeżywające miłosne zawody, szczęśliwe w małżeństwie i nienawidzące swoich mężów, wychodzące za mąż z miłości, z rozsądku lub idące do klasztoru, rodzące ślubne i nieślubne dzieci, a wszystko to w scenerii rosyjskiego zaboru w wieku XIX.

Przyznaję, że wątki historyczne podobały mi się dużo bardziej niż ten współczesny. Przy tamtych kobietach Iga wydaje się przerażającą infantylna i o ile jej poszukiwania bardzo mnie ciekawiły, to  charakter i zachowanie raczej zniesmaczyły.  Za to historie Ady, Barbary, Zuzanny, Marianny, Róży i pozostałych kobiet związanych w ten czy inny sposób z Tomaszem Zajezierskim czytało mi się świetnie.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisze pięknym językiem, świetnie posługując się archaizmami i lekuchno niedzisiejszą składnią. Opowieść płynie niespiesznie i czyta się ją bardzo smakowicie. Historie, z początku stanowiące zupełnie odrębne kawałki, dopasowują się do siebie jak fragmenty układanki: z początku powoli, potem coraz szybciej. I kiedy wydaje się nam, że to już wszystko i obraz jest widoczny, autorka wprowadza nowe wątki, sygnalizuje kolejne elementy puzzla, dowodzi, że mamy go rozpracowanego ledwie w jednej trzeciej (bo cykl przewidziany jest na trzy tomy). Pod względem warsztatowym powieść jest naprawdę świetna.

Co prawda nieco irytowały mnie przypisy przy każdym słowie, które jest choć troszkę przestarzałe (progenitura, ławy kolatorskie, wety czy choćby ołówek kopiowy), ale rozumiem, że wydawnictwo starało się nie odstraszyć dotychczasowych czytelników autorki, piszącej dotąd książki dla młodzieży. Także wątek kłopotów Igi zdawał mi się do nich skierowany. Sądzę też, że udało się autorce osiągnąć to, że po książkę tę spokojnie mogą sięgnąć zarówno matki, jak i córki (nie wspominając już o babciach) i wszystkim im powinna się ona spodobać.

Mnie ogromnie przypadł też w książce do gustu Appendix zawierający kalendarium, alfabetyczny spis osób (wraz z notami biograficznymi), drzewa genealogiczne i krótką notatkę o historii Gutowa. Lubię takie dodatki i, co prawda, indeksu osób nie przeczytałam dokładnie, żeby nie zepsuć sobie części przyjemności z lektury, ale i tak poczułam się w ten sposób mocniej wciągnięta w książkowe wydarzenia. Nie miałam potrzeby sięgania do kalendarium i indeksu w trakcie lektury, ale gdyby ktoś się zgubił, na pewno ułatwią one ponowne pochwycenie wątku.

Nie jest to książka genialna, ma swoje wady, ale czytało mi się ją bardzo przyjemnie i stanowiła świetne antidotum na majowe post-wulkaniczne deszcze i pogodę, która strasznie mnie przygnębia. Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy skutecznie podtrzymywała mnie na duchu i serdecznie polecam ją wszystkim, których ta jesień wiosną też już wychodzi nosem. Zresztą wszystkim innym też, bo naprawdę warto po tę książkę sięgnąć.

Kolejny tom cyklu, Cieślakowie, planowany jest na październik tego roku. Na pewno będę na nią czekać, a jeżeli wyjdzie o czasie to znowu pomoże mi przetrwać paskudny czas (listopada nie znoszę organicznie)…

Moja ocena: 8/10

PS. Duże uznanie dla wydawcy za stronę techniczną książki: dobra korekta, redakcja i skład; całość estetyczna i chociaż na papierze ecco nie jest przesadnie elegancka, za to czyta się bardzo wygodnie.

PPS. Wszystkich zatrwożonych Amorem w nazwie i spodziewających się romansidła na prowincji, którymi ostatnio literatura nam obrodziła, informuję, że kamienica w której mieści się tytułowa cukiernia (i sama cukiernia również) do lat 60. XX wieku nosiła nazwę „Pod Aniołem”. Dopiero nacisk władz spowodował zeświedczenie Anioła i jego przemianę w Amora. Tak przynajmniej twierdzi autorka, a ja podejrzewam, że czegoś więcej na ten temat dowiemy się z tomu trzeciego…

Marek Karpiński „Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji”

Tytuł: Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji
Autor: Marek Karpiński
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 334

Świetna książka. Może nie genialna i idealna, ale na prawdę dawno nie bawiłam się przy żadnej książce tak dobrze, mało która też tak mnie zaciekawiła. Powinnam prawdopodobnie zacząć od tego, że dostałam tę książkę w ramach prezentu-niespodzianki. Na poprawę humoru. Od własnego Męża… Ale nie zacznę tak, bo sama wcześniej wyraziłam gorące zainteresowanie tą lekturą, a po otrzymaniu prezentu ogromnie się ucieszyłam. I słusznie.

