Stosik prezentowy

Niektóre z Was zaczęły już pokazywać nowe styczniowe stosiki, a ja przecież ciągle nie pochwaliłam się (i — przede wszystkim — Mikołaja) gwiazdkowymi prezentami. W tym roku kochany święty przyniósł mi niemal same książki: całe dwanaście tytułów! Do tego dołożyłam jedną książeczkę w święta wypożyczoną i mam nie jeden stosik, a dwa:

Ułożyłam je sobie bardzo przemyślnie — po prawej powieści, a po lewej, wręcz przeciwnie, niepowieści. Sprytnie, prawda? Bardzo mnie cieszy to,  że oba stosy są prawie równe… No to jadziem, od lewej, od góry:

Mariusz Szczygieł „Zrób sobie raj”. To właśnie ta jedyna pożyczona. Czy zwierzałam się już tutaj że jestem najbezczelniejszą czechofilką? No to się zwierzam. Jako że autor też się do tej przypadłości przyznaje, a na dodatek postanowił w związku z tym napisać książkę o swoim ulubionym kraju, tak trochę dla przyjemności, a co za tym idzie zawrzeć w niej rzeczy różne, ale nieodmiennie interesujące. Nie mogłam się oprzeć. Co prawda Gottlandu jeszcze nie czytałam, ale na pewno to nadrobię, bo pisanie Szczygła uwodzi. Już przeczytana.

Leszek Kołakowski „Mini-wykłady o maksi-sprawach”, bo bardzo lubię Kołakowskiego i te teksty, a co więcej lubię do nich od czasu do czasu wracać i dzięki Mikołajowi mogę to zrobić w każdej chwili. Będę pewnie czytała tę książkę w przerwach między innymi, albo po prostu wtedy, kiedy będę miała ochotę. Bez przymusu, bez napinania się, dla przyjemności. Już się na to cieszę.

To, co widać niewyraźnie to „Pornografia” Lecha M. Nijakowskiego, a w podtytule: „historia, znaczenie, gatunki”. Mądry Mikołaj nie zostawił mi tego prezentu pod choinką (żeby nie zgorszyć starszej części rodziny), ale udało mu się go dostarczyć inaczej. Z czego bardzo się cieszę zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Czytałam już z tej serii Najstarszy zawód świata Marka Karpińskiego i bardzo mi się on podobał. Ta książka na pewno jest trochę bardziej naukowa niż tamta, ale i tak spodziewam się interesującej lektury. Postaram się zdać z niej relację (a jak mi wtedy wzrosną statystyki odwiedzin…).

„Kraina Zimnolubów” Tilmana Bünza (podtytuł: „Skandynawia dla początkujących”) to urocza książka o Skandynawii oczami Niemca. Trochę reportaż, trochę wspomnienia, trochę specyficzny przewodnik, a w sumie bardzo sympatyczna, dobrze napisana książka zawierająca multum ciekawostek. Polecam. Ja już ją kończę.

Niżej Mary Roach i jej „Duch”. Trzecia (i ostatnia z wydanych w Polsce, nie wiem jak z oryginalnymi) książka Mary Roach w moich łapkach. Dwie pozostałe (Bzyk i Sztywniak) przeczytałam z dużym apetytem i bardzo mi się podobały. Co prawda w tym przypadku temat wydaje mi się mniej fascynujący niż w tamtych, ale sądzę, że Mary Roach i w tym przypadku wciągnie mnie i rozbawi.

„Na plebanii w Haworth” Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej to ponad 500 stron biografii rodziny Bronte napisane przez świetną polską tłumaczkę literatury angielskiej (ja kocham ją za przekłady Jane Austen). Mam ogromny apetyt na tę książkę ale chyba jeszcze poczeka do wiosny. Myślę, ze muszę mieć więcej słońca, żeby w pełnym komforcie przenosić się na tamtejsze wrzosowiska…

Magda Umer i Andrzej Poniedzielski „Jak trwoga, to do bloga”. Kocham i Umer, i Poniedzielskiego, i program Chlip-Hop, a do tego wszystkiego jeszcze ich blog, więc trudno żebym przeszła obojętnie obok tej książki. Będę czytać na poprawę humoru i zakreślać ciekawe fragmenty (tego w Internecie zrobić nie idzie). A potem będę do niej wracać. A jak już będę w świetnym humorze, to obejrzę sobie „Chlip-Hop” i znowu będę trochę smętna. I tak w kółko. Taki mam plan.

A teraz po prawej, znowu od góry:

„Zapomniany ogród” Kate Morton wygląda niewinnie, ale to ponad 500 stron dość drobnym drukiem. Swego czasu sporo się o książkach Kate Morton naczytałam na blogach i chciałam sprawdzić, jak mi się spodobają jej powieści. Akurat tak się złożyło, że dostałam o Mikołaja od razu obie. Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że mi się spodobają. Bardzo mało czytam powieści z Australii i miło będzie to nadrobić.

Powieść „Kudłata” Doroty Berg to, według okładki historia antydepresyjna. Rzeczywiście, jest sympatyczna, nieźle napisana, czasami zabawna. Ma jedną przewagę nad setkami powieści kobiecych tego typu — bardzo pięknie pokazane jest w niej, że dla bohaterki najważniejsze są dzieci, a poszukiwanie wymarzonego faceta nie stanowi sensu jej życia. Odświeżające po tych wszystkich nieszczęsnych kopiach Bridget Jones, dla których dzieci były raczej zbędnym balastem… Poza tym książka raczej przeciętna, taka na trzy uśmiechy, jeden śmiech i szybkie zapomnienie. Jak można się domyślić — już przeczytana.

