Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘po II wojnie światowej’

Rachel Cusk “Wariacje na temat rodziny Bradshaw”

Posted by Ysabell w dniu 22 Luty 2012

okładkaTytuł: Wariacje na temat rodziny Bradshaw
Autor: Rachel Cusk
Tytuł oryginalny: The Bradshaw Variations
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Agnieszka Pokojska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2011 (c)
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 308

Oryginalny tytuł brzmi lepiej, bo The Bradshaw Variations kojarzy się z The Goldberg Variations, Wariacjami Goldbergowskimi Bacha. To całe “na temat rodziny” to za dużo niepotrzebnych słów, choć nie wątpię, że wydawca nie byłby zachwycony Wariacjami BradshawowskimiSkojarzenia muzyczne są zresztą jak najbardziej słuszne, Cusk znajduje temat (rodzina, związki, relacje z ludźmi, poszukiwanie siebie), a potem wielokrotnie go przetwarza, oglądając z każdej strony i zmieniając dynamikę, harmonię, barwę (a przynajmniej ich możliwe literackie odpowiedniki). Muzyka jest też stale obecna w narracji: świat Cusk wypełniony jest dźwiękami, jeden z bohaterów, Thomas Bradshaw właśnie w muzyce poszukuje siebie i odpowiedzi na dręczące go pytania, więc i świat przez tę muzykę postrzega.

Wariacje na temat rodziny Bradshaw to książka zupełnie inna od tych, które czytam zazwyczaj. Zagłębiałam się w nią z ciekawością i uwagą, ale trudno mi powiedzieć, czy czytanie jej sprawiło mi tak naprawdę przyjemność.

Teoretycznie wszystko jest do bólu standardowe. Oto mamy książkę o rodzinie: starzy rodzice, trzech