Najstarszy zawód świata napisany jest bowiem bardzo sympatycznie. Czyta się sam. Język Marka Karpińskiego jest potoczysty, pełen intelektualnych wtrętów, nawiązań i odniesień (zdaniem wspomnianego wcześniej Męża pretensjonalny — może, mnie oczarował i tak), pojawiają się zwroty w najróżniejszych obcych językach, które co prawda nie są zazwyczaj tłumaczone, ale też tłumaczenia nie potrzebują. Na końcu recenzji znajdziecie kilka próbek stylu autora i każdy będzie mógł wyrobić sobie o nim opinię.

Faktem jest, że jako studentka (podyplomowa czy nie, studia pozostają studiami) seksuologii mam pewnie nieco inny niż reszta ludzkości stosunek (nomen omen) do omawianego w książce zagadnienia. Możliwe jest również, że posiadałam i przed lekturą zasób wiedzy z tej dziedziny większy niż przeciętny czytelnik. W końcu przez sporą część zeszłego semestru słuchałam na zajęciach o historii obyczajowości seksualnej czy o prostytucji właśnie. I choć mogę z tego powodu powiedzieć, że autor pominął wiele ciekawych aspektów historii tego zawodu (jak choćby prostytucja sakralna, której istnienie ledwie zaznaczył), to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, ze dowiedziałam się naprawdę mnóstwo interesujących rzeczy.

Książka ma układ chronologiczny: zaczynamy od starożytnej Grecji i lecimy dalej, mniej więcej kolejnymi epokami (średniowiecze itd aż do XXI wieku), czy formami państwowymi (Grecja, Rzym) i religijnymi (judaizm, wczesne chrześcijaństwo). Rozdziały nie są zbyt długie, a i powiązane ze sobą na tyle luźno, że można spokojnie czytać je oddzielnie jako eseje o interesujących nas czasach. Eseje, powtórzę to ponownie, fascynujące.

Jednak warto też powiedzieć, że nie jest to w żadnym wypadku książka naukowa, a jeżeli traktować ją jako popularno-naukową, to zdecydowanie więcej jest w niej tego pierwszego członu. Przeczytanie Najstarszego zawodu świata sprawiło, że zamarzyła mi się lektura obszernej monografii na temat prostytucji. Monografii szczegółowej ale zawierającej też szeroki kontekst (którego książce Karpińskiego nie sposób odmówić), opartej na źródłach i napisanej bardziej naukowo, nawet jeżeli mniej pięknie. Nie twierdzę, że Karpiński nie opiera się na źródłach, przeciwnie, 180 przypisów na niecałe 350 stron tekstu dowodzi, że opiera się całkiem mocno. Arcyciekawe cytaty są niewątpliwą zaletą tej książki.

Za to jedną z największych jej wad jest to, że redaktor nie sprawdził uważnie czy przypisy końcowe odpowiadają numerami właściwym miejscom w tekście. Bo przez znaczącą część książki nie odpowiadają. Co prawda da się to we w miarę bezbolesny sposób skontrolować, (przeskok przypisów jest najpierw o jeden, a potem o dwa), ale w przypadku książki popularno-naukowej i to jeszcze wydawnictwa Iskry, to ogromny minus. Kolejne minusy, które (choć z pewnym trudem) jestem w stanie wskazać w tej książce są już zdecydowanie bardziej subiektywną sprawą:

Po pierwsze rozdziały współczesne (powiedzmy od połowy XX wieku) są dużo mniej dla mnie ciekawe niż starsze. Fakt, że żeby oddać całość udokumentowanej (bo przecież dokumentów i świadectw z tego okresu więcej jest jakby niż z takiego powiedzmy średniowiecza) działalności z interesującego autora obszaru, potrzeba by pracy zdecydowanie większej, ale skupiając się na szczegółach, pewnych nowych zjawiskach, nieco stracił Karpiński z oczu całość. O ile prostytucja w rozdziałach wcześniejszych zdawała się być odrębnym pojedynczym zjawiskiem (choć, oczywiście opisanym wielostronnie i z różnych perspektyw), to tutaj miałam wrażenie oglądania tylko poszczególnych obrazów bez próby syntezy. Tak samo dopisany do tego wydania ostatni rozdział o wieku XXI (pierwsze londyńskie wydanie miało miejsce w 1997 roku), to przegląd kilku nowych zjawisk w prostytucji, spisany fragmentarycznie i troszkę jakby bez odniesienia do poprzedniego tekstu (powtarzało się sporo informacji z rozdziału poprzedniego, tak jakby autor tylko niezbyt uważnie go przejrzał przed dopisaniem kontynuacji).