„Śnieg w Wenecji” Nicolasa Remina to Inspiracja blogowa. W dziewiętnastowiecznej Wenecji cesarzowa Sissi (!) i lokalny komisarz-szlachcic prowadzą śledztwo w sprawie morderstwa (i to nie jednego). Lubię książki historyczne, kryminały też lubię, a kryminały weneckie Donny Leon były dla mnie zeszłorocznym odkryciem. Zobaczymy jak będzie tym razem.

Na „Miasteczko Middlemarch” George Eliot (notabene również w tłumaczeniu pani Przedpełskiej-Trzeciakowskiej) miałam apetyt już dawno. Dwa tomy, w sumie ponad 900 stron, ale niesamowicie wciąga (miałam zajrzeć tylko na chwilę, a z trudem oderwałam się po rozdziale). Chciałabym przeczytać nie spiesząc się przesadnie, ale nie wiem, czy nie przyjdzie mi w takim wypadku czekać za długo. A zbyt długo pewnie nie wytrzymam…

Druga (w zasadzie chronologicznie pierwsza, ale u mnie druga) książka Kate Morton, „Dom w Riverton” kusiła mnie od kiedy tylko zobaczyłam ją w księgarni (notabene w dziale kryminałów). Tajemnica zbrodni z przeszłości na tle starego domu? Musiałam to mieć. I mam. Tym razem prawie 600 stron.

I na koniec „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro, dla odmiany tylko 300 stron i to dużym drukiem. Co nie znaczy, że mniej ciekawa. Kojarzycie na pewno film z Emmą Thompson i Anthonym Hopkinsem, mam nadzieję, że powieść jest równie dobra, a może nawet lepsza. Swoją drogą, moim zdaniem tytuł tej powieści został na polski przełożony genialnie.

Na koniec jeszcze jedna książka która cieszy nas (z mężem) niesamowicie:

Tam, z tyłu wystają. Widzicie je? To „Skrzaty” Wila Huygena z ilustracjami Riena Poortvlieta. Cudowne wspomnienie z dzieciństwa i nadal cudowna lektura. Pisała o nich ostatnio Kaprysia z Kapryśnika, tam też odsyłam wszystkich ciekawych co jest w środku. A są tam przecudne ilustracje, schematy, mapki i objaśnienia. A do tego skrzacie zwyczaje, legendy, piosenki (z nutami) i inne fantastyczne rzeczy. Bardzo, bardzo polecam, choć teraz to trochę biały kruk. Ale warto.

Tak, w telegraficznym (niemal) skrócie, przedstawiają się moje świąteczne łupy. Kochany ten Mikołaj. Czytania na dobre miesiące. Jeśli ktoś myśli, że to mnie powstrzyma przed kupowaniem następnych, to się grubo myli. Raz już mnie pociągnęło do antykwariatu, a teraz ciągnie na nowo i to do dwóch, bo w jednym mieli Etnologa w mieście grzechu Czubaja, a w drugim Młyn nad Flosą George Eliot (co nie znaczy, ze bym się tymi dwoma zadowoliła… Na razie dzielnie się trzymam, ale obawiam się, że następny stosik zaprezentuję wcześniej niż bym chciała.

 

Reklamy

Zaległości

Nie nadążam za wieloma rzeczami i w życiu i na blogu. Zazwyczaj mi to specjalnie nie przeszkadza, ale zaległości rosną… Ani się człowiek obejrzy i już zaczynają go z każdej strony przygniatać. A biorąc pod uwagę, że (1) nie zaprezentowałam nie tylko stosów świątecznych, ale też przedświątecznych, (2) blogosfera na nowy rok wybuchła wręcz wyzwaniami, (3) trafiłam na kilka ciekawych zapowiedzi wydawniczych, a na dodatek (4) powoli kończy się termin wyzwania świątecznego (więc wypadałoby coś zrecenzować), otrzymujemy 1+2+3+4=10, więc zaległości rosną, jak widać, w tempie zastraszającym…

Nadróbmy więc trochę z nich. Styczeń, jak to styczeń — po świętach trudno się na nowo przyzwyczaić do pracy, wirus jakiś lata w powietrzu, a na dodatek najlepsze książki zostały już wydane na święta. Znalazłam mimo tego trzy pozycje, które wydają mi się ciekawe:

Małgorzata Gutowska-Adamczyk „Mariola, moje krople…” — jedyna powieść, która zwróciła moją uwagę (czyżby zaczynały się spełniac moje życzenia noworoczne z poprzedniego posta?). Cukiernia pod Amorem tej autorki bardzo mi się podobała nie tylko ze względu na temat, ale też dzięki świetnemu językowi autorki. Mam szczerą nadzieję, że ta powieść jest napisana równie dobrze. Jeżeli tak, będzie to na pewno świetna lektura. Temat (prowincjonalny teatr w 1981) może być dodatkowym atutem, bo teatr bardzo lubię.

Wydawnictwo Świat Książki, informacja stąd.

