Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”

Okładka
Ta okładka jest dużo piękniejsza od okładki mojej książki, którą możecie zobaczyć po kliknięciu na obrazek.

Tytuł: Dziwne losy Jane Eyre
Autor: Charlotte Brontë
Tytuł oryginalny: Jane Eyre
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Teresa Świderska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 1996
Ilość stron: 492

Sięgnęłam ostatnio po Jane Eyre po raz kolejny co prawda, ale po bardzo długiej przerwie. Od ostatniego czytania dekadę temu zdążyłam zapomnieć strasznie dużo pasjonujących szczegółów. A może nigdy wcześniej ich po prostu nie zauważyłam? Dla pamięci zatem (i gwoli podzielenia się z resztą świata) przed Wami garść moich zaskoczeń przy tej lekturze.

[Uwaga: Tekst z każdym zdaniem zawiera coraz więcej spoilerów.]

Zaskoczenie pierwsze. Jakość. Naprawdę nie pamiętałam, ze to jest tak dobrze napisane… Z jak niesamowitą starannością Charlotte Brontë stworzyła tę powieść. Nie ma tu ani jednej zbędnej sceny, wątki poboczne przeplatają się ze sobą, powracają kiedy trzeba. Ogrom pracy koncepcyjnej i redakcyjnej nad tym tekstem budzi podziw. Jane Eyre to zdecydowanie książka do wielokrotnego czytania, nawet znając dobrze fabułę i wszystkie zwroty akcji, czyta się ją jak powieść detektywistyczną, zauważając porozrzucane wcześniej podpowiedzi i aluzje do dalszych wydarzeń. Mimo dość przerażającego tłumaczenia, po które sięgnęłam, czytanie sprawia niesamowitą satysfakcję.

Zaskoczenie drugie. Tematy społeczne. Pierwsze rzecz, która mi umknęła, to fakt, że w Jane Eyre tyle jest rewolucji przemysłowej. Niby wszystko dzieje się gdzieś na początku wieku, a podstawowe skojarzenie, które przywodzi na myśl ta książka, to mgła na wrzosowiskach i nawiedzane zamczyska. Ale przecież już na samym początku opowieści, kiedy Jane ma jechać do Thornfield, martwi się, ze Millcote to duże miasto fabryczne, więc przewiduje wysokie kominy i chmury dymu. Potem, kiedy uczy w Morton, dokładniej poznajemy strukturę społeczną okolicy i widzimy, że choć St. John jest synem lokalnego szlachcica, to najbogatszy jest w tej społeczności pan Oliver, posiadacz odlewni fabryki igieł, a więc postać jakby wyjęta z Północ południe Elisabeth Gaskell. Zresztą obie panie się przecież znały, więc moje zdumienie może nie powinno być tak wielkie, jednak jakoś zupełnie nie spodziewałam się po Jane Eyre poruszania tych problemów.

Mia Wasikowski
Mia Wasikowski jako Jane

Tak samo zresztą, jak zupełnie zapomniałam, że istotnym motywem są w tej książce kwestie wysokiego i niskiego urodzenia, majątku i wartości człowieka. Już sama Jane i jej stosunek do innych jest niezłym przykładem tej tematyki, ale jeśli dodamy tego nieślubne dziecko francuskiej tancerki, sieroty z Lowood i chłopskie córki w Millcote, a z drugiej strony nieznośne dzieci ciotki Reed i puste towarzystwo pana Rochestera będziemy mieć pełen przekrój powodów społecznych wątpliwości panny Brontë. Równie ciekawy jest zresztą wątek sióstr St. Johna, Diany i Mary. Dobrze wykształcone wysoko urodzone panny Rivers z powodów finansowych pracują jako guwernantki u ludzi, których zupełnie nie obchodzi ich pochodzenie i umiejętności.

Już same rozważania społeczne w Jane Eyre sprawiałyby, że warto po tę książkę sięgnąć, zwłaszcza, że są to rozważania na poziomie nieco wyższym niż „dziwny jest ten świat i niesprawiedliwy”. Na szczęście zresztą bohaterka do wielu rzeczy musi sama dojrzeć, nie będąc od urodzenia filozofką socjalizmu.

Zaskoczenie trzecie. Jane Eyre. Bo chociaż tytułowa bohaterka jest, tak jak pamiętałam, dziewczyną świadoma swoich możliwości i umiejętności, a także swojego miejsca na świecie, chociaż wiele umie i myśli samodzielnie, daleko jej na szczęście do typowej Mary Sue. Ma swoje wady i ograniczenia, na szczęście tak jest skonstruowana, że ani jej dobre, ani złe strony nie irytują. Przede wszystkim to bardzo młodziutka dziewczyna, która po raz pierwszy w życiu trafia do normalnego (no, względnie normalnego, biorąc pod uwagę ciąg dalszy) domu i towarzystwa. Dziewiętnastolatka, która do tej pory o świecie uczyła się z książek, trochę przestraszona, a trochę zaciekawiona wszystkim wokół siebie.

To, oczywiście, powieść o dojrzewaniu, ale też w dużej mierze powieść o odnajdywaniu siebie, ustalaniu swojej hierarchii wartości, ale też o odrywaniu seksualności. I o ile na pierwszy rzut oka Jane Eyre jest niesamowicie dydaktyczna w opowieści o winie i karze, oraz w twardych zasadach moralnych Jane, która odrzuca propozycję zostania kochanką bogatego mężczyzny, jednak po przyjrzeniu się bliżej wszystko to staje się bardziej dwuznaczne. Bo przecież Jane odrzuca tę propozycję nie tylko dlatego, że to niewłaściwe, ale też dlatego, że z tego co do tej pory słyszała, wynika, że mężczyzna mógłby się szybko nią w tej roli znudzić, a także dlatego że żyjąc z kimś bez ślubu znajdzie się poza nawiasem społeczeństwa. To nie moralna niezłomność karze Jane odrzucić tę propozycję, tylko dosyć chłodna jednak, jak na te warunki, kalkulacja.

Ruth Wilson
Ruth Wilson jako Jane

Zaskoczenie trzecie. Zmysłowość i cielesność. No właśnie, skoro już przy tym jestem, niesamowite wrażenie w kontekście innych książek z epoki i o epoce robi zmysłowość powieści. Z jednej strony zmysłowość w sensie pobudzania różnych zmysłów, bo mamy tu i widoki (na które Jane jest szczególnie jako rysowniczka czuła), i dźwięki, i smaki, i zapachy, i dotyk nareszcie. Wszystko to znajduje w Jane Eyre swoje miejsce i świetnie dopełnia opowieści. Momenty niemal zespolenia z przyrodą, doprawione odrobiną romantycznego symbolizmu (rozdarty kasztan) są niesamowicie zmysłowe właśnie.

Z drugiej strony, cielesność i zmysłowość w sensie, powiedzmy, erotycznym. Tak jak pisałam już wcześniej to w pewnej mierze jest książka o odkrywaniu własnej seksualności (co może w sumie doskonale tłumaczyć jej popularność). I chociaż serial BBC z Ruth Wilkinson dodał w tym aspekcie do opowieści sporo dosłowności, to jednak nie wydaje mi się, żeby bardzo rozminął się z duchem powieści. Tyle dotknięć, uścisków, siadania na kolanach i nawet pocałunków nie czytałam dawno w żadnej powieści, nie tylko dziewiętnastowiecznej. A jeśli nawet były, to nie towarzyszyło im tyle napięcia i emocji.

Co więcej cielesność to nie tylko ważny wątek relacji Jane Eyre i pana Rochestera, to również istotna część związku między St. Johnem Riversem a Rozamundą Oliver, między Rochesterem i Bertą Mason, a wreszcie między St. Johnem a Jane. I o ile Edward Rochester jest skłonny ulegać potrzebom ciała, a nawet czerpać z tego przyjemność, o tyle St. John Rivers przeciwko „słabości” własnego ciała się buntuje i do bitwy z nim wystawia rozum.

Samantha Morton
Samantha Morton jako Jane Eyre

W tym wszystkim Jane Eyre, choć przecież na początku podejmuje jedyną słuszną dla swojego czasu decyzję i opuszcza pana Rochestera, to przecież wcale nie jest skłonna przystać na propozycję małżeństwa St. Johna. Wprost stwierdza, że wstrętne by jej były jego małżeńskie czułości, których by jej nie szczędził, jako że wszystkie obowiązki traktuje poważnie. I chociaż nic nie mówi się tu wprost, to bardzo łatwo zobaczyć w Jane dziewczynę, która nie chce wychodzić za mąż bez miłości i pożądania, bo seks w takim wypadku byłby nieznośny… Przecież w ostatecznym rozrachunku, kiedy Jane Eyre wraca do Thornfield, podejmuje decyzję że większym grzechem byłoby dla niej małżeństwo bez miłości niż miłość bez małżeństwa. I to wszystko w pierwszej połowie XIX wieku…

Zaskoczenie czwarte. Pan Rochester i miłość. Na początku zaskoczenie dlatego, że Edward Rochester był brzydki. Proszę Was! Po tych wszystkich ekranizacjach? Po tych wszystkich Michaelach Fassbenderach i Tobych Stephensach? Brzydki? To zaskoczenie dzielę z wieloma, jak się okazało, koleżankami, bo nie omieszkałam zagadnienia przegadać. Okazuje się, że nawet jeśli któraś nie widziała żadnej ekranizacji, a czytała książkę, to nadal ma wrażenie, że pan Rochester był pięknym mężczyzną. Zupełnie wbrew tekstowi, oczywiście. Edward Rochester jest silny, dobrze zbudowany i szeroki w barach, ale twarz ma brzydką.  Co więcej jest w wieku (jak na te czasy) mocno średnim — ma około czterdziestu lat.

Do tego, oczywiście, dochodzą jego humory, surowość, całkowita nieprzewidywalność i dziwaczność, które w mniejszym lub większym stopniu jednak pamiętałam. Zaskoczeniem było za to to, co wyłoniło się z całego jego obrazu. Wyłoniło się dopiero teraz, kiedy i wiedzy i doświadczenia z tym tematem mam dużo więcej niż kiedyś.  Otóż z całym tym zestawem zachowań pan Rochester jest idealnym przykładem przemocowca. Mężczyzny, który stara się zawsze mieć władzę nad partnerką, którego zachowania nie sposób przewidzieć, który jednak potrafi być przesympatyczny. Mężczyzny, który nie znosi żadnego sprzeciwu, który gotów jest siłą zmusić kobietę do uległości.

A w tym wszystkim Jane Eyre, niedoświadczona dziewczyna, potrafi tak doskonale sobie z nim radzić, że w zasadzie powieść tę można by traktować jako instruktaż dla osób kochających przemocowców… Bo cóż robi Jane? Nie zwraca uwagi na jego humory. Nie ulega jego naciskom. Niemal nie reaguje na jego prowokacje. Nie daje się obsypywać bogactwem. Stara się zawrzeć kontrakt, dzięki któremu nie będzie partnerowi nic zawdzięczała. Oczywiście wszystkim tym doprowadza Rochestera do szału, ale, choćby i jej się serce krajało, znowu nie zmienia zdania. Wyciąga konsekwencje. Trzyma się postanowień.

Charlotte Gainsbourg
Charlotte Gainsbourg jako Jane

I mimo tego wszystkiego byłabym o nią bardzo niespokojna, gdyby doszło do skutku planowane małżeństwo lub związek Jane i Edwarda. Byłby to pewnie ten sam niepokój, który prześladował mądrą choć niezbyt inteligentną panią Fairfax — kobietę, która uwielbiała swojego chlebodawcę, ale jednak nie życzyła Jane związku z nim… Cała historia osiąga jednak happy end, a osiąga go w jedyny możliwy sposób, biorąc pod uwagę charakter głównego protagonisty. Żeby ich związek mógł być związkiem partnerskim i żeby mogli się wzajemnie szanować, pan Rochester musiałby zmienić swoje podejście, a nawet charakter. A nie byłoby to przecież możliwe bez tego, że przez dłuższy czas musiał całkowicie polegać na innym człowieku. Zresztą pewnie nawet i to mogłoby nie wystarczyć. Na szczęście, Charlotte Brontë jemu zabiera wzrok i możliwość wpływania na nią siłą, a jej daje majątek, a przynajmniej niezależność finansową. Dopiero wtedy mogą żyć długo i szczęśliwie, dopiero wtedy, kiedy to on musi nauczyć się polegać na niej i nie ma nad nią przewagi ekonomicznej. Nie mówiłam, że instruktaż? A wszystko to cały czas w XIX wieku. Myślę, że autorka musiała znać te mechanizmy ze swojego otoczenia. Są opisane świetnie i przez wieki oddało to pewnie pokoleniom dziewcząt niezliczone przysługi. Taki poradnik z czasów przedporadnikowych.

Zaskoczeń miałam zresztą przy tej książce więcej. Choćby podobieństwo relacji damsko-męskiej do tej z „Dumy i uprzedzenia”: brzydka, biedna i inteligentna dziewczyna i rozpuszczony powodzeniem bogacz, który docenia ją w końcu dla jej intelektu. Czy to nie jest ta historia miłosna, którą zawsze kochałyśmy najbardziej? Jednak zbliża się dwunasta, a 31 grudnia o dwunastej należy robić zupełnie inne rzeczy niż pisanie bloga: należy mianowicie cieszyć się z Mężem rocznicą ślubu. Zatem wszystkiego najlepszego dla nas i szczęścia w nowym, 2013, roku dla Was.

A kiedy po północy napiszę na drugim blogu wpis uzupełniający ten, natychmiast dodam link. EDYCJA: Zgodnie z zapowiedzią: link. Pod linkiem o panu Rochesterze, ekranizacjach i bokobrodach.

Reklamy

Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska „Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

C. J. Sansom „Komisarz”

Tytuł: Komisarz
Autor: C. J. Sansom
Tytuł oryginału: Dissolution
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Cykl: Matthew Shardlake, tom I
Ilość stron: 479

Przeczytałam w maju dwie książki, które ogromnie mi się podobały. Przy obu świetnie spędziłam czas i obie serdecznie polecam. Ale o ile Pokój z widokiem smakowałam i czytałam najwolniej jak się da, byle się szybko nie skończył (niecałe 250 stron zajęło mi tydzień i wciąż żal mi było rozstawać się z książką), to dwa razy grubszego Komisarza pochłonęłam w dwa dni, nie mogąc się oderwać i czytając go w każdym możliwym miejscu.

Komisarz to naprawdę świetna książka. Jest rok 1537, Matthew Shardlake jest komisarzem w służbie wikariusza generalnego Thomasa Cromwella. Reformacja w Anglii posuwa się do przodu dużymi krokami, Cromwell stara się likwidować zakony, a dokładniej: doprowadzić do ich samorozwiązania się. W jednym z klasztorów ginie wysłany przez wikariusza w celu negocjacji komisarz królewski, a nasz dzielny bohater musi odkryć kto go zabił. No i, oczywiście, okaże się, że to nie koniec kłopotów.

Mimo sporych różnic, trudno mi było nie porównywać Komisarza do cyklu książek Ellis Petters o braciszku Cadfaelu. W obu mamy do czynienia z angielskim klasztorem, w obu obserwujemy codzienne życie benedyktyńskich mnichów, w obu na terenie klasztoru prowadzone jest śledztwo. Ku mojemu zdziwieniu, (bo książki Petters ogromnie lubię) Sanso wyszedł z tych porównań obronną ręką. Stworzył własnego pełnokrwistego bohatera, którego możemy dobrze poznać i polubić, a który na dodatek zmienia się na naszych oczach. Dał mu do zbadania zagadkę na pierwszy rzut oka niemal nie do rozwiązania i mocno skomplikowaną, ale udało mu się nie popaść w absurd przy jej wymyślaniu. Na dodatek książka jest piekielnie wciągająca i bardzo dobrze napisana (brawa dla tłumaczki, swoją drogą).

Moje skojarzenia z Cadfaelem kazały mi jednak (zwłaszcza w pierwszej części, w której komisarz poznaje życie klasztoru) szukać podobieństw i różnic w tych dwóch, oddalonych od siebie o trzy wieki, opactwach benedyktyńskich. i w świetle tych zmian nietrudno było mi zrozumieć skąd u reformatorów taki pęd do rozwiązywania klasztorów. Choć nie znaczy to, że Sansom staje w powieści po stronie Cromwella i jego reform. Bo chociaż Shardlake jest idealistą i gorliwym zwolennikiem reformacji, to on i jego wiara zostaną w trakcie śledztwa wystawione na ciężką próbę.

W ogóle podobało mi się ogromnie w jaki sposób autor pokazywał tę „wielką” politykę. Nie jestem fanką epoki Tudorów, a Henryk VIII budzi we mnie jedynie lekkie obrzydzenie, bez nuty fascynacji swoimi czasami, ale Komisarza czytało mi się wyśmienicie. Choć w powieści Cromwell pojawia się osobiście (i to nie raz), to tak naprawdę nie jest to książka o robieniu polityki, ale bardziej o jej wpływie na zwyczajnych ludzi. Matrymonialne pomysły króla nie wiążą się tutaj z dramatem jego małżonek (oddalanych lub skazywanych na śmierć) ani dworzan (dworskie kliki i stronnictwa), ale ważą na życiu mieszczan, rzemieślników, chłopów, służących, mnichów i generalnie ludzi, których los jest mi jakoś bliższy niż los księżniczek.

Matthew Shardlake, mimo tego, że nawet na okładce nazywany jest „średniowiecznym prawnikiem i detektywem”, jest tak naprawdę kwintesencją renesansu. Prosty chłopak, syn rolnika, który mimo swojego kalectwa (Matthew jest garbusem) dotarł niemal na sam szczyt władzy i jako wysłannik wikariusza generalnego (Cromwell zresztą też był chłopakiem z ludu) może wydawać polecenia opatowi czy miejscowemu sędziemu. Matthew maluje, biorąc pod uwagę zasady perspektywy, ceni dysputy filozoficzne i religijne, a co więcej uważa, że kobietom został dany taki sam umysł jak mężczyznom (co może jest jednym z niewielu jego średniowiecznych rysów, patrz: Kobiety w czasach katedr). Idealistycznie wierzy w słuszność reformacji, ale jednocześnie dostrzega piękno klasztornego kościoła. Z niesmakiem odwraca wzrok od figur świętych i relikwii, ale widzi ich moc i znaczenie dla ludzi. Jest kapitalnym bohaterem. Całe szczęście, bo cała narracja w Komisarzu jest pierwszoosobowa, prowadzona właśnie przez niego. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może obserwować nie tylko jego próby odkrycia prawdy, ale też ewolucję jego poglądów, a ciężko mi powiedzieć co jest ciekawsze.

Nie mogę też nie wspomnieć o interesujących postaciach drugoplanowych, z których najbardziej przypadł mi do gustu brat Guy z Malton, szpitalnik i opiekun ogrodu ziołowego (jakie to szczęście, że zielarz jest sympatyczny, po Cadfaelu mogłabym nie znieść innego podejścia). Mam szczerą nadzieję, że mimo tego, co stało się w tym tomie komisarz Shardlake jeszcze go spotka. Równie ciekawy (choć może mniej sympatyczny) wydał mi się brat Gabriel, zakrystianin i kantor, a nawet, zupełnie niesympatyczny, przeor Mortimus.

Wydawnictwo też godne jest wielu pochwał, bo to i tłumaczenie nie zepsuło powieści, i korekta się popisała nie przepuszczając błędów, i skład bardzo elegancki, ale największą moją radość wzbudziła zamieszczona na początku mapka klasztoru i spis ważnych osób. Kryminały z mapką maja u mnie z wejścia łatwiej. W ogóle lubię wydawnictwo Albatros (Andrzej Kuryłowicz) i frustruje mnie to, że nie posiadają strony internetowej i nie mogę ani kupić nic bezpośrednio od nich, ani poznać ich planów wydawniczych.

Ale, wracając do naszych baranów, jednym mi tutaj podpadli: tłumaczeniem tytułu. Wiecie jak Komisarz nazywa się w oryginale? Dissolution… No ja się pytam, jak kogo dobrego, co komu szkodziło użyć tytułu „Rozwiązanie”? Odnosiłoby się i do rozwiązywania klasztorów, i do rozwiązywania małżeństwa (Henryk VIII, przypominam), i do rozwiązania zagadki, a na upartego patrząc nawet do tego, że akcja powieści zaczyna się niedługo po tym, kiedy królowa (Jane Seymour) zmarła w połogu (czyli w trakcie rozwiązania)… No co komu szkodziło? Ja wiem, że „dissolution” to bardziej rozkład czy rozpad, ale chyba bliżej mu do rozwiązania niż komisarza?

Tłumaczenia nazw kolejnych tomów są równie urocze: Dark Fire = Alchemik, Sovereign = Rebelia, Revelation = Przepowiednia (no, powiedzmy, niech im będzie), a Heartstone = Inwazja. Nie żebym się czepiała…

Ale tytuł naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, kiedy treść jest rzeczywiście dobra. A w Komisarzu była. Z góry cieszę się, że przede mną jeszcze co najmniej cztery tomy tego cyklu (a mam nadzieję, że autor na tym nie poprzestanie), a przed Matthew Shardlake’iem trzy kolejne żony Henryka VIII, Edward VI i jego Rada Regencyjna, „Dziewięciodniowa Królowa” lady Jane Gray, Krwawa Maria Tudor i Królowa-Dziewica Elżbieta I. A na moje oko, Shardlake ma szansę dożyć Elżbiety. Oczywiście, jeśli nie będzie się wychylał, bo czasy czekają go ciężkie.

Jeżeli zatem chcecie przeczytać dobry kryminał, dobrą powieść historyczną albo oba na raz, a do tego poznać bardzo ciekawego bohatera, koniecznie sięgnijcie po Komisarza. A jeśli chcecie dowiedzieć się w jaki sposób przepadała ostatnia kopia O komedii Arystotelesa, to (choć nie powiem złego słowa o Umberto Eco)… też sięgnijcie po Komisarza i zobaczcie w jak cudny sposób potrafi do czytelnika puścić oko.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Za zachęcenie do lektury Komisrza dziękuję dabarai. A za spełnianie czytelniczych marzeń antykwariatowi Komiks i Ukochanemu Mężowi.

Hanka Lemańska „Chichot losu”

Tytuł: Chichot losu
Autor: Hanka Lemańska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 268

Wyczytałam tę książkę Ciotce. Jako rodzinny dostarczyciel literatury miałam za zadanie tylko ją kupić i oddać nowej właścicielce, ale jak tu się powstrzymać, kiedy książka jeszcze ciepła wzdycha smutnie okładkami… No i wyczytałam.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: Joanna, niezależna, robiąca karierę i goniąca za sukcesem zgadza się popilnować dzieci koleżanki. Koleżanka ginie, a nasza bohaterka zostaje sama z informacją, że dzieci nie mają nikogo bliskiego, kto by je przygarnął i swoim sumieniem. Po przeczytaniu tego streszczenia na pewno już wiecie jak się to wszystko skończy. I macie rację, bo historia w niczym nie zaskakuje. Kiedy pojawił się aktualny amant wiedziałam jakie przeszkody spotkają ten związek i jakie będzie rozwiązanie tego wątku. Po pierwszym wspomnieniu o amancie przyszłym wiedziałam doskonale, że to właśnie ten.Historia z lodami? Przewidziany. Wątek Agaty? Jak najbardziej… I to naprawdę nie dlatego, że jestem wyjątkowo genialna, tylko wszystko to jest proste jak drut i schematyczne.

Całe szczęście, że są to schematy z epoki jeszcze przedkalicińskiej (Chichot losu i Dom nad rozlewiskiem wyszły w tym samym roku) — Joanna nie wyjeżdża na prowincję ułożyć sobie tam od nowa życia z nową rodziną i nowymi problemami. Zamiast tego bierze los we własne ręce i próbuje sobie radzić. Na szczęście znajdą się tacy, co jej pomogą. Wspominałam już, że pojawiają się w powieści niezbędne w prozie tego typu „psiapsiółki”? Nie? No to wspominam. Czy naprawdę każda kobieta w Warszawie ma grono trzech czy czterech koleżanek, z którymi co tydzień spotyka się na wino i ploty…?

Ale z całego tego marudzenia mogłoby wynikać, że mi się nie podobało, podczas kiedy wcale tak nie jest. Chichot losu napisany jest z humorem, lekko i sprawnie. Czyta się go z przyjemnością, zwłaszcza, że w większości opowiada o ludziach sympatycznych. Przez całą lekturę towarzyszyły mi dwa skojarzenia. Z jednej strony stare książki Szwai (lubię) — bo i humor, i w roli głównej kobieta z charakterem, i drobniutki wątek sensacyjny, i te przyjaciółki nieszczęsne, i równie schematyczny scenariusz. Z drugiej za to strony po głowie chodził mi Brulion Bebe B. Musierowiczowej (też lubię i to bardzo) i inne jej książki — bo i sytuacja wyjściowa podobna (młoda kobieta opiekuje się dwójką cudzych dzieci dłużej niż zamierzała), i dzieciaki podobne (młodszy chłopczyk i starsza dziewczyna), i kilka rozwiązań fabularnych (problemy w „upragnionym” związku Anieli i Joanny), a do tego Ci pozytywni bohaterowie…

Nie wątpię, że serial nakręcony na podstawie tej książki może być ciekawy, bo sama powieść sprawia w wielu miejscach wrażenie szkicu — niektóre sytuacje są tylko wspomniane, ważne rozmowy dzieją się na boku, a przytaczane są tylko ich rezultaty, sporo wątków zostało ledwo zarysowanych. Na pewno sprawny scenarzysta na tej kanwie jest w stanie stworzyć naprawdę przyzwoity serial, za to przy czytaniu miałam czasem wrażenie, że autorce strasznie spieszyło się, żeby książkę skończyć i niektóre ważne dla fabuły elementy potraktowała trochę po macoszemu.

Ale nie ma co marudzić: książkę czytało mi się miło i szybko, była dość wciągająca, żeby wyciągać ją z torebki w tramwaju na trzy przystanki (na stojąco), więc oceniam ją zdecydowanie pozytywnie. Jeśli nie będziecie miały wygórowanych wymagań, powinna się spodobać.

Polecam nawet tym, którzy na widok kolejnego Rozlewiska otrząsają się ze wstrętem.

Moja ocena: 6,5/10

Przemek Jurek „Kochanowo i okolice”

Tytuł: Kochanowo i okolice
Autor: Przemek Jurek
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Grasshopper
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Męski punkt widzenia
Ilość stron: 415

Nie pamiętam już u kogo przeczytałam o Kochanowie… po raz pierwszy, ale jestem stuprocentowo pewna, że wiem o tej powieści z któregoś z blogów książkowych. Przeczytałam recenzję (pozytywną), zapisałam sobie tytuł w kajeciku i o sprawie zapomniałam, przypominając sobie tylko przy czytaniu kolejnych (znowu pozytywnych) recenzji, że mam toto na liście. I pewnie tak by już zostało, gdyby nie nasz (mój i mojego Ulubionego Męża[1]) deficyt kulturalny. Postanowiliśmy mianowicie wybrać się do teatru. Ale nie w celu przeżycia artystycznego katharsis, tylko dla rozrywki. W ten sposób odpadła nam zdecydowana większość przedstawień i teatrów łódzkich, aż na końcu pozostał Teatr (nomen omen) Powszechny ze swoją misją popularyzowania komedii[2]. W oczy rzucił nam się znany tytuł i w ten sposób poszliśmy na Kochanowo i okolice w wersji scenicznej, która spodobała nam się ogromnie (więcej na końcu). Jako, że mimo tego nie popędziłam od razu do księgarni po powieść Przemka Jurka, los postanowił zadziałać i umieścił Kochanowo… w moim ulubionym antykwariacie. Taką właśnie zawikłaną drogą, przy wydatnej pomocy wspomnianego losu, przywędrowała do mnie ta książka. I podbiła moje serce.

Bo Kochanowo i okolice to świetna powieść rozrywkowa.

Historia opowiada o grupce chłopaków po trzydziestce, którzy zrezygnowali już z marzeń, ale ciągle lubią sobie razem pograć (tylko dla rozrywki), a tu nagle wyciąga po nich ręce mała (bo na szczeblu gminnym) polityka. Do tego wspomnienia z dzieciństwa i młodości, dzięki którym możemy bohaterów lepiej poznać. Na pierwszy rzut oka nic nowego: ile już razy czytałam o nieumiejących się odnaleźć facetach przed czterdziestką, którzy wspominają dzieciństwo?  Ale Kochanowo… to powiew świeżości. Niemal wszystko jest w nim wyjątkowe. No bo tak:

  • Bohaterowie są sympatyczni — w zasadzie wszyscy (nawet Makar) dają się lubić. Niesamowita nowość, bo do tej pory rzadko kiedy udawało mi się polubić bohaterów nowej polskiej prozy.
  • Bohaterowie mają normalne (mniej lub bardziej) życie rodzinne i zawodowe — może nie robią tego, o czym marzyli od dziecka, ale mają z czego żyć. Przez powieść przewijają się dzieci, żony, partnerki, a nawet rodzice i rodzinne obiady. I to nie jako nieszczęście czy utrapienie. Odświeżające. Nawet Makar ma pracę…
  • Bohaterowie znają inne sposoby odreagowania niż picie na umór/ćpanie do nieprzytomności (może poza Makarem)/przypadkowy seks — i nie twierdzę, że są abstynentami i na widok piwa przechodzą na drugą stronę ulicy. Owszem, potrafią się upić, zdarza im się też zapalić trawkę. Ale z drugiej strony ten który prowadzi nie pije i nie czuje, że z tego powodu nastąpi koniec świata.
  • Bohaterowie lubią się wzajemnie — nie kopią pod sobą dołków, nie podkładają świni, nie konkurują. Zwyczajnie się przyjaźnią. Co więcej lubią też własne rodziny. I w ogóle wszystko jest raczej normalne, a nie patologiczne. Oczywiście poza Makarem, ale bez niego byłoby nudno…

A oprócz bohaterów? Oprócz nich najważniejsza jest muzyka. Muzyka marki metal. Nie byłam nigdy młodym metalowcem (ani nawet punkiem jak Makar), ale miałam znajomych. Stąd nawet udało mi się zrozumieć sporą część dowcipów typowo „branżowych”, w których pojawiają się nazwy poszczególnych metalowych nurtów i kapel.

Ale Kochanowo… to nie tyle powieść o jakimś konkretnym gatunku muzycznym, ale o wpływie, jaki muzyka może mieć na ludzi, na dorastanie i dojrzewanie. O tym jak zmienia się muzyczny gust, jak ulubiony kawałek może stać się przyczyną zerwania najgłębszej nawet przyjaźni. O tym jak można wspominać mijające lata pod kątem muzyki właśnie. Nie trzeba wiedzieć co to takiego „trash metal” czy „nu metal” żeby zrozumieć jakim szokiem (i radością) było dla narratora stoisko z pirackimi kasetami na rynku w 1990 roku.

Niezależnie zaś od mojej sympatii do bohaterów i do tematyki, książka przepełniona jest humorem i nostalgią. Nostalgią za dawnymi czasami, kiedy wcale nie wszystko było lepsze, ale za to wszyscy byli(śmy) młodsi. No i śmiechem zarówno z „teraz” jak i z „wtedy”. Ale śmiechem ciepłym i sympatycznym, a nie szyderczym.

Humor i ciepło — to wrażenie zostawiła we mnie lektura Kochanowa i okolic i spotkanie z chłopcami z zespołu Eksterminator („brutal death metal band from Kochanowo, gmina Kłodzko”). A na deser króciutki cytat:

…a że mijaliśmy z Koczisem posesję Jaromira po drodze ze szkoły, zawsze zachodziliśmy do niego, żeby najeść się jabłek z jego ogrodu i pogadać o poważnych sprawach. Trochę o Panu Samochodziku, trochę o „Kajku i Kokoszu” i komiksach Baranowskiego, ciut o samochodach, ciut o dziewczynach, ale przede wszystkim o muzyce.
Muzyka była najważniejsza. [str. 98]

Polecam wszystkim. Nie tylko tym z rocznika ’75, nie tylko starym metalowcom. Wszystkim, którzy mają ochotę na sympatyczną i niegłupią powieść rozrywkową.

Moja ocena: 8/10

***

Spektakl w łódzkim Teatrze Powszechnym (a mam nadzieję, ze będą go jeszcze grali i to często) polecam również i to nawet tym, którzy książkę przeczytali. Tekst tej komedii to autorska interpretacja powieści i bardzo wiele Przemek Jurek w fabule pozmieniał, żeby pasowało na scenę. Pasuje całkiem zgrabnie.

Z tym, że przedstawienie polecam zdecydowanie tylko tym, którzy nie mają uczulenia na cięższą muzykę. Bo jednak co innego o metalu czytać, a co innego słuchać kapeli metalowej. A mato i swoje zalety (nigdy nie pomyślałabym, że metal ma taki potencjał humorystyczny), jak i wady (co starsi widzowie nie byli raczej zachwyceni słyszanymi dźwiękami).

My mamy zamiar iść jeszcze raz i wyciągnąć ze sobą znajomych.

***

No, mam nadzieję, że po dłuższej przerwie niniejszym powracam do nieregularnego blogowania. Ale lepiej nieregularnie niż wcale, prawda?

***

[1] Pytają mnie czasem ilu mam mężów, że zaznaczam, że ten jest ulubiony. Cóż — po co szukać kolejnych, kiedy na ulubionego trafiło się już za pierwszym razem…?

[2] Polskie Centrum Komedii, którego celem jest „stworzenie możliwości rozwoju współczesnej polskiej komedii w jak najszerszym jej spektrum oraz wypracowanie nowoczesnego języka gatunku” [źródło] i chociaż brzmi to trochę jak marketingowy bełkot, to efekty są naprawdę świetne: między innymi trzecia już edycja konkursu na komedię i wystawianie laureatów poprzednich edycji (jak na przykład „Kochanowo…”). Naprawdę kawał dobrej roboty.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk „Mariola, moje krople…”

Tytuł: Mariola, moje krople…
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 302

W czasie czytania tej książki miałam właściwie tylko jedną refleksję (Mąż świadkiem): to nie jest zabawne. I chociaż wiem, że naprawdę wielu osobom Mariola przypadła do gustu i czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji, to nic na to nie poradzę.

To nie było zabawne.

Oczywiście powinnam raczej napisać, że mnie to nie bawi (oczywistość), że to odczucie subiektywne (kolejna oczywistość), że może nie miałam na książkę nastroju (może i tak, byłam bardzo obolała i trochę zmęczona kolejnymi problemami, które na nas spadają), że może miałam za duże oczekiwania (może i tak, bo oczekiwałam dobrze napisanej lekkiej i zabawnej książki, która oderwie mnie na moment od problemów) i takie tam inne truizmy, ale odczucia pozostają odczuciami. To po prostu nie było zabawne.

Trafiłam na Mariolę znienacka w antykwariacie za mniej niż połowę ceny okładkowej  i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Miałam nadzieję na przełamanie odrobinę zastoju w czytaniu (po bardzo dobrym styczniu przyszedł luty, w którym czytam trzy książki na raz i do żadnej mnie jakoś specjalnie nie ciągnie), na trochę dobrej rozrywki i oderwanie od przyziemnych zmartwień. Wiedziałam już, że rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, a recenzje wieszczyły humor w typie Barei, lekką zabawną książeczkę, która powinna poprawić humor.

Książkowe realia przypominały mi nieco Lesia, Wszyscy jesteśmy podejrzani, czy może najbardziej Dzikie białko Joanny Chmielewskiej. Również w Marioli mamy do czynienia ze swego rodzaju zakładem pracy, w którym ludzie stosunkowo mało zajmują się samą pracą, a dużo czasu poświęcają na inne sprawy. Tak samo jak w Dzikim białku, w Mariola, moje krople… dużą rolę odgrywają realia PRLu, akcja napędzana jest często i gęsto słabościami ustroju.

Może właśnie te porównania sprawiły, że książka Gutowskiej-Adamczyk zupełnie mnie nie rozbawiła? Bo o ile u Chmielewskiej mieliśmy do czynienia z ludźmi sympatycznymi, trochę zwariowanymi i często irytującymi, ale generalnie dość pozytywnymi: przyzwoitymi, starającymi się utrzymać rodzinę i wykonać swoją robotę najlepiej jak potrafią, tak  w Marioli w prowincjonalnym teatrze na Dolnym Śląsku pracują niemal wyłącznie osoby nieprzyjemne. Większość bohaterów w pracy najchętniej zajmuje się piciem, w drugiej kolejności zaś gżeniem po kątach, graniem w karty, zastanawianiem się jak wygryźć zwierzchnika i zająć jego miejsce, siedzeniem w bufecie, walką z ustrojem i jedzeniem. O pracy nie myśli w zasadzie nikt poza może krawcem Czesiem i przybyłym ze stolicy młodym i idealistycznym reżyserem. Owszem, wszyscy aktorzy chcą zrobić oszałamiającą karierę, grać główne role i mieć dobrą prasę, ale żeby ktoś miał ochotę popracować? W życiu.

Jak łatwo zauważyć bohaterów nie polubiłam. Banda nierobów z Teatru Miejskiego nie jest zresztą opisana tak, żeby ich lubić. Dość powiedzieć, że pod koniec tej trzystustronnicowej powieści ledwo rozpoznawałam większość pracowników teatru. Przedstawienie postaci czy opisy są w książce dosyć ograniczone, główny nacisk zaś położony jest na dialogi, które w założeniu miały chyba być zabawne. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że mnie nie rozbawiły.

W ogóle w Marioli z komizmem jest problem. Chyba jeszcze w podstawówce (czy nie przy okazji omawiania Fredry?) uczyli mnie, że komizm bywa trojakiego rodzaju: słowny, sytuacyjny i związany z postacią. W książce Gutowskiej-Adamczyk ten pierwszy w zasadzie nie występuje.

Co do postaci, można by się spierać, jednak dla mnie jedyną prawdziwie zabawną postacią (trzecioplanową, a do tego straszliwie zmarnowaną przez autorkę) jest towarzysz Biedakowski, dyrektor wydziału kultury, który musi wykazać się znajomością współczesnej dramaturgii (choć przecież, kiedy był dyrektorem  wydziału gospodarki rolnej i wydziału środowiska nikt nie wymagał od niego znajomości hodowli tuczników ani składu chemicznego nawozów). Pozostałe postaci są raczej schematyczne i same w sobie niezbyt śmieszne: mamy dyrektora (marzącego o spokoju i wysokiej emeryturze), jego sekretarkę (która chciałaby zostać dyrektorem), mamy aktorkę (która dostaje główne role, bo jest dyrektorską żoną), mamy głównego aktora (który dla odmiany jest zapatrzonym w siebie afektowanym homoseksualistą), mamy bufetową (byłą aktorkę i byłą żonę dyrektora), mamy przybyłego z Warszawy reżysera (idealistę, który gubi się w lokalnych układach) itp., itd. Wszyscy sztampowi do bólu, a na dodatek przedstawieni w ten sposób, że czytając miałam wrażenie obcowania z ludźmi-wydmuszkami — przedstawicielami konkretnych typów, a nie „żywymi” postaciami.

No i na koniec humor sytuacyjny. Tak, na nim właśnie zbudowana jest Mariola, moje krople…, non stop ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, w jednych drzwiach znika szef Solidarności, w drugich pojawiają się ubecy, pod łóżkiem leży dyrektor, w szafie pierwszy sekretarz, dodatkowo wszędzie walają się przekładane z miejsca na miejsce powielacze. Tempo akcji jak w Żandarmie z Saint-Tropez. I na tym chyba polega problem tej książki: nie jest w zasadzie powieścią, tylko opisem komedii (gdzieś chyba zresztą czytałam, że rzeczywiście powstała na podstawie niewykorzystanego scenariusza).

Szczególnie rozczarował mnie język powieści. Po dwóch tomach Cukierni pod Amorem przyzwyczajona byłam do tego, że Gutowska-Adamczyk pisze naprawdę dobrze, na to tez się nastawiłam. W Marioli autorka nie miała co prawda zbyt dużego pola do popisów, zważywszy na przeważająca w książce ilość dialogów, ale mimo tego język mnie zawiódł. Książka jest, owszem, napisana sprawnie i poprawnie ale nie ma w niej ani szczypty językowej finezji tak silnie obecnych w Zajezierskich i Cieślakach.

Sądzę, że gdyby Mariola, moje krople… była filmem, najlepiej filmem z dobrą obsadą doświadczoną w graniu fars i komedii, wzbudziłaby moje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Zabawne sytuacje (w książce opisane tak szczątkowo, tak nieplastycznym i nieśmiesznym językiem, że nie były w stanie mnie rozbawić) stałyby się nagle prześmieszne, postaci-wydmuszki wzbogacone osobowością i interpretacją aktorów nabrałyby głębi, charakteru i komizmu, a tempo galopujących po sobie zdarzeń byłoby dodatkowym atutem. Chętnie obejrzałabym taki film, najchętniej z Jerzym Stuhrem w roli dyrektora Zbytka.

A książka? Cóż, można przeczytać, ale po co? Spragnionym dobrej rozrywki polecam zamiast tego którąś z pierwszych książek Chmielewskiej albo komedię Barei. Nie czytając Marioli nic nie stracicie. Nie jest zabawna.

Moja ocena: 2,5/10

PS. W kwestii blurba z czwartej strony okładki. Gdzie tam oni prowokują wprowadzenie stanu wojennego? Na tyle skomplikowana to ta fabułka nie jest. Wielka polityka jest zupełnie w tle, nawet nie mamy w książce prawie żadnych (poza jedną rozmową) do niej odniesień. Stan wojenny pojawia się znikąd i całkiem bez sensu kończy powieść, chociaż przecież najciekawsze mogłoby się dopiero zacząć. Ale cóż — pewnie ze stanu wojennego śmiać się już nie wypada, więc książka sie skończyła. Bo innych powodów zakończenia w tym akurat momencie nae zauważyłam.

Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia”

Tytuł: Okruchy dnia
Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł oryginalny: The Remains of the Day
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jan Rybicki
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 301

To powinna być strasznie nudna książka. Serio. No bo tak: wyobrażacie sobie bohatera nudniejszego niż nienaganny angielski kamerdyner? I to przedwojenny. To ta postać, która w teatrze wchodzi na jedną kwestię, brzmiącą zazwyczaj „Obiad podano, sir”. Albo wyobraźcie sobie powieść, która jest dziennikiem przeplatanym wspomnieniami i ogromną dawką filozoficznego zastanawiania się, co to znaczy być „wielkim” w swojej pracy i jak można zdefiniować „godność”, którą charakteryzują się najznamienitsi przedstawiciele zawodu. A teraz zmiksujcie to razem, dodajcie sztywny i mocno formalny język i pomyślcie…

To powinna być strasznie nudna książka.

Ale nie jest, przynajmniej dla mnie. Okruchy dnia to nie książka, którą czytałoby się jednym tchem czy w jeden wieczór. Czytałam ją prawie tydzień, podczytując po kilka stron, co chwilę odkładając i sięgając po nią ponownie. Nie byłam w nastroju, żeby przeczytać ją od deski do deski, ale z drugiej strony nie mogłam wytrzymać, żeby nie sprawdzić co będzie dalej. To lektura wymagająca odrobiny skupienia i wysiłku, ale dająca w zamian bardzo wiele. Książka napisana tak pięknym i sugestywnym językiem (brawa dla tłumacza!) i w taki sposób, że ja — wiecznie garbiąca się i przyjmująca  podczas czytania najrozmaitsze kabłąkowate pozycje — odruchowo prostowałam plecy i siadałam prosto.

Mówi się czasem, że prawdziwi kamerdynerzy istnieją tylko w Anglii. W innych krajach są tylko służący, niezależnie od przyznawanego im tytułu. Skłonny jestem zgodzić się z tą opinią. Ludzie z kontynentu nie potrafią być kamerdynerami, ponieważ są jako rasa niezdolni do takiego okiełznania uczuć, jakie wyćwiczył w sobie naród angielski. Ludzie z kontynentu — oraz, zgodzą się Państwo, w znacznej mierze wszystkie ludy celtyckie — zazwyczaj nie panują nad sobą w chwilach silnego wzruszenia, a więc nie potrafią we wszelkich okolicznościach zachować postawy ściśle zawodowej (…). Jednym słowem „godność” jest im obca. My, Anglicy, mamy w tym względzie przewagę nad cudzoziemcami i dlatego właśnie, gdy myśli się o wielkim kamerdynerze, jest on już z definicji Anglikiem. [1]

Mamy lato 1956 roku. Pan Stevens, kamerdyner w Darlington Hall, służący niegdyś lordowi Darlingtonowi, a dziś panu Farradayowi (notabene Amerykaninowi), postanawia swój urlop spędzić poza posiadłością. Co jest o tyle dziwne, że nigdy jeszcze (a nigdy datuje się co najmniej od lat dwudziestych) tego nie robił. Odbędzie w ten sposób dwie, a może nawet trzy podróże, a każdą ciekawszą od poprzedniej. Po pierwsze, pojedzie do Kornwalii, gdzie mieszka dawna gospodyni Darlington Hall, aby dowiedzieć się, czy nie miałaby ona ochoty wrócić na służbę. Po drugie, wybierze się w przeszłość, snując wspomnienia cofnie się aż do roku 1922, kiedy to panna Kenton zaczęła pracować w rezydencji. Na koniec wreszcie odbędzie podróż wgłąb siebie, spróbuje zdefiniować rzeczy, które zawsze go gnębiły i może nawet coś odkryje.

Można rozpatrywać Okruchy dnia jako powieść o powołaniu, o poświęceniu pracy, o przybieraniu życiowych ról, o podejmowaniu decyzji i ich konsekwencjach, winie i odpowiedzialności, czy wreszcie o tym jak zdefiniować udane życie. Można też patrzeć na nią jako na obraz części polityki angielskiej lat 20. i 30 XX wieku, obraz zresztą bardzo ciekawy, bo w częściach poświęconych przeszłości Darlington Hall pięknie pokazany jest proces kształtowania stosunków między Wielką Brytanią a Niemcami po Wielkiej Wojnie. Można też czytać tę książkę jako opowieść o uczuciu i obowiązku, a jest to swoją drogą jedna z piękniejszych opowieści o miłości, jakie czytałam. Można wreszcie zanurzyć się w język Ishiguro (czy raczej Stevensa) i trochę poobcować z kulturą i elegancją językową, o którą w dzisiejszym cudownym świecie naprawdę niełatwo. Wszystko to na zaledwie 300 stronach.

Mało przed lekturą pamiętałam z filmu poza ogólnymi zarysami fabuły i genialnymi rolami Anthony’ego Hopkinsa i Emmy Thompson. I chociaż obawiałam się, że postaci z książki będą miały dla mnie ich rysy i że będzie mi to przeszkadzać, to na szczęście nie miałam do końca racji. Co prawda „moja” panna Kenton wyglądała jak Emma Thompson, a „mój” Stevens miał postawę i ruchy Anthony’ego Hopkinsa (co zabawne, nie miał w mojej wyobraźni jego twarzy), ale zupełnie nie miałam z tego powodu problemów z lekturą. Wizja filmowa pięknie wkomponowała mi się w książkową i teraz z radością powtórzę sobie film, żeby przeprowadzić operację odwrotną. Jeśli zastanawiacie się czy warto przeczytać książkę, skoro oglądaliście film, szczerze radzę spróbować. Powieść Ishiguro operuje tak pięknym językiem, że naprawdę warto się z nią zapoznać.

Proszę mi wybaczyć, jeśli to dla Pana bolesne wspomnienie, lecz nigdy nie zapomnę chwili, gdy razem staliśmy w oknie i patrzyliśmy, jak Pana ojciec chodzi tam i z powrotem przed altaną, patrząc w ziemię, jakby chciał znaleźć tam jakiś cenny, zgubiony klejnot. [2]

Tę scenę pamiętałam z filmu, może dzięki widzianemu po wielekroć plakatowi z oknem wbiła mi się bardziej w pamięć. W przytoczonym wyżej cytacie pisze o niej (w swoim liście do pana Stevensa) panna Kenton.

Jeśli po przeczytaniu tego wszystkiego macie jeszcze wątpliwości czy polecam Okruchy dnia, to znaczy, że ten tekst zupełnie mi nie wyszedł. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, a zwłaszcza języka Kazuo Ishiguro i szczególnego klimatu, jaki potrafił przedstawić w swojej powieści. Chciałabym sięgnąć po jakąś inną jego książkę, polecacie coś?

I jeszcze na koniec jeden cytat dla bibliofilów. Co pan Stevens sądzi o romansach:

To stwierdziwszy, przyznam jednak — bo i nie ma się czego wstydzić — że czasami powieści te stanowiły dla mnie źródło rozrywki. Być może wówczas nie przyznawałem się do tego przed sobą, lecz jak już powiedziałem, czy jest czego się wstydzić? Czemuż to nie miałbym bawić się lekką lekturą o paniach i panach zakochujących się w sobie i wyznających uczucia, często w niezwykle eleganckiej formie? [3]

Czyż staroświecki, sztywny i nieco w końcu zakłamany kamerdyner Stevens nie jest tu bardziej szczery niż wielu ze współczesnych „ambitnych” czytelników…?

Moja ocena: 9,5/10

PS. Duże brawa dla wydawnictwa za redakcję, korektę i skład. Świetna robota.

[1] Kazuo Ishiguro „Okruchy dnia”, Albatros — Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2008, s. 55;

[2] Tamże, s. 61;

[3] Tamże, s. 206-207.