Po drugie z kolei, czytając piękne i potoczyste zdania marzyłam czasami, żeby jakiś dobry, znający się na rzeczy specjalista przysiadł i opatrzył całość przypisami, korygującymi rzeczy pięknie brzmiące i zakorzenione w języku i świadomości potocznej, a jednak nie do końca prawdziwe. Przykładem niech będzie nieszczęsny Onan — we wstępie pisze autor: Do realizacji potrzeb seksualnych (jeżeli pominąć nieszczęsnych naśladowców biblijnego Onan) konieczna jest druga osoba. Nieszczęsny Onan jest zresztą jeszcze w tym kontekście wspominany. Kiedy nic właśnie! Biblijny Onan nie uprawiał masturbacji zwanej od jego imienia onanizmem. Bóg pokarał go za ulanie nasienia na ziemię, owszem, ale w wyniku tzw. stosunku przerywanego. Takich drobiazgów zauważyłam w książce kilka, nie wątpię, że specjalista znalazłby ich więcej.

Niemniej, szczerze polecam lekturę Najstarszego zawodu świata wszystkim zainteresowanym historią życia prywatnego. Bo cóż w zasadzie jest bardziej prywatnego, niż seks nierozerwalnie związany właśnie z prostytucją.

I na koniec obiecana garść cytatów (przy okazji kilka spośród tysięcy zawartych w książce ciekawostek):

Obowiązkiem tak skoszarowanej niewolnicy było obdarzanie rozkoszą każdego, kto posiadał zdolność płatniczą jednego obola. Niezorientowanym w ówczesnych kursach walut przypominamy, że tyle brał niejaki Charon za przewiezienie przez rzekę Styks. [14]

W sprawie tej należy przytoczyć jeszcze jeden trik, do którego uciekały się profesjonalistki. Otóż na podeszwach swych sandałów chytre te panienki ryły negatyw napisu „pójdź za mną”. W pyle greckich dróg pozostawał więc odciśnięty ów zachęcający anons. Łączyły zatem przemyślnie Greczynki spacer dla zdrowia ze swoista akcją promocyjną. [15]

Teatr interesuje nas nie tylko dlatego, że w cieniu jego arkad kwitł nierząd. Wyżej próbowaliśmy pokazać, że nie było takiego cienia, w którym by nie kwitł. [31]

W dziedzinie stanowienia prawa o interesującym nas zawodzie prym dzierży — jak zwykle — Anglia. List żelazny Henryka II (1180) był dla prostytucji tym, czym Magna Carta dla demokracji.

Kiedy papież Innocenty IV opuszczał Lion po dziewięcioletnim pobycie, towarzyszący jego świątobliwości kardynał Hugo, nie bez ironii, tak napisał: „Po przybyciu znaleźliśmy tylko trzy lub cztery burdele. Gdy odjeżdżaliśmy natomiast zostawiliśmy za sobą tylko jeden. Jakkolwiek warto dodać, że rozciągał się bez żadnej przerwy od Wschodniej do Zachodniej bramy”. [73]

Moja ocena: 8,5/10

Sandra Dallas „Klub perskich pikli”

Tytuł: Klub Perskich Pikli
Autor: Sandra Dallas
Tytuł oryginalny: Persian Pickle Club
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Tomasz Bieroń
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok wydania: 2000
Seria wydawnicza: Kameleon
Ilość stron: 214

Słuchałam książki w formie audiobooka:
Nagranie: Zakład nagrań i wydawnictw Związku Niewidomych w Warszawie
Czyta: Daria Trafankowska
Czas: 7 godzin 50 minut

Jakiś czas temu skończyło się wyzwanie literackie „Amerykańskie południe w literaturze”. Ta książka od razu skojarzyła mi się z nim, choć akcja rozgrywa się niemal w samym środku USA: w stanie Kansas. Jak poinformowała mnie Wikipedia, Kansas składa się ze 105 hrabstw, klimat panuje tam podzwrotnikowy suchy (z dużymi różnicami temperatur między latem a zimą), roślinność preriowa, a główne miasta to Topeka, Wichita, Kansas City, Hutchinson, Lawrence. Akcja Klubu Perskich Pikli rozgrywa się w miasteczku Harveyville, w hrabstwie Wabaunseem niedaleko Topeki, wśród preriowej roślinności jakiegoś wybitnie suchego lata niedługo po zniesieniu prohibicji.