Daniel Power (red.) „Rozkwit średniowiecza” — ja wiem, że na półkach zalega z dziesięć innych pozycji o średniowieczu, sporo pewnie lepszych od tej, ale tak sobie kombinuję, że może ta będzie trochę lżejsza od Panoramy średniowiecznej Anglii albo Europy 600-900. A może i nie, ale po prostu wygląda bardzo kusząco (widzieliście tę okładkę?), więc kto by się opanował…? Średniowiecze to moja ostatnio ulubiona epoka historyczna.

Wydawnictwo Świat Książki, informacja stąd.

Tony Horwitz „Podróż długa i dziwna. Drugie odkrywanie Nowego Świata” — znaleziona czystym przypadkiem, ale wcale nie wiem czy nie najbardziej kusząca ze wszystkich. Co działo się w Ameryce północnej pomiędzy Kolumbem a Mayflower? Mam nadzieję, że te prawie półtora wieku pustki  (w moim umyśle) wypełni ta książka. A że czytałam pozytywne opinie o Błękitnych przestrzeniach tego autora, a Terra incognita to ciekawa seria, mam nadzieję na kawał dobrej literatury.

Wydawnictwo W.A.B., informacja stąd.

Jako, że wyzwanie Znalezione pod choinką powoli dobiega końca, a natura nie znosi próżni, blogosfera książkowa wprost eksplodowała nowymi wyzwaniami czytelniczymi. Pozwólcie sobie przedstawić:

  • Barbara z Wrót Wyobraźni zaproponowała zabawę o nazwie Możesz więcej. Zadanie jest proste — przeczytać w 2011 roku więcej książek niż w roku ubiegłym. O ile więcej? A to już zależy od wybranego poziomu.
  • Padma z Miasta Książek zaprasza na nocne lektury Od zmierzchu do świtu. W wyzwaniu chodzi o czytanie książek z nocą w tytule ale też taki, w których akcji istotna jest ta pora doby. Można też czytać nocą i pozastanawiać się trochę nad takim czytaniem.
  • Mooly z Kartek Szelestu chce żebyśmy spojrzeli na świat Reporterskim okiem. Tym razem chodzi o czytanie reportaży i literatury faktu. Dla nielubiących ograniczeń: wyzwanie jest bezterminowe.
  • Karto_flana z bloga O moim czytaniu proponuje wyzwanie Bracie, siostro… rodzino. Tutaj zadaniem jest przeczytanie jednej książki o siostrach, jednej o braciach i jednej o dowolnych innych więzach rodzinnych.
  • Bujaczek z bloga Zapatrzona w książki zaprasza do Papierowego zwierzyńca. W wyzwaniu czyta się książki o zwierzętach i ze zwierzętami w tytule. Wyzwanie również nie jest ograniczone czasowo.
  • Kala z Mola książkowego przygotowała dla nas polską wersję wyzwania z Harukim Murakamim. Jeśli kogoś interesuje wersja angielska, do której też zapisało się kilka osób z „naszej” blogosfery, niech zajrzy tutaj. Cel jest prosty i oczywisty: przeczytanie choć jednej książki Murakamiego.
  • A kiedy już myślałam, że skończyłam to zestawienie, trafiłam na wpis Mooly, która zastanawia się, czy nie warto by stworzyć polskiej wersji wyzwania wschodnioeuropejskiego. Niektórzy polscy blogerzy również do niego zapisali się w wersji angielskiej.

Niezły zestaw, nie? A wszystko to odkryłam w styczniu, czyli w ciągu tygodnia. Na razie nie zapisałam się do żadnego z nich, ale może kogoś z Was zaciekawią. Zastanawiam się nad kilkoma, zobaczymy co przyniesie przyszłość. Najpierw jednak zakończę przygodę z wyzwaniem świątecznym.

No i jeszcze, wciśnięty smutno na koniec, stosik przedświąteczny. Takie oto książki przywędrowały do mnie jeszcze w grudniu:

Wszystkich, którzy nie czytają mojego bloga regularnie (jak możecie!) informuję, że kieliszek zamiast lampki występuje z okazji daty robienia zdjęć stosików, czyli 31 grudnia 2010 (zaczęliśmy tak koło 23:30), kiedy to przypada istotne do oblewania święto czyli nasza rocznica ślubu… A na stosie od góry:

1. Marta Kisiel „Dożywocie”. Książka, którą musiałam kupić, kiedy tylko się o niej dowiedziałam (tuż przed Wigilią). Opowiadaniem „Dożywocie” zachwyciłam się w zbiorze Kochali się że strach, a tym zbiorem opowiadań zachwyciłam się jeszcze w grudniu. Nie wszystkie są tak wspaniałe jak to pierwsze ale i tak książka dostała ode mnie 8,5/10, czyli jak na mnie bardzo wysoko.

2. Barbara Hodgson „Krynolinę zostaw w Kairze”. Nabytek okołomikołajkowy z okazji przeceny w Matrasie. Podtytuł brzmi „O pierwszych podróżniczkach”. Na razie obejrzałam wszystkie ilustracje (są cudne!) i troszkę zaczęłam czytać i wygląda bardzo apetycznie. Obszerna bibliografia, zdjęcia, mapy, drzeworyty, mnóstwo cytatów… aż szkoda, że taka to malutka książeczka.

3. John Curran „Sekretne zapiski Agaty Christie”. Mikołajkowy prezent od Męża, o którym (prezencia, nie Mężu) już tu pisałam, więc nie będę się powtarzać. Trochę rozczarował, ale jako fanka Agathy Christie nie żałuję zakupu, bo chcę mieć tę ksiażkę do częstego sięgania.

4. Robert M. Sapolsky „Dlaczego zebry nie mają wrzodów?”. Mikołajkowy prezent od rodziców (dziękuję, Kochani), a w zasadzie pół prezentu, na który składały się dwie książki. Jako, że musieliśmy się nim jakoś z Marcinem podzielić, a trudno było zrobić zdjęcie z dwoma połówkami książek, to mnie dostały się „Zebry…”, a Mąż zgarnął Rycerzy i mieszczan. Książka Sapolsky’ego nosi podtytuł „Psychofizjologia stresu” i jest na oko bardzo przystępnym podręcznikiem w amerykańskim stylu, czyli świetnym do czytania.

5. Norman Davies „Zaginione królestwa”. Wygrana w konkursie serwisu Lubimy Czytać, z której niesamowicie się cieszę. Bardzo lubię Daviesa, a teraz mamy już prawie komplet jego książek, które mnie interesują. Najnowsza mówi o państwach, które przestały istnieć. Spis treści bardzo różnorodny, styl Daviesa (jak zwykle) świetny. Mniam.

Tyle książek trafiło do naszego domu w grudniu przed świętami. Nie licząc, oczywiście, prezentów kupionych przez nas, których było chyba 12 (jeśli dobrze liczę). Z czego część była naszymi prezentami dla nas, znajdą się więc na kolejnym stosiku.

Z pozostałych zaległości w telegraficznym (niemal) skrócie: przeczytałam Zrób sobie raj Szczygła, który jest świetny i bardzo chcę go zrecenzować; przeczytałam Tajemnicę gwiazdkowego puddingu Christie, która jest bardzo dobrym zbiorem opowiadań i zrecenzuję ją do wyzwania podchoinkowego; wypożyczyłam ponownie od Ukochanej Matki Listy na wyczerpanym papierze i może uda mi się je zrecenzować, albo chociaż przesłuchać; chciałabym zrecenzować Dożywocie; dostałam na Gwiazdkę mnóstwo książek i chciałabym je przeczytać albo chociaż pokazać stosik(i), dotarł do mnie wędrowny Wędrowycz i trzeba go wyekspediować w drogę. Doba mi się kurczy!

Ale wiecie co? Fajnie jest mieć dużo książek, fajnie jest mieć dużo ksiażkowych zajęć i fajnie jest mieć dużo energii i być dobrej myśli. Chyba wyzdrowiałam…

Stosik urodzinowy

Jakoś nie udaje mi się ostatnio skończyć żadnego z pozaczynanych już wpisów. Na sumieniu mam choć skrótowe recenzje książek przeczytanych na wakacjach, osobnej recenzji domaga się ode mnie „Krwawa setka” (zwłaszcza, że zdecydowanie nie we wszystkim się z autorami zgadzam), na swój opis czekają wrażenia z Toskanii (tak, byłam w tym roku na wakacjach w Toskanii) i z Triconu w Cieszynie i w ogóle mnóstwo się tematów namnożyło. Nie wątpię, że nie wszystkie z nich uda mi się na blogach poruszyć, ale mimo tego piszę o czym innym. No bo skoro już mąż zrobił mi zdjęcie stosiku urodzinowego, to sami rozumiecie…

Urodziny, jak co roku, miałam szóstego września, ale jakoś tak się porobiło, że prezenty na nie zaczęłam dostawać jeszcze w sierpniu, a skończyłam (a może nie?) w tę środę. Uzbierał się z tego spory stosik, który można sobie dokładnie obejrzeć klikając w obrazek. Tradycyjnie już po kilka słów o każdej z książek, zaczynając od podstawy stosu: Czytaj dalej Stosik urodzinowy

Stosik majowy

Minął już pierwszy tydzień czerwca, a ja ciągle nie znalazłam czasu (i weny, oczywiście), żeby zaprezentować mój uzbierany w maju stosik. Troszkę ten początek miesiąca był u nas nerwowy (trzeba pozbyć się wilgoci z mieszkania, na szczęście wilgoć nie jest po powodzi, ale i tak niemiło) i jakoś mi czas przelatuje ostatnio przez palce.

Jak się okazało stare przysłowia miewają jednak rację i w tym przypadku sprawdziło mi się „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Bowiem dzięki odsunięciu w czasie prezentacji majowych stosów mogłam dorzucić do nich kilka drobiazgów dokupionych już w czerwcu. Oto zatem przed wami stosik (chociaż dzisiaj w zmodyfikowanej postaci, bo na stojąco, a nie na leżąco) majowy (z lekką domieszką czerwca):

Książki podzieliłam na moje (po lewej) i wyniesione (no dobra, pożyczone) od rodziców (po prawej). Jak więc widać, wzbogaciłam się w maju książkowo całkiem nieźle, głównie dzięki obchodzonym w tym miesiącu imieninom.

Pierwszy od lewej stoi zbiór Jane Austen zawierający jedno opowiadanie w formie listów (Lady Susan) i dwa niedokończone szkice (Watsonowie, Sanditon). Brakowało mi tej książki w mojej kolekcji i chociaż nie lubię czytać powieści niedokończonych, to jednak zwyciężyła moja miłość do pisarki i tomik wylądował w biblioteczce. Nie żałuję, ale też nie zachęcam do lektury nikogo poza miłośnikami pisarstwa Jane Austen. Już przeczytane.

