Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘wyzwanie’

Znalezione pod choinką — podsumowanie wyzwania

Posted by Ysabell w dniu 16 Styczeń 2011

blog wyzwaniowy

Wyzwanie czytelnicze Znalezione pod choinką skończyło się wczoraj, najwyższy czas zatem sprawdzić, czy udało mi się wypełnić podstawowe założenia. Pogrzebmy trochę i zobaczmy o co tak naprawdę chodziło w całej zabawie.

Celem wyzwania jest przeczytanie minimum jednej książki i obejrzenie minimum jednego filmu o tematyce związanej z Bożym Narodzeniem (ale bardzo szeroko rozumianej) i zamieszczenie ich recenzji (…).
Wyzwanie trwa od 28 listopada do 15 stycznia.
Na blogu można zamieścić całą recenzję lub link do niej na własnym blogu. [źródło]

Minimum jedna książka i jeden film do 15 stycznia — są. Recenzje na blogu — są (dowody znajdują się tutaj i tutaj). Co prawda w planach było trochę co innego, ale zadanie wykonane. Oprócz tych dwóch recenzji zamieściłam na blogu wyzwaniowym mój ulubiony świąteczny wiersz i wpis o piosenkach, które mi się ze świętami kojarzą (zamieściłam go również na swoim nieksiążkowym blogu).

Tyle, jeśli idzie o blog wyzwaniowy i spełnienie warunków uczestnictwa w wyzwaniu.Jak natomiast wygląda moje podsumowanie świątecznych lektur i filmów?

Przeczytałam oczywiście Tajemnicę świątecznego puddingu (zrecenzowana). Poza nią podczytywałam kilka świątecznych książek, ale żadnej nie przeczytałam w całości. Z Noelki przeczytałam sobie o Bożym Narodzeniu u Borejków, z Małych kobietek o ich świętach, a za Świąt z Anią o Bożym Narodzeniu na Zielonym Wzgórzu (tym z Ani z Zielonego Wzgórza i tym z Ani z Szumiących Topoli).

Filmów obejrzałam więcej niż się spodziewałam, większość już po świętach. Były wśród nich zrecenzowane Love Actually, Cud na 34. Ulicy i The Family Stone, a poza nimi jeszcze Boże Narodzenie Herculesa Poirota (z Davidem Suchetem w roli Poirota). Poza tym, zgodnie z planami obejrzałam sceny wycięte z Love Actually, a do tego komentarz audio do tego samego filmu (komentowali Richard Curtis, Hugh Grant, Bill Nighy i Thomas Brodie-Sangster), który okazał się być niemal tak samo zabawny jak sam film. Bardzo polecam zwłaszcza tym, którzy Love Actually znają już na pamięć, a ciągle mają go ochotę obejrzeć.

I na koniec o tym, czego nie obejrzałam i nie przeczytałam. Żałuję, że nie udało mi się wrócić do Wiedźmikołaja ani w wersji książkowej, ani filmowej. Chciałabym też zobaczyć Cud na 34. Ulicy w wersji oryginalnej (tej z lat 40.), a także kilka filmów recenzowanych przez uczestniczki wyzwania (ze Świętami Last Minute na czele, chociaż mogę też przeczytać książkę).

Ogólnie czuję się zadowolona ze swoich wyników i swoich okołogwiazdkowych lektur i filmów. Mam też trochę przemyśleń ogólniejszych. To było moje pierwsze wyzwanie czytelnicze w ogóle i przekoanałam się, że jestem w stanie brać w nich udział, ale z drugiej strony zobaczyłam też, że kiedy zobowiążę się do czytania czy oglądania czegoś, zupełnie przestaję mieć na to ochotę. Nie chce mi się do tego brać, a pisanie recenzji to prawdziwa męczarnia. W związku z powyższym przemyślę dobrze zapisywanie się do kolejnych wyzwań, chociaż kilka mnie kusi. A propos wyzwań, u Mooly trwa dyskusja na ich temat, zapraszam do przyłączenia się. I tym optymistycznym akcentem…

Opublikowany w Inne | Otagowane: , | Komentarzy: 2 »

Zaległości

Posted by Ysabell w dniu 8 Styczeń 2011

Nie nadążam za wieloma rzeczami i w życiu i na blogu. Zazwyczaj mi to specjalnie nie przeszkadza, ale zaległości rosną… Ani się człowiek obejrzy i już zaczynają go z każdej strony przygniatać. A biorąc pod uwagę, że (1) nie zaprezentowałam nie tylko stosów świątecznych, ale też przedświątecznych, (2) blogosfera na nowy rok wybuchła wręcz wyzwaniami, (3) trafiłam na kilka ciekawych zapowiedzi wydawniczych, a na dodatek (4) powoli kończy się termin wyzwania świątecznego (więc wypadałoby coś zrecenzować), otrzymujemy 1+2+3+4=10, więc zaległości rosną, jak widać, w tempie zastraszającym…

Nadróbmy więc trochę z nich. Styczeń, jak to styczeń — po świętach trudno się na nowo przyzwyczaić do pracy, wirus jakiś lata w powietrzu, a na dodatek najlepsze książki zostały już wydane na święta. Znalazłam mimo tego trzy pozycje, które wydają mi się ciekawe:

Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Mariola, moje krople…” — jedyna powieść, która zwróciła moją uwagę (czyżby zaczynały się spełniac moje życzenia noworoczne z poprzedniego posta?). Cukiernia pod Amorem tej autorki bardzo mi się podobała nie tylko ze względu na temat, ale też dzięki świetnemu językowi autorki. Mam szczerą nadzieję, że ta powieść jest napisana równie dobrze. Jeżeli tak, będzie to na pewno świetna lektura. Temat (prowincjonalny teatr w 1981) może być dodatkowym atutem, bo teatr bardzo lubię.

Wydawnictwo Świat Książki, informacja stąd.

Daniel Power (red.) “Rozkwit średniowiecza” — ja wiem, że na półkach zalega z dziesięć innych pozycji o średniowieczu, sporo pewnie lepszych od tej, ale tak sobie kombinuję, że może ta będzie trochę lżejsza od Panoramy średniowiecznej Anglii albo Europy 600-900. A może i nie, ale po prostu wygląda bardzo kusząco (widzieliście tę okładkę?), więc kto by się opanował…? Średniowiecze to moja ostatnio ulubiona epoka historyczna.

Wydawnictwo Świat Książki, informacja stąd.

Tony Horwitz “Podróż długa i dziwna. Drugie odkrywanie Nowego Świata” — znaleziona czystym przypadkiem, ale wcale nie wiem czy nie najbardziej kusząca ze wszystkich. Co działo się w Ameryce północnej pomiędzy Kolumbem a Mayflower? Mam nadzieję, że te prawie półtora wieku pustki  (w moim umyśle) wypełni ta książka. A że czytałam pozytywne opinie o Błękitnych przestrzeniach tego autora, a Terra incognita to ciekawa seria, mam nadzieję na kawał dobrej literatury.

Wydawnictwo W.A.B., informacja stąd.

Jako, że wyzwanie Znalezione pod choinką powoli dobiega końca, a natura nie znosi próżni, blogosfera książkowa wprost eksplodowała nowymi wyzwaniami czytelniczymi. Pozwólcie sobie przedstawić:

  • Barbara z Wrót Wyobraźni zaproponowała zabawę o nazwie Możesz więcej. Zadanie jest proste — przeczytać w 2011 roku więcej książek niż w roku ubiegłym. O ile więcej? A to już zależy od wybranego poziomu.
  • Padma z Miasta Książek zaprasza na nocne lektury Od zmierzchu do świtu. W wyzwaniu chodzi o czytanie książek z nocą w tytule ale też taki, w których akcji istotna jest ta pora doby. Można też czytać nocą i pozastanawiać się trochę nad takim czytaniem.
  • Mooly z Kartek Szelestu chce żebyśmy spojrzeli na świat Reporterskim okiem. Tym razem chodzi o czytanie reportaży i literatury faktu. Dla nielubiących ograniczeń: wyzwanie jest bezterminowe.
  • Karto_flana z bloga O moim czytaniu proponuje wyzwanie Bracie, siostro… rodzino. Tutaj zadaniem jest przeczytanie jednej książki o siostrach, jednej o braciach i jednej o dowolnych innych więzach rodzinnych.
  • Bujaczek z bloga Zapatrzona w książki zaprasza do Papierowego zwierzyńca. W wyzwaniu czyta się książki o zwierzętach i ze zwierzętami w tytule. Wyzwanie również nie jest ograniczone czasowo.
  • Kala z Mola książkowego przygotowała dla nas polską wersję wyzwania z Harukim Murakamim. Jeśli kogoś interesuje wersja angielska, do której też zapisało się kilka osób z “naszej” blogosfery, niech zajrzy tutaj. Cel jest prosty i oczywisty: przeczytanie choć jednej książki Murakamiego.
  • A kiedy już myślałam, że skończyłam to zestawienie, trafiłam na wpis Mooly, która zastanawia się, czy nie warto by stworzyć polskiej wersji wyzwania wschodnioeuropejskiego. Niektórzy polscy blogerzy również do niego zapisali się w wersji angielskiej.

Niezły zestaw, nie? A wszystko to odkryłam w styczniu, czyli w ciągu tygodnia. Na razie nie zapisałam się do żadnego z nich, ale może kogoś z Was zaciekawią. Zastanawiam się nad kilkoma, zobaczymy co przyniesie przyszłość. Najpierw jednak zakończę przygodę z wyzwaniem świątecznym.

No i jeszcze, wciśnięty smutno na koniec, stosik przedświąteczny. Takie oto książki przywędrowały do mnie jeszcze w grudniu:

Wszystkich, którzy nie czytają mojego bloga regularnie (jak możecie!) informuję, że kieliszek zamiast lampki występuje z okazji daty robienia zdjęć stosików, czyli 31 grudnia 2010 (zaczęliśmy tak koło 23:30), kiedy to przypada istotne do oblewania święto czyli nasza rocznica ślubu… A na stosie od góry:

1. Marta Kisiel “Dożywocie”. Książka, którą musiałam kupić, kiedy tylko się o niej dowiedziałam (tuż przed Wigilią). Opowiadaniem “Dożywocie” zachwyciłam się w zbiorze Kochali się że strach, a tym zbiorem opowiadań zachwyciłam się jeszcze w grudniu. Nie wszystkie są tak wspaniałe jak to pierwsze ale i tak książka dostała ode mnie 8,5/10, czyli jak na mnie bardzo wysoko.

2. Barbara Hodgson “Krynolinę zostaw w Kairze”. Nabytek okołomikołajkowy z okazji przeceny w Matrasie. Podtytuł brzmi “O pierwszych podróżniczkach”. Na razie obejrzałam wszystkie ilustracje (są cudne!) i troszkę zaczęłam czytać i wygląda bardzo apetycznie. Obszerna bibliografia, zdjęcia, mapy, drzeworyty, mnóstwo cytatów… aż szkoda, że taka to malutka książeczka.

3. John Curran “Sekretne zapiski Agaty Christie”. Mikołajkowy prezent od Męża, o którym (prezencia, nie Mężu) już tu pisałam, więc nie będę się powtarzać. Trochę rozczarował, ale jako fanka Agathy Christie nie żałuję zakupu, bo chcę mieć tę ksiażkę do częstego sięgania.

4. Robert M. Sapolsky “Dlaczego zebry nie mają wrzodów?”. Mikołajkowy prezent od rodziców (dziękuję, Kochani), a w zasadzie pół prezentu, na który składały się dwie książki. Jako, że musieliśmy się nim jakoś z Marcinem podzielić, a trudno było zrobić zdjęcie z dwoma połówkami książek, to mnie dostały się “Zebry…”, a Mąż zgarnął Rycerzy i mieszczan. Książka Sapolsky’ego nosi podtytuł “Psychofizjologia stresu” i jest na oko bardzo przystępnym podręcznikiem w amerykańskim stylu, czyli świetnym do czytania.

5. Norman Davies “Zaginione królestwa”. Wygrana w konkursie serwisu Lubimy Czytać, z której niesamowicie się cieszę. Bardzo lubię Daviesa, a teraz mamy już prawie komplet jego książek, które mnie interesują. Najnowsza mówi o państwach, które przestały istnieć. Spis treści bardzo różnorodny, styl Daviesa (jak zwykle) świetny. Mniam.

Tyle książek trafiło do naszego domu w grudniu przed świętami. Nie licząc, oczywiście, prezentów kupionych przez nas, których było chyba 12 (jeśli dobrze liczę). Z czego część była naszymi prezentami dla nas, znajdą się więc na kolejnym stosiku.

Z pozostałych zaległości w telegraficznym (niemal) skrócie: przeczytałam Zrób sobie raj Szczygła, który jest świetny i bardzo chcę go zrecenzować; przeczytałam Tajemnicę gwiazdkowego puddingu Christie, która jest bardzo dobrym zbiorem opowiadań i zrecenzuję ją do wyzwania podchoinkowego; wypożyczyłam ponownie od Ukochanej Matki Listy na wyczerpanym papierze i może uda mi się je zrecenzować, albo chociaż przesłuchać; chciałabym zrecenzować Dożywocie; dostałam na Gwiazdkę mnóstwo książek i chciałabym je przeczytać albo chociaż pokazać stosik(i), dotarł do mnie wędrowny Wędrowycz i trzeba go wyekspediować w drogę. Doba mi się kurczy!

Ale wiecie co? Fajnie jest mieć dużo książek, fajnie jest mieć dużo ksiażkowych zajęć i fajnie jest mieć dużo energii i być dobrej myśli. Chyba wyzdrowiałam…

Opublikowany w Inne | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Człowiek tylko leżałby i spał…

Posted by Ysabell w dniu 9 Grudzień 2010

Wiem, że jesień nie tylko już przyszła, ale też zdążyła sobie pójść, ale ja nadal najchętniej leżałabym i spała. Gdyby człowiek mógł zapaść w sen zimowy, to właśnie bym radośnie pochrapywała. I nawet Boże Narodzenie z jego magią i prezentami nie przekonałyby mnie, że warto funkcjonować w tej części roku, kiedy zmrok zapada zanim człowiek zdąży zauważyć, że pojawiło się słońce…

Moje marudzenie wypływa oczywiście po części z tego, że przyplątał się do mnie jakiś wirus, a po części z tego, że na koniec roku zostało jak zwykle mnóstwo roboty, nie tylko sprawozdawczej. Biegam więc po szkołach podstawowych z warsztatami, wykładami i dyżurami oraz z domniemanym wirusem oczywiście. I jakoś przedzieranie się przez śnieżne zaspy na chodniku nie bawi mnie tak jak jeszcze dwadzieścia lat temu. I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam notkę przeglądową, ani to recenzja, ani pamiętnik, takie tam ględzenie o książkach, bo trochę mi się nazbierało książkowych refleksji. Poza tym, mój ulubiony Ojciec (pozdrawiam, Tato!) był łaskaw zwrócić mi uwagę, że zaniedbuję blogi (w domyśle, jak sądzę, że nie ma co czytać). Skoro tak (a trzeba Wam wiedzieć, że Ojciec mój czyta całe trzy blogi, w tym dwa moje, a jeden mojego ukochanego Męża), trzeba się wziąć do roboty.

Na biurku obok komputera poza stosami teczek i papierów “pracowych” wznoszą się też stosy pozaczynanych i niedokończonych książek. Podczytuję to to, to owo i na niczym nie mogę się skupić. Porzucone w połowie książki niedługo zwalą się na mnie i pogrzebią żywcem, ale nawet ta groźba jakoś nie skłania mnie do sięgnięcia po którąś z nich. Nie to, żeby były złe — po prostu nie mam nastroju. Wbrew temu, mój listopad był książkowo bardzo udany, spośród sześciu listopadowych lektur tylko jedna była marna, pozostałe dobre lub bardzo dobre, a jedna nawet świetna.

O tej ostatniej jednej, czyli Listach na wyczerpanym papierze Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory bardzo chciałabym coś napisać. Mam nadzieję, że mi się to uda, ale pisanie o niej okazało się  bardzo trudne. Staram się dotrzeć do tego co we mnie ta książka poruszyła i ciągle mam z tym problem. Jednak notka się tworzy. Zaskakuje mnie to, że na tak mało recenzji Listów… trafiam w książkowej blogosferze. Książka, która sprzedała się cała (w sensie cały nakład, co zresztą każe mi przypuszczać, ze był żałośnie niski) w kilka dni, była dość głośna i jest bardzo ciekawa nie doczekała się takiej fali recenzji jak “zwykłe” nowości. Może Listy… czytają raczej ludzie, którzy blogów nie posiadają, a może nie tylko ja mam problemy z ubraniem swoich wrażeń w słowa.

***

Z kolei o książkach Antoniny Kozłowskiej pewnie nie napiszę. W ostatnich miesiącach przeczytałam dwie — Czerwony rower i Kukułkę, obie bardzo dobre, niegłupie i świetnie napisane. Obie powędrowały do mojej ukochanej Matki (Ciebie też pozdrawiam, Mamo), która też się zachwyciła i czyta powoli, dozując sobie przyjemność (co jest gładkim i miłym dla samego siebie eufemizmem w przypadku braku czasu na czytanie). Wiem, że warto o tych książkach pisać, warto zwracać uwagę na to, że i w Polsce mamy świetne pisarki, ale po prostu zdecydowana większość moich przemyśleń została już napisana przez kogoś innego. Może zdecyduję się napisać coś o tych książkach, kiedy przeczytam Trzy połówki jabłka, a może nie. Na razie jednak daję sygnał: poszukajcie jakiejś książki Kozłowskiej i przeczytajcie sobie. Naprawdę nie powinnyście żałować (jeśli jesteście facetem, to głowy nie dam, ale wydaje mi się, że też żałować nie będziecie).

***

Najnowsza Fannie Flagg (Wciąż o tobie śnię) trzyma poziom i chociaż nie zachwyciła mnie aż tak jak poprzednia, to nadal pochłonęłam ją z dużą radością. Jak zwykle i coś do śmiechu i coś do zadumy, więc nadal kocham Fannie Flagg.  Może i porusza wciąż te same tematy, może nawet pisze cały czas w podobnym stylu, ale mnie się jej pisanie i jej tematy bardzo podobają.

***

Podczytuję sobie ostatnio (po raz kolejny, bo napadła mnie chęć na powtórki — wiecie, nastrój Mamonia) Frywolitki pani Musierowicz i jest to ten typ książki, który rozbudza we mnie ochotę wtargnięcia do biblioteki, zabarykadowania się, wzięcia zakładników i zażądania regularnych dostaw pożywienia, a potem już tylko czytania i czytania. Książki tego typu są drogowskazami do innych książek, często wydanych dawno temu i dostępnych tylko w bibliotekach, a i to nie wszystkich. Co i rusz trafiam we Frywolitkach na książkę, którą koniecznie muszę przeczytać (a czasem koniecznie muszę sobie powtórzyć), a czasem i na temat, który koniecznie muszę zgłębić. Do kolejki książkowej wpychają się coraz to nowe pozycje.

Na pierwszy ogień pójdzie pewnie Autobiografia Agathy Christie i to nie tylko za sprawą pani Musierowicz, ale też za sprawą prezentu od Mikołaja. Dostałam mianowicie odeń Sekretne zapiski Agathy Christie (opracowane przez Johna Currana), na które ostrzyłam sobie zęby jeszcze przed polską premierą. No ale przecież nie siądę do nich bez przygotowania merytorycznego, prawda? Na razie tylko zaglądam do książki i tamuję ślinienie — uwielbiam dobrze wydane książki.

***

A na koniec jeszcze drobna informacja. Zapisałam się mianowicie do wyzwania (nie tyle czytelniczego, co raczej kulturowego) blogowego Znalezione pod choinką. Na początku chodziło w nim o przeczytanie świątecznej książki i obejrzenie filmu o świętach, ale do teraz wyzwanie zaczęło ewoluować i pojawiają się na nim wiersze, piosenki, artykuły z czasopism i co się komu ze świętami kojarzy. To bardzo miła rzecz, takie świąteczne wyzwanie, więc na pewno postaram się o moich świątecznych lekturach, filmach i piosenkach coś napisać.

Póki co wracam do pisania oferty i sprawozdania. Życzcie mi szczęścia…

Opublikowany w Inne | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers