Człowiek tylko leżałby i spał…

Wiem, że jesień nie tylko już przyszła, ale też zdążyła sobie pójść, ale ja nadal najchętniej leżałabym i spała. Gdyby człowiek mógł zapaść w sen zimowy, to właśnie bym radośnie pochrapywała. I nawet Boże Narodzenie z jego magią i prezentami nie przekonałyby mnie, że warto funkcjonować w tej części roku, kiedy zmrok zapada zanim człowiek zdąży zauważyć, że pojawiło się słońce…

Moje marudzenie wypływa oczywiście po części z tego, że przyplątał się do mnie jakiś wirus, a po części z tego, że na koniec roku zostało jak zwykle mnóstwo roboty, nie tylko sprawozdawczej. Biegam więc po szkołach podstawowych z warsztatami, wykładami i dyżurami oraz z domniemanym wirusem oczywiście. I jakoś przedzieranie się przez śnieżne zaspy na chodniku nie bawi mnie tak jak jeszcze dwadzieścia lat temu. I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam notkę przeglądową, ani to recenzja, ani pamiętnik, takie tam ględzenie o książkach, bo trochę mi się nazbierało książkowych refleksji. Poza tym, mój ulubiony Ojciec (pozdrawiam, Tato!) był łaskaw zwrócić mi uwagę, że zaniedbuję blogi (w domyśle, jak sądzę, że nie ma co czytać). Skoro tak (a trzeba Wam wiedzieć, że Ojciec mój czyta całe trzy blogi, w tym dwa moje, a jeden mojego ukochanego Męża), trzeba się wziąć do roboty.

Na biurku obok komputera poza stosami teczek i papierów „pracowych” wznoszą się też stosy pozaczynanych i niedokończonych książek. Podczytuję to to, to owo i na niczym nie mogę się skupić. Porzucone w połowie książki niedługo zwalą się na mnie i pogrzebią żywcem, ale nawet ta groźba jakoś nie skłania mnie do sięgnięcia po którąś z nich. Nie to, żeby były złe — po prostu nie mam nastroju. Wbrew temu, mój listopad był książkowo bardzo udany, spośród sześciu listopadowych lektur tylko jedna była marna, pozostałe dobre lub bardzo dobre, a jedna nawet świetna.

O tej ostatniej jednej, czyli Listach na wyczerpanym papierze Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory bardzo chciałabym coś napisać. Mam nadzieję, że mi się to uda, ale pisanie o niej okazało się  bardzo trudne. Staram się dotrzeć do tego co we mnie ta książka poruszyła i ciągle mam z tym problem. Jednak notka się tworzy. Zaskakuje mnie to, że na tak mało recenzji Listów… trafiam w książkowej blogosferze. Książka, która sprzedała się cała (w sensie cały nakład, co zresztą każe mi przypuszczać, ze był żałośnie niski) w kilka dni, była dość głośna i jest bardzo ciekawa nie doczekała się takiej fali recenzji jak „zwykłe” nowości. Może Listy… czytają raczej ludzie, którzy blogów nie posiadają, a może nie tylko ja mam problemy z ubraniem swoich wrażeń w słowa.

***

Z kolei o książkach Antoniny Kozłowskiej pewnie nie napiszę. W ostatnich miesiącach przeczytałam dwie — Czerwony rower i Kukułkę, obie bardzo dobre, niegłupie i świetnie napisane. Obie powędrowały do mojej ukochanej Matki (Ciebie też pozdrawiam, Mamo), która też się zachwyciła i czyta powoli, dozując sobie przyjemność (co jest gładkim i miłym dla samego siebie eufemizmem w przypadku braku czasu na czytanie). Wiem, że warto o tych książkach pisać, warto zwracać uwagę na to, że i w Polsce mamy świetne pisarki, ale po prostu zdecydowana większość moich przemyśleń została już napisana przez kogoś innego. Może zdecyduję się napisać coś o tych książkach, kiedy przeczytam Trzy połówki jabłka, a może nie. Na razie jednak daję sygnał: poszukajcie jakiejś książki Kozłowskiej i przeczytajcie sobie. Naprawdę nie powinnyście żałować (jeśli jesteście facetem, to głowy nie dam, ale wydaje mi się, że też żałować nie będziecie).

***

Najnowsza Fannie Flagg (Wciąż o tobie śnię) trzyma poziom i chociaż nie zachwyciła mnie aż tak jak poprzednia, to nadal pochłonęłam ją z dużą radością. Jak zwykle i coś do śmiechu i coś do zadumy, więc nadal kocham Fannie Flagg.  Może i porusza wciąż te same tematy, może nawet pisze cały czas w podobnym stylu, ale mnie się jej pisanie i jej tematy bardzo podobają.

***

Podczytuję sobie ostatnio (po raz kolejny, bo napadła mnie chęć na powtórki — wiecie, nastrój Mamonia) Frywolitki pani Musierowicz i jest to ten typ książki, który rozbudza we mnie ochotę wtargnięcia do biblioteki, zabarykadowania się, wzięcia zakładników i zażądania regularnych dostaw pożywienia, a potem już tylko czytania i czytania. Książki tego typu są drogowskazami do innych książek, często wydanych dawno temu i dostępnych tylko w bibliotekach, a i to nie wszystkich. Co i rusz trafiam we Frywolitkach na książkę, którą koniecznie muszę przeczytać (a czasem koniecznie muszę sobie powtórzyć), a czasem i na temat, który koniecznie muszę zgłębić. Do kolejki książkowej wpychają się coraz to nowe pozycje.

Na pierwszy ogień pójdzie pewnie Autobiografia Agathy Christie i to nie tylko za sprawą pani Musierowicz, ale też za sprawą prezentu od Mikołaja. Dostałam mianowicie odeń Sekretne zapiski Agathy Christie (opracowane przez Johna Currana), na które ostrzyłam sobie zęby jeszcze przed polską premierą. No ale przecież nie siądę do nich bez przygotowania merytorycznego, prawda? Na razie tylko zaglądam do książki i tamuję ślinienie — uwielbiam dobrze wydane książki.

***

A na koniec jeszcze drobna informacja. Zapisałam się mianowicie do wyzwania (nie tyle czytelniczego, co raczej kulturowego) blogowego Znalezione pod choinką. Na początku chodziło w nim o przeczytanie świątecznej książki i obejrzenie filmu o świętach, ale do teraz wyzwanie zaczęło ewoluować i pojawiają się na nim wiersze, piosenki, artykuły z czasopism i co się komu ze świętami kojarzy. To bardzo miła rzecz, takie świąteczne wyzwanie, więc na pewno postaram się o moich świątecznych lekturach, filmach i piosenkach coś napisać.

Póki co wracam do pisania oferty i sprawozdania. Życzcie mi szczęścia…

Reklamy

10 myśli na temat “Człowiek tylko leżałby i spał…”

  1. Frywolitki uwielbiam, w ogóle Musierowiczową. Listów w ręku nie miałam, to się mądrzyć nie będę. O nowej Flagg nie słyszałam, lece kurcgalopkiem wygooglować.
    No i kuruj się!

  2. Autobiografia Agathy Christie zacna jest, ale ma tyle najróżniejszych ‚zakątków’ myślowych, że nie da się jej czytać jednym tchem. Przynajmniej ja nie dałam tak rady 🙂 Frywolitki Musierowicz posiadam, cały czas czekają w kolejce do przeczytania – jako jedyne tej autorki, której jeszcze będę smakować. Powiadasz, że to może grozić napadem na bibliotekę, cóż, drżyjcie biblioteki!

  3. Jaka musierowiczowska atmosfera, nawet tytuł frywolitkowy. 😉 (Mnie w każdym razie ten wers kojarzy się bardziej z Musierowicz niż z Gałczyńskim). Autobiografia Christie to świetny wybór na zimę, w sam raz żeby się gdzieś zaszyć z herbatką i ciastem. Jak Cesia w wieżyczce.

  4. Kasiu.eire, jak tam, nowa Flagg już zdobyta?
    Nailo, ja „Autobiografię” łykam jednym ciągiem, ale ja podobno jestem dziwna. 😉
    The_book, dobrze, że jest ktoś, kto mnie rozumie…
    Arsenko, dziękuję za doping (w zdrowieniu i pisaniu), będę się starać!
    Marigolden, mnie cytat kojarzy się przede wszystkim z Gałczyńskim, ale to dlatego, że najpierw poznałam jego, a dopiero potem Musierowicz.
    Staszku, dziękuję serdecznie.

  5. Ja a propos „Listów na wyczerpanym papierze”… Spróbowałam napisać coś o nich na moim blogu, kiedy jednak to czytam, to tylko w niewielkim stopniu odnosi się to do tego, co tak naprawdę czuję w związku z tą książką. Trudno ubrać we własne nieudolne słowa mistrzów słów… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s