Monika Szwaja „Zupa z ryby fugu”

Tytuł: Zupa z ryby fugu
Autor: Monika Szwaja
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: SOL
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 348

Bardzo lubię książki Moniki Szwai. Do tego stopnia, że spokojnie mogę kupować je „w ciemno”. Nie czytając wcześniej żadnych recenzji, nie szperając w czeluściach Internetu, żeby sprawdzić, czy książka nadaje się do kupienia, czy nie bardzo. Wystarczy, żebym dowiedziała się, że ma wyjść kolejna jej powieść, a już wiem, że ją kupię.

Co prawda nie wszystkie te książki podobają mi się tak samo, nie w każdym przypadku mogę polubić bohaterów (czy raczej bohaterki), nie zawsze tak samo przejmuję się ich losami, ale jedno pozostaje niezmienne — język autorki i jej sposób pisania. Lubię powieści Szwai, bo czytając je, mam wrażenie obcowania z osobą, którą na ogół trudno mi spotkać (z wyjątkiem tych, oczywiście, z którymi moje życie już jest związane…). Z kimś, kto kocha Starszych Panów i szanty, kto słucha opery i muzyki klasycznej, kto czyta książki, które przez innych uważane są za straszne nudziarstwo. Z kimś, kto nawet zasób powiedzonek i bon motów ma podobny do mojego (oczywiście, możliwe jest, że tak naprawdę Monika Szwaja jest na co dzień niekulturalną troglodytką, ale bądźmy szczerzy, nie chodzi mi o to jaką osobą jest autorka, tylko czym promieniują jej książki. A poza tym jakoś w to nie wierzę).

I właśnie z tego powodu sięgnęłam po Zupę z ryby fugu tuż po tym jak pojawiła się na półkach. I — powiem od razu — na tym aspekcie zdecydowanie nie zawiodłam się. Styl Szwai jest nadal tak samo przyjemny, jak był dotychczas. Może w tej powieści jest trochę mniej humoru niż w poprzednich, ale też tematyka do najweselszych nie należy. Zupa opowiada historię dwóch kobiet, których losy nieuchronnie krzyżują się dzięki trzeciej kobiecie. Z tych dwóch Anita ma niemal wszytko (dom, kochającego męża i rodziców, widoki na karierę i pieniądze), Miranda zaś nie ma prawie nic  (rodzina o nią nie dba, pieniądze ledwo wystarczają na wynajęty pokój, studia polonistyczne nie wróżą kariery, a pracę znaleźć ciężko). Okaże się jednak, że właśnie Anita będzie coraz bardziej nieszczęśliwa, a Miranda zacznie znajdować swoje miejsce w życiu. I w pewnym momencie to Miranda będzie mogła dać Anicie to, czego wydaje się w żaden inny sposób Anita nie osiągnie. Ta trzecia — Eliza — to przesiąknięta jadem jędza, która lubi ludzi tylko kiedy mają problemy, a jak ich nie mają, to potrafi im je świetnie zorganizować.

Gdyby Zupa z ryby fugu była trochę inną książką, byłaby studium obsesji (tutaj na punkcie posiadania dziecka) i tego jak wpływa ona na związki między ludźmi. Gdyby była książką jeszcze inną, mogłaby być czymś w rodzaju powieści Jodi Picoult — opowieścią o sytuacji bez wyjścia, w której wszyscy mają swoje racje, ale ktoś musi ucierpieć. Mogłaby też być zaangażowanym głosem w sprawie stosunku Kościoła Katolickiego i polskiego społeczeństwa do in vitro, antykoncepcji i posiadania dzieci w ogóle. Mogłaby być lekką i dowcipną opowieścią, która pozwala czytelnikowi oswoić trudne tematy. Mogłaby wreszcie być powieścią o tym, jak jedna nieszczęśliwa i sfrustrowana osoba może zniszczyć szczęście wielu innych.

Zupa z ryby fugu mogłaby być którąś z tych książek i sądzę, że niezależnie od tego którą by była, podobałaby mi się bardziej. Bo tak naprawdę ta powieść jest tymi wszystkimi książkami po trochu, a są to składniki, które jakoś do siebie nie pasują.

Na dodatek miałam wrażenie, że postać Elizy dostała w książce etat swego rodzaju deus ex machina — nie wiemy jak sprawić, żeby Anita zwróciła się ku nauce: dajmy Elizę, nie wiemy jak sprawić, żeby wykonała zwrot o 180 stopni w stronę religii: dajmy Elizę, nie wiemy jak mają się spotkać nasze bohaterki: dajmy Elizę. I tak dalej, i tym podobne. Trochę mi się to wszystko wydawało naciągane. Troszkę mi tutaj zapachniało pójściem na łatwiznę. Zresztą w samej powieści było jeszcze trochę nieścisłości czy przemilczeń, byle tylko skleiła się fabuła.

Ale mimo tej surowej analizy, mogę spokojnie powiedzieć, że Zupę z ryby fugu czytało mi się miło. Spotkałam na jej kartach trochę starych znajomych z poprzednich książek autorki, kilka razy się roześmiałam, częściej po prestu uśmiechnęłam i pochłonęłam książkę z dużą przyjemnością. W przeciwieństwie do kilku osób, których opinie o zdarzyło mi się usłyszeć (przeczytać), nie mam też zastrzeżeń do rozwiązania akcji. Zakończenie jest dla mnie w zasadzie jedynym możliwym w tej sytuacji happy endem. Żałuję tylko, że nie było w książce żadnego bohatera, który byłby mi bliski, albo którego polubiłabym jakoś szczególnie.

Jednak mimo dość ambiwalentnych uczuć po lekturze, w mojej prywatnej skali ocen Zupa zasłużyła na (średniosolidną) szóstkę, choć tylko dlatego, że po prostu bardzo lubię książki Moniki Szwai.

Moja ocena: 6/10

Reklamy

9 myśli na temat “Monika Szwaja „Zupa z ryby fugu””

    1. Mogłabym, ale mnie się Gosposia całkiem podobała, a tobie zupełnie nie, więc nie wiem, czy moje zdanie Ci się przyda. 🙂

      W Gosposi bardziej mi się podobali bohaterowie (łatwiej ich polubiłam) i główny temat. Zupa jest chyba trochę lepiej napisana, wszystko kręci się w zasadzie wokół jednego tematu i książka jest dzięki temu bardziej „składna”.

      Obie podobały mi się podobnie, ale jakbym musiała wybierać to bardziej Gosposia. Z tym, że znam takich, co uważają, że Zupa to da Szwai krok naprzód, jej najlepsza książka, bo porusza ważne tematy.

      Ogólnie uważam, że warto kiedyś przeczytać i przekonać się na własne oczy, ale jakoś namiętnie bym na nią nie polowała na Twoim miejscu (chyba, że masz jak ja i obsesyjnie kochasz Szwaję, oczywiście). Jak będziesz chciała mogę Ci też kiedyś pożyczyć, jak moja ukochana Matka przeczyta.

      1. Ja w sumie zadałam chyba złe pytanie. Prawidłowe powinno być, czy jest ona bardziej w stylu podobna do Zapisków czy do Gosposi, bo pierwsza mi się podobała (a takżepozostałe dwie z tej serii), zaś Gosposia (i Jestem nudziarą jak już mam być dokładna) totalnie nie.
        Pozdrawiam 🙂

      2. Raczej w stylu Gosposi moim zdaniem. To znaczy z tych dwóch do wyboru, bo chyba bym w ogóle powiedziała, że jest jeszcze inna. 🙂

  1. Zgadzam się co do tego, że narracja Szwai jest niezwykle przyjemna. Jej książki pochłania się w jednej chwili, a i pozostawiają one w czytelniku owo ‚coś’, co powinno weń zostać. Bo czasem zdarzają się pozycje, które ‚wlatują’, by zaraz ‚wylecieć’, a w tym wypadku jest inaczej. I za to warto docenić panią Monikę.

    Co do samej ‚Zupy’ – nie miałam jeszcze okazji czytać, więc się nie wypowiadam 🙂

  2. Przede wszystkim nie Edyta, a Eliza droga recenzentko:)
    Mi osobiście podobały się wszystkie książki Szwai z małym wyjątkiem „artystki wędrownej” i to głównie z powodu listów. Nie znoszę czytać listów, jedyną książką z listami w treści, którą czczę są „niebezpieczne związki”.
    „Zupę…” bardzo polecam, po początkowym zawodzie (gdzie śmiesznie, lekko i przyjemnie?) wciągnęła mnie bardzo. Uwielbiam, gdy autor zmusza mnie do znielubienia pozytywnej postaci, albo polubienia negatywnej:) Te postaci żyją, bo są trójwymiarowe, bo są i złe, i dobre, i odważne, i tchórzliwe, zdradzieckie i kochające, zależy jak spojrzeć, zależy na czyim miejscu się postawimy. Co do Elizki, ja taką znam, niejedną nawet, kiedyś nią byłam przez chwilę. Każdy z nas zna jakąś Lilę, jakąś Michalinę, Mareszkę, jakiegoś Noela. I dlatego właśnie każdy umiałby w tych książkach obsadzić się w którejś z ról.

    1. Racja, Eliza (kurczę, a teraz znowu chciałam napisać „Racja, Edyta”, co mi się tak ta Edyta przyplątała…?), widać postać mi się nie spodobała, razem z imieniem 😀 … Już zmieniam, dzięki za zauważenie.

      Mnie się tam „Artystka…” całkiem podobała (ale nie mam nic do formy listów, więc to pewnie dlatego), chociaż najbardziej chyba lubię „Zapiski stanu poważnego” i „Romans na receptę”.

      A takie Elizki, to ja też znam, nie przeczę. I wcale nie twierdzę, że nie jest prawdopodobna. Po prostu jak dla mnie budowanie całej fabuły na jej złym wpływie jest trochę pójściem na łatwiznę: ludzie mają swoje problemy i bez takich Eliz, choć pewnie byłoby to trudniej opisać.

      Wielkie dzięki za taki konstruktywny wpis. 🙂

  3. Właśnie skończyłam czytać. Złościła mnie fabuła. Klub dziewic mi się podobał, a to jakieś bez moralności. Nie przekonała mnie też postać Anity, choć znam problem.

    1. No fakt, mnie też fabuła niespecjalnie przekonała… Obawiam się, że bardziej podoba mi się pani Szwaja, kiedy pisze o zwykłych życiowych miłościach i nienawiściach, a nie sprawach z pierwszych stron gazet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s