Ale dlaczego kojarzy mi się z wyzwaniem amerykańskopołudniowym? Klub Perskich Pikli opowiada o grupie kobiet z małego miasteczka, które dość regularnie spotykają się przy wspólnym szyciu patchworków*, dzięki czemu zbliżają się do siebie i stanowią dla siebie pomoc w trudnych chwilach. Sandrę Dallas porównuje się czasem do Fannie Flagg, rzeczywiście Klub może nieco kojarzyć się ze Smażonymi zielonymi pomidorami, tylko tam, gdzie u Flagg jest gotowanie, u Dallas znalazło się szycie. Jako że zdecydowanie wolę robótki ręczne od gotowania, słuchałam tej książki z dużą przyjemnością.

„Perskie pikle” to nazwa wzoru na tkaninie, którą jedna z bohaterek dostała od swojego męża. Było to wiele lat przed akcją książki, ale też sam Klub Perskich Pikli (który wziął nazwę właśnie od tej tkaniny) nie jest młody, wychował (i pochował) już co najmniej jedno pokolenie. Jeśli czyjaś matka była Pikielką, to i córka nią zostaje. W pewnym sensie klub ten jest podobny do angielskich klubów dla dżentelmenów —  przynależność do niego jest tradycją rodzinną, tajemnice nie wychodzą zeń na zewnątrz, zawsze można w nim spotkać przyjaciół i pocieszenie, a do tego jest wybitnie jednopłciowy. Co prawda w tym wypadku ta płeć to kobiety, ale co to za różnica?

Akcja książki skupia się wokół wydarzeń, które następują po przyjeździe do Harveyville nowej kobiety: Rita poślubiła niedawno Toma Rittera, który wraz  nią przyjeżdża na rodzinną farmę po tym, jak utracił pracę w mieście. Dziewczyna nie pasuje do wsi, nie nadaje się na żonę farmera, nie umie nawet szyć („Nigdy nie spotkałam kobiety, która nie umiałaby szyć. Żadna z nas nie spotkała.”), ale zostaje członkinią klubu, ponieważ są nimi jej teściowa i szwagierka, więc jakże mogłoby być inaczej…? Rita stara się przystosować do życia na farmie, ale najchętniej wróciłaby do dużego miasta. Marzy o zostaniu dziennikarką. Narratorka powieści, Quennie Bean, bardo pragnie się z nowoprzybyłą zaprzyjaźnić. Susza i kryzys wygnały z okolicy prawie wszystkich ludzi w jej wieku, pozostali tylko starsi i ci, którzy mieli własną ziemię (jak mąż Quennie).

Wydarzenia następują powoli i niespiesznie, ale w końcu znajdzie się i wykopany na polu trup, i nieślubne dziecko, i bandyta napadający w nocy na kobiety. Ale na pewno nie to wszystko jest w tej książce najważniejsze. Przede wszystkim to książka o przyjaźni (między kobietami, ale też między żoną i mężem), lojalności, zderzeniu dwóch środowisk („miastowa” Rita) i czekaniu na deszcz. Kansaska susza jest bezlitosna i wszyscy farmerzy co chwila wypatrują chmur i rozmawiają o prognozach pogody. Ich żony, córki i siostry tworzą swój odrębny świat, w którym rzadziej rozmawiają o pogodzie, a częściej o tym jak grzecznie dać odpór nielubianemu pastorowi (w sprawie patchworku na loterię) albo jaki film można obejrzeć w pobliskim miasteczku. A kiedy przyjdzie potrzeba, Klub Perskich Pikli potrafi pomóc swoim członkiniom. Pikielki mogą być spokojne. W końcu „nic tak kobiet nie zbliża jak szycie patchworku”.

Klub perskich pikli to książka o kobiecych problemach i kobiecej przyjaźni. Książka miła (choć nie zawsze wydarzenia w niej przedstawione są przyjemne), niespieszna, spokojna i ciepła. Ciepła nie tylko ze względu na wylewający się z niej upał kansaskiego lata (miła odmiana przy tej naszej wiośnie, która nie wie do końca czego chce), ale dzięki bohaterkom, Pikielkom, starszym i młodszym, trzem pokoleniom kansaskich kobiet, które dzięki wspólnemu szyciu nie tylko przyjemnie spędzają czas, ale też zyskują lojalne przyjaciółki.

Bardzo mi się podobało. Może nie jest to Fannie Flagg, którą uwielbiam, ale książka jest naprawdę sympatyczna. Słuchałam jej z prawdziwą przyjemnością. A jest to pewne osiągnięcie, bo moim zdaniem Daria Trafankowska zupełnie nie nadaje się do czytania jej i robi to źle. Za każdym razem, kiedy włączałam nagranie, irytowała mnie jej interpretacja. Ale tylko przez moment — już po chwili zanurzałam się w życie Harveyville, Kansas i zupełnie nie zwracałam uwagi na niedociągnięcia wykonania. Niemniej ze względy na panią Darię, książka leci pół oceny w dół**.

Z drugiej strony, cieszę się trochę, że Klubu słuchałam. Pogrzebałam trochę w necie i zauważyłam, że na okładce polskiego wydania jest napisane trochę za dużo. Ja bez tej okładkowej informacji miałam bardzo miłe zaskoczenie, może nie jakieś wielkie, ale na pewno bardzo się z niego cieszę. Nie polecam więc czytania blurba ani nawet opinii na biblionetce, jeżeli chcecie podchodzić do lektury bez żadnych oczekiwań co do fabuły. A moim zdaniem tak jest przyjemniej.

Na pewno polecam Klub Perskich Pikli wszystkim dziewczynom, które lubią robótki ręczne. Może się też spodobać tym, którzy polubili książki Fannie Flagg czy na przykład Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya.

Nie wiem jak odebraliby tę książkę panowie, ale jestem tego ciekawa. Może jakiś pan się skusi i podzieli swoją opinią?

Moja ocena: 7,5/10

* Uwaga dla panów i innych osób nieobeznanych z zagadnieniem: chodzi o zszywanie skrawków różnych materiałów (tutaj skrawków pozostałych z szycia innych rzeczy i już niepotrzebnych) według konkretnego wzoru, aby uzyskać efekty w rodzaju takiej kapy.

** Zupełnie odwrotnie niż wysłuchana po niej „Czytelniczka znakomita”, która dostała cały punkt więcej za mistrzowskie wykonanie Anny Seniuk.

Monika Szwaja „Zupa z ryby fugu”

Tytuł: Zupa z ryby fugu
Autor: Monika Szwaja
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: SOL
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 348

Bardzo lubię książki Moniki Szwai. Do tego stopnia, że spokojnie mogę kupować je „w ciemno”. Nie czytając wcześniej żadnych recenzji, nie szperając w czeluściach Internetu, żeby sprawdzić, czy książka nadaje się do kupienia, czy nie bardzo. Wystarczy, żebym dowiedziała się, że ma wyjść kolejna jej powieść, a już wiem, że ją kupię.

Co prawda nie wszystkie te książki podobają mi się tak samo, nie w każdym przypadku mogę polubić bohaterów (czy raczej bohaterki), nie zawsze tak samo przejmuję się ich losami, ale jedno pozostaje niezmienne — język autorki i jej sposób pisania. Lubię powieści Szwai, bo czytając je, mam wrażenie obcowania z osobą, którą na ogół trudno mi spotkać (z wyjątkiem tych, oczywiście, z którymi moje życie już jest związane…). Z kimś, kto kocha Starszych Panów i szanty, kto słucha opery i muzyki klasycznej, kto czyta książki, które przez innych uważane są za straszne nudziarstwo. Z kimś, kto nawet zasób powiedzonek i bon motów ma podobny do mojego (oczywiście, możliwe jest, że tak naprawdę Monika Szwaja jest na co dzień niekulturalną troglodytką, ale bądźmy szczerzy, nie chodzi mi o to jaką osobą jest autorka, tylko czym promieniują jej książki. A poza tym jakoś w to nie wierzę).

I właśnie z tego powodu sięgnęłam po Zupę z ryby fugu tuż po tym jak pojawiła się na półkach. I — powiem od razu — na tym aspekcie zdecydowanie nie zawiodłam się. Styl Szwai jest nadal tak samo przyjemny, jak był dotychczas. Może w tej powieści jest trochę mniej humoru niż w poprzednich, ale też tematyka do najweselszych nie należy. Zupa opowiada historię dwóch kobiet, których losy nieuchronnie krzyżują się dzięki trzeciej kobiecie. Z tych dwóch Anita ma niemal wszytko (dom, kochającego męża i rodziców, widoki na karierę i pieniądze), Miranda zaś nie ma prawie nic  (rodzina o nią nie dba, pieniądze ledwo wystarczają na wynajęty pokój, studia polonistyczne nie wróżą kariery, a pracę znaleźć ciężko). Okaże się jednak, że właśnie Anita będzie coraz bardziej nieszczęśliwa, a Miranda zacznie znajdować swoje miejsce w życiu. I w pewnym momencie to Miranda będzie mogła dać Anicie to, czego wydaje się w żaden inny sposób Anita nie osiągnie. Ta trzecia — Eliza — to przesiąknięta jadem jędza, która lubi ludzi tylko kiedy mają problemy, a jak ich nie mają, to potrafi im je świetnie zorganizować.

