Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać „przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na „Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska „Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska „Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

Reklamy

15 thoughts on “Wiosenny skrót z (trzech) lektur”

  1. uwielbiam Strachy, zawsze biorę poprawkę na to, kiedy książka jest napisana i wydana, więc nie zdziwił mnie ani styl, ani podejście do spraw kobiet. Przyjemność wielką miałam,kiedy sobie niedawno ją powtórzyłam. Też mam takie wydanie.
    Jeśli idzie o zaczynanie książek i ich nie konczenie, mam to samo ostatnio i to mnie frustruje, bo nie zdarza mi się to często. Raz na rok mniej więcej, więc problem we mnie chyba, a nie w książkach. Pozdrawiam

  2. Oooo, wyłapałam wzmiankę o RPGach 😉 Który system? Chyba nie przyznawałam się jeszcze, że mojego męża poznałam na sesjach RPG ;)) Teraz od dawna już nie mam z RPG nic wspólnego, ale mąż grał całkiem długo 😉

  3. W „Strachach” mnie raziło raczej dość chaotyczne lepienie fabuły i dziwne przeskoki akcji. Z powieści teatralnych Reymont chyba lepszy, z tzw. powieści środowiskowych wolę kelnerów Worcella:) (a też bardziej w filmie niż w książce).

  4. Kasiu.eire, mnie podejście do spraw kobiet też zupełnie nie dziwiło, ale znam takie, które mogłyby zawału dostać przy czytaniu. 😉
    Co do stylu, to w zasadzie dopiero jak teraz czytałam po dłuższej przerwie zwróciłam na niego uwagę. I nawet mi nie przeszkadzał, ale — znowu — wiem że wielu osobom mógłby nie przypaść do gustu. Również przez tę, przywoływaną przez Zacofanego.w.lekturze chaotyczność fabuły.

    A co do niedoczytywania książek, to mnie też frustruje, więc skoro obie na to cierpimy ostatnio, to może zrzućmy problem na pogodę, co? To na pewno przez te zmiany ciśnienia… 😀

    Niedopisanie, ja w sumie też dłuższy czas nie miałam nic wspólnego, ale ostatnio z dużą przyjemnością wróciłam do starych rozrywek i cieszą mnie one jeszcze bardziej niż kiedyś. A teraz prowadzę Monastyr.

    Zacofany.w.lekturze, też zwróciłam uwagę na te przeskoki akcji, ale bardzo mi one nie przeszkadzały. Może po prostu mam do tej powieści sentyment? O tancerkach i teatrach to najbardziej lubię wspomnienia, a nie powieści, zresztą w ogóle o międzywojniu… Ale serial na podstawie „Strachów” był naprawdę dobry i muszę go sobie powtórzyć.

    Izo, czytam Twoje zbiorcze notki z ciekawością, ale niestety nie mam Twojego daru zwięzłości. Nad czym zresztą szczerze ubolewam, bo nawet jak staram się napisać krótko, to wychodzi jak zwykle. Ale z drugiej strony i tak zawsze mam wrażenie, że powinnam napisać o kolejnych elementach, żeby oddać książce pełną sprawiedliwość. I jak tu znaleźć złoty środek?

  5. @Ysabell: serial leciał na TV Seriale bodajże, albo na czymś podobnym, i jest jakby lepszy od książki:) Wspomnienia rządzą, chociaż ja znam chyba tylko „Urodził go Niebieski Ptak”. O pamiętnikach Sary Bernhard wspominał nie będę, bo to mitomanka:P

  6. Serial (z tego co pamiętam) ma Mój Ulubiony Ojciec na video, więc od niego wycyganię, to sobie przypomnę. „Niebieski Ptak” moim zdaniem świetny, jak zresztą wszystko, co wyszło spod pióra Grodzieńskiej (zwłaszcza biograficzne, ale i felietony). Poza tym polecam Wittlina z naciskiem na „Ostatnią Cyganerię” (kultowa książka mojej bardzo wczesnej młodości, żeby nie powiedzieć dzieciństwa). 🙂

    Bo akurat i Krzywicka, i Samozwaniec też obiektywizmem nie grzeszyły. 🙂

    1. Wittlin mi nigdy w oko nie wpadł. Ale za to koniecznie powinnaś poczytać, jeśli nie znasz, recenzje teatralne Boya (na początek mogą być w wyborze) i „Gwałt na Melpomenie” Słonimskiego.

      1. Znam, znam. Nieznajomość takiej klasyki byłaby w moim wypadku grzechem śmiertelnym („To nie była ćwiartka, to była rolka”…).

  7. O, przypomniałaś mi „Strachy”, czytałam to wieki temu, ale pamiętam, że mi się podobało. Może i trochę chaotyczna książka, ale żywa i jakby rozbiegana czy roztańczona 🙂

  8. „Strachy” to całkiem niezła powieść. Owszem, jest trochę sztampowa, ale w tym wszystkim jest dużo prawdy o ludzkich uczuciach i świeżości mimo chwilami rynsztokowej scenerii.
    Szkoda, że Ukniewska nic więcej nie napisała.
    Wittlina czytałam wiele razy, od początku do końca i na wyrywki. 🙂

  9. Agnes, Lirael, widzę, że „Strachy” mają spore grono zwolenników. Bardzo mnie to cieszy, bo to dobra powieść, a bardzo mało opinii o niej da się znaleźć w Internecie.

    Lirael, a co Wittlina? „Ostatnią cyganerię” czy coś innego? 🙂

  10. Lirael, zdecydowanie rewelacja. 🙂
    Muszę koniecznie zdobyć w jakiś sposób nowe wydanie, bo stare jest w strzępach (nie wspominając już nawet o tym, że uprowadzone rodzicom).

    Zacofany w lekturze, a proszę Cię uprzejmie. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s