Jeszcze bardziej spóźnione, ale nadal świąteczne

W poniedziałek na moim głównym blogu z okazji 21 marca powitałam wiosnę piosenkowo-wierszowo (21 marca to nie tylko pierwszy dzień wiosny, ale też Światowy Dzień Poezji). Miałam od razu napisać notkę i tutaj, ale los chciał inaczej. Nie będziemy się spierać z losem, ale notka o poezji być musi, bo jakżeby inaczej?

Nie mam zamiaru pozować tutaj na natchnioną wielbicielkę poezji spijającą nektar słów poety-geniusza z kart zbiorów i biegającą do różnych malinowych chruśniaków, żeby się poezją w samotności rozkoszować. Co to, to nie. Ale lubię. Lubię usiąść sobie wieczorem przy dwóch lampkach — jednej lampce świecącej, a drugiej lampce wina — i zamiast zagłębiać się w kolejnej powieści wziąć do ręki jakąś antologię, albo tomik któregoś z moich ukochanych autorów. Mam takich, część zmienia się z czasem, ale jest pewien trzon, który zostaje. I ten trzon staje się z roku na rok coraz „grubszy”, bo co i rusz odkrywam coś nowego i pięknego, a dużo rzadziej przestaję coś lubić. A na dodatek często słuchając różnych piosenek wsłuchuję się w ich słowa, zachwycam się, potem odkrywam autora i mam do pokochana kolejną osobę. Ale ja lubię kochać, więc zupełnie mi to nie straszne.

Ponieważ blog funkcjonuje od niedawna, to nie będę poetycznie podsumowywać tylko zeszłego roku, ale napiszę trochę o niektórych moich fascynacjach — może nawet nie tyle tych najważniejszych, ile tych, które teraz przychodzą mi na myśl, więc na ten moment można je za najważniejsze uznać.

A jednak klasycy?

Jestem pewnie nieco staroświecka, bo zamiast zachwycać się Wojaczkiem i Stachurą (owszem, lubię, ale tylko w wersji śpiewanej przez stare Stare Dobre Małżeństwo na pierwszych kilku płytach, bez muzyki mi nie wchodzi) sięgam po te straszne lektury, którymi „zamęczali” nas poloniści w szkole. Chociaż nie przepadam za romantyzmem, lubię Pana Tadeusza i uwielbiam wprost Ballady i romanse. W ogóle inny Mickiewicz z tych ballad wychodzi: historyjki w większości krwawe (zupełnie nie dla dzieci — a może właśnie dla dzieci, które w końcu uwielbiają makabryczne opowieści z morałem), a do tego cudne poczucie humoru — to musiał być bardzo sympatyczny chłopak zanim zmienił nam się w narodowego wieszcza… Z podstawówki pamiętam jeszcze Powrót taty i Panią Twardowską, ale najlepsze odkryłam dopiero potem. Na przykład takie Lilije nie dość że zaczynają się uroczym

Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana;
Zabiwszy grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju,

(pamiętacie Gałczyńskiego: „Takie utwory wieszcza | Dzieciom się w książkach zamieszcza?”), to dalej jest coraz lepiej. Nie dość, że „Wrona gdzieniegdzie kracze | I puchają puchacze” (od dawna już dla mnie wrona kracze „gdzieniegdzie”), to dowiadujemy się na przykład, że „Mąż z królem Bolesławem | Poszedł na Kijowiany. | Lato za latem bieży, | Nie masz go z bojowiska; | Ja młoda śród młodzieży, | A droga cnoty śliska!”. Cudne to jest w całości i czyta się jak najlepsze opowiadanie grozy, z tym że jednak humorystyczne.

A przecież to tylko przykład, bo mamy i uroczą Świteziankę („Ona po srebrnym pląsa jeziorze | On pod tym jęczy modrzewiem”), i cudny przekład-nieprzekład z Schillera Rękawiczka (o Emrodzie, co poszedł między lwy i lamparty po rękawiczkę kochanki, a potem „Rycerz jej w oczy rękawiczkę rzucił: | <<Pani, twych dzięków nie trzeba mi wcale>> | To rzekł i poszedł, i więcej nie wrócił.” — no czyż to nie urocze?), i Trzech Budrysów (Pamiętacie? „Bo nad wszystkich ziem branki milsze Laszki kochanki, | Wesolutkie jak młode koteczki, | Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka, | Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki.”?),  i równie śliczne To lubię („Zostać na polu samemu i w nocy, | <<To lubię – rzekłem – to lubię!>>”)… Dość, bo można tak jeszcze długo. W ogóle u Mickiewicza kocham potoczystość języka i swobodę. Niesamowicie pięknie potrafił się znaleźć w każdej formie od króciutkiego sonetu po ogromny poemat trzynastozgłoskowcem. Do dramatów wieszcza Adama nikt mnie już pewnie nie przekona, ale ballady, romanse i sonety bardzo lubię.