Gdyby Zupa z ryby fugu była trochę inną książką, byłaby studium obsesji (tutaj na punkcie posiadania dziecka) i tego jak wpływa ona na związki między ludźmi. Gdyby była książką jeszcze inną, mogłaby być czymś w rodzaju powieści Jodi Picoult — opowieścią o sytuacji bez wyjścia, w której wszyscy mają swoje racje, ale ktoś musi ucierpieć. Mogłaby też być zaangażowanym głosem w sprawie stosunku Kościoła Katolickiego i polskiego społeczeństwa do in vitro, antykoncepcji i posiadania dzieci w ogóle. Mogłaby być lekką i dowcipną opowieścią, która pozwala czytelnikowi oswoić trudne tematy. Mogłaby wreszcie być powieścią o tym, jak jedna nieszczęśliwa i sfrustrowana osoba może zniszczyć szczęście wielu innych.

Zupa z ryby fugu mogłaby być którąś z tych książek i sądzę, że niezależnie od tego którą by była, podobałaby mi się bardziej. Bo tak naprawdę ta powieść jest tymi wszystkimi książkami po trochu, a są to składniki, które jakoś do siebie nie pasują.

Na dodatek miałam wrażenie, że postać Elizy dostała w książce etat swego rodzaju deus ex machina — nie wiemy jak sprawić, żeby Anita zwróciła się ku nauce: dajmy Elizę, nie wiemy jak sprawić, żeby wykonała zwrot o 180 stopni w stronę religii: dajmy Elizę, nie wiemy jak mają się spotkać nasze bohaterki: dajmy Elizę. I tak dalej, i tym podobne. Trochę mi się to wszystko wydawało naciągane. Troszkę mi tutaj zapachniało pójściem na łatwiznę. Zresztą w samej powieści było jeszcze trochę nieścisłości czy przemilczeń, byle tylko skleiła się fabuła.

Ale mimo tej surowej analizy, mogę spokojnie powiedzieć, że Zupę z ryby fugu czytało mi się miło. Spotkałam na jej kartach trochę starych znajomych z poprzednich książek autorki, kilka razy się roześmiałam, częściej po prestu uśmiechnęłam i pochłonęłam książkę z dużą przyjemnością. W przeciwieństwie do kilku osób, których opinie o zdarzyło mi się usłyszeć (przeczytać), nie mam też zastrzeżeń do rozwiązania akcji. Zakończenie jest dla mnie w zasadzie jedynym możliwym w tej sytuacji happy endem. Żałuję tylko, że nie było w książce żadnego bohatera, który byłby mi bliski, albo którego polubiłabym jakoś szczególnie.

Jednak mimo dość ambiwalentnych uczuć po lekturze, w mojej prywatnej skali ocen Zupa zasłużyła na (średniosolidną) szóstkę, choć tylko dlatego, że po prostu bardzo lubię książki Moniki Szwai.

Moja ocena: 6/10

Majowe zapowiedzi

Jak  to zwykle w maju (przynajmniej ostatnio, odkąd zaczęliśmy silniej obchodzić Dzień Książki) ciekawych zapowiedzi wydawniczych sporo mniej niż w kwietniu. Ale nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie znalazła. Było to zresztą o tyle łatwe, że na dwie (spośród prezentowanych sześciu) książki czekam od jakiegoś już czasu. Reszta to efekt przekopania kilku stron internetowych.

1. Joanna Chmielewska „Byczki w pomidorach”

Wydawnictwo: Powraca świat Alicji.  Znów stado zaprzyjaźnionych osób pęta się po cudownym ogródku i kulinarnie szaleje w kuchni. A gospodyni jak zwykle otwiera drzwi przed każdym, częstuje jajkiem na śniadanie, wypija niezmierzone ilości kawy i zabrania zaglądać do lodówki.  Nawet do wiecznie głodnego Marianka demonstruje autentyczną słabość. I oto wizyta nowej pary przynosi obrzydliwość w powietrzu.  On – oblizuje łyżki i widelce, rzuca się na szyje nowo poznanych dam, zżera robaczki ze stołu i udaje, że zna się na winach… Ona – kamiennie milczy, ostrożnie chodzi i podobno umiera z miłości do niego. A gdy on nie wraca z pewnej wycieczki, interesuje się tym nawet pan Muldgaard…

Ja: Doskonale wiem, ze jak przeczytam, będę psioczyć, że Chmielewska ciągle jest nie w formie, że znowu żeruje na swojej popularności i na popularności swoich wcześniejszych książek. No owszem. Mam niemal pewność, że ta książka mnie rozczaruje. I co z tego? Mimo wyraźnej zniżki formy nadal lubię książki Chmielewskiej i nadal te lekkie nibykryminałki sprawiają mi sporo frajdy. A co za tym idzie każda z jej nowych książek ląduje u mnie wkrótce po wydaniu. Więc Byczki w pomidorach z pewnością nie będą wyjątkiem.

Wydawnictwo Klin, wydanie planowane na 7 maja 2010.

2. Martha Grimes „Pod zawianym kaczorem”

Wydawnictwo: W mieście Williama Szekspira – Stratfordzie – zostaje zasztyletowana uczestniczka ekskluzywnej amerykańskiej wycieczki. Śladem, który pozostawia morderca, jest program teatralny z zapisanym na nim urywkiem wiersza. W tym samym czasie zostaje porwany kolejny z turystów – czternastoletni Jimmy Farraday. Sprawę jego zaginięcia bada inspektor Richard Jury. W tym celu śledczy przesłuchuje osobliwych i zabawnych wycieczkowiczów oraz odwiedza rodzinę chłopca. Tymczasem w podobnych okolicznościach ginie kolejna kobieta. Podobne morderstwo ma także miejsce w Londynie – znowu zasztyletowana osoba i następne wersy tekstu. Gdy niebezpieczeństwo zaczyna grozić nie tylko wycieczce Amerykanów, na jaw wychodzi rodzinna tajemnica sprzed lat.
Pod Zawianym Kaczorem to czwarta część z serii powieści o inspektorze Richardzie Jurym. Książka Marthy Grimes to spójna, ciekawie skonstruowana historia kryminalna, ubarwiona przez drugoplanowe postaci, którym autorka poświęca wiele uwagi. Dużą rolę odgrywają odwołania do epoki elżbietańskiej, w tym do utworów Szekspira, oraz atmosfera słynnych angielskich pubów.

Ja: Poprzednie książki z inspektorem Jurym czytałam ze sporą przyjemnością, więc nie ma chyba powodu, żeby ta miała mi się nie spodobać. Zauważyłam ją już w zeszłym miesiącu, kiedy przeglądałam zapowiedzi wydawnicze i żal mi było, że wyjdzie dopiero w maju. I oczywiście ani się obejrzałam, a książka już puka w ramię. Co zresztą cieszy, bo miałam ostatnio ochotę na angielski kryminał, a pani Grimes (choć Amerykanka) pisze książki ogromnie typowe właśnie dla gatunku kryminału angielskiego — tego wywodzącego się w prostej linii od Agathy Christie. No i ten czarny kocur na okładce… Czekam więc na kolejne spotkanie z inspektorem Jurym i (mam nadzieję) jago arystokratycznym pomocnikiem Melrosem Plantem.

Wydawnictwo W.A.B., wydanie planowane na 5 maja 2010.

3. Paweł Mossakowski „Ciało lotne”

Wydawnictwo: Michał, 25-letni asystent na Wydziale Farmacji warszawskiej Akademii Medycznej, zostaje porzucony przez swoją dziewczynę – dentystkę Monikę. Cierpiący po utracie ukochanej chłopak odkrywa chemiczną formułę odmieniającą ludzką psychikę. Liczy, że dzięki niej uda mu się odzyskać Monikę. Wyrusza do Juraty, gdzie dziewczyna spędza wakacje z nowym ukochanym, szemranym biznesmenem Hubertem. W ślad za Michałem podążają wysłannicy pewnej partii politycznej, którzy wierzą, że specyfik umożliwi im zdobycie władzy…
Miłość, zdrada, ból i nadzieja, cudowna mikstura i dybiący na nią polityczni gangsterzy, wszystko to miesza się tu w szalonym tyglu wydarzeń, obłędnej powieściowej wirówce, wyrzucającej z siebie serię zaskakujących i komicznych sytuacji.
Ciało lotne łączy w sobie elementy historii miłosnej, satyry obyczajowej i politycznej sensacji – jest doskonałą powieścią rozrywkową, wymarzoną wprost lekturą wakacyjną!

Ja: Lubię Mossakowskiego jako recenzenta, podobno dobry jest też jako autor dramatyczny. Ale tę książkę wytypowałam po prostu dlatego, że na ogół autor potrafi mnie rozbawić. Mam więc nadzieję, że jego debiut powieściowy będzie napisany tak dobrze jak jego teksty publicystyczne. Na pewno, jak tylko natrafię na tę książkę w księgarni, przeczytam kilka stron, żeby to sprawdzić. I jeżeli tylko przejdzie tę próbę, to chętnie przeczytam całość. W końcu należy mi się na ciepłą porę roku jakaś dobra literatura rozrywkowa…

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, wydanie planowane na 13 maja 2010.

4. Andrzej Kajetan Wróblewski „200 uczonych w anegdocie. Księga I”

Wydawnictwo: Biogramy wybitnych uczonych z reguły nie mówią o ich charakterach, słabostkach, czy śmiesznostkach. A przecież byli to ludzie z krwi i kości. W felietonowej formie autor barwnie opowiada o dwustu słynnych postaciach światowej nauki, od starożytności po współczesność. Opisując Einsteina, który podkradał tytoń do fajki, czy Galileusza, który nadużywał wina, Wróblewski ze swadą wyjaśnia też ich odkrycia i przeszkody, jakie musieli pokonać, by świat im uwierzył, że jest tak a nie inaczej.

