Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘USA’

Debbie Macomber „Skrawki życia”

Posted by Ysabell w dniu 2 Październik 2010

Tytuł: Skrawki życia
Autor: Debbie Macomber
Tytuł oryginalny: Good Yarn
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Monika Łesyszak
Wydawnictwo: Arlekin
Rok wydania: 2007
Seria wydawnicza: New York Times Bestselling Authors — Powieść obyczajowa
Ilość stron: 383
Cykl: Blossom Street (2 część)

Wakacje skończyły się nieodwołalnie. W tym roku udało mi się je mieć wyjątkowo długie, bo prawie trzytygodniowe (z trzydniową przerwą w środku), a do tego przepiękne i bardzo intensywne. Intensywne do tego stopnia, że przez cały sierpień (w trakcie którego przypadły moje trzy tygodnie) przeczytałam tylko trzy książki (i mnóstwo przewodników, ale ich nie liczę).

Z czterech książek wziętych na dwa tygodnie toskańskich wywczasów (pobudka o 7, powrót o 21, kolacja, planowanie kolejnego dnia, lulu) udało mi się przeczytać dwie i pół. Drugie pół tej trzeciej skończyłam w domu przed wyjazdem na konwent do Cieszyna. Pierwszą z nich (wybraną na zasadzie najmniej wymagające na początek, bo trzeba maksymalnie odpocząć) były Skrawki życia Debbie Macomber. Pisząc o Domu nad zatoką odgrażałam się, że będę na tę książkę polować i rzeczywiście, upolowałam. A czy było warto?

Skrawki to książka typu miłe czytadło na wakacje, ale nie takie zwykłe czytadło, bo ważny jest w niej wątek robótek ręcznych (a dokładniej robienia na drutach). Powolutku zbieram sobie książki i filmy, w których występuje dzierganie, najlepiej jako element ważny, ale może też być po prostu tłem. W Skrawkach życia robienie skarpet na drutach (przypis dla osób zainteresowanych: w tym wypadku na dwóch parach drutów z żyłką) jest dla bohaterek rodzajem terapii i pomocy w codziennym życiu. Bardzo sympatyczny motyw, szczerze wierzę w terapię rzemiosłem, ale w tym wypadku wykonanie gorsze niż pomysł.

Szczerze mówiąc nie mam pojęcia co mi w tej książce nie do końca zagrało. Wydawało mi się, że skoro podobał mi się Dom nad zatoką który był typową obyczajówką z wątkiem (wątkami) romansowym, a robótki ręczne występowały w nim gdzieś daleko w tle, to ta powieść przypadnie mi do gustu tym bardziej. Bo niby wszystko jest podobnie: kilka zupełnie różnych osób (tutaj: kobieta, której grożą nawroty choroby i której chłopak wraca do byłej żony, gruba nastolatka, kobieta, która nie może się podnieść po rozwodzie i emerytka, która straciła wszystkie swoje oszczędności, a wraz z nimi nadzieję na własny domek), które w jakiś sposób się z sobą stykają (tutaj kurs robienia na drutach skarpet, prowadzony przez jedną z nich), a czytelnik obserwuje ich dalsze losy i to jak i czy poradzą sobie ze swoimi problemami.

I nie chodzi o to, że spodziewałam się po tej książce wielkiego dzieła. Nie, ja wiedziałam, że wszystkie one prędzej czy później wyjdą na prostą i wszystko skończy się mniej lub bardziej dobrze. I przecież o to mi chodziło, kiedy zabierałam ze sobą tę powieść na wakacje. Tylko, o ile w Domu nad zatoką bohaterowie radzili sobie (lepiej lub gorzej) sami,  owszem, pomagali im i wspierali ich znajomi, ale problemy pokonywali o własnych siłach, to w Skrawkach życia autorce nie starczyło pomysłu na to, w jaki sposób rozwiązać ciężkie problemy bohaterów bez uciekania się do ordynarnego deus ex machina. Taki sam niesmak miałam po obejrzeniu ostatnio filmu Kelnerka. Czy to naprawdę happy end, jeżeli jedynym ratunkiem w ciężkiej sytuacji jest cud? Dla mnie to raczej przygnębiające… Językowo ta książka też podobała mi się mniej niż Dom nad zatoką. Tutaj raczej zwalam winę na tłumacza, ale nie zmienia to faktu, że i pod tym względem Skrawki życia nie zachwycają.