Na deser inny poeta o Mickiewiczu. I nie będzie Gałczyńskiego (ani Lilij ani Ofiary świerzopa, chociaż bardzo lubię), tylko coś chyba mniej znanego…

Wielka trójca międzywojnia

Trzech bardzo ważnych dla mnie poetów zaczynało pisać w dwudziestoleciu międzywojennym. Ilekroć się zastanawiam, którego z nich wolę, tylekroć nie mogę się zdecydować. A jak już się zdecyduję, to za każdym razem inaczej. Gałczyński, Słonimski i Tuwim (niech będzie, że alfabetycznie). Każdy inny, a wszystkich trzech kocham czytać.

Konstantego Ildefonsa kojarzy się głównie z Zaczarowaną dorożką („Póki dorożka dorożką, | a koń koniem, dyszel dyszlem, | póki woda płynie w Wiśle (…) zawsze będzie w każdym mieście, | zawsze będzie choćby jedna, | choćby nie wiem jaka biedna…”). Ja Dorożkę bardzo  lubię, ale to przecież nie powód, żeby nie lubić i innych wierszy Gałczyńskiego. I tych zabawnych (Dlaczego ogórek nie śpiewa?, O wróbelku, Strasna zaba czy Satyra na bożą krówkę), i tych lirycznych (Prośba o wyspy szczęśliwe, Pyłem księżycowym, Ojczyzną moją jest muzyka, czy choćby Pieśń o żołnierzach z Westerplatte — pierwszy „poważny” Gałczyński jakiego poznałam, też w szkole).

Pięknie się wiersze Gałczyńskiego komponują z muzyką, mnóstwo słyszałam piosenek do jego liryki (tkliwej dynamiki…), łącznie z Zaczarowaną dorożką zresztą. Poniżej coś nieco mniej poważnego, ale za to w mistrzowskim wykonaniu Jacka Wójcickiego.

Antoni Słonimski z tych trzech moich ulubionych jest pewnie najmniej znany. A niesłusznie, bo wiersze pisał naprawdę piękne. Może napisał ich mniej, a może mniej ludzi natrafiło na nie szukając tekstów do piosenek, ale nadal warto się rozejrzeć za jakimś tomikiem Słonimskiego. Ja zresztą dowiedziałam się, że go lubię właśnie dzięki piosence — Elegii miasteczek żydowskich śpiewanej przez Antoninę Krzysztoń do własnej melodii.

Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek,
W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy
Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek,
I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.

Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany,
Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto
I wapnem sinym czysto wybielono ściany
Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.

Błyszczy tu księżyc jeden, chłodny, blady, obcy,
Już za miastem na szosie, gdy noc się rozpala,
Krewni moi żydowscy, poetyczni chłopcy,
Nie odnajdą dwu złotych księżyców Chagalla.

Te księżyce nad inną już chodzą planetą,
Odfrunęły spłoszone milczeniem ponurym.
Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą,
Zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem.

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem.

Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem,
I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa,
Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa
Dwa narody karmione stuleci cierpieniem.

Trudno coś o Słonimskim znaleźć w Internecie, choć trochę tekstów da się poczytać. Jeszcze trudniej o piosenkę z jego tekstem, ale i to się udało. Byłby pewnie Święcicki i Nie wołaj mnie w wersji audio, ale YouTube zaproponowało takiego Gintrowskiego. Dla mnie nowość, ale bardzo mi się podoba.

Julian Tuwim jest mi z tej trójki o tyle najbliższy, że związany z moim miastem — Łodzią. W Kwiatach polskich sporo jest łódzkich motywów i może właśnie dlatego tak je lubię, bo zazwyczaj do poematów dygresyjnych nie mam cierpliwości. Inna rzecz, że akurat Kwiaty można spokojnie czytać jako pojedyncze wiersze (tak zresztą były wielokrotnie wykorzystywane w piosenkach). Tuwim ma też w moim sercu szczególne miejsce ze względu na jego twórczość kabaretową. Wszystkie te teksty piosenek i szmoncesy do przedwojennych teatrzyków i kabaretów są dla mnie nieustającym źródłem radości.

A dla wszystkich bibliofilów (tekst za serwisem poema.art.pl) — Zakochany bibliofil (ballada tragiczna)

Na co mam przysiąc, Piękna, że z żądzy umieram?
Że mi się na Twój widok serce w pieśń rozdzwania?
Na komplety Kolberga, „Wisły”, Estreichera!
Na dziadowskich kantyczek groszowe wydania!
Na „Bandytę z miłości” (a miałem go, drania!)
Na „Kwiaty” Rozbickiego — z ryciną! Rzecz drobna,
Ale nie do zdobycia – jak ty do kochania…
– Przysięgam na te książki, na każdą z osobna!

Jakże cię mam przekonać, że mi sen odbiera
Wspomnienie o twych oczach i świat mi przesłania?
Klnę się na Syreniusza, Siennika, Kirchera
(„Mundus Subterraneus”), na „Podróże Frania”,
Na obscoenum sprzed wieku „Hrabina Melania”,
Na pangegrik „Muza weselnie-żałobna
W dźwięczno-wdzięcznych melodiach tkliwego gruchania” —
— Przysięgam na te książki, na każdą z osobna!

Ginę, Pani! Jak pragnę zdobyć Guliwera
W edycji M. Glucksberga! Przysięgam na „Zdania
I uwagi moralne Starego Fryzjera”,
Na „Młot na czarownice”, na traktat „De mania
Scribendi in latrinis”… Ginę z miłowania
Zapomnieć? Nie! Zapomnieć Ciebie nie podobna!
A że kocham – przysięgam Ci w chwili rozstania
Na wszystkie książki razem i każdą z osobna.

Przesłanie
Pani! Żegnam raz jeszcze i pięknie się kłaniam…
Gdy nie chcesz bibliofila — niech Cię jakiś snob ma…
Jedno wiedz: dziesięć takich oddam bez wahania
Za każdą z owych książek, za każdą z osobna.

Śliczne! Zwłaszcza w kontekście Grochu z kapustą, który wertuję sobie w wolnych chwilach, a w którym Tuima mania bibliofilska pięknie jest wyeksponowana. A na koniec może jednak klasyka. Fragment  Kwiatów polskich i Ewa Demarczyk.

Ten rok przyniósł

No i wyszedł wpis strasznie długi, a ja nawet nie zdążyłam wspomnieć o Jonaszu Kofcie, Jeremim Przyborze, Marianie Załuckim, Andrzeju Garczarku czy Jacku Kaczmarskim.

Ale że zazwyczaj ograniczam się w blogowych wyliczankach do pięciu elementów, to zostało mi jeszcze miejsce dla poetyckiego odkrycia tego roku — Emily Dickinson. Oczywiście znów odkrycie związane z muzyką. Piosenki do wierszy Emily Dickinson (całe dwa) śpiewała na swojej płycie Miłość jest wszystkim Grażyna Barszczewska. Oczywiście śpiewała i inne wiersze (choćby Achmatowej), ale właśnie Dickinson zwróciła moją uwagę. Przede wszystkim chyba lapidarnością.

Nie jestem jeszcze pewna, czy Emily Dickinson pozostanie wśród moich ulubionych poetów. Poznaję ją powolutku, od czasu do czasu czytając kilka wierszy. Nie mam dostępu do żadnego jej tomiku, więc czytam w Internecie. Niektóre mi się podobają, inne mniej — jak to zwykle. Na razie ją poznaję…

Wyrastamy z miłości

No i tak się rozpędziłam z tym pisaniem, że mi wpis z okazji Światowego Dnia Poezji puka do bram Międzynarodowego Dnia Teatru. Kiedy ja zdążę napisać notkę o (oczywiście ogromnie przeze mnie kochanym) dramacie? Już nie mówiąc o zwykłych recenzjach, z którymi straszliwie zalegam… Ale nic to, na razie tradycja blogowa mówi, że do notki warto dołączyć bonus. Więc bonus na rozluźnienie: tekst Julian Tuwim, śpiewa Jadwiga Kuta.

Reklamy

3 myśli na temat “Jeszcze bardziej spóźnione, ale nadal świąteczne”

  1. Mickiewicza trzeba umieć przeczytać, by dostrzec w nim pisarza wrażliwego na słowo, posiadającego łatwość w operowaniu nim (choć ta praca nad pierwszym wersem „Stepów akermańskich” jest widoczna), potrafiącego wybierać temat zarówno z opowieści, jak i obserwacji życia i ludzi oraz włączającego własne poglądy i odczucia o charakterze politycznym i historycznym. Aby ogarnąć jego twórczość, wiedza (skromna) szkolna nie wystarczy – bo wtedy „wielkim poetą był”, lecz trzeba samodzielnie przeczytać coś więcej.
    Wczoraj w radiu słuchałam ciekawych audycji poświęconych sprawom teatru.

  2. Sklamie jesli powiem, ze jestem milosniczka poezji ale sa wiersze, ktore lubie sobie czasem poszeptac z pamieci sama dla siebie;) Pawlikowska – Jasnorzewska chocby.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s