Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘Proza’

Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Mariola, moje krople…”

Posted by Ysabell w dniu 15 Luty 2011

Tytuł: Mariola, moje krople…
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 302

W czasie czytania tej książki miałam właściwie tylko jedną refleksję (Mąż świadkiem): to nie jest zabawne. I chociaż wiem, że naprawdę wielu osobom Mariola przypadła do gustu i czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji, to nic na to nie poradzę.

To nie było zabawne.

Oczywiście powinnam raczej napisać, że mnie to nie bawi (oczywistość), że to odczucie subiektywne (kolejna oczywistość), że może nie miałam na książkę nastroju (może i tak, byłam bardzo obolała i trochę zmęczona kolejnymi problemami, które na nas spadają), że może miałam za duże oczekiwania (może i tak, bo oczekiwałam dobrze napisanej lekkiej i zabawnej książki, która oderwie mnie na moment od problemów) i takie tam inne truizmy, ale odczucia pozostają odczuciami. To po prostu nie było zabawne.

Trafiłam na Mariolę znienacka w antykwariacie za mniej niż połowę ceny okładkowej  i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Miałam nadzieję na przełamanie odrobinę zastoju w czytaniu (po bardzo dobrym styczniu przyszedł luty, w którym czytam trzy książki na raz i do żadnej mnie jakoś specjalnie nie ciągnie), na trochę dobrej rozrywki i oderwanie od przyziemnych zmartwień. Wiedziałam już, że rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, a recenzje wieszczyły humor w typie Barei, lekką zabawną książeczkę, która powinna poprawić humor.

Książkowe realia przypominały mi nieco Lesia, Wszyscy jesteśmy podejrzani, czy może najbardziej Dzikie białko Joanny Chmielewskiej. Również w Marioli mamy do czynienia ze swego rodzaju zakładem pracy, w którym ludzie stosunkowo mało zajmują się samą pracą, a dużo czasu poświęcają na inne sprawy. Tak samo jak w Dzikim białku, w Mariola, moje krople… dużą rolę odgrywają realia PRLu, akcja napędzana jest często i gęsto słabościami ustroju.

Może właśnie te porównania sprawiły, że książka Gutowskiej-Adamczyk zupełnie mnie nie rozbawiła? Bo o ile u Chmielewskiej mieliśmy do czynienia z ludźmi sympatycznymi, trochę zwariowanymi i często irytującymi, ale generalnie dość pozytywnymi: przyzwoitymi, starającymi się utrzymać rodzinę i wykonać swoją robotę najlepiej jak potrafią, tak  w Marioli w prowincjonalnym teatrze na Dolnym Śląsku pracują niemal wyłącznie osoby nieprzyjemne. Większość bohaterów w pracy najchętniej zajmuje się piciem, w drugiej kolejności zaś gżeniem po kątach, graniem w karty, zastanawianiem się jak wygryźć zwierzchnika i zająć jego miejsce, siedzeniem w bufecie, walką z ustrojem i jedzeniem. O pracy nie myśli w zasadzie nikt poza może krawcem Czesiem i przybyłym ze stolicy młodym i idealistycznym reżyserem. Owszem, wszyscy aktorzy chcą zrobić oszałamiającą karierę, grać główne role i mieć dobrą prasę, ale żeby ktoś miał ochotę popracować? W życiu.

Jak łatwo zauważyć bohaterów nie polubiłam. Banda nierobów z Teatru Miejskiego nie jest zresztą opisana tak, żeby ich lubić. Dość powiedzieć, że pod koniec tej trzystustronnicowej powieści ledwo rozpoznawałam większość pracowników teatru. Przedstawienie postaci czy opisy są w książce dosyć ograniczone, główny nacisk zaś położony jest na dialogi, które w założeniu miały chyba być zabawne. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że mnie nie rozbawiły.

W ogóle w Marioli z komizmem jest problem. Chyba jeszcze w podstawówce (czy nie przy okazji omawiania Fredry?) uczyli mnie, że komizm bywa trojakiego rodzaju: słowny, sytuacyjny i związany z postacią. W książce Gutowskiej-Adamczyk ten pierwszy w zasadzie nie występuje.

Co do postaci, można by się spierać, jednak dla mnie jedyną prawdziwie zabawną postacią (trzecioplanową, a do tego straszliwie zmarnowaną przez autorkę) jest towarzysz Biedakowski, dyrektor wydziału kultury, który musi wykazać się znajomością współczesnej dramaturgii (choć przecież, kiedy był dyrektorem  wydziału gospodarki rolnej i wydziału środowiska nikt nie wymagał od niego znajomości hodowli tuczników ani składu chemicznego nawozów). Pozostałe postaci są raczej schematyczne i same w sobie niezbyt śmieszne: mamy dyrektora (marzącego o spokoju i wysokiej emeryturze), jego sekretarkę (która chciałaby zostać dyrektorem), mamy aktorkę (która dostaje główne role, bo jest dyrektorską żoną), mamy głównego aktora (który dla odmiany jest zapatrzonym w siebie afektowanym homoseksualistą), mamy bufetową (byłą aktorkę i byłą żonę dyrektora), mamy przybyłego z Warszawy reżysera (idealistę, który gubi się w lokalnych układach) itp., itd. Wszyscy sztampowi do bólu, a na dodatek przedstawieni w ten sposób, że czytając miałam wrażenie obcowania z ludźmi-wydmuszkami — przedstawicielami konkretnych typów, a nie “żywymi” postaciami.

No i na koniec humor sytuacyjny. Tak, na nim właśnie zbudowana jest Mariola, moje krople…, non stop ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, w jednych drzwiach znika szef Solidarności, w drugich pojawiają się ubecy, pod łóżkiem leży dyrektor, w szafie pierwszy sekretarz, dodatkowo wszędzie walają się przekładane z miejsca na miejsce powielacze. Tempo akcji jak w Żandarmie z Saint-Tropez. I na tym chyba polega problem tej książki: nie jest w zasadzie powieścią, tylko opisem komedii (gdzieś chyba zresztą czytałam, że rzeczywiście powstała na podstawie niewykorzystanego scenariusza).

Szczególnie rozczarował mnie język powieści. Po dwóch tomach Cukierni pod Amorem przyzwyczajona byłam do tego, że Gutowska-Adamczyk pisze naprawdę dobrze, na to tez się nastawiłam. W Marioli autorka nie miała co prawda zbyt dużego pola do popisów, zważywszy na przeważająca w książce ilość dialogów, ale mimo tego język mnie zawiódł. Książka jest, owszem, napisana sprawnie i poprawnie ale nie ma w niej ani szczypty językowej finezji tak silnie obecnych w Zajezierskich i Cieślakach.

Sądzę, że gdyby Mariola, moje krople… była filmem, najlepiej filmem z dobrą obsadą doświadczoną w graniu fars i komedii, wzbudziłaby moje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Zabawne sytuacje (w książce opisane tak szczątkowo, tak nieplastycznym i nieśmiesznym językiem, że nie były w stanie mnie rozbawić) stałyby się nagle prześmieszne, postaci-wydmuszki wzbogacone osobowością i interpretacją aktorów nabrałyby głębi, charakteru i komizmu, a tempo galopujących po sobie zdarzeń byłoby dodatkowym atutem. Chętnie obejrzałabym taki film, najchętniej z Jerzym Stuhrem w roli dyrektora Zbytka.

A książka? Cóż, można przeczytać, ale po co? Spragnionym dobrej rozrywki polecam zamiast tego którąś z pierwszych książek Chmielewskiej albo komedię Barei. Nie czytając Marioli nic nie stracicie. Nie jest zabawna.

Moja ocena: 2,5/10

PS. W kwestii blurba z czwartej strony okładki. Gdzie tam oni prowokują wprowadzenie stanu wojennego? Na tyle skomplikowana to ta fabułka nie jest. Wielka polityka jest zupełnie w tle, nawet nie mamy w książce prawie żadnych (poza jedną rozmową) do niej odniesień. Stan wojenny pojawia się znikąd i całkiem bez sensu kończy powieść, chociaż przecież najciekawsze mogłoby się dopiero zacząć. Ale cóż — pewnie ze stanu wojennego śmiać się już nie wypada, więc książka sie skończyła. Bo innych powodów zakończenia w tym akurat momencie nae zauważyłam.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Henning Mankell “Piąta kobieta”

Posted by Ysabell w dniu 3 Marzec 2010

Tytuł: Piąta kobieta
Autor: Henning Mankell
Tytuł oryginalny: Femte kivnnan
Język oryginału: szwedzki
Tłumacz: Halina Thylwe
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2007
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Mroczna seria
Ilość stron: 482
Cykl: komisarz Wallander (6 część)

Zbierałam się do przeczytania którejś z książek Mankella już nie wiem od jak dawna. Zachęt do jego przeczytania było kilka: lubię kryminały (to raz), lubię czytać o Skandynawii i Skandynawów (to dwa), oba seriale o Wallanderze były całkiem interesujące (to trzy). Poza tym był moment, kiedy na Mankella była zwyczajna moda i nie dało się wejść do księgarni, żeby się na człowieka nie rzucił… To akurat niekoniecznie zaleta, więc “cztery” będzie raczej to, że naczytałam się pozytywnych recenzji na blogach książkowych.

Zanim się wzięłam do którejś z powieści Mankella minęło jednak sporo czasu. Przede wszystkim dlatego, że recenzja mojego Męża była dużo mniej zachęcająca niż większość entuzjastycznych głosów. A że zazwyczaj mamy gusta podobne, wzięłam jego zdane pod uwagę. Jednak po jakimś roku, kiedy skończyły nam się już oba wallanderowe seriale (można było sobie ostatnio obejrzeć komisarza na Ale kino! w obu wersjach — szwedzkiej i angielskiej) zaczęłam się łamać. Ostatecznie morale złamało mi przeczytanie super-duper-hiper-bestselleru Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet Stiega Larssona. No bo jak tu recenzować szwedzki kryminał bez znajomości prozy Mankella? Znalazł się więc w końcu wystarczający powód, do tego trochę czasu i już wkrótce wygrzebałam z regału Piątą kobietę — szóstą powieść Henninga Mankella, której bohaterem jest komisarz Kurt Wallander.

Mimo, że książka w cyklu szósta, nie ma wiele problemów z czytaniem jej jako pierwszej. Tyle, że co jakiś czas bohater wspomina “śledztwo z lata”, które widocznie było w powieści poprzedniej. Z drugiej strony, możliwe, że nie miałam problemów z czytaniem bo Kurta Wallandera znam już dobrze z serialu. Jak by nie było, komisarz wraca do Skanii z Rzymu (gdzie wybrał się z ojcem) w dobrym humorze, który wkrótce mu się kończy, bo w okolicznych miastach zaczynają ginąć (i w sensie “zniknąć” i w sensie “umrzeć”) mężczyźni. Brutalne zbrodnie zdają się nie mieć ze sobą powiązania, aż do czasu, oczywiście.

Muszę przyznać, że nie jestem Piątą kobietą zachwycona. Nie tylko zresztą ze względu na samo pisarstwo Hennnga Mankella. Ogromny minus już na samym starcie książka zbiera za to, że tłumaczka odmienia nazwę miasta Ystad. Zatem ktoś myśli o “Ystadzie” albo wraca do “Ystadu”. Aż zajrzałam do słownika, bo może ja jestem jakaś niedouczona, albo mam złe wyczucie, ale nie: “Ystad ndm”. Wnerwiała mnie ta bezsensowna odmiana przez całą książkę z równą siłą — nie dałam rady się przestawić. Ciekawam skąd ten pomysł językowy…?

Ale książka to nie samo przecież tłumaczenie. Poza “Ystadem” (i “wypożyczalnią wideokaset” gdzieś koło początku) zgrzytów nie było. Powieść czyta się bardzo szybko. Mankell pisze ładnymi, prostymi zdaniami i w ogóle bardzo wprost, bez zbędnych opisów. Niestety, na tym tle bardzo dużo miejsca w powieści zajmują przemyślenia i rozterki moralne (i inne) bohaterów. Nawet nie chodzi o to, że oni strasznie dużo tych rozterek mają. Raczej o to, że można łatwo i krótko opisać, że ktoś wyszedł z domu, pojechał do pracy, zrobił sobie kawy itd, ale już dużo trudniej w takim skrócie przedstawić to co przez ten czas myślał czy czuł. Więc to myślenie i czucie zajmuje — jak dla mnie — zdecydowanie za dużo książki. Rozumiem, że Wallander ma się jawić jako człowiek wrażliwy, a przez to sympatyczny, ale ja jakoś tego nie kupiłam.

Tak samo nie kupiłam tego, że autor opisy działań policji przeplata opisami działań mordercy. Pewnie jestem staroświecka, ale w powieści detektywistycznej czy innym kryminale lubię sobie pozgadywać kto jest winien, pokibicować detektywom i poczuć sie zaskoczona przy kolejnych zwrotach akcji. Tutaj zostało mi to brutalnie odebrane — mogłam tylko obserwować jak policjanci zbliżają się do prawdy, co jest zdecydowanie mniej emocjonujące. Zresztą same w sobie opisy działań mordercy nie za bardzo mi się podobały, pewnie głównie przez to, że mnóstwo tam było myśli, a mało czynów. A opisu pokręconego umysłu sprawcy też nie kupuję w całości — w kilku miejscach się ta koncepcja trochę rozjeżdżała. Już bym wolała sama się domyślać co w tym umyśle siedzi niż dostawać to kawa na ławę…

Tak sobie trochę marudzę, ale generalnie to nie jest zła książka. Owszem, mam wrażenie, że jakby część jej wyciąć to czytałoby się lepiej, ale generalnie sama intryga jest w porządku. Co prawda ostatecznie musi się niestety kończyć pościgami i bijatyką czy strzelaniną, ale ten typ powieści po prostu tak ma. Nie ma co walczyć z wiatrakami i liczyć na spokojne zakończenia.

Chwali się Mankella (i w ogóle literaturę skandynawską) za refleksje na tematy społeczne. Słusznie się chwali, ale do pewnego tylko stopnia. Rzeczywiście dużo w Piątej kobiecie obserwacji społecznych, dużo patologii i w ogóle mroczny nastrój schyłku cywilizacji. No właśnie… ten nastrój troszeczkę zbyt mroczny. Nawet rozumiem powód dla którego kiedyś zaczęto pisać w ten sposób — trzeba było zadowolone z siebie i spokojne społeczeństwo wyrwać z tego stanu szokowo: pokazując wszystkie brudy i mocno zwielokrotnioną “prawdę” ulicy. Ale teraz, kiedy już ci straszni mieszczanie (a z nimi cały świat) wiedzą, że Szwecja to nie raj na ziemi, to nie widzę najmniejszego powodu, żeby ciągle tę prawdę o rzeczywistości wykrzywiać w stronę mroku. Gdyby wierzyć książkom o Wallanderze (a tym bardziej serialowi), to Skania byłaby niemal tak niebezpieczna jak hrabstwo Midsomer (to od inspektora Barnaby’ego Caroline Graham), a do tego mniej sympatyczna. To “przemracznianie” realiów jest zresztą ostatnio bardzo modne — z tego powodu nie byłam na przykład w stanie czytać serii Breslau Krajewskiego. Z czego wynika, że Mankella “refleksji o patologiach nękających szwedzkie społeczeństwo” (cytat z okładki) też nie kupuję w stu procentach. Owszem — obserwacje procesów są trafne, ale podane zupełnie niestrawnie.

I znowu wyszło, że o pozytywach jest maciupki akapicik, a o wadach cały wielki akapit. To jeszcze trochę o pozytywach: naprawdę świetnie się Mankella czyta, jeśli skupia się on na działaniu bohaterów a nie na myśleniu. Dawno nie czytałam niczego napisanego tak krystalicznie czysto (to strasznie ciężko wyjaśnić, starałam się wcześniej, chodzi mi o prostotę środków użytych do opisów) jak te fragmenty. Bardo podoba mi się też maniera powtarzania po wielekroć daty. Prawie każda “cząstka” powieści kończy się albo zaczyna (albo i to, i to) podaniem daty, dnia tygodnia i godziny. Co zaskakujące, wcale to nie irytuje, a za to pozwala łatwiej połapać się w czasie. No i czyta się to naprawdę szybko, nawet jeśli trudno się emocjonować zagadką kryminalną.

Ogólnie polecam Piątą kobietę wszystkim, którzy lubią skandynawskie kryminały, a reszcie tylko wtedy, jeśli chce sprawdzić “z czym się je” Mankella. Nie wiem czy to jego najlepsza czy najgorsza książka, bo nie mam porównania z innymi, ale na pewno to bardzo przyzwoity kryminał, nawet jeżeli z rodzaju, za którym nie przepadam. Ale to ja — inni mogą go uwielbiać.

Moja ocena: 6/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers