Zapowiedzi na wiosnę

Pisałam już w poprzedniej notce, że chciałam zapowiedzi załatwić we wpisie zbiorowym z innymi drobiazgami, ale okazało się że jest ich za dużo. Zwyczajnie zapomniałam, że wielkimi krokami zbliża się Światowy Dzień Książki i wydawnictwa muszą się sprężyć, żeby jeszcze przed 23 kwietnia wydać możliwie dużo bestsellerów. I dobrze, bo dzięki temu zapowiedzi wydawnicze na najbliższe miesiące są bardzo obiecujące.

1. Mary Roach „Ale kosmos!”

Podtytuł: „Jak jeść, kochać się i korzystać z WC w stanie nieważkości”.

Tytuł oryginalny: „Packing For Mars. The Curious of Life in the Void”

Przekład: Maciek Sekerdej

Wydawnictwo: Autorka bestsellerów Bzyk, Sztywniak i Duch dotarła już wszędzie. Nic więc dziwnego, że na temat kolejnej książki wybrała wyprawę na Marsa.
Podróż w kosmos to nie tylko brak grawitacji i fenomenalny widok z okna, ale brak tego wszystkiego, co wydaje nam się niezbędne do życia: prywatności, świeżych owoców, gorących kąpieli i piwa. Jak można o znieść? Czy da się wytrzymać przez rok bez spacerów, uprawiania seksu i zapachu kwiatów? Co się stanie, jeśli w czasie spaceru w przestrzeni kosmicznej zwymiotujesz do hełmu? Mary Roach postanowiła znaleźć odpowiedź na te pytania. Od szkolenia jak korzystać z toalety na stacji kosmicznej do crash-testów nowych kapsuł ratunkowych NASA – autorka Bzyka na pewno znów was zaskoczy.

Ja: Przeczytałam już Bzyka i Sztywniaka, Duch jeszcze przede mną i chociaż słyszałam, że jest trochę gorszy od tamtych dwóch, to i tak zamierzam go przeczytać w oczekiwaniu na Ale kosmos!. Po prostu Mary Roach czyta się niesamowicie przyjemnie, a zakładając jeszcze, że można z jej książek wynieść jakąś (choćby minimalną) wiedzę na ciekawe tematy, trudno o lekturę bliższą doskonałości. Przynajmniej w momentach, kiedy nie mam ochoty na beletrystykę. A tak przy okazji, zwróciliście uwagę, że oryginalny tytuł jak zwykle lepszy?

Wydawnictwo Znak, wydanie planowane na 21 marca. Zapowiedź na stronie wydawcy.

2.Mark Logue, Peter Conradi „Jak zostać królem”

Tytuł oryginalny: „The King’s Speech”

Przekład: nie mam pojęcia kto

Wydawnictwo: Prawdziwa opowieść z życia brytyjskiej rodziny królewskiej. Jest rok 1936. Edward VIII abdykuje, by związać się z ukochaną Amerykanką, panią Simpson. Królem – Jerzym VI – zostaje niespodziewanie jego brat. Nowy monarcha ma jednak wielki problem: jąka się. Do wystąpień publicznych przygotowuje go australijski terapeuta mowy Lionel Logue. Zawiązują niezwykłą przyjaźń… Książka, oparta na pamiętnikach Logue’a, odsłania kulisy życia osobistego i rodzinnego Jerzego VI, ojca obecnej królowej Elżbiety II. Frapujące!

Ja: Nie wiem czy film powstał na bazie książki, czy może książka powstała przy okazji kręcenia filmu i jest tylko okazją do zarobku. Nie wiem, ale zamierzam pilnie wyglądać jej recenzji, bo bardzo jestem ciekawa czy warto po nią sięgnąć. Film bardzo mi się podobał i jeżeli książka jest na podobnym poziomie, to byłaby to świetna lektura rozrywkowa. Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie jest i zaczynam wypatrywać recenzji na blogach (może trafią się jakieś przedpremierowe).

Wydawnictwo Świat Książki, wydanie planowane na 2 marca. Zapowiedź ze strony Lubimy Czytać, bo dział zapowiedzi ŚK woła o pomstę do nieba.

3. Agnieszka Wójcińska „Reporterzy bez fikcji”

Wydawnictwo: „Ten zawód porywa, ale też strasznie rozrywa w środku. Wysysa, eksploatuje. Choć robię to z przyjemnością, psychicznie mnie to dużo kosztuje. (…) To jest jak praca kominiarza. On też może spaść z komina, ale wspina się wysoko i patrzy na świat z góry. To kapitalne. Naprawdę można mi pozazdrościć tej roboty”.
Jacek Hugo-Bader
„Kiedy ktoś mi coś opowiada, jestem wczepiona w to, co on mówi. Tak strasznie chcę się dowiedzieć. Ludzie wyczuwają, że nie rozmawiam z nimi, jak o sadzeniu kapusty. Przeżywam to, co mówią. To nie  jest wywiad, tylko rozmowa z drugą osobą, która musi zapomnieć, że jestem dziennikarką. Dlatego ten zawód jest niezbyt etyczny, ale  bez tego nie da się zrobić dobrego reportażu”.
Barbara Pietkiewicz
„Więc chcę pisać tak, by czytelnik stracił apetyt. By go zabolało, by poczuł strach, mróz albo smród. Żeby się ubrudził, porzygał albo popłakał z bezradności. Chciałbym, by czytelnik chociaż na chwilę wszedł w skórę bohatera. Żeby zadrżał i pomyślał: i mnie się to może przydarzyć”.
Wojciech Tochman

Ja: Co prawda Mój Ukochany Mąż jest zdania, ze nie lubię reportaży, ja jednak pozwalam sobie być innego zdania. Zresztą, lubię czy nie, wywiady z polskimi reporterami mogą być  naprawdę fascynujące. Bardzo jestem tej książki ciekawa, zwłaszcza, że wydawnictwu Czarne można ufać jeśli idzie o tę tematykę.

Wydawnictwo Czarne, wydanie planowane na 10 marca. Zapowiedź na stronie wydawcy.

4. Karel Čapek „Listy z podróży”

Tytuł oryginalny: „Cestopisy”

Przekład: Piotr Godlewski

Wydawnictwo: Najpierw jest podróż do Włoch (1923), rok później Čapek trafia na Wyspy Brytyjskie. W 1930 roku jedzie do Hiszpanii, w 1932 do Holandii, by cztery lata później odbyć w towarzystwie żony podróż na północ – do Skandynawii. Pięć podróży w ciągu piętnastu lat, w czasie gdy zbierały się nad Starym Kontynentem coraz ciemniejsze chmury. Ale pisarz, na przekór oganiającemu Europę szaleństwu nacjonalizmów, głosi pochwałę odmienności. Kochać świat – oto jego motto – z różnymi językami i odcieniami skóry, z tysiącami tańców i gatunków wina, z mnogością krain, spośród których każda ma osobny sposób na życie i innego Boga. Świat urzeka Čapka tak bardzo, że aby go właściwie opisać, słowa wspomaga rysunkami. We Włoszech zachwyca się kotami na trawniku w Rzymie i malarstwem Giotta. Wielka Brytania ujmuje go starymi drzewami i angielską mentalnością. W Hiszpanii opisuje dostojne kobiety w mantylach, przerażającą corridę oraz czyszczenie butów, które przybrało postać tańca lub obrzędu. Holandię postrzega jako przyjemny, malowniczy kraj, który z mieszczańskiego spokoju wyrwał Rembrandt. Skandynawia zadziwia go ufnością ludzi i rozległymi pustkowiami. Čapek ujmuje poczuciem humoru i wrażliwością – aż chce się wyruszyć tak jak on: w podróż, której trasę wyznaczy ślepy los.

Ja: Uwielbiam Čapka za Księgę apokryfów i (z zupełnie innej beczki) Daszeńkę. Jest mądry, dowcipny, dobrze pisze, a na dodatek to przecież jeden z ojców science fiction. No i twórca słowa „robot”, oczywiście. Jak więc mogłabym przejść obojętnie obok Listów z podróży, skoro nawet w nocie wydawniczej mowa jest o tym, że autor zachwycił się rzymskimi kotami… Już czuję, ze te listy będą cudowne i nie mogę się doczekać.

Wydawnictwo W.A.B., wydanie planowane na kwiecień. Zapowiedź na stronie wydawcy.

5. Lucy Maud Montgomery „Ania z Wyspy Księcia Edwarda”

Tytuł oryginalny: domyślam się, że to polski przekład ksiażki „The Blythes are Quoted”

Przekład: a cholera ich wie…

Wydawca: Ostatni tom serii powieści o Ani Shirley wydany w pełnej, nie okrojonej wersji, w zgodzie z oryginalnym maszynopisem przekazanym przed laty kanadyjskiemu wydawcy przez autorkę. Do tej pory skrócona o około 100 stron książka dostępna była w sprzedaży (również w Polsce – Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009) pod tytułem Spełnione marzenia. Usunięte z poprzednich edycji tytułu strony rzucają nowe światło na historię wielu bohaterów cyklu. To znakomita lektura dla młodych i nieco starszych czytelników.

Ja: To ciekawe uczucie czekać na nowość autorstwa pisarki, która nie żyje od ponad pół wieku (popełniła zresztą samobójstwo tego samego dnia, którego oddała wydawcy rękopis tej powieści). Jeśli tak jak przypuszczam (bo na stronie wydawnictwa praktycznie nic na ten temat nie da się znaleźć) chodzi tutaj o książkę The Blythes are Quoted, to jest to zbiór opowiadań mówiących o czasach przed i po Wielkiej Wojnie, aż do wybuchu II Wojny Światowej. Tematyka opowiadań jest podobno zdecydowanie bardziej mroczna niż w poprzednich książkach autorki (informacje o książce zaczerpnięte z Wikipedii). Wariują z tytułami w tej serii, swoją drogą „Ania z Wyspy” to przecież angielski tytuł części, która u nas wyszła jako „Ania na Uniwersytecie”…

Wydawnictwo Literackie, wydanie planowane na czerwiec. Zapowiedź na stronie wydawcy.

6. Donna Leon „Dziewczyna z jego snów”

Tytuł oryginalny: „The Girl of His Dreams”

Przekład: Marek Fedyszak

Wydawnictwo: Komisarza Brunettiego odwiedza ksiądz Antonin, znany mu jeszcze z dzieciństwa, zaniepokojony sytuacją pewnego młodego człowieka, na którego naiwności jakoby żeruje pazerny oszust podający się za kaznodzieję i przywódcę grupy religijnej.
Jednak cała ta historia odchodzi w cień, gdy Brunetti wraz z inspektorem Vianello wyławiają z kanału zwłoki jedenastoletniej dziewczynki, prawdopodobnie złodziejki, jeśli sądzić po odnalezionych przy niej skradzionych przedmiotach. Ślady prowadzą do cygańskiego obozowiska. Jednak zarówno tam, jak i w bogatym weneckim domu komisarzowi przyjdzie się zmagać z głęboko zakorzenionymi uprzedzeniami i z tajemnicami, których ludzie dochowują, aby chronić swoje dzieci, nawet całkiem niewinne. Jakby się bali, że spadnie na nie kara za grzechy innych. Czy ponowne spotkanie z padre Antoninem pomoże choć trochę ukoić zszarpane nerwy Brunettiego?
Jak podsumował recenzent Evening Standard: „Dziewczyna z jego snów stanowi trafną analizę więzi rodzinnych oraz w trzeźwy sposób ukazuje wady i zalety poprawności politycznej”.

Ja: Donna Leon to moje „kryminalne” odkrycie zeszłego roku i chociaż na połce czekają na mnie jeszcze dwie jej powieści, a kilka innych czai się w księgarniach i antykwariatach, to i tak cieszę się z każdej nowej książki wydanej w tej serii (zwłaszcza, że w tej kieszonkowej wersji są naprawdę niedrogie). Komisarz Brunetti jest jednym z moich ulubionych literackich detektywów i na pewno Dziewczyna z jego snów trafi prędzej czy później na moją półkę.

Wydawnictwo Noir sur Blanc, wydanie planowane na marzec. Zapowiedź na stronie wydawcy.

7. Konstandinos Kawafis „Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż…”

Podtytuł: wiersze wybrane w przekładzie Antoniego Libery

Przekład: Antoni Libera

Wydawca: Niniejszy wybór proponuje polskiemu czytelnikowi nową, zupełnie inną lekcję przekładu tej krystalicznej poezji, autorstwa Antoniego Libery, znawcy i tłumacza twórczości Samuela Becketta, poezji Hölderlina, dramatów Wilde’a i Makbeta Shakespeare’a.
„Poezja Kawafisa urzekła mnie od pierwszej lektury, a zadecydowały o tym takie jej cechy jak szczególna prostota i oszczędność języka, wysublimowana kolokwialność wyrazu, subtelna i wszechobecna ironia oraz dojmująca melancholia na tle przemijania i nietrwałości zarówno uczuć, jak i dzieł ludzkich rąk. Z dziesiątków scen, impresji i mini-opowieści wyłaniał się sugestywny obraz samotnego poety, przemierzającego wolnym krokiem »zmierzchającą« Aleksandrię – widmowe, zdegradowane miasto, kryjące pod powierzchnią plebejskiej tandety tajemnicę i skarby dawnej »arystokratycznej« świetności”.
Ze wstępu Antoniego Libery

Ja: Na Kawafisa natknęłam się po raz pierwszy dzięki Zespołowi Reprezentacyjnemu i piosence „W karczmie nad morzem” (w przekładnie C. M. Casasa). Potem znalazłam w domu zbiór jego wierszy i spodobały mi się. Nie został nagle moim ulubionym poetą, ale po prostu dobrze mi się go czytało. Bardzo chętnie sprawdzę jak go odbiorę w nowym tłumaczeniu i po kilku dobrych latach.

Wydawnictwo Znak, wydanie planowane na 28 marca. Zapowiedź na stronie wydawnictwa.

8. Mariusz Szczygieł „Niedziela, która zdarzyła się w środę”

Wydawnictwo: „Szczygieł łapie czas jak nikt inny nasycając swoje teksty choćby marzeniem bohaterki, by za odprawę z pracy kupić synowi ‚kurtkę z koca’. Słucha wszystkich, jeżeli kogoś zawstydza, to tylko czytelnika, bo każe myśleć i mieć oczy szerzej otwarte. Jeżeli w przyszłości historycy będą chcieli się dowiedzieć czegoś o Polsce lat dziewięćdziesiątych, współczesna literatura piękna nie da im za dużo, książka Szczygła – bardzo wiele”.
Paweł Dunin-Wąsowicz, „Machina” (1997)
Za kilka lat ta książka będzie pewnie ważnym dokumentem historycznym o czasach, które badacze nazywają okresem transformacji.  Bohaterowie reportaży Mariusza Szczygła są niczym marionetki, których losem pociągają niezrozumiałe wypadki. Te wypadki to nie choroba, śmierć, czy powódź. To: demokracja, rynek, prywatyzacja, popyt i podaż.
Paweł Śpiewak, „Życie” (1997)
Przyszłość już nadeszła, owe kilka lat minęło dawno. (Niedziela, która zdarzyła się w środę wyszła pod koniec 1996 roku). Uznaliśmy, że dziś jest to już książka historyczna. Połączyliśmy więc teksty ze zdjęciami wybitnej fotografki Anny Beaty Bohdziewicz, która od 1981 roku prowadzi swój Fotodziennik.
„Miałem szczęście być świadkiem, kiedy pewnym ludziom w środę przydarzyła się niedziela.To moja pierwsza reporterska książka. Z czasów, kiedy uwielbiałem pisać o Polsce, kiedy nie prowadziłem jeszcze talk-show w telewizji i kiedy nie miałem pojęcia, że pojadę w jakimkolwiek celu do Czech. Są to reportaże o przeciętności, bo sam pochodzę z przeciętnego miasteczka i, jak mówi mój tata Jerzy Szczygieł, to piękne być przeciętnym. Nowa Polska po upadku komuny postawiła przed przeciętnymi nieprzeciętne zadanie. Dlatego proszę potraktować tę książkę jako relację z zawodów w utrzymywaniu się na powierzchni”.
Mariusz Szczygieł (rok 2011)

Ja: Polubiłam Szczygła za reportaże w prasie, po przeczytaniu Zrób sobie raj i Gottlandu lubie go jeszcze bardziej. Podoba mi  się jego styl i dystans przy jednoczesnym cieple i poczucie humoru. To rzadka kombinacja cech, więc do Szczygła mam zamiar przyczepić się na stałe i czytać to, co napisze. Na razie zaczynam od jego bloga, ale już czekam na Niedzielę…

Wydawnictwo Czarne, wydanie planowane na 4 maja. Zapowiedź na stronie wydawcy.

9. „Wielka księga fantastycznego humoru”, tom I

Tytuł oryginalny: „The Mammoth Book of Seriously Comic Fantasy”

Przekład: Dominika Schimscheiner, Marcin Mortka

Wydawca: Uwaga! Przedawkowanie grozi zerwaniem boków. Na wszelki wypadek miej w pobliżu coś nudnego.
W tej antologii znajdziecie tylko dwie poważne strony: przedmowę i stopkę redakcyjną.
Bo w fantastyce chodzi też o to, by czasami po prostu wyszczerzyć się jak stare grabie i zarżeć jak zdrowy wałach na widok koniczyny.
Jakie były prawdziwe konsekwencje wynalezienia sztucznego ognia nie-od-pioruna i dlaczego Sapiensy to nonsensy? A może interesuje was zagadka Kuby Obcinacza i jego rola w budowie drakkara zwanego Naglfarem? Dlaczego Szatan pije margeritę, a zjednoczenie z elfami kończy się konsumpcją? Czy to prawda, że Royal Navy w wojnie z flotą Napoleona korzystała z technologii UFO?
Aha, uważajcie na Obcych, którzy wiedzą absolutnie wszystko! Macie czyste gatki?

Ja: Lubię humorystyczną fantastykę, lubię dobre antologie, a jakoś tak się składa, że te dobre to najczęściej te zachodnie. Mamutowi pod tym względem raczej ufam (czy może daję kredyt zaufania), a nazwiska autorów wydają się kuszące. Może jest najmniej wyczekiwana z wszystkich, ale będę uważnie śledzić recenzje, żeby sprawdzić czy nie warto po nią sięgnąć. Mam nadzieję, że warto. A swoją drogą okładka paskudna, nawet jak na Fabrykę

Wydawnictwo Fabryka Słów, wydanie planowane na marzec. Zapowiedź na stronie wydawcy.

10. I inne…

Wydawnictwo W.A.B. planuje na marzec kolejną książkę Mariusza Czubaja Kołysanka dla mordercy (szczegóły tutaj). Nie czytałam poprzednich jego książek (ani wspólnych z Krajewskim, ani samodzielnej), ale do 21:37 przymierzam się od jakiegoś czasu. Kołysanka to kolejna powieść z Rudolfem Heinzem — profilerem. Na maj to samo wydawnictwo planuje nowego Mankella. Powrót nauczyciela tańca to książka bez komisarza Wallandera, co pewnie zagorzałych zwolenników stetryczałego policjanta zniechęci, mnie za to mocno zachęca do przeczytania. Podobno są tacy, którzy twierdzą, że ta powieść jest lepsza niż te z cyklu wallanderowskiego (szczegóły tutaj).

Z innej beczki z kolei, Wydawnictwo Literackie nadal zajmuje segment powieści-o-pięknych miejscach-na-świecie-do-których-warto-pojechać-żeby-zacząć-od-nowa-(z-silnymi-akcentami-kulinarnymi). Peter Pezzelli (ten od Kuchni Franceski) ciekawi mnie od jakiegoś czasu, a w marcu ma wyjść jego Villa Mirabella (szczegóły). Rhode Island jako miejsce nowego startu w życiu to chyba nowość w tego typu literaturze, ale jeśli nie sięgnę po Franceskę, to chętnie sprawdzę jak się w tej roli sprawdza. Z kolei Marlena de Blasi (ta od Tysiąca dni w…) po Smakach południowej Italii zaskakuje swoich miłośników Smakami północnej Italii (nikt się nie spodziewał…) — planowane wydanie w kwietniu. O poprzedniej słyszałam dobre opinie, a jakoś po toskańskich wakacjach coś mnie w tamtą stronę ciągnie (chociaż żarcie było paskudne), więc na północną Italię chętnie się skuszę (więcej o książce tutaj). Obie książki mam nadzieję przeczytać dając je wcześniej komuś w prezencie, a potem pożyczając. W przypadku de Blasi zacznę chyba od podarowania cyklu tysiącdniowego, mam nadzieję, że się spodoba (uważaj, moja ulubiona Matko).

Muza planuje na marzec Opowieść o Darwinie Irwinga Stone’a (szczegóły). Darwin jest ostatnio na topie ale niezależnie od tego zawsze mnie interesował, a Pasja życia tego autora zrobiła na mnie kiedyś duże wrażenie, mam więc nadzieję, że i Darwin kiedyś do mnie trafi. Z innego gatunku Muza proponuje drugi tom z serii o Drużynie A — Złą krew Arne Dahla. I mimo, że to nie ta Drużyna A, to miłe skojarzenia mnie do tych książek ciągną (szczegóły tutaj)

Prószyński i S-ka zaciekawił mnie dwoma zupełnie różnymi książkami i przy obu nie mam zielonego pojęcia czemu mam ochotę je przeczytać. Pierwsza to Podróż Turila Michaela Marcusa Thurnera (szczegóły) — science fiction z tej ich nowej serii Nowa Fantastyka. Dokładnie nic o niej nie wiem, ale blurb mnie zainteresował. Druga z kolei to Między nami nowojorczykami Cathleen Schine (więcej tutaj) z psami i Manhattanem w roli głównej. Tę na pewno kupię w prezencie znajomej miłośniczce psów i przeczytam potem.

Runa planuje wreszcie wydać czwarty tom Kronik Drugiego Kręgu Ewy Białołęckiej pt. Czas złych baśni (szczegóły). Lubię tę serię, a na kolejny tom trochęśmy się naczekali, więc bardzo jestem ciekawa czy plany się ziszczą. Przy okazji, miłośników Kuby Ćwieka informuję, że w planach jest też druga część Ofensywy Szulerów. Z kolei miłośnicy kryminałów i thrillerów powinni ucieszyć się z drugiej części trylogii Leifa GW Perssona pt. W innym czasie w innym życiu (wyd. Czarna Owca) i z nowej książki Tess Gerrritsen — Ciało (wyd. Albatros, informacja za Lubimy Czytać).

 

Reklamy

Stosik prezentowy

Niektóre z Was zaczęły już pokazywać nowe styczniowe stosiki, a ja przecież ciągle nie pochwaliłam się (i — przede wszystkim — Mikołaja) gwiazdkowymi prezentami. W tym roku kochany święty przyniósł mi niemal same książki: całe dwanaście tytułów! Do tego dołożyłam jedną książeczkę w święta wypożyczoną i mam nie jeden stosik, a dwa:

Ułożyłam je sobie bardzo przemyślnie — po prawej powieści, a po lewej, wręcz przeciwnie, niepowieści. Sprytnie, prawda? Bardzo mnie cieszy to,  że oba stosy są prawie równe… No to jadziem, od lewej, od góry:

Mariusz Szczygieł „Zrób sobie raj”. To właśnie ta jedyna pożyczona. Czy zwierzałam się już tutaj że jestem najbezczelniejszą czechofilką? No to się zwierzam. Jako że autor też się do tej przypadłości przyznaje, a na dodatek postanowił w związku z tym napisać książkę o swoim ulubionym kraju, tak trochę dla przyjemności, a co za tym idzie zawrzeć w niej rzeczy różne, ale nieodmiennie interesujące. Nie mogłam się oprzeć. Co prawda Gottlandu jeszcze nie czytałam, ale na pewno to nadrobię, bo pisanie Szczygła uwodzi. Już przeczytana.

Leszek Kołakowski „Mini-wykłady o maksi-sprawach”, bo bardzo lubię Kołakowskiego i te teksty, a co więcej lubię do nich od czasu do czasu wracać i dzięki Mikołajowi mogę to zrobić w każdej chwili. Będę pewnie czytała tę książkę w przerwach między innymi, albo po prostu wtedy, kiedy będę miała ochotę. Bez przymusu, bez napinania się, dla przyjemności. Już się na to cieszę.

To, co widać niewyraźnie to „Pornografia” Lecha M. Nijakowskiego, a w podtytule: „historia, znaczenie, gatunki”. Mądry Mikołaj nie zostawił mi tego prezentu pod choinką (żeby nie zgorszyć starszej części rodziny), ale udało mu się go dostarczyć inaczej. Z czego bardzo się cieszę zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Czytałam już z tej serii Najstarszy zawód świata Marka Karpińskiego i bardzo mi się on podobał. Ta książka na pewno jest trochę bardziej naukowa niż tamta, ale i tak spodziewam się interesującej lektury. Postaram się zdać z niej relację (a jak mi wtedy wzrosną statystyki odwiedzin…).

„Kraina Zimnolubów” Tilmana Bünza (podtytuł: „Skandynawia dla początkujących”) to urocza książka o Skandynawii oczami Niemca. Trochę reportaż, trochę wspomnienia, trochę specyficzny przewodnik, a w sumie bardzo sympatyczna, dobrze napisana książka zawierająca multum ciekawostek. Polecam. Ja już ją kończę.

Niżej Mary Roach i jej „Duch”. Trzecia (i ostatnia z wydanych w Polsce, nie wiem jak z oryginalnymi) książka Mary Roach w moich łapkach. Dwie pozostałe (Bzyk i Sztywniak) przeczytałam z dużym apetytem i bardzo mi się podobały. Co prawda w tym przypadku temat wydaje mi się mniej fascynujący niż w tamtych, ale sądzę, że Mary Roach i w tym przypadku wciągnie mnie i rozbawi.

„Na plebanii w Haworth” Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej to ponad 500 stron biografii rodziny Bronte napisane przez świetną polską tłumaczkę literatury angielskiej (ja kocham ją za przekłady Jane Austen). Mam ogromny apetyt na tę książkę ale chyba jeszcze poczeka do wiosny. Myślę, ze muszę mieć więcej słońca, żeby w pełnym komforcie przenosić się na tamtejsze wrzosowiska…

Magda Umer i Andrzej Poniedzielski „Jak trwoga, to do bloga”. Kocham i Umer, i Poniedzielskiego, i program Chlip-Hop, a do tego wszystkiego jeszcze ich blog, więc trudno żebym przeszła obojętnie obok tej książki. Będę czytać na poprawę humoru i zakreślać ciekawe fragmenty (tego w Internecie zrobić nie idzie). A potem będę do niej wracać. A jak już będę w świetnym humorze, to obejrzę sobie „Chlip-Hop” i znowu będę trochę smętna. I tak w kółko. Taki mam plan.

A teraz po prawej, znowu od góry:

„Zapomniany ogród” Kate Morton wygląda niewinnie, ale to ponad 500 stron dość drobnym drukiem. Swego czasu sporo się o książkach Kate Morton naczytałam na blogach i chciałam sprawdzić, jak mi się spodobają jej powieści. Akurat tak się złożyło, że dostałam o Mikołaja od razu obie. Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że mi się spodobają. Bardzo mało czytam powieści z Australii i miło będzie to nadrobić.

Powieść „Kudłata” Doroty Berg to, według okładki historia antydepresyjna. Rzeczywiście, jest sympatyczna, nieźle napisana, czasami zabawna. Ma jedną przewagę nad setkami powieści kobiecych tego typu — bardzo pięknie pokazane jest w niej, że dla bohaterki najważniejsze są dzieci, a poszukiwanie wymarzonego faceta nie stanowi sensu jej życia. Odświeżające po tych wszystkich nieszczęsnych kopiach Bridget Jones, dla których dzieci były raczej zbędnym balastem… Poza tym książka raczej przeciętna, taka na trzy uśmiechy, jeden śmiech i szybkie zapomnienie. Jak można się domyślić — już przeczytana.

„Śnieg w Wenecji” Nicolasa Remina to Inspiracja blogowa. W dziewiętnastowiecznej Wenecji cesarzowa Sissi (!) i lokalny komisarz-szlachcic prowadzą śledztwo w sprawie morderstwa (i to nie jednego). Lubię książki historyczne, kryminały też lubię, a kryminały weneckie Donny Leon były dla mnie zeszłorocznym odkryciem. Zobaczymy jak będzie tym razem.

Na „Miasteczko Middlemarch” George Eliot (notabene również w tłumaczeniu pani Przedpełskiej-Trzeciakowskiej) miałam apetyt już dawno. Dwa tomy, w sumie ponad 900 stron, ale niesamowicie wciąga (miałam zajrzeć tylko na chwilę, a z trudem oderwałam się po rozdziale). Chciałabym przeczytać nie spiesząc się przesadnie, ale nie wiem, czy nie przyjdzie mi w takim wypadku czekać za długo. A zbyt długo pewnie nie wytrzymam…

Druga (w zasadzie chronologicznie pierwsza, ale u mnie druga) książka Kate Morton, „Dom w Riverton” kusiła mnie od kiedy tylko zobaczyłam ją w księgarni (notabene w dziale kryminałów). Tajemnica zbrodni z przeszłości na tle starego domu? Musiałam to mieć. I mam. Tym razem prawie 600 stron.

I na koniec „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro, dla odmiany tylko 300 stron i to dużym drukiem. Co nie znaczy, że mniej ciekawa. Kojarzycie na pewno film z Emmą Thompson i Anthonym Hopkinsem, mam nadzieję, że powieść jest równie dobra, a może nawet lepsza. Swoją drogą, moim zdaniem tytuł tej powieści został na polski przełożony genialnie.

Na koniec jeszcze jedna książka która cieszy nas (z mężem) niesamowicie:

Tam, z tyłu wystają. Widzicie je? To „Skrzaty” Wila Huygena z ilustracjami Riena Poortvlieta. Cudowne wspomnienie z dzieciństwa i nadal cudowna lektura. Pisała o nich ostatnio Kaprysia z Kapryśnika, tam też odsyłam wszystkich ciekawych co jest w środku. A są tam przecudne ilustracje, schematy, mapki i objaśnienia. A do tego skrzacie zwyczaje, legendy, piosenki (z nutami) i inne fantastyczne rzeczy. Bardzo, bardzo polecam, choć teraz to trochę biały kruk. Ale warto.

Tak, w telegraficznym (niemal) skrócie, przedstawiają się moje świąteczne łupy. Kochany ten Mikołaj. Czytania na dobre miesiące. Jeśli ktoś myśli, że to mnie powstrzyma przed kupowaniem następnych, to się grubo myli. Raz już mnie pociągnęło do antykwariatu, a teraz ciągnie na nowo i to do dwóch, bo w jednym mieli Etnologa w mieście grzechu Czubaja, a w drugim Młyn nad Flosą George Eliot (co nie znaczy, ze bym się tymi dwoma zadowoliła… Na razie dzielnie się trzymam, ale obawiam się, że następny stosik zaprezentuję wcześniej niż bym chciała.

 

Po Dniu Książki

Oczywiście i ja nie zdołałam się powstrzymać od książkowych zakupów z okazji Dnia Książki. Owszem, rozumiem opinie, że dla prawdziwego miłośnika książek Dzień Książki jest codziennie, ale bądźmy szczerzy — promocje kuszą. A poza tym po prostu lubię to książkowe święto, pozwalające oddać się błogiemu lenistwu z prostym wytłumaczeniem: przecież świętuję.

W tym roku skusiliśmy się na promocję w Matrasie (wszystkie książki 30% taniej). Ograniczyłam się do trzech książek, bo już wcześniej skorzystaliśmy z promocji w Znaku (dzięki, Tato!), też z okazji Dnia Książki. Kropkę nad „i” książkowych zakupów w tym miesiącu stanowił dzień wczorajszy i poszukiwanie prezentu dla znajomych, do których szliśmy z wizytą — zdecydowaliśmy się na książki. A wiadomo jak się kończy wpadanie do księgarni z mężem (efekt: ja-1, Marcin-1, więc książkowo remis). Mówiąc tak całkowicie szczerze, to mam nadzieję, że to był koniec kwietniowych zakupów, chociaż pani w Matrasie zrobiła wyłom w naszej silnej woli przypominając nam, że promocja (sporo książek 25% taniej) trwa u nich tylko do piątku… Po kliknięciu na zdjęcie można zobaczyć powiększenie. A poniżej tradycyjnie już (w końcu po raz drugi) kilka zdań o książkach w stosiku (zaczynając od góry).

Karin Fossum i jej Nie oglądaj się, to efekt Znakowej promocji, a dokładniej mojej słabej woli, bo zupełnie jej nie planowałam i wpadła do koszyka (w sensie szerszym, bo zamówienie zbiorcze składał mój Ojciec, a ja tylko napisałam mu w mailu co my chcemy…)  w całkiem ostatniej chwili. Sporo o Fossum czytałam na Waszych blogach, głównie opinii pozytywnych. Co prawda wcale nie jestem pewna, czy i mnie się spodobają jej książki, ale uznałam, że warto spróbować.
Wydawnictwo Znak.

Zupa z ryby fugu z kolei, to zupełnie odwrotna sytuacja. Wiedziałam, że chcę ją mieć, bo chcę mieć wszystkie książki Szwai, która nieodmiennie mnie bawi i podnosi na duchu, a przede wszystkim świetnie się czyta. Pierwszy i najłatwiejszy do wybrania zakup z okazji Dnia Książki. Zupa jest już przeze mnie przeczytana, teraz czyta Ukochany Małżonek, a w kolejce czeka jeszcze moja Ulubiona Matka. Szwaję lubimy (jak widać) rodzinnie. Postaram się na dniach wrzucić jej recenzję na blog, a na razie mogę powiedzieć, że to raczej książka w typie Gosposi prawie do wszystkiego niż wcześniejszych książek autorki. Zdecydowanie wolałam kiedy Szwaja nie poruszała ważnych i żywotnych tematów i nie zaludniała swoich książek ludźmi niesympatycznymi. U tych miłych i porządnych też było dużo perypetii do opisania… Aha, dodatkowa mała pretensja do wydawnictwa SOL: napis na grzbiecie znowu jest w złą stronę. No jak tak można…?
Wydawnictwo SOL.

Dwie książki Mary Roach są  kolei efektem zamiłowania mojego Drogiego Ojca do oszczędności. Poprosiłam go w mailu o jedną tylko książkę pani Roach, a dwie w pakiecie tylko wtedy, kiedy zabraknie nam trochę do kwoty przy której nie płaci się za przesyłkę. Albo zabrakło, albo po prostu mam bardzo dobrego Tatusia. W sumie trochę żałuję, że nie podrzuciłam mu też linka do kompletu trzech książek autorki… Ale wtedy jeszcze nie byłam pewna, czy mi się spodobają. Teraz już jestem po lekturze Bzyka i w połowie Sztywniaka i wiem to doskonale. Szczerze polecam wszystkim, a recenzję Bzyka też postaram się dodać niedługo.
Wydawnictwo Znak.

Niżej na stosiku książka, którą znam bardzo dobrze, czyli Pan raczy żartować, panie Feynman! Richarda P. Feynmana (tego od kwantów i kwarków). Znowu łup z promocji Znaku, a jednocześnie książka, którą bardzo chcieliśmy mieć na własność (a nowe wydanie nam to umożliwiło). To naprawdę niesamowita książka, spokojnie mogę powiedzieć, że jedna z moich ulubionych w ogóle. Autobiografia (powiedzmy, bo tak naprawdę wspomnienia zostały wysłuchane i spisane przez kogo innego) niesamowitego człowieka, dzięki której trochę inaczej spojrzałam na świat. Naprawdę. A drugą część (A co ciebie obchodzi co myślą inni?) też sobie kiedyś kupimy.

Kolejna pozycja, to następny matrasowy łup z okazji Dnia Książki: Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy. Kupiona w zasadzie w ciemno (chociaż od napisania notki z kwietniowymi zapowiedziami dowiedziałam się o autorce nieco i przeczytałam jedną pozytywną recenzję tej książki), bo tak naprawdę do zakupu przekonał mnie fakt, że autorka była scenarzystką serialu Tata, a Marcin powiedział… A poza tym książka wygląda bardzo apetycznie i od swojej rywalki (Podejrzenia pana Whichera) była sporo tańsza.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia.

Niżej Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek Mary Ann Shaffer i Anne Barrows. Również łup zakupów z okazji Dnia Książki, również już przeczytany (jak Szwaja). Czytałam wcześniej sporo entuzjastycznych recenzji na blogach i spokojnie mogę się z większością zgodzić. Nie jest to może bardzo głęboka książka, ale czytało mi się ją z niesamowitą przyjemnością. Mam nadzieję, że jej recenzja też niedługo zawiśnie na blogu (tak te recenzje publicznie zapowiadam, żeby się trochę zmobilizować do pisania…). Szczerze polecam.
Wydawnictwo Świat Książki.

Na samym spodzie efekt nierozważnego wstąpienia do księgarni wczoraj. Marcin wypatrzył mi drugi (po Śmierci na Nilu) zbiór opowiadań Connie Willis: Niebieski księżyc. Szczerze lubię tę autorkę, poprzedni tom opowiadań był naprawdę dobry, a cała ta seria to naprawdę „The Best of” biorąc pod uwagę ilość nagród i nominacji, jakie Connie Willis zebrała ze te opowiadania. Co prawda jeszcze nie czytałam, ale jeżeli ktoś lubi fantastykę, to polecam w ciemno.
Wydawnictwo Solaris.

PS. W ramach bonusu i udowodnienia, że nie tylko ja nałogowo kupuję książki prezentuję też mężowski kwietniowy stosik wojenny (ma też cywilny, ale się nie przyznaje). Do obejrzenia po lewej (a szczegóły u niego na blogu). Jakoś tak się składa, że raczej nie podbieram mu książek tego typu, chociaż pewnie prędzej czy później przekonam się do O’Briana.

PPS. Z zaprezentowanych wcześniej kwietniowych zapowiedzi mam już (razem z Niewidocznymi akademikami kupionymi wcześniej) pięć pozycji z dziewięciu. Czaję się jeszcze na chociaż jedną, ale i tak jest chyba dobrze?

PPPS. Po blogach zaczyna krążyć nowe wyzwanie czytelnicze: kraje nordyckie (tutaj). Śledzę blog wyzwania z mieszanymi uczuciami — czy tylko się przyglądać, czy może wziąć udział. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony „region czytelniczy”, ale i bez wyzwania sporo ostatnio nordyckich książek wpada mi w ręce… Co bym nie zdecydowała i tak dzięki dla organizatorki wyzwania.

Kwietniowe zapowiedzi

I znowu zamiast siąść do recenzji Dysku zaczęłam zupełnie nieodpowiedzialnie czytać zapowiedzi wydawnicze na ten miesiąc. Wszystko przez to, że podczas wczorajszej wizyty w księgarni (jestem bogatsza o dwie antykwaryczne Anie i  Deja Dead Kathy Reichs) wzięłam sobie do przejrzenia foldery Bellony i Prószyńskiego. A potem tylko chciałam zajrzeć na kilka innych stron, żeby sprawdzić co u nich… A trochę tego jest, w tym nawet kilka, które mnie zainteresowały. Tym razem wyliczanka ma 9 pozycji. Bardzo jestem ciekawa co z tego sobie kupię…

1. Terry Pratchett „Niewidoczni akademicy”, Prószyński i S-ka

Wydawnictwo: Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy – niezależnie od wieku i statusu społecznego – przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…

Ja: Po prostu dlatego, że Pratchett poniżej pewnego poziomu nie schodzi, a ja go uwielbiam w każdym nieomal przejawie. Podobno fani Pratchetta dzielą się na tych, którzy wolą jego wcześniejsze książki i na tych, którzy wolą późniejsze. Ponieważ zdecydowanie zaliczam się do tych drugich, to z niecierpliwością czekam na możliwość przeczytania, co też autor napisze o footballu? Kino, rock, hipermarkety, pocztę (i wiele innych) już opisał i ogromnie mi się to podobało. Zdecydowane najważniejsza dla mnie nowość tego miesiąca.

2. Monika Szwaja „Zupa z ryby fugu”, Sol

Wydawnictwo: Ryba fugu jest bardzo smaczna, ale jeśli będziemy obchodzić się z nią nieostrożnie – możemy otruć siebie i współbiesiadników. Na śmierć. Podobnie z naszym życiem. Jest ono jak potrawa dla inteligentnych. Trzeba zawsze myśleć o tym, co robimy, jakie decyzje podejmujemy – choćby targały nami szekspirowskie zgoła emocje – inaczej może się tak zdarzyć, że ktoś (my sami?) zapłaci wysoką cenę za nasz brak rozwagi. Kobieta chce mieć dziecko – czy to zbyt wielkie żądanie? Chce być matką – czy jest w tym coś złego? Wykorzystuje możliwości, które daje współczesna nauka – po to jest nauka! W pewnym momencie jednak schodzi z bezpiecznej ścieżki – emocje wzięły górę, rozum zasnął, obudziły się upiory. Kobieta podejmuje decyzje, nie licząc się z nikim. Ważne jest tylko osiągnięcie celu. Młoda dziewczyna, studentka – rozsądna, inteligentna, zrównoważona – chce studiować na mało opłacalnym kierunku, dla własnej satysfakcji teraz i w przyszłości. Jest osamotniona w swoich dążeniach, rodzice widzieliby ją na bardziej praktycznych studiach, a w przyszłości w rodzinnym biznesie. Dziewczyna nie ma wsparcia z ich strony. Przyjaźń kolegów z uczelni nie wystarczy na mieszkanie, jedzenie, życie. Dziewczyna podchwytuje podsunięty jej pomysł na zarobienie pieniędzy i od razu wie, że podejmuje ryzyko. Nie wyobraża sobie jednak rozmiarów tego ryzyka. Obie te młode kobiety przypominają trochę kucharza, który beztrosko bierze rybę fugu za ogon i w całości wrzuca ją do garnka z zupą. Ktoś będzie musiał zapłacić za ten brak refleksji… a cena może być wysoka.

Ja: I znowu ze względu na nazwisko autora. Lubię Szwaję za to, że pisze książki inteligentne. Owszem, są to „czytadła” i w ogóle książki dla rozrywki, ale stokroć bardziej wolę dobrze napisane i kulturalne czytadło niż badziewną książkę z przesłaniem. A czytając Szwaję mam wrażenie, że posługuje się ona podobnym kodem kulturowym, co ja. Po ludzku mówiąc, że czytała podobne książki, słuchała podobnej muzyki, oglądała podobne filmy i śmiała się z podobnych kabaretów co ja. I to wrażenie jest cudowne, więc nawet jeżeli niektóre jej książki podobają mi się bardziej, a inne mniej, to kolejne powieści jej autorstwa nadal będę kupowała w ciemno. Numer dwa na wishliście tego miesiąca.

3. Mary Ann Shaffer, Annie Barrows „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”, Świat Książki

Wydawnictwo: Jest rok 1946. Juliet Ashton szuka tematu o nowej książki. Niespodziewanie znajduje go w liście od mieszkańca małej angielskiej wyspy Guernsey, Dawseya Adamsa, który przypadkiem kupił w antykwariacie książkę należącą kiedyś do Juliet. Nawiązują ze sobą korespondencję. Pisarkę coraz bardziej wciąga świat Dawseya i jego przyjaciół, członków niezwykłego klubu literackiego, który powstał po to, by uchronić uczestników pewnej koalicji przed aresztowaniem przez Niemców. Zafascynowana losami tych ludzi Juliet przyjeżdża na wyspę i ta wyprawa na zawsze odmieni jej życie. Wspaniała powieść w formie listów, napisana ciepło i z humorem, żywym, zabawnym językiem.

Ja: Tyle się naczytałam o tej książce na Waszych blogach, że mam ogromną ochotę sprawdzić jak mnie będzie się podobała. Bardzo lubię książki o książkach i o miłośnikach książek. Lubię też książki przybliżające realia epoki i terytoriów, których nie znam, a bądźmy szczerzy: dziś książki dziejące się w trakcie drugiej wojny światowej, to książki historyczne… Ostrzę sobie na Stowarzyszenie zęby i mam wielką nadzieję, że mnie nie zawiedzie. Numer trzy tegomiesięcznej listy. Dalej już ciągnie się „peleton” — na wszystkie kolejne pozycje mam ochotę z grubsza tak samo.

4. Remigiusz Grzela „Spełniony. Marian Kociniak”, Trio

Wydawnictwo: Spełniony. Marian Kociniak – to pierwsza w Polsce książka opisująca życie aktora. Ukaże się z okazji jubileuszu 50-lecia pracy artysty, znanego z takich filmów jak: Jak rozpętałem drugą wojnę światową, Ostatnia akcja, Pan Tadeusz, Janosik i O dwóch takich co ukradli księżyc. Od początku swojej bogatej kariery artystycznej, na którą składa się 150 ról teatralnych, 80 ról w Teatrze Telewizji i dziesiątki ról filmowych i kabaretowych, Marian Kociniak nie udzielał wywiadów. Robił to konsekwentnie. Przez pięćdziesiąt lat nie złamał milczenia. Raz tylko, podczas występów w Ameryce, udzielił wywiadu polonijnemu dziennikowi. Kociniak to bez wątpienia… rekordzista świata, który przez całe artystyczne życie związany jest angażem z jednym teatrem – Teatrem Ateneum. W książce mówi to, co czuje. Być może prowokuje do skonfrontowania z opiniami czytelników swojej prawdy o zawodzie, w którym się ukrył i któremu poświęcił całe życie. Ta odważna wypowiedź jednego z najwybitniejszych polskich aktorów nie ma jednak nic wspólnego z nauczaniem, z przekazywaniem mądrości i prawd. To opowieść o człowieku, który jest wspaniałym artystą i wartościowym człowiekiem.

Ja: Lubię Mariana Kociniaka. Lubię wywiady-rzeki. Lubię książki o aktorach. Lubię wspomnienia. Lubię też (a przynajmniej tak mi się wydaje, bo nie znam go najlepiej) Remigiusza Grzelę. Z tego wszystkiego wprost wynika, że jest to książka, która niemal na pewno będzie mi się podobać. Tak jak wywiad z Marianem Kociniakiem opublikowany w Zwierciadle, który był zresztą zapewne częścią tej książki. Trafiłam na nią w zapowiedziach przypadkiem i od razu sobie zanotowałam. Jeszcze kiedyś to przeczytam.

5. Kate Summerscale „Podejrzenia pana Whichera. Morderstwo w domu na Road Hill”, WAB

Wydawnictwo: Morderstwo na Road Hill wydarzyło się naprawdę. Historia ta na długi czas zawładnęła wyobraźnią Brytyjczyków, stając się inspiracją dla wielu ówczesnych autorów powieści detektywistycznych. Podejrzenia pana Whichera są szczegółową relacją z przebiegu dochodzenia, a jednocześnie ciekawym obrazem obyczajowości epoki wiktoriańskiej.
W nocy z 29 na 30 czerwca 1860 roku w rodzinie szanowanego podinspektora sieci fabryk, Samuela Kenta, dochodzi do okrutnej zbrodni – w bestialski sposób zostaje zamordowany jego trzyletni synek Saville. Z dochodzenia wynika, że mordercą był ktoś z domowników, śledztwo jednak utyka w miejscu. Gdy lokalni policjanci okazują się bezradni wobec zagadki, zostaje wezwany Jonathan Wicher, jeden z pierwszych detektywów londyńskich. Błyskotliwy i bezkompromisowy śledczy przełamie niejedno tabu i przekraczając pilnie dotąd strzeżone progi domostwa angielskiej rodziny, ujawni szokującą prawdę. Wzburzy tym opinię publiczną, która obróci się przeciw niemu i uniemożliwi doprowadzenie śledztwa do końca.
Recenzenci i czytelnicy Podejrzeń Pana Whichera doceniają imponującą ilość materiałów źródłowych oraz wierne oddanie realiów – epoki wiktoriańskiej. Fabuła wciąga i intryguje: składa się na nią wiele wersji wydarzeń i dróg mających doprowadzić do rozwikłania zagadki, dzięki czemu czytelnik zostaje wciągnięty w grę z tekstem, prowadzi intelektualną zabawę i niemal angażuje się w losy bohaterów. Recenzenci wspominają także o wierności detalom i o wyjątkowej – rodem z powieści gotyckiej – atmosferze książki Summerscale i cenią Podejrzenia Pana Whichera za ich wielopoziomowość. To jednocześnie proza obyczajowa, ukazująca społeczeństwo brytyjskie około roku 1860, historia kryminalna i reportaż na temat pracy ówczesnych detektywów, który pokazuje początki tego zawodu. Wielu czytelników przyznaje, że Podejrzenia pana Whichera oddziałały silnie na ich wyobraźnię. Najczęściej wymieniane walory prozy Kate Summerscale to: rzetelność, bogactwo zebranego materiału i psychologiczna wiarygodność postaci.

Ja: Mam wrażenie, że o tej książce czytałam już jakiś czas temu. Dzisiaj natknęłam się na nią wśród zapowiedzi WABu i przypomniałam sobie, że już wtedy mnie zainteresowała. Zawsze zazdrościłam anglikom crime nonfiction, tej tradycji opowiadania o słynnych zbrodniach i procesach, spierania się o to, kto tak naprawdę zabił, czy wyrok sądu był sprawiedliwy itd. Doktor Crippen, Marie Lafarge, Lizzie Borden byli na językach ludzi przez wiele lat, na długo po tym, jak zapadł wyrok. Ja otarłam się o te historie przy okazji lektury Thorwalda i bardzo chętnie pogłębię swoją wiedzę, zwłaszcza, że to ponoś dopiero pierwszy tom serii.

6. Małgorzata Gutowska-Adamczyk „Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy”, Nasza Księgarnia

Wydawnictwo: Podczas wykopalisk na rynku w Gu­towie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła? W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów.
Zajezierscy to pierwsza część trzytomowej sagi o Gutowie.
Autorka opisuje losy kilku pokoleń kobiet (i ich mężczyzn) w malowniczej scenerii dziewiętnastowiecznych dworków oraz współczesnej prowincji. Znakomicie oddaje koloryt epoki, zarówno jeśli chodzi o realia życia codziennego, jak i przełomowe wydarzenia historyczne. Przeplata przeszłość z teraźniejszością, tworząc niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów.

Ja: Nic nie wiem o tej książce. Nie znam żadnej poprzedniej książki tej autorki. Nie mam pojęcia czy by mi się podobała. Ale zapowiedź mnie zainteresowała i będę uważnie się rozglądać za recenzją, a przy okazji wizyty w księgarni chętnie rzucę okiem i przeczytam jakiś urywek, żeby poznać styl autorki i jakość wydania. A może będzie warto? Lubię sobie czasem tak strzelić na ślepo. Czasem nawet trafiam.

7. Glen Cook „Księgi południa”, Rebis

Wydawnictwo: Kiedy umiera nadzieja, pozostaje przetrwanie. I wciąż jest jeszcze Czarna Kompania. Po wyniszczającej bitwie pod Wieżą Uroku, Konował, chcąc odnaleźć zaginione Kroniki, prowadzi resztki towarzyszy na południe. Tu jednak natrafiają na nowego wroga – Władców Cienia – przerażające istoty, nurzające się w mroku i rozpaczy. W starciu z nimi Kompania ponosi straszliwą klęskę. Pani, jedna z nielicznych ocalałych, zdecydowana pomścić braci i pokonać Władców, zbiera nową armię. Tymczasem ci spośród Kompanii, którzy poszli inną drogą – Milczek, Kruk, Puplika – muszą ponownie stawić czoło duchowi Dominatora, którego ktoś próbuje wciąż oswobodzić. Zebrane w jednym tomie kolejne trzy części serii, która zrewolucjonizowała fantasy.

Ja: kolejne trzy tomy kronik Czarnej Kompanii. Przyznaję, ze do pierwszych trzech w ogóle nie zajrzałam, dlatego też nie zamierzam na razie kupować kolejnych. Ale mam ciągle nadzieję, że niedługo przeczytam Kroniki Czarnej Kampanii i jeszcze większą nadzieję, ze mi się spodoba i będę chciała kupić tom drugi. Poza tym okładka jest przepiękna — przynajmniej porównując ją z okładką Kronik Amberu z Zysku…

8. M. Gigi Durham „Efekt Lolity”, Prószyński i S-ka

Wydawnictwo: Popkultura i atakująca zewsząd reklama wpajają młodym dziewczynom i chłopcom pięć fałszywych mitów dotyczących seksu i seksualności:

  • Dziewczyny nie wybierają sobie chłopców, to chłopcy wybierają dziewczyny – ale tylko te, które są sexy;
  • Istnieje tylko jeden obowiązujący model „bycia sexy”;
  • Dziewczyny muszą się starać osiągnąć ten ideał;
  • Im młodsza dziewczyna, tym bardziej seksowna;
  • Przemoc w seksie jest „hot”.
Owe 5 mitów składa się na efekt Lolity. Tak autorka nazywa zespół zjawisk w mediach, który podkopuje u dziewczyn pewność siebie, usprawiedliwia uprzedmiotowienie kobiet i po cichu prowadzi do przestępczych zachowań w sferze seksualnej. W „Efekcie Lolity” dr M. Gigi Durham proponuje nowe podejście i konkretne rady, które dadzą dziewczynom siłę i pewność siebie, potrzebne, by podejmować odpowiedzialne decyzje na polu własnej seksualności.

Ja: Troszkę ze względu na studia, troszkę ze względu na zainteresowania zawodowe, a troszkę na prywatne, koniec końców książka mnie zainteresowała. Bardziej jestem ciekawa przemyśleń teoretycznych niż części poradnikowej, ale mam nadzieję, że i z poradnika coś ciekawego zdołam dla siebie „wyciągnąć”. Na pewno kiedyś w księgarni przejrzę.

9. Mary Roach „Bzyk”, Znak

Wydawnictwo: Mary Roach znów wściubia nos tam, gdzie wszyscy by chcieli zajrzeć, ale się wstydzą. Szeroko otwiera zazwyczaj zamknięte drzwi, za którymi są prowadzone fascynujące badania nad seksem. Gdzie tylko mogła, osobiście pakowała się naukowcom i lekarzom do gabinetów, laboratoriów i na sale operacyjne – raz jako obserwatorka i sprawozdawca, kiedy indziej jako aktywna uczestniczka ich przedsięwzięć. Nie zawahała się odwiedzić fabryki „zabawek dla dorosłych” ani nawet kochać się z mężem podpięta do ultrasonografu. Dzięki jej niepoprawnemu i pełnemu humoru podejściu do tematu poznamy najskrytsze tajemnice naszej seksualności – dowiemy się, czy kobiety mają wytrysk, jaki wpływ na płodność ma orgazm, czy masturbacja może leczyć i do czego służy „penis-kamera”. Bzyk przyniesie wiele rozrywki i ciekawych informacji tym czytelnikom, którzy będą mieli odwagę ściągnąć ją z półki w księgarni. Polecamy do wspólnego czytania w łóżku.

Ja: Co prawda zdaje się, że księgarnia Znaku już to sprzedaje, ale Merlin twierdzi, że w sprzedaży od 6 kwietnia, więc potraktuję to jako nowość. O Mary Roach mnóstwo słyszałam, bardzo chciałabym przeczytać jej Sztywniaka, trochę mniej Ducha, więc i Bzyk mnie zainteresował. Pewnie, że rozsądnie byłoby kupić najpierw jedną i sprawdzić, czy mi się spodba. Jeszcze rozsądniej byłoby ją pożyczyć… Ale kurczę w księgarni Znaku jest promocja na wszystkie trzy Roach i strasznie mnie kusi… Najwyższy czas uzupełnić swoją chcę-listę.