Dzban ciotki Becky Lucy Maud Montgomery czytałam już kilka razy w innym tłumaczeniu (pt. W pajęczynie życia) i ogromnie lubiłam. Nie wiem nawet, czy to nie moja ulubiona książka tej pisarki. Tę wersję kupiłam, bo akurat „rzuciła się na mnie” w antykwariacie, a poprzedni egzemplarz jest gdzieś po ludziach i nie jesteśmy z Mamą pewne gdzie. Sama książka jak najbardziej warta przeczytania, dość wyjątkowa jak na twórczość L. M. Montgomery, bo nie o jednej dorastającej dziewczynce, a o całym klanie rodzinnym. Przeczytałam z przyjemnością, chociaż połowa mózgu była zajęta przypominaniem sobie jak to było w tamtym innym tłumaczeniu… A było lepiej, więc jeśli macie wybór, to sięgnijcie po W pajęczynie życia. Za to jeśli takiego wyboru nie macie, to i Dzban ciotki Becky warto przeczytać. Bardzo warto. Również przeczytane.

To kolorowe coś stojące obok, to książka pod tytułem Dwa końce świata, science fiction autorstwa… Antoniego Słonimskiego. Ustrzelona w antykwariacie za śmieszną sumę (jak dwie poprzednie) i po przeczytaniu opisu z okładki nie mogłam się powstrzymać… Jeszcze przede mną, bardzo jestem ciekawa.

Zabić posłańca zakupione w zasadzie tylko ze względu na niezłą serię (przyzwoite kryminały w niej wychodziły) i niezbyt wysoką cenę (oczywiście, też antykwariat). Miałam ostatnio niedosyt czytadłowych kryminałów i postarałam sobie zapewnić dużą dostawę. To już zakup z czerwca, więc jeszcze nie czytałam.

Kłania się PRL Stefanii Grodzieńskiej to wybór felietonów i skeczy, których głównym bohaterem jest tytułowy PRL. Podzielony tematycznie, zawiera co prawda moje ulubione „kawałki” pani Stefanii, ale jednak nieznającym jej twórczości polecam raczej Kawałki męskie, żeńskie i nijakie. Zbiór jest za to prześlicznie wydany i okraszony uroczymi rysunkami. Jak każda twórczość tej autorki świetnie poprawia humor. Upolowany w antykwariacie już jakiś czas temu, niedługo po śmierci pani Grodzieńskiej. Już przeczytany.

Dom nad Zatoką dostałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Mira i zdążyłam już nie tylko zrecenzować, ale nawet przeczytać… Jest w sumie jedyną książką w tym „stosie”, która nie została nabyta w antykwariacie.

Na prawo od niego Daria Doncowa i Zjawa w adidasach. Kilka dni wcześniej koleżanka polecała mi tę autorkę, więc jak zobaczyłam ją na mojej ulubionej półce w moim ulubionym antykwariacie, nie miałam innego wyjścia. Wzięłam oczywiście. Podobno jest to humorystyczny kryminał. Zobaczymy.

Dwa kolejne tomy to Villette Charlotty Bronte, której Jane Eire bardzo lubię. Poza tym znowu zbiegło mi się wypatrzenie książki w antykwariacie z przeczytaniem kilku pozytywnych wzmianek w różnych miejscach, a takich znaków nie ignoruję. Jeszcze nieprzeczytana.

Joanna Gromek-Illg i książka Skarby, to był strzał w ciemno z, wspominanej już tutaj, ulubionej półki w antykwariacie. Trochę kryminał, trochę książka obyczajowa, trochę książka dla młodzieży. Miejscami zabawna, miejscami całkowicie nieprawdopodobna, ogółem dość przyjemna jako czytadło. Króciutka. Przeczytałam.

Dwie Donny Leon: Perfidna gra i Zgubne środki są efektem dwóch wizyt w antykwariacie. Ponieważ nigdy jeszcze Donny Leon nie czytałam, to wzięłam jedną jej powieść, żeby zobaczyć czy mi się spodoba. Ale za następnym razem jakoś ciężko mi było zostawić tę drugą… no bo co będzie, jeżeli mi się spodoba, a ktoś ją kupi przede mną…? Mam więc dwie Donny i nadzieję na miłą lekturę. Zwłaszcza, że format mają wybitnie tramwajowy. Ciągle nieprzeczytane.

Po przerwie, tak jak mówiłam pożyczone od rodziców, najbardziej po lewej dwie Siesickie: Beethoven i dżinsy i Między pierwszą a kwietniem. Miałam ochotę powtórzyć jakąś Siesicką i wybrałam moją ulubioną i podsuniętą przez Mamę. Beethovena… jeszcze nie przeczytałam, za mną za to lektura mojej od dawna ulubionej Siesickiej, czyli Między pierwszą a kwietniem. Pierwszy raz przeczytałam ją, kiedy jeszcze prawie nic z niej nie rozumiałam, teraz rozumiem dużo więcej i ciągle mogę z czystym sumieniem polecić nie tylko nastolatkom. A nawet może bardziej mamom nastolatek i jeszcze starszych dzieci. Bo to raczej niemłodzieżowa Siesicka…

Na Byczki w pomidorach, czyli najnowszą Chmielewską, musiałam poczekać, aż lekturę skończy moja Matka (nie trwało to długo), ale ani chwili dłużej czekać nie miałam zamiaru. Przeczytałam z przyjemnością, chociaż bez czytelniczego orgazmu. Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że to powrót starej Chmielewskiej, podobało mi się raczej średnio. Choć, oczywiście, kilka zabawnych momentów było. Miłośnicy Chmielewskiej przeczytają i tak, a pozostałym nie polecam.