Możliwe, że lepiej odebrałabym tę powieść, gdybym najpierw przeczytała pierwszą część cyklu, Sklep na Blossom Street i przywiązała się do głównej bohaterki. Możliwe. Jednak Sklepu nie przeczytałam i Skrawki zrobiły na mnie wrażenie mocno średniego czytadła z marnie przeprowadzoną fabułą. Czyta się toto gładko i szybko, ale trudno nawet powiedzieć czy fajne. No niby fajne, ale…

Mimo tego “ale” mam zamiar sięgnąć jeszcze zarówno po Sklep na Blossom Street, jak i po inne książki tej autorki (może z cyklu Cedar Cove?). Mam nadzieję, że ta fabuła to jednorazowa wpadka i kolejne spotkania z panią Macomber będą przyjemniejsze. Czy polecam komuś lekturę Skrawków? Tak — zapalonym dziewiarkom, które lubią czytać o swoim hobby. A inni spragnieni dobrego czytadła niech sięgną po Dom nad zatoką, albo lepiej po kolejną z książek, które przeczytałam w Toskanii — Kawiarenkę Bustera Sandry Dallas — o której napiszę (mam nadzieję) niedługo.

Moja ocena: 3,5/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Debbie Macomber “Dom nad zatoką”

Posted by Ysabell w dniu 30 Maj 2010

Tytuł: Dom nad zatoką
Autor: Debbie Macomber
Tytuł oryginalny: 16 Lighthouse Road
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Małgorzata Borkowska
Wydawnictwo: Mira
Rok wydania: 2010
Seria wydawnicza: Powieść obyczajowa
Ilość stron: 315
Cykl: Zatoka Cedrów (Cedar Cove) (1 część)

W życiu bym nie sięgnęła po tę książkę, gdyby nie pewna miła pni z wydawnictwa Mira, która zaproponowała mi przeczytanie jednej z książek wydanych przez to wydawnictwo. Nie miałam specjalnie ochoty ani na powieść psychologiczną, ani na thriller psychologiczny, które mi zaproponowała (nie lubię czytać przygnębiających książek jak leje), ale chętnie zajrzałam na stronę wydawnictwa, żeby rzucić okiem, czy czegoś ciekawego dla siebie nie znajdę.

Tutaj krótkie wyjaśnienie: nie, nie odstraszyło mnie to, że wydawnictwo Mira to jakaś odnoga Harlequina. Co prawda w życiu przeczytałam w sumie trzy harlequiny, ale wcale nie mam nic przeciwko nim. Bo niby czemu mam mieć? Z tamtych trzech jeden był marny, jeden przeciętny, a jeden dobry, więc w sumie statystyka podobna jak w każdej innej literaturze.

Wracając do przeglądana strony, to znalazłam na niej dwie książki Debbie Macomber kręcące się wokół robótek ręcznych. A jako, że jest to jeden z moich ukochanych wątków literackich (tropie jego występowanie w każdej czytanej książce), to wiedziałam, co by mnie zainteresowało. Niestety, tamtych dwóch dostać nie mogłam, ale zdecydowałam się przeczytać coś innego pani Macomber, żeby przekonać się jak pisze i czy warto polować na Skrawki życia i Sklep na Blossom Street.

Przeczytałam Dom nad zatoką i już wiem, że polować na tamte warto.

Przyznaję szczerze, że za lekturę zabrałam się bez żadnych oczekiwań. Miałam może nadzieję na miłe obyczajowe czytadło i tyle. A co dostałam? Opowieść (wbrew opisowi na okładce) nie koncentruje się na młodej parze w czasie małżeńskiego kryzysu. Do tego dostajemy problemy (nie tylko miłosne) ludzi starszych i w średnim wieku, sporo rozważań o rozwodach i ich sensowności, problemy związane z utratą dziecka, związki między rodzicami a dziećmi… i w ogóle sporo współczesnych problemów (amerykańskich, ale mam wrażenie, że i Polska pod tym względem Stany goni) pokazanych z pewnym wdziękiem. Może trochę powierzchownie i naiwnie (co można osiągnąć na 300 stronach?), ale za to okraszonych ciepłem i poczuciem humoru.

Czytało mi się to bardzo przyjemnie. I chociaż większość wątków nie niosła ze sobą niespodzianek, to i tak z przyjemnością przekładałam kolejne strony. Polubiłam większość bohaterów i miałam wrażenie, że autorka także ich lubi. Poza tym spodobał mi się styl Debbie Macomber, troszkę ironiczny ale bardzo ciepły.

