David Gilmour „Klub filmowy”

Tytuł: Klub filmowy
Autor: David Gilmour
Tytuł oryginału: The Film Club
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2011
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Bliżej siebie
Ilość stron: 220

Do lektury tej książki skusiły mnie dwie rzeczy:  z jednej strony kilka pozytywnych opinii, które o Klubie filmowym przeczytałam i usłyszałam, z drugiej tematyka. Bardzo mało znam książek poruszających temat relacji ojciec-syn, a ta właśnie miała ją opisywać. I właściwie nie mogę się do niczego przyczepić, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadano na okładce, ale książka Gilmaoura mi się nie spodobała.

Klub filmowy to wspomnienia ojca o tym, jak „wychowywał” syna przy pomocy wyłącznie trzech filmów na tydzień. Poza tym dzieciak (nie taki już dzieciak, późny nastolatek, z tego co pamiętam — bo nie mam książki przed sobą — miał 15 lat) mógł robić co zechce poza braniem narkotyków.  Jesse nie musiał chodzić do szkoły, nie musiał pracować, nie musiał nic, tylko obejrzeć z ojcem trzy filmy tygodniowo.

Koncepcja ciekawa więc miałam nadzieję, że i książka będzie interesująca. Spodziewałam się, że będę mogła przeczytać o tym jak kształtowały się i zmieniały stosunki między ojcem i synem, o tym jakie problemy miał ten drugi i jak obaj próbowali je rozwiązać. Miałam nadzieję również na trochę informacji o tym jakie (i dlaczego) filmy oglądali, a przede wszystkim na dużo rozmów o tych filmach.

Co dostałam? Masę informacji o wątpliwościach autora, czy dobrze robi, drugie tyle o jego (jego, nie jego syna!) problemach z tego okresu, opis relacji ojciec-syn na poziomie mniej niż podstawowym, a do tego rzeczywiście troszkę informacji o tym dlaczego Gilmour wybrał taki a nie inny film (zazwyczaj niestety ograniczających się do „bo nie chciałem go zanudzić” , „bo to kultowy film mojej młodości” albo w najlepszym wypadku „bo jest tam taka kultowa scena”), do tego troszkę rozmów o filmach na poziomie synowskiego „I co ty w tym widzisz?” albo „Zarąbisty film”, a na deser głęboką ojcowską dumę, że oto jego zbuntowany nastoletni syn po trzech latach tej „terapii” wie o kinie tyle co on.

Przyznaję, że moja niechęć wobec książki może w dużej mierze wypływać z tego, że nie polubiłam autora, a co za tym idzie narratora. I to nawet nie dlatego, że zdecydował się na zastosowanie takiej hm… innowacyjnej metody wychowawczej. Nie, metoda sama w sobie wydawała mi się ciekawa, choć kontrowersyjna. Przeszkadzało mi raczej podejście opisywane jako „nie jestem kumplem swojego syna, jestem jego ojcem”. Podejście teoretycznie niegłupie, ale skutkujące tym, że kiedy dorastający syn przychodzi do ojca porozmawiać o seksie (a ja myślę sobie: wow! jaki sukces wychowawczy, sam przyszedł z problemem do ojca!), kochający tatuś nadaje komunikat w stylu „No o tym, to my rozmawiać nie będziemy, nie jestem twoim kumplem”. I to bez wcześniejszego wysłuchania o co chodzi, bez żadnego zorientowania się czy Jesse nie ma przypadkiem problemu…

Ja się naprawdę nie dziwię, że będąc posiadaczem takiej więzi z nastolatkiem szanowny rodzic boi się, że utraci z nim kontakt, jeśli będzie dalej naciskał na to, żeby chłopak chodził dalej do szkoły. Bo o ile na początku książki ojciec i syn nie mają ze sobą niemal nic wspólnego, o tyle na koniec mają wspólne przynajmniej filmy…

Miałam jeszcze przez chwilę nadzieję, że może Klub filmowy uratuje się opisem sytuacji rodzinnej, bo Gilmour był w tamtym czasie rozwiedziony i mieszkał z kolejną partnerką, ale nic z tego. Była żona co prawda pojawia się co jakiś czas, ale głównie po to, żeby bać się o przyszłość syna (poniekąd słusznie) bez konstruktywnych wniosków, za to nowa partnerka praktycznie w opowieści nie istnieje. Stąd może trochę moje wrażenie totalnej sztuczności tekstu, bo jak można nie napisać niemal słowa o osobie, która przez całe te trzy lata mieszkała z obojgiem bohaterów? Dopiero pod koniec wyłania się z niebytu i (ku zaskoczeniu narratora) nawiązuje z Jessem kontakt lepszy niż jego ojciec. I, mówiąc szczerze, mam wrażenie, że partnerka David mogłaby o tych trzech latach powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż zrobił to sam Gilmour.

Owszem, podobały mi się niektóre kawałki o filmach, ale na odbiorze całej książki zaważyła jednak osoba narratora, który wydał mi się po lekturze raczej kandydatem do bycia wychowywanym i nauczenia odpowiedzialności niż do wychowywania i uczenia tej odpowiedzialności kogokolwiek innego.

Wiem, ze książka jest ogólnie chwalona i wychodzę na paskudną malkontentkę albo pedagogiczny beton, ale naprawdę nie czepiam się konkretnego pomysłu wychowawczego, ani nawet jego rezultatów (różnie bywa). Czepiam się tego, że David Gilmour tak usilnie unikając relacji „nie jestem twoim kumplem” wylądował nie w relacji „jestem twoim ojcem” tylko „jestem twoim krytykiem filmowym” i był z tego dumny. Ja bym nie była.

Mimo wszystko książka dostaje ode mnie plusik za pokazanie relacji ojciec-syn, drugi za niektóre ciekawe wstawki o filmach i trzeci za to, że jest zwyczajnie dobrze napisana. A czy polecam? Nie. Ale nie sugerujcie się moją opinią za bardzo, bo większości recenzentów Klub filmowy się podobał. Ja wracam do szukania dobrej książki o ojcu i synu. Ma ktoś jakieś typy?

Moja ocena: 4/10

Reklamy

7 thoughts on “David Gilmour „Klub filmowy””

  1. Hmmm, facetowi przytrafiła si w życiu sytuacja, która nadawała się na książkę, więc ją wykorzystał. Tyle że nie do końca chciał publicznie prać swoje brudy, więc nic dziwnego, że ksiażka wyszła trochę taka „w pół drogi”. dzięki za rzetelną recenzję:).

  2. „Nagi sad” Myśliwskiego, ale pewnie nie o ten typ książki Ci chodzi 🙂
    A za recenzję dziękuję – z poprzednich, które czytałam, wynikało, że może warto książki poszukać, ale jeśli jest taka, jak piszesz, to sobie odpuszczę. Mam co czytać i bez niej 🙂

  3. Książkę już kupiłam, więc będzie okazja skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. 🙂 Przeczytałam dwie bardzo pozytywne opinie o „Klubie filmowym”. Twoja recenzja jest pierwszą niezbyt entuzjastyczną. Bardzo jestem ciekawa, jaki będzie mój odbiór.
    „Nagi sad” jest w tej chwili przedmiotem dyskusji Klubu Czytelniczego (Czytanki Anki), więc jeśli rozważasz tę lekturę, warto zajrzeć, choć uprzedzam, że od spoilerów az się roi. 🙂
    Ojcowsko-synowskim relacjom poświęcony jest też „Saturn” Jacka Dehnela. Jeszcze nie czytałam, ale zdecydowanie zamierzam.

  4. Eee tam, Ysabell, uprzedziłaś się. Co jest normalną reakcją, bo organiczne „nie” jest silniejsze od bilansu.
    Ja tę książkę sobie cenię. Nie będę powtarzać swych blogowych refleksji, odniosę się do Twoich zastrzeżeń.
    Zacznę od jednej zgody: nie jest to rzecz wybitna, ponadczasowa, do wielokrotnych powrotów itp.
    Ale jest w niej sporo takiej mądrości (niech będzie: trafności), której sedno jest inne niż to, którego szukamy w opowieściach 10-warstwowych z pogłębioną psychologia i spiętrzoną metaforą. Bo to prosta jest książka. W dodatku – i nie mogę się zdecydować, czy to dobrze, czy źle: autobiograficzna, więc balansująca na granicy ekshibicjonizmu. Otóż moim zdaniem jednak dobrze, że nie odsłania prywatności swoich żon (eks i obecnej).
    Nie komentuję samej idei niekończenia szkoły, bo jakem tolerancyjna, to nie aż tak, i nie pertraktowałabym takiej możliwości. Może opłaciło się w tym przypadku, w stu innych pewnie nie.
    Ale sposób, w jaki Gilmour opowiada jest przekonujący. To nie jest głos z katedry. Popełnił przecież wiele błędów, a opisuje to tak, że rzeczywiście nie wychodzi z sytuacji jak SuperOpiekun. Vide: historia podkupywania mieszkania sąsiadów (i kontekst „Złodziei rowerów”). I ta perspektywa jest ok.
    Jako ojciec wydaje mi się czasem nadwrażliwy. Tyle by chciał przekazać, a nie wie jak. Emocje miłosne Jessego są prawdziwe. Porady ojca nie mogą przed niczym jednoznacznie uchronić, ale są emanacją męskiego myślenia. Tak, tak myślę, że faceci myślą.:) Podoba mi się opowieść o spotkaniu w metrze Pauli. Jest prawdziwa. Przekonuje mnie niepokój o syna, dostrzeganie zagrożeń i tego, że nie wystarczy wygłosić stek mądrości, by dziecku cokolwiek rozjaśnić.

    A krótko mówiąc, to,co mnie przekonało dotyczy lekcji kina. Przyglądałam się temu krytycznie. Myślałam: i co, tylko tyle o tym filmie? A gdzie wnikliwa analiza? I bardzo mi wiele rozjaśniła jego metoda. Bo rozmowy o filmie z rówieśnikami Jessego sama prowadzę. I powiem nieskromnie, że czasem mi się wydaje, że jestem od Gilmoura „lepsza”. Pozornie. To moje więcej, znaczy mniej. Czasem chyba przytłaczam tym, że wiem paraliżująco więcej niż oni. Choć naprawdę przytłaczać nie chcę. A Gilmour działa intuicyjnie. Próbuje wielu metod (ciekawych!). One nie są atrakcyjne dla rasowych metodyków. Ale są o niebo skuteczniejsze. Genialne jest odkrycie (wiem, oczywistość;)), że najważniejsze jest, by przy drugiej osobie być. Nie silić się na mądrość, głębię, poprawność i całą tę nadwyżkę. Ale ośmielić swoim byciem i wiernością.
    Może to, co pisze ma poszarpany charakter. Bo trudno mi wszystko ująć. Ale dla mnie lektura „Klubu…” była naprawdę odświeżająca.
    🙂

  5. Izo, może troszkę takie wrażenie odniosłam (zwłaszcza, że Gilmour jest dziennikarzem), choć raczej wydaje mi się że autor szczerze wierzył, że warto tę historie opowiedzieć. No i nie mylił się o tyle, że naprawdę wielu osobom przypadła do gustu.

    Viv, „Nagi sad” mam w planach, więc wtedy okaże się, czy ten typ ksiązki też może być. 🙂
    A co do „Klubu filmowego” — przypominam (i będę przypominać z uporem maniaka), że zdecydowanej większości recenzentów się podobał. Weź pod uwagę, że możliwe, że to nie książka jest zła, tylko ja jestem dziwna. 😉

    Lirael, też bardzo jestem ciekawa Twoich wrażeń. Czekam (nie)cierpliwie na recenzję (jak już kiedyś przeczytasz).
    Co do ankowego klubu czytelniczego, właśnie się zastanawiam czy czytać dyskusję (bo kusi), czy ustawiać sobie w kolejce książkę (bo wolałabym ją czytać „na świeżo”, bez spoilerów). Pewnie wygra pierwsza opcja, bo ogromnie lubię czytać „klubowe” rozmowy.
    A „Saturna”, oczywiście, również mam na liście. 🙂

    Zacofany.w.lekturze, inny czy nie inny (w sumie, owszem, uważam, że inny), ale o relacjach ojciec-córka to nawet trochę czytałam. A o ojciec-syn jakoś nie bardzo… Niemniej dzięki wielkie za polecankę. 🙂

    Tamaryszku, ano uprzedziłam się. Wcale nie przeczę. Twoje blogowe refleksje czytałam (z dużą zresztą przyjemnością, jak wszystkie Twoje blogowe wpisy) i między innymi Twoje zdanie zachęciło mnie do sięgnięcia po „Klub filmowy”. I dzięki Ci za to wielkie, bo wolę mieć swoje zdanie (nawet negatywne) po przeczytaniu, niż go nie mieć wcale.
    Co do prywatności, jestem rozerwana. Z jednej strony rozumiem i popieram zamysł unikania publicznego prania brudów, z drugiej miałam wrażenie, że przez to wyciągnięcie z kontekstu cały obraz jest niepełny.
    I zgadzam się, że Gilmour jest przekonujący. Ja mu wierzę. Mnie się po prostu nie podoba to, w co mu wierzę. i wcale nie dlatego, że nie jest superopiekunem, nie dlatego, że nie wygłasza kazań czy nie podpowiada rozwiązań. Przede wszystkim dlatego, że kiedy syn przychodzi po radę, pomoc, czy po prostu po wsparcie, to tego wsparcia od niego nie otrzymuje. A przynajmniej ja takie odniosłam wrażenie i to mnie uderzyło.
    I, owszem, też sądzę, że faceci myślą :). Co więcej — myślą różnie, więc co do „męskiego myślenia” raczej się nie zgodzę (nie znoszę takich określeń). Ale rzeczywiście to jest myślenie prawdopodobne i ja je kupuję.

    I co więcej — zgadzam się z Twoim „mniej znaczy więcej” w kontekście „lekcji kina”. Powiem więcej, mnie też Gilmour przekonał, że robił dobre. Nie nudził, dawał synowi samemu wyciągać wnioski.
    Ale („ale” być musiało, a tu mam dwa) nie protestuję przeciwko temu „mniej” w kontekście ich oglądania kina. Protestuję przeciwko niemu w kontekście tej książki. Bo mnie, czytelnikowi, mógł Gilmour powiedzieć właśnie więcej. Chociaż to, co chciał synowi tym konkretnym filmem przekazać, co chciał osiągnąć. Chociaż kilka razy. A po przeczytaniu „Klubu filmowego” mam wrażenie (choć bardzo staram się go nie mieć i tłumaczę sobie, że książka po prostu była za krótka na szczegóły), że Gilmour tego po prostu nie wiedział. Pokazywał synowi to, co kochał, uwrażliwiał go estetycznie, ale nie miał zielonego pojęcia co w ten sposób chce osiągnąć…
    A drugie ale jest zupełnie subiektywne i ja o tym wiem: otóż po lekturze miałam właśnie wrażenie, że przez całe te trzy lata ojciec nie był z synem, on był obok niego. I, szczerze mówiąc, naprawdę się zastanawiam, czy te trzy lata oglądania filmów wpłynęły w jakikolwiek sposób na decyzję Jessego o powrocie do szkoły. I wydaje mi się, że nie.
    A najbardziej przez całą niemal lekturę uwierało mnie to, że ten piętnastolatek nie ma nikogo na kim może się oprzeć, kto mu pomoże. Mamusia wypięła się na niego już na początku, a ojciec nie nadawał się do niczego poza oglądaniem filmów. I ja wiem, że w życiu tak bywa. Ale w tym wydaniu mnie nie kupiło.

    I bardzo, naprawdę bardzo dziękuję Ci za ten komentarz. I ze względu na mnie (bo takie właśnie komentarze uwielbiam, skłaniające do dyskusji i do refleksji), i na innych czytelników (bo mogą poznać inne zdanie na temat książki). Dziękuję. 🙂

  6. Przeczytałem i w zupełności podzielam zdanie Żony. Oczywiście decyzja o rzuceniu szkoły jest głupia, ale pewną dawkę głupot trzeba w życiu zaliczyć.

    Pomiędzy olewczością a rygoryzmem jest szerokie spektrum. Narrator jest bliżej olewczości (w imię indywidualizmu syna pozwalam na poważne pomyłki życiowe). Mi bliżej do rygoryzmu (w pewnych sytuacjach Ojciec powinien być oferować konkretne wsparcie lub nawet prezentować twarde stanowisko). Poza moją definicją ojcostwa jest olewanie dojrzewania seksualnego syna. Narrator nie umie znaleźć wspólnego języka z synem, nie umie być nawet oparciem – więc ucieka się do roli przewodnika po kulturze. Też można, ale kultura nie wyczerpuje dla mnie zadań ojca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s