Polecane wcześniej Kawałki męskie, żeńskie i nijakie Stefanii Grodzieńskiej pożyczyłam od rodziców, bo byłam akurat w środku słuchania wersji audio i zdecydowanie wolałam resztę doczytać niż dosłuchać. Jakoś mnie czytający nie porwali, a książka porywa zdecydowanie. Zwłaszcza nieziemskie dialogi małżeńskie. Z czystym sumieniem polecam naprawdę każdemu. Czytam sobie co jakiś czas kawałek i już mi się (mimo ostrożnego dawkowania) kończy. A szkoda, bo na poprawę humoru trudno o coś lepszego.

Duśka to biografia Darii Trafankowskiej i miałam na nią ochotę już od dawna. Sama nie wiem dlaczego do tej pory jej nie przeczytałam, ale na pewno nadrobię to niedopatrzenie.

Przedostatnia stoi Patty Jean Webster, którą od zawsze niemal kocham za Tajemniczego opiekuna, a ostatnio również za Kochany Wrogu. Miła powieść dla młodych panienek (tak koło 14 lat pewnie), dla mnie trochę powrót do lektur dzieciństwa. Przyjemne, ale nie tak dobre jak dwie wymienione tej  samej autorki.

Na samym końcu, jak widać, Joanna Chmielewska i, jak nie widać, Tajemnica. Pochłonięta w ramach „odtrutki” po Byczkach w pomidorach, bo strasznie dawno jej nie czytałam. Znowu pokochałam Gucia i jego sposób wysławiania się i ucieszyłam się, ze to ten tom, w którym pojawia się Janusz, a ostatecznie znika Marek (w postaci Bożydara tym razem). Zresztą porównanie stosunku jaki ma narratorka do Marka w tych dwóch powieściach pomogło mi odpowiedzieć sobie na pytanie co zmieniło się w książkach Chmielewskiej…

Sporo tego, prawda? Zdecydowanie dominuje lektura lekka, łatwa i przyjemna, ale jakoś na taką ostatnio mam ochotę. Może dla oderwania się myślami od suszenia ściany. Mój ukochany Mąż natomiast, prawdopodobnie dla równowagi (bilans musi wyjść na zero…) zajmuje się ostatnio lekturą zdecydowanie bardziej wymagającą. I dobrze, bo ja już nie muszę (polecam odwiedzenie bloga Męża i obejrzenie sobie uważnie tego teledysku, jest naprawdę świetny).

W zasadzie to nie wszystko, bo udało mi się ostatnio wygrać dwie blogowe rozdawajki i zostać wybraną do jednej blogowej akcji, dzięki czemu wzbogaciłam się o trzy kolejne książki, ale o tym może już kiedy indziej.

Po Dniu Książki

Oczywiście i ja nie zdołałam się powstrzymać od książkowych zakupów z okazji Dnia Książki. Owszem, rozumiem opinie, że dla prawdziwego miłośnika książek Dzień Książki jest codziennie, ale bądźmy szczerzy — promocje kuszą. A poza tym po prostu lubię to książkowe święto, pozwalające oddać się błogiemu lenistwu z prostym wytłumaczeniem: przecież świętuję.

W tym roku skusiliśmy się na promocję w Matrasie (wszystkie książki 30% taniej). Ograniczyłam się do trzech książek, bo już wcześniej skorzystaliśmy z promocji w Znaku (dzięki, Tato!), też z okazji Dnia Książki. Kropkę nad „i” książkowych zakupów w tym miesiącu stanowił dzień wczorajszy i poszukiwanie prezentu dla znajomych, do których szliśmy z wizytą — zdecydowaliśmy się na książki. A wiadomo jak się kończy wpadanie do księgarni z mężem (efekt: ja-1, Marcin-1, więc książkowo remis). Mówiąc tak całkowicie szczerze, to mam nadzieję, że to był koniec kwietniowych zakupów, chociaż pani w Matrasie zrobiła wyłom w naszej silnej woli przypominając nam, że promocja (sporo książek 25% taniej) trwa u nich tylko do piątku… Po kliknięciu na zdjęcie można zobaczyć powiększenie. A poniżej tradycyjnie już (w końcu po raz drugi) kilka zdań o książkach w stosiku (zaczynając od góry).

Karin Fossum i jej Nie oglądaj się, to efekt Znakowej promocji, a dokładniej mojej słabej woli, bo zupełnie jej nie planowałam i wpadła do koszyka (w sensie szerszym, bo zamówienie zbiorcze składał mój Ojciec, a ja tylko napisałam mu w mailu co my chcemy…)  w całkiem ostatniej chwili. Sporo o Fossum czytałam na Waszych blogach, głównie opinii pozytywnych. Co prawda wcale nie jestem pewna, czy i mnie się spodobają jej książki, ale uznałam, że warto spróbować.
Wydawnictwo Znak.

Zupa z ryby fugu z kolei, to zupełnie odwrotna sytuacja. Wiedziałam, że chcę ją mieć, bo chcę mieć wszystkie książki Szwai, która nieodmiennie mnie bawi i podnosi na duchu, a przede wszystkim świetnie się czyta. Pierwszy i najłatwiejszy do wybrania zakup z okazji Dnia Książki. Zupa jest już przeze mnie przeczytana, teraz czyta Ukochany Małżonek, a w kolejce czeka jeszcze moja Ulubiona Matka. Szwaję lubimy (jak widać) rodzinnie. Postaram się na dniach wrzucić jej recenzję na blog, a na razie mogę powiedzieć, że to raczej książka w typie Gosposi prawie do wszystkiego niż wcześniejszych książek autorki. Zdecydowanie wolałam kiedy Szwaja nie poruszała ważnych i żywotnych tematów i nie zaludniała swoich książek ludźmi niesympatycznymi. U tych miłych i porządnych też było dużo perypetii do opisania… Aha, dodatkowa mała pretensja do wydawnictwa SOL: napis na grzbiecie znowu jest w złą stronę. No jak tak można…?
Wydawnictwo SOL.

Dwie książki Mary Roach są  kolei efektem zamiłowania mojego Drogiego Ojca do oszczędności. Poprosiłam go w mailu o jedną tylko książkę pani Roach, a dwie w pakiecie tylko wtedy, kiedy zabraknie nam trochę do kwoty przy której nie płaci się za przesyłkę. Albo zabrakło, albo po prostu mam bardzo dobrego Tatusia. W sumie trochę żałuję, że nie podrzuciłam mu też linka do kompletu trzech książek autorki… Ale wtedy jeszcze nie byłam pewna, czy mi się spodobają. Teraz już jestem po lekturze Bzyka i w połowie Sztywniaka i wiem to doskonale. Szczerze polecam wszystkim, a recenzję Bzyka też postaram się dodać niedługo.
Wydawnictwo Znak.

Niżej na stosiku książka, którą znam bardzo dobrze, czyli Pan raczy żartować, panie Feynman! Richarda P. Feynmana (tego od kwantów i kwarków). Znowu łup z promocji Znaku, a jednocześnie książka, którą bardzo chcieliśmy mieć na własność (a nowe wydanie nam to umożliwiło). To naprawdę niesamowita książka, spokojnie mogę powiedzieć, że jedna z moich ulubionych w ogóle. Autobiografia (powiedzmy, bo tak naprawdę wspomnienia zostały wysłuchane i spisane przez kogo innego) niesamowitego człowieka, dzięki której trochę inaczej spojrzałam na świat. Naprawdę. A drugą część (A co ciebie obchodzi co myślą inni?) też sobie kiedyś kupimy.

Kolejna pozycja, to następny matrasowy łup z okazji Dnia Książki: Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy. Kupiona w zasadzie w ciemno (chociaż od napisania notki z kwietniowymi zapowiedziami dowiedziałam się o autorce nieco i przeczytałam jedną pozytywną recenzję tej książki), bo tak naprawdę do zakupu przekonał mnie fakt, że autorka była scenarzystką serialu Tata, a Marcin powiedział… A poza tym książka wygląda bardzo apetycznie i od swojej rywalki (Podejrzenia pana Whichera) była sporo tańsza.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia.

Niżej Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek Mary Ann Shaffer i Anne Barrows. Również łup zakupów z okazji Dnia Książki, również już przeczytany (jak Szwaja). Czytałam wcześniej sporo entuzjastycznych recenzji na blogach i spokojnie mogę się z większością zgodzić. Nie jest to może bardzo głęboka książka, ale czytało mi się ją z niesamowitą przyjemnością. Mam nadzieję, że jej recenzja też niedługo zawiśnie na blogu (tak te recenzje publicznie zapowiadam, żeby się trochę zmobilizować do pisania…). Szczerze polecam.
Wydawnictwo Świat Książki.

Na samym spodzie efekt nierozważnego wstąpienia do księgarni wczoraj. Marcin wypatrzył mi drugi (po Śmierci na Nilu) zbiór opowiadań Connie Willis: Niebieski księżyc. Szczerze lubię tę autorkę, poprzedni tom opowiadań był naprawdę dobry, a cała ta seria to naprawdę „The Best of” biorąc pod uwagę ilość nagród i nominacji, jakie Connie Willis zebrała ze te opowiadania. Co prawda jeszcze nie czytałam, ale jeżeli ktoś lubi fantastykę, to polecam w ciemno.
Wydawnictwo Solaris.

PS. W ramach bonusu i udowodnienia, że nie tylko ja nałogowo kupuję książki prezentuję też mężowski kwietniowy stosik wojenny (ma też cywilny, ale się nie przyznaje). Do obejrzenia po lewej (a szczegóły u niego na blogu). Jakoś tak się składa, że raczej nie podbieram mu książek tego typu, chociaż pewnie prędzej czy później przekonam się do O’Briana.

PPS. Z zaprezentowanych wcześniej kwietniowych zapowiedzi mam już (razem z Niewidocznymi akademikami kupionymi wcześniej) pięć pozycji z dziewięciu. Czaję się jeszcze na chociaż jedną, ale i tak jest chyba dobrze?

PPPS. Po blogach zaczyna krążyć nowe wyzwanie czytelnicze: kraje nordyckie (tutaj). Śledzę blog wyzwania z mieszanymi uczuciami — czy tylko się przyglądać, czy może wziąć udział. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony „region czytelniczy”, ale i bez wyzwania sporo ostatnio nordyckich książek wpada mi w ręce… Co bym nie zdecydowała i tak dzięki dla organizatorki wyzwania.

Pierwszy stosik

Wzorem licznych książkowych blogowiczów chwalę się swoimi nowymi zdobyczami książkowymi. A w zasadzie nie tylko książkowymi, bo razem z książkami pozuje nasza nowa lampka…

Stosik nie jest wielki, ale też zawiera tylko książki, które przywędrowały do mnie niedawno. Z jednym oszukaństwem — Opowieści z Ziemiomorza (pasowały formatem) dołożyłam, żeby ukryć fakt, że wydawnictwo vis-a-vis — etiuda spartaczyło Księgę apokryfów i żeby napis na niej był w odpowiednią stronę trzeba ją położyć tyłem do góry…

Po kliknięciu można dokładnie zobaczyć co też na stosiku leży, ale leniwym podpowiem (w kolejności od spodu):

Julian Tuwim Tłumaczenia poetyckie — kocham Tuwima szczerze i mój mąż o tym wie, więc z wyjazdu do Gdyni przywiózł mi ten piękny tom kupiony w przecenie. Cudo — wybór tłumaczeń z objaśnieniami rzeczowymi. Głównie Puszkin (Lutnia Puszkina) ale wcale nie tylko. Oczywiście nie powstrzymałam się i już czytam (uważny oglądacz zdjęcia zauważy zakładkę) zaznaczając sobie co piękniejsze kawałki (chwała niech będzie zakładeczkom post-it!).
Wydawnictwo Ossolineum, wybrał i opracował Tadeusz Januszewski.

Leszek Biały Źródło Mamerkusa — efekt wizyty w Empiku. Mąż wyszedł z Wyprawami Wikingów, ja ze Źródłem. Zachorowałam na tę powieść po kilku recenzjach na blogach:  przede wszystkim tej, oraz tej i tej. Ciągle się na tę książkę natykam w Internecie, ostatnio tutaj. W Empiku wzięłam do ręki, otworzyłam w kilku miejscach, przeczytałam trochę i już wiedziałam, że łatwo mnie od niej odessać nie będzie. Na szczęście Małżonek nie próbował i zaaprobował dodatkowe koszty. Źródło jest zresztą ładnie wydane, a przy takiej grubości (ponad 800 stron) i twardej oprawie, te 50 złotych to bardzo przyzwoita cena, ale niezależnie od tego, uznaję, że mam bardzo dobrego Męża.
Wydawnictwo Nowy Świat.

Rene Sedillot Moralna i niemoralna historia pieniądza — to podobno też mężowski prezent dla mnie, ale po wręczeniu zaraz zabrał i nie oddawał zanim nie przeczytał (no dobrze, czytałam wtedy co innego, ale fakt pozostaje faktem)… Temat bardzo ciekawy, książka od razu rzuciła nam się w oczy na wystawie księgarni. Lubię tę francuską szkołę historyków „życia codziennego” i na historię pieniądza ostrzę sobie zęby, ale dopiero jak będę miała trochę więcej czasu. Takich książek nie lubię czytać w tramwajach.
Wydawnictwo WAB.

Karel Capek Księga apokryfów — efekt środowej wizyty w księgarni „przelotem”. Ale nie liczę jej za nieplanowany zakup, bo wiedziałam że kupię odkąd dowiedziałam się o wznowieniu. Kocham tę książkę odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy (pewnie gdzieś na początku liceum). Od tamtej pory sięgałam po nią wiele razy, choćby po to, żeby przeczytać jedno opowiadanko, i nigdy mnie nie zawiodła. Teraz też, kiedy tylko rzuciłam okiem zachwyciłam się ponownie. Już teraz żałuję, że opowiadań jest tu tak mało. Czytam powolutku, co jakiś czas, w przerwach w nauce, bo inaczej wciągnęłabym w dwie godzinki. Szkoda tylko, że wydawnictwo odwaliło taką fuszerkę. Nie tylko z tym, o czym wspominałam we wstępie, niestety…
Wydawnictwo vis-a-vis — etiuda.

Ursula K. Le Guin Opowieści z Ziemiomorza — oszukaństwo, o którym wspomniałam na początku. Opowieści leżą na półce już od dłuższego czasu, a wyciągnięte na wierzch zostały, bo mam ostatnio coraz większą ochotę, żeby wrócić do świata Ziemiomorza. Nawet nie pamiętam, czy je kiedyś czytałam, czy nie. Teraz chcę przeczytać cały cykl zgodnie z chronologią wydarzeń. Ale to dopiero w ostatniej kolejności spośród przedstawionych.
Wydawnictwo Książnica.

No i tyle. Wiele sobie po tym stosiku obiecuję, kiedy już będę po egzaminach. Na razie sesja paraliżuje odrobinę blogową działalność, ale mam nadzieję wrócić do jakiej takiej regularności już po weekendzie. Póki co — trzymajcie za mnie kciuki…