No i dostałam też w książce coś, czego się nie spodziewałam: nie jeden, ale dwa ulubione motywy literackie. O jednym już wspominałam: robótki ręczne. Co prawda akcja nie kręci się wokół robótek, ale są one istotne przynajmniej dla jednej bohaterki. Drugi z kolei motyw to marynarka. Nie w sensie strój, ale w sensie marynarze (ci wspaniali mężczyźni w swoich pływających gruchotach). Od jakiegoś już czasu wspólnie z Mężem wyszukujemy wątki marynistyczne w dziełach (głównie filmach), których nigdy bym o to nie podejrzewała (Dźwięki muzyki chociażby), a najwyżej punktowane są okręty podwodne. W Domu nad zatoką znalazł się i okręt podwodny, i lotniskowiec, i baza marynarki. Pod względem wątków pobocznych jestem głęboko usatysfakcjonowana.

Zdecydowanie mam ochotę nie tylko przeczytać jeszcze coś Debbie Macomber, ale też wrócić do Cedar Cove i przekonać się co jeszcze ciekawego się tam zdarzy i jak potoczą się dalsze losy bohaterów z tej książki.

Dom nad zatoką polecam jako miłe obyczajowe czytadło, niezbyt ambitne, ale idealne na upalną plażę, albo przeciwnie — na weekend po bardzo męczącym tygodniu w pracy.

Moja ocena: 6/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , | Komentarzy: 17 »

Sandra Dallas “Klub perskich pikli”

Posted by Ysabell w dniu 7 Maj 2010

Tytuł: Klub Perskich Pikli
Autor: Sandra Dallas
Tytuł oryginalny: Persian Pickle Club
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Tomasz Bieroń
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok wydania: 2000
Seria wydawnicza: Kameleon
Ilość stron: 214

Słuchałam książki w formie audiobooka:
Nagranie: Zakład nagrań i wydawnictw Związku Niewidomych w Warszawie
Czyta: Daria Trafankowska
Czas: 7 godzin 50 minut

Jakiś czas temu skończyło się wyzwanie literackie “Amerykańskie południe w literaturze”. Ta książka od razu skojarzyła mi się z nim, choć akcja rozgrywa się niemal w samym środku USA: w stanie Kansas. Jak poinformowała mnie Wikipedia, Kansas składa się ze 105 hrabstw, klimat panuje tam podzwrotnikowy suchy (z dużymi różnicami temperatur między latem a zimą), roślinność preriowa, a główne miasta to Topeka, Wichita, Kansas City, Hutchinson, Lawrence. Akcja Klubu Perskich Pikli rozgrywa się w miasteczku Harveyville, w hrabstwie Wabaunseem niedaleko Topeki, wśród preriowej roślinności jakiegoś wybitnie suchego lata niedługo po zniesieniu prohibicji.

Ale dlaczego kojarzy mi się z wyzwaniem amerykańskopołudniowym? Klub Perskich Pikli opowiada o grupie kobiet z małego miasteczka, które dość regularnie spotykają się przy wspólnym szyciu patchworków*, dzięki czemu zbliżają się do siebie i stanowią dla siebie pomoc w trudnych chwilach. Sandrę Dallas porównuje się czasem do Fannie Flagg, rzeczywiście Klub może nieco kojarzyć się ze Smażonymi zielonymi pomidorami, tylko tam, gdzie u Flagg jest gotowanie, u Dallas znalazło się szycie. Jako że zdecydowanie wolę robótki ręczne od gotowania, słuchałam tej książki z dużą przyjemnością.

“Perskie pikle” to nazwa wzoru na tkaninie, którą jedna z bohaterek dostała od swojego męża. Było to wiele lat przed akcją książki, ale też sam Klub Perskich Pikli (który wziął nazwę właśnie od tej tkaniny) nie jest młody, wychował (i pochował) już co najmniej jedno pokolenie. Jeśli czyjaś matka była Pikielką, to i córka nią zostaje. W pewnym sensie klub ten jest podobny do angielskich klubów dla dżentelmenów —  przynależność do niego jest tradycją rodzinną, tajemnice nie wychodzą zeń na zewnątrz, zawsze można w nim spotkać przyjaciół i pocieszenie, a do tego jest wybitnie jednopłciowy. Co prawda w tym wypadku ta płeć to kobiety, ale co to za różnica?

