Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora „Listy na wyczerpanym papierze”

Tytuł: Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze
Autor: Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora
Ułożyła i opatrzyła przedmową i komentarzami:  Magda Umer
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 216
Audiobook czytają: Magda Umer i Piotr Machalica

Dużo ostatnio czytałam na temat tej książki i ciekawym trafem niemal nic z tego, co czytałam nie było recenzją. Nie dziwi mnie to jakoś przesadnie, bo naprawdę trudno się o tej książce pisze. Najlepszym dowodem na to jestem ja sama. Listy na wyczerpanym papierze przeczytałam jeszcze w listopadzie i mimo tego, że mam ogromną ochotę coś o nich na blogu napisać, jakoś mi się to nie udaje (w związku z czym to też zapewne nie będzie recenzja, tylko zlepek wrażeń z lektury). A szkoda, bo to naprawdę ciekawa książka. Dla mnie jedna z lepszych w całym roku czytelniczym.

***

Od kiedy usłyszałam o Listach, wiedziałam, że muszę je przeczytać. Chciałam przede wszystkim dowiedzieć się jak wyglądało uczucie, przez które przestał istnieć najciekawszy program polskiej telewizji, czyli Kabaret Starszych Panów. Zauważyłam, że czytelnicy tej książki dzielą się na zaciekawionych ogólnie, fanów Agnieszki Osieckiej i fanów Jeremiego Przybory. Najwięcej w Internecie widzę tych drugich, ja zaś należę zdecydowanie do trzeciej kategorii, przy czym moje fanostwo podpada w tym wypadku nieco pod fanatyzm.

***

On do Niej (Inwokacja)

***

Nie miałam specjalnie wątpliwości moralnych przy sięganiu po tę książkę. Ciekawa dyskusja na ten temat była ostatnio u Nutty w niecodzienniku literackim, polecam lekturę. Ja bez specjalnych problemów czytam korespondencję ludzi kultury (najczęściej trafiam na poetów i pisarzy, ale nie tylko — tutaj znajdziecie świetną recenzję Listów Mozarta, które bardzo chciałabym przeczytać), dlatego Listy na wyczerpanym papierze potraktowałam jak kolejny tom tego typu. Skoro listy takiego Franza Kafki czytamy („my” w sensie szerszym, ja akurat Kafki nie ruszam) bez problemu, to czemu nie mamy czytać listów Przybory?

***

Och, rany, strasznie to wszystko nieskładne i dookoła tematu, ale ostrzegałam, że mam problemy z pisaniem konkretnie i na temat…

***

Ona do Niego (Dookoła noc się stała)

***

Historia w Listach to historia dwojga ludzi, którzy rozpaczliwie próbowali się zrozumieć. On, starszy o ponad 20 lat, ustatkowany, spokojny, uporządkowany i szaleńczo zakochany. Ona nielubiąca wiązać się na dłużej, kochająca wolność, ale jednak podziwiająca go i zafascynowana.

Nie dziwię się Agnieszce Osieckiej, że nie była w stanie na poważnie wziąć deklaracji faceta sporo od niej starszego, żonatego, dzieciatego i na dodatek psa na baby (w końcu Jeremi rozkochiwał w sobie kobiety dłużej niż Agnieszka żyła). Nie dziwię się z drugiej strony Jeremiemu Przyborze, że nie był w stanie znieść tego, że dla Agnieszki najważniejsza była ona sama, a wszystko inne (włącznie z uczuciami, a co za tym idzie — z Jeremim) musiało zejść na dalszy plan.

