Stosik prezentowy

Niektóre z Was zaczęły już pokazywać nowe styczniowe stosiki, a ja przecież ciągle nie pochwaliłam się (i — przede wszystkim — Mikołaja) gwiazdkowymi prezentami. W tym roku kochany święty przyniósł mi niemal same książki: całe dwanaście tytułów! Do tego dołożyłam jedną książeczkę w święta wypożyczoną i mam nie jeden stosik, a dwa:

Ułożyłam je sobie bardzo przemyślnie — po prawej powieści, a po lewej, wręcz przeciwnie, niepowieści. Sprytnie, prawda? Bardzo mnie cieszy to,  że oba stosy są prawie równe… No to jadziem, od lewej, od góry:

Mariusz Szczygieł „Zrób sobie raj”. To właśnie ta jedyna pożyczona. Czy zwierzałam się już tutaj że jestem najbezczelniejszą czechofilką? No to się zwierzam. Jako że autor też się do tej przypadłości przyznaje, a na dodatek postanowił w związku z tym napisać książkę o swoim ulubionym kraju, tak trochę dla przyjemności, a co za tym idzie zawrzeć w niej rzeczy różne, ale nieodmiennie interesujące. Nie mogłam się oprzeć. Co prawda Gottlandu jeszcze nie czytałam, ale na pewno to nadrobię, bo pisanie Szczygła uwodzi. Już przeczytana.

Leszek Kołakowski „Mini-wykłady o maksi-sprawach”, bo bardzo lubię Kołakowskiego i te teksty, a co więcej lubię do nich od czasu do czasu wracać i dzięki Mikołajowi mogę to zrobić w każdej chwili. Będę pewnie czytała tę książkę w przerwach między innymi, albo po prostu wtedy, kiedy będę miała ochotę. Bez przymusu, bez napinania się, dla przyjemności. Już się na to cieszę.

To, co widać niewyraźnie to „Pornografia” Lecha M. Nijakowskiego, a w podtytule: „historia, znaczenie, gatunki”. Mądry Mikołaj nie zostawił mi tego prezentu pod choinką (żeby nie zgorszyć starszej części rodziny), ale udało mu się go dostarczyć inaczej. Z czego bardzo się cieszę zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Czytałam już z tej serii Najstarszy zawód świata Marka Karpińskiego i bardzo mi się on podobał. Ta książka na pewno jest trochę bardziej naukowa niż tamta, ale i tak spodziewam się interesującej lektury. Postaram się zdać z niej relację (a jak mi wtedy wzrosną statystyki odwiedzin…).

„Kraina Zimnolubów” Tilmana Bünza (podtytuł: „Skandynawia dla początkujących”) to urocza książka o Skandynawii oczami Niemca. Trochę reportaż, trochę wspomnienia, trochę specyficzny przewodnik, a w sumie bardzo sympatyczna, dobrze napisana książka zawierająca multum ciekawostek. Polecam. Ja już ją kończę.

Niżej Mary Roach i jej „Duch”. Trzecia (i ostatnia z wydanych w Polsce, nie wiem jak z oryginalnymi) książka Mary Roach w moich łapkach. Dwie pozostałe (Bzyk i Sztywniak) przeczytałam z dużym apetytem i bardzo mi się podobały. Co prawda w tym przypadku temat wydaje mi się mniej fascynujący niż w tamtych, ale sądzę, że Mary Roach i w tym przypadku wciągnie mnie i rozbawi.

„Na plebanii w Haworth” Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej to ponad 500 stron biografii rodziny Bronte napisane przez świetną polską tłumaczkę literatury angielskiej (ja kocham ją za przekłady Jane Austen). Mam ogromny apetyt na tę książkę ale chyba jeszcze poczeka do wiosny. Myślę, ze muszę mieć więcej słońca, żeby w pełnym komforcie przenosić się na tamtejsze wrzosowiska…

Magda Umer i Andrzej Poniedzielski „Jak trwoga, to do bloga”. Kocham i Umer, i Poniedzielskiego, i program Chlip-Hop, a do tego wszystkiego jeszcze ich blog, więc trudno żebym przeszła obojętnie obok tej książki. Będę czytać na poprawę humoru i zakreślać ciekawe fragmenty (tego w Internecie zrobić nie idzie). A potem będę do niej wracać. A jak już będę w świetnym humorze, to obejrzę sobie „Chlip-Hop” i znowu będę trochę smętna. I tak w kółko. Taki mam plan.

A teraz po prawej, znowu od góry:

„Zapomniany ogród” Kate Morton wygląda niewinnie, ale to ponad 500 stron dość drobnym drukiem. Swego czasu sporo się o książkach Kate Morton naczytałam na blogach i chciałam sprawdzić, jak mi się spodobają jej powieści. Akurat tak się złożyło, że dostałam o Mikołaja od razu obie. Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że mi się spodobają. Bardzo mało czytam powieści z Australii i miło będzie to nadrobić.

Powieść „Kudłata” Doroty Berg to, według okładki historia antydepresyjna. Rzeczywiście, jest sympatyczna, nieźle napisana, czasami zabawna. Ma jedną przewagę nad setkami powieści kobiecych tego typu — bardzo pięknie pokazane jest w niej, że dla bohaterki najważniejsze są dzieci, a poszukiwanie wymarzonego faceta nie stanowi sensu jej życia. Odświeżające po tych wszystkich nieszczęsnych kopiach Bridget Jones, dla których dzieci były raczej zbędnym balastem… Poza tym książka raczej przeciętna, taka na trzy uśmiechy, jeden śmiech i szybkie zapomnienie. Jak można się domyślić — już przeczytana.

„Śnieg w Wenecji” Nicolasa Remina to Inspiracja blogowa. W dziewiętnastowiecznej Wenecji cesarzowa Sissi (!) i lokalny komisarz-szlachcic prowadzą śledztwo w sprawie morderstwa (i to nie jednego). Lubię książki historyczne, kryminały też lubię, a kryminały weneckie Donny Leon były dla mnie zeszłorocznym odkryciem. Zobaczymy jak będzie tym razem.

Na „Miasteczko Middlemarch” George Eliot (notabene również w tłumaczeniu pani Przedpełskiej-Trzeciakowskiej) miałam apetyt już dawno. Dwa tomy, w sumie ponad 900 stron, ale niesamowicie wciąga (miałam zajrzeć tylko na chwilę, a z trudem oderwałam się po rozdziale). Chciałabym przeczytać nie spiesząc się przesadnie, ale nie wiem, czy nie przyjdzie mi w takim wypadku czekać za długo. A zbyt długo pewnie nie wytrzymam…

Druga (w zasadzie chronologicznie pierwsza, ale u mnie druga) książka Kate Morton, „Dom w Riverton” kusiła mnie od kiedy tylko zobaczyłam ją w księgarni (notabene w dziale kryminałów). Tajemnica zbrodni z przeszłości na tle starego domu? Musiałam to mieć. I mam. Tym razem prawie 600 stron.

I na koniec „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro, dla odmiany tylko 300 stron i to dużym drukiem. Co nie znaczy, że mniej ciekawa. Kojarzycie na pewno film z Emmą Thompson i Anthonym Hopkinsem, mam nadzieję, że powieść jest równie dobra, a może nawet lepsza. Swoją drogą, moim zdaniem tytuł tej powieści został na polski przełożony genialnie.

Na koniec jeszcze jedna książka która cieszy nas (z mężem) niesamowicie:

Tam, z tyłu wystają. Widzicie je? To „Skrzaty” Wila Huygena z ilustracjami Riena Poortvlieta. Cudowne wspomnienie z dzieciństwa i nadal cudowna lektura. Pisała o nich ostatnio Kaprysia z Kapryśnika, tam też odsyłam wszystkich ciekawych co jest w środku. A są tam przecudne ilustracje, schematy, mapki i objaśnienia. A do tego skrzacie zwyczaje, legendy, piosenki (z nutami) i inne fantastyczne rzeczy. Bardzo, bardzo polecam, choć teraz to trochę biały kruk. Ale warto.

Tak, w telegraficznym (niemal) skrócie, przedstawiają się moje świąteczne łupy. Kochany ten Mikołaj. Czytania na dobre miesiące. Jeśli ktoś myśli, że to mnie powstrzyma przed kupowaniem następnych, to się grubo myli. Raz już mnie pociągnęło do antykwariatu, a teraz ciągnie na nowo i to do dwóch, bo w jednym mieli Etnologa w mieście grzechu Czubaja, a w drugim Młyn nad Flosą George Eliot (co nie znaczy, ze bym się tymi dwoma zadowoliła… Na razie dzielnie się trzymam, ale obawiam się, że następny stosik zaprezentuję wcześniej niż bym chciała.

 

Reklamy