Ja: Może nie jest to pozycja specjalnie ambitna, ale szczerze uwielbiam anegdoty A. K. Wróblewskiego. Zarówno ze względu na inne podejście do wielkich i sławnych tego świata, jak i na styl autora. Kiedy czytam jego anegdoty, mam czasem wrażenie, że ktoś dzieli się ze mną plotkami zasłyszanymi od znajomego, a czasem czuję się jakbym słuchała brylującego w towarzystwie gawędziarza, zawsze jednak wydaje mi się, że wszystko to jest mówione prosto do mnie. Czuję jakby to właśnie mnie chciał Wróblewski zadziwić czy rozbawić. Więc chętnie dam się rozbawić ponownie, nawet jeżeli część z tych opowieści jest tylko powtórką z tego, co już znam…

5. Phillip Pullman „Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus”

Wydawnictwo: Maria powiła bliźniaki. Jezusa i Chrystusa. Jezus był otwartym, trochę łobuzerskim dzieckiem, które często wpadało w kłopoty, ale zawsze kierowało się sercem. Chrystus był chłopcem kalkulującym. Maria i Józef uważali Chrystusa za wybrańca bożego, przyzwyczajali go więc do tej myśli. Kiedy chłopcy dorośli, wyszło na jaw, że to Jezus nawiązuje kontakt z Janem Chrzcicielem, umie rozmawiać z ludźmi, okazuje im współczucie i potrafi pociągnąć za sobą tłumy. Chrystus obserwuje brata zdumiony. Obcy namawia go wtedy do zapisywania wszystkich wydarzeń z życia Jezusa. Zaczyna powstawać Nowy Testament…

Ja: Szczerze mówiąc nie wiem, czy zdecyduję się na przeczytanie tej książki, bo trochę boję się książek z jakąkolwiek misją — wszystko jedno jaką… Z drugiej strony bardzo cenię Phillipa Pullmana za cykl Mroczne materie, który uważam za jedną z lepszych książek (no, trylogii), jakie czytałam. Już tam widać było wyraźnie co Pullman sądzi o zinstytucjonalizowanej religii, więc ta książka wcale mnie nie dziwi. Z pewnością nie urazi ona moich uczuć religijnych, a kilka przejrzanych w Empiku stron (niby zapowiedź wydawnicza, ale w Empiku już była, tak jak nowa Picoult) nastawiło mnie raczej pozytywnie. Co by nie mówić facet potrafi pisać ciekawie i wyobraźnię ma niesamowitą. Ale nadal się waham — w ten sposób jest to pozycja, która wywołuje u mnie najwięcej emocji pośród majowych zapowiedzi (może oprócz wznowienia „Necrosis” Jacka Piekary, ale emocje powodowane przez „Necrosis” są zupełnie odmiennego rodzaju…). Temat jest na tyle kontrowersyjny, że nie spodziewam się wielu pomocnych recenzji w sieci, ale może jakaś się trafi.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, wydanie planowane na 4 maja 2020.

6. Joseph Telushkin „Humor żydowski”

Wydawnictwo: Książka zawiera ponad sto najlepszych dowcipów żydowskich, opatrzonych przez autora wnikliwymi spostrzeżeniami dotyczącymi sposobu, w jaki Żydzi postrzegają samych siebie, swoje rodziny, swoich przyjaciół; tego, co myślą o prześladowaniach własnej nacji, o antysemityzmie, pieniądzach, interesach, seksie, miłości, przyjaźni i sukcesie; także o rabinach i duchownych innych wyznań. Inspirująca, inteligentna, niekiedy zjadliwa, ale zawsze bardzo zabawna i pełna beztroskiego lecz często refleksyjnego humoru książka zawiera wizerunek żydowskiej podświadomości zbiorowej. Autor jest znanym amerykańskim rabinem, napisał wiele książek o judaizmie i zwyczajach żydowskich.

Ja: Trafiłam na nią zupełnym przypadkiem i zatrzymałam się na dłużej. Lubię humor żydowski, ale nie o sam zbiór dowcipów mi tutaj chodzi. Ciekawi mnie bardzo ten komentarz do żydowskiego poczucia humoru. Wygląda na to, że autor zna się na rzeczy i tylko trochę niepokoi mnie jakość tłumaczenia, które będzie tu niesamowicie ważne. Ale z drugiej strony, Bellonie raczej ufam, więc pewnie zaryzykuję mając nadzieję na solidną porcję rozrywki i nie mniej solidną porcję refleksji.

Wydawnictwo Bellona, wydanie planowane na 4 maja 2010.

A o czym Wy marzycie w tym miesiącu?