Wcale się nie dziwię, ale jednak trochę smuci mnie to, że dwoje ludzi dość jednak mądrych i  piekielnie inteligentnych (to nie jest to samo) tak bardzo nie było w stanie się porozumieć. Z listów tych dwojga przebija niechęć do pisania o sprawach dla nich trudnych. Bolesne rzeczy, nawet jak wybuchną, zaraz są zamiatane pod dywan i szybciutko zapominane…

Skoro tych dwoje nie potrafiło się porozumieć niemal zupełnie, to jaką szansę mają ci, którym los nie dał takich uzdolnień jak im? Lepiej czy gorzej? Jak by nie było, ja jako psycholog (zwłaszcza taki od par) zawsze będę miała pełne ręce roboty…

***

On o Niej (Podła)

***

Z drugiej strony, wnioski z lektury Listów wcale nie muszą być ponure. W końcu udało im się przeżyć coś pięknego, mocnego i ważnego, a po upadku oboje podnieśli się i zdążyli jeszcze być szczęśliwi. W końcu dla poety nieszczęśliwa miłość jest często najlepszym źródłem natchnienia.

Dla Przybory te doświadczenia z Osiecką były pewno o tyle szokujące, że do tej pory, to on nie angażował się za bardzo i to on uciekał. Nauka bolesna ale wartościowa. Jego związek z Alicją Wirth mnie osobiście daje tę wygodę, że mogę Jeremiego Przyborę (mimo wszystkiego co o nim wiem) szanować jako człowieka. Bardzo nie lubię nie lubić ludzi, których twórczość uważam za genialną i tutaj — pośrednio dzięki Agnieszce właśnie — nie muszę się z tym męczyć.

***

Ona do Niego (Mówiłam żartem)

***

Troszkę o realiach: Jak inaczej wyglądało życie nie tylko bez komórek, ale często również bez telefonów. Ja pamiętam to już mgliście, młodsi ode mnie pewnie wcale, a nawet mnie trudno jest teraz wyobrazić sobie, że na odpowiedź na takie listy jak te (tak emocjonalne i tak ważne) trzeba było często czekać tygodniami. To musiało być strasznie trudne.

Trudniejsze niż teraz były na pewno rozstania. Z drugiej strony zaskakiwała mnie trochę emocjonalność niektórych listów. Ja pewno ochłonęłabym w trakcie pisania i prędzej bym nic nie wysłała niż wysłała to, co nasi bohaterowie.

Inna rzecz z bliskiej półki. Czy współczesny czytelnik naprawdę nie wie co to MHD czy Spatif? Nie wie kim byli Bułat Okudżawa, Markiz de Sade i Stanisław Tym…? Dość przerażająca wizja. Magda Umer dzielnie takie rzeczy tłumaczy temu nieszczęsnemu współczesnemu czytelnikowi w przypisach do listów.

Przy okazji — kilka ciekawych refleksji o opracowaniu Magdy Umer możecie przeczytać u Ewenement.

***

Troszkę jeszcze o stronie formalnej. Listy są pod tym względem wzorem do naśladowania dla innych wydawców. Piękny papier, świetne opracowanie graficzne, zdjęcia, skany dokumentów (telegramów, pocztówek, listów), do tego całość opatrzona przypisami i naprawdę dobrze opracowana (przez Magdę Umer). A na dodatek razem z książką dostajemy płytę z wersją audio. Naprawdę chciałabym, żeby inne książki za tę cenę (40 złotych) były równie dobrze wydane.

***

On o Niej (Moja dziewuszka nie ma serduszka)

***

Piosenki. Ona z myślą o Nim napisała między innymi Dookoła noc się stała, Na całych jeziorach — ty, Mówiłam żartem, Byle nie o miłości i Pa, pa paryski walczyk.

On o Niej pisał Utwierdź mnie, Inwokację, Nie zakocham się tej wiosny, O Julietto (Agnieszko), Moja dziewuszka nie ma serduszka, Podła, SOS, Pa, tato, pa! i Stacyjkę Zdrój.

O ileż biedniejsi bylibyśmy my, słuchacze, bez tego uczucia i ich połamanych serc? Trudno nie zgodzić się tutaj z innym wspaniałym poetą, który już (z tym utworem) u mnie na blogu gościł — Marian Hemar pisał o tym tak: „Literatura, literatura | To nie jest tylko zasługa pióra: | Trzeba dziewicy, która wie, | Kiedy poecie szepnąć : „nie”!”.

***

Miło byłoby, gdyby ta książka przełożyła się na wzrost popularności piosenek Przybory i Osieckiej również u tych, którzy do tej pory słuchali ich mniej. Więcej pewnie dadzą tutaj takie płyty jak Cafe Sułtan Grzegorza Turnaua czy Osiecka Nosowskiej, ale może i Listy na wyczerpanym papierze przypomną komuś o tych autorach. Przy czym, przyznaję szczerze, dużo bardziej obchodzi mnie tu los tekstów Jeremiego Przybory. Jako wierny fanatyk mam nadzieję, że ludzie cięgle będą tych piosenek słuchać.

Na razie moje osiągnięcia w promocji ograniczają się do tego, że mój Ulubiony Mąż używa tytułów Przybory w swoich blogowych notkach. Może kiedyś zacznie też słuchać jego piosenek…

***

Polecam. To naprawdę ciekawa lektura.

Chociaż pewnie ci, którzy nie kojarzą ani Agnieszki, ani Jeremiego, będą przy czytaniu mieli zdecydowanie mniej przyjemności. Im polecam zacząć od słuchania ich piosenek.

Moja ocena: 9/10

Reklamy

Człowiek tylko leżałby i spał…

Wiem, że jesień nie tylko już przyszła, ale też zdążyła sobie pójść, ale ja nadal najchętniej leżałabym i spała. Gdyby człowiek mógł zapaść w sen zimowy, to właśnie bym radośnie pochrapywała. I nawet Boże Narodzenie z jego magią i prezentami nie przekonałyby mnie, że warto funkcjonować w tej części roku, kiedy zmrok zapada zanim człowiek zdąży zauważyć, że pojawiło się słońce…

Moje marudzenie wypływa oczywiście po części z tego, że przyplątał się do mnie jakiś wirus, a po części z tego, że na koniec roku zostało jak zwykle mnóstwo roboty, nie tylko sprawozdawczej. Biegam więc po szkołach podstawowych z warsztatami, wykładami i dyżurami oraz z domniemanym wirusem oczywiście. I jakoś przedzieranie się przez śnieżne zaspy na chodniku nie bawi mnie tak jak jeszcze dwadzieścia lat temu. I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam notkę przeglądową, ani to recenzja, ani pamiętnik, takie tam ględzenie o książkach, bo trochę mi się nazbierało książkowych refleksji. Poza tym, mój ulubiony Ojciec (pozdrawiam, Tato!) był łaskaw zwrócić mi uwagę, że zaniedbuję blogi (w domyśle, jak sądzę, że nie ma co czytać). Skoro tak (a trzeba Wam wiedzieć, że Ojciec mój czyta całe trzy blogi, w tym dwa moje, a jeden mojego ukochanego Męża), trzeba się wziąć do roboty.

Na biurku obok komputera poza stosami teczek i papierów „pracowych” wznoszą się też stosy pozaczynanych i niedokończonych książek. Podczytuję to to, to owo i na niczym nie mogę się skupić. Porzucone w połowie książki niedługo zwalą się na mnie i pogrzebią żywcem, ale nawet ta groźba jakoś nie skłania mnie do sięgnięcia po którąś z nich. Nie to, żeby były złe — po prostu nie mam nastroju. Wbrew temu, mój listopad był książkowo bardzo udany, spośród sześciu listopadowych lektur tylko jedna była marna, pozostałe dobre lub bardzo dobre, a jedna nawet świetna.

O tej ostatniej jednej, czyli Listach na wyczerpanym papierze Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory bardzo chciałabym coś napisać. Mam nadzieję, że mi się to uda, ale pisanie o niej okazało się  bardzo trudne. Staram się dotrzeć do tego co we mnie ta książka poruszyła i ciągle mam z tym problem. Jednak notka się tworzy. Zaskakuje mnie to, że na tak mało recenzji Listów… trafiam w książkowej blogosferze. Książka, która sprzedała się cała (w sensie cały nakład, co zresztą każe mi przypuszczać, ze był żałośnie niski) w kilka dni, była dość głośna i jest bardzo ciekawa nie doczekała się takiej fali recenzji jak „zwykłe” nowości. Może Listy… czytają raczej ludzie, którzy blogów nie posiadają, a może nie tylko ja mam problemy z ubraniem swoich wrażeń w słowa.

***

Z kolei o książkach Antoniny Kozłowskiej pewnie nie napiszę. W ostatnich miesiącach przeczytałam dwie — Czerwony rower i Kukułkę, obie bardzo dobre, niegłupie i świetnie napisane. Obie powędrowały do mojej ukochanej Matki (Ciebie też pozdrawiam, Mamo), która też się zachwyciła i czyta powoli, dozując sobie przyjemność (co jest gładkim i miłym dla samego siebie eufemizmem w przypadku braku czasu na czytanie). Wiem, że warto o tych książkach pisać, warto zwracać uwagę na to, że i w Polsce mamy świetne pisarki, ale po prostu zdecydowana większość moich przemyśleń została już napisana przez kogoś innego. Może zdecyduję się napisać coś o tych książkach, kiedy przeczytam Trzy połówki jabłka, a może nie. Na razie jednak daję sygnał: poszukajcie jakiejś książki Kozłowskiej i przeczytajcie sobie. Naprawdę nie powinnyście żałować (jeśli jesteście facetem, to głowy nie dam, ale wydaje mi się, że też żałować nie będziecie).

***

Najnowsza Fannie Flagg (Wciąż o tobie śnię) trzyma poziom i chociaż nie zachwyciła mnie aż tak jak poprzednia, to nadal pochłonęłam ją z dużą radością. Jak zwykle i coś do śmiechu i coś do zadumy, więc nadal kocham Fannie Flagg.  Może i porusza wciąż te same tematy, może nawet pisze cały czas w podobnym stylu, ale mnie się jej pisanie i jej tematy bardzo podobają.

***

Podczytuję sobie ostatnio (po raz kolejny, bo napadła mnie chęć na powtórki — wiecie, nastrój Mamonia) Frywolitki pani Musierowicz i jest to ten typ książki, który rozbudza we mnie ochotę wtargnięcia do biblioteki, zabarykadowania się, wzięcia zakładników i zażądania regularnych dostaw pożywienia, a potem już tylko czytania i czytania. Książki tego typu są drogowskazami do innych książek, często wydanych dawno temu i dostępnych tylko w bibliotekach, a i to nie wszystkich. Co i rusz trafiam we Frywolitkach na książkę, którą koniecznie muszę przeczytać (a czasem koniecznie muszę sobie powtórzyć), a czasem i na temat, który koniecznie muszę zgłębić. Do kolejki książkowej wpychają się coraz to nowe pozycje.

Na pierwszy ogień pójdzie pewnie Autobiografia Agathy Christie i to nie tylko za sprawą pani Musierowicz, ale też za sprawą prezentu od Mikołaja. Dostałam mianowicie odeń Sekretne zapiski Agathy Christie (opracowane przez Johna Currana), na które ostrzyłam sobie zęby jeszcze przed polską premierą. No ale przecież nie siądę do nich bez przygotowania merytorycznego, prawda? Na razie tylko zaglądam do książki i tamuję ślinienie — uwielbiam dobrze wydane książki.

***

A na koniec jeszcze drobna informacja. Zapisałam się mianowicie do wyzwania (nie tyle czytelniczego, co raczej kulturowego) blogowego Znalezione pod choinką. Na początku chodziło w nim o przeczytanie świątecznej książki i obejrzenie filmu o świętach, ale do teraz wyzwanie zaczęło ewoluować i pojawiają się na nim wiersze, piosenki, artykuły z czasopism i co się komu ze świętami kojarzy. To bardzo miła rzecz, takie świąteczne wyzwanie, więc na pewno postaram się o moich świątecznych lekturach, filmach i piosenkach coś napisać.

Póki co wracam do pisania oferty i sprawozdania. Życzcie mi szczęścia…