Akcja książki skupia się wokół wydarzeń, które następują po przyjeździe do Harveyville nowej kobiety: Rita poślubiła niedawno Toma Rittera, który wraz  nią przyjeżdża na rodzinną farmę po tym, jak utracił pracę w mieście. Dziewczyna nie pasuje do wsi, nie nadaje się na żonę farmera, nie umie nawet szyć (“Nigdy nie spotkałam kobiety, która nie umiałaby szyć. Żadna z nas nie spotkała.”), ale zostaje członkinią klubu, ponieważ są nimi jej teściowa i szwagierka, więc jakże mogłoby być inaczej…? Rita stara się przystosować do życia na farmie, ale najchętniej wróciłaby do dużego miasta. Marzy o zostaniu dziennikarką. Narratorka powieści, Quennie Bean, bardo pragnie się z nowoprzybyłą zaprzyjaźnić. Susza i kryzys wygnały z okolicy prawie wszystkich ludzi w jej wieku, pozostali tylko starsi i ci, którzy mieli własną ziemię (jak mąż Quennie).

Wydarzenia następują powoli i niespiesznie, ale w końcu znajdzie się i wykopany na polu trup, i nieślubne dziecko, i bandyta napadający w nocy na kobiety. Ale na pewno nie to wszystko jest w tej książce najważniejsze. Przede wszystkim to książka o przyjaźni (między kobietami, ale też między żoną i mężem), lojalności, zderzeniu dwóch środowisk (“miastowa” Rita) i czekaniu na deszcz. Kansaska susza jest bezlitosna i wszyscy farmerzy co chwila wypatrują chmur i rozmawiają o prognozach pogody. Ich żony, córki i siostry tworzą swój odrębny świat, w którym rzadziej rozmawiają o pogodzie, a częściej o tym jak grzecznie dać odpór nielubianemu pastorowi (w sprawie patchworku na loterię) albo jaki film można obejrzeć w pobliskim miasteczku. A kiedy przyjdzie potrzeba, Klub Perskich Pikli potrafi pomóc swoim członkiniom. Pikielki mogą być spokojne. W końcu “nic tak kobiet nie zbliża jak szycie patchworku”.

Klub perskich pikli to książka o kobiecych problemach i kobiecej przyjaźni. Książka miła (choć nie zawsze wydarzenia w niej przedstawione są przyjemne), niespieszna, spokojna i ciepła. Ciepła nie tylko ze względu na wylewający się z niej upał kansaskiego lata (miła odmiana przy tej naszej wiośnie, która nie wie do końca czego chce), ale dzięki bohaterkom, Pikielkom, starszym i młodszym, trzem pokoleniom kansaskich kobiet, które dzięki wspólnemu szyciu nie tylko przyjemnie spędzają czas, ale też zyskują lojalne przyjaciółki.

Bardzo mi się podobało. Może nie jest to Fannie Flagg, którą uwielbiam, ale książka jest naprawdę sympatyczna. Słuchałam jej z prawdziwą przyjemnością. A jest to pewne osiągnięcie, bo moim zdaniem Daria Trafankowska zupełnie nie nadaje się do czytania jej i robi to źle. Za każdym razem, kiedy włączałam nagranie, irytowała mnie jej interpretacja. Ale tylko przez moment — już po chwili zanurzałam się w życie Harveyville, Kansas i zupełnie nie zwracałam uwagi na niedociągnięcia wykonania. Niemniej ze względy na panią Darię, książka leci pół oceny w dół**.

Z drugiej strony, cieszę się trochę, że Klubu słuchałam. Pogrzebałam trochę w necie i zauważyłam, że na okładce polskiego wydania jest napisane trochę za dużo. Ja bez tej okładkowej informacji miałam bardzo miłe zaskoczenie, może nie jakieś wielkie, ale na pewno bardzo się z niego cieszę. Nie polecam więc czytania blurba ani nawet opinii na biblionetce, jeżeli chcecie podchodzić do lektury bez żadnych oczekiwań co do fabuły. A moim zdaniem tak jest przyjemniej.

Na pewno polecam Klub Perskich Pikli wszystkim dziewczynom, które lubią robótki ręczne. Może się też spodobać tym, którzy polubili książki Fannie Flagg czy na przykład Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya.

Nie wiem jak odebraliby tę książkę panowie, ale jestem tego ciekawa. Może jakiś pan się skusi i podzieli swoją opinią?

Moja ocena: 7,5/10

* Uwaga dla panów i innych osób nieobeznanych z zagadnieniem: chodzi o zszywanie skrawków różnych materiałów (tutaj skrawków pozostałych z szycia innych rzeczy i już niepotrzebnych) według konkretnego wzoru, aby uzyskać efekty w rodzaju takiej kapy.

** Zupełnie odwrotnie niż wysłuchana po niej “Czytelniczka znakomita”, która dostała cały punkt więcej za mistrzowskie wykonanie Anny Seniuk.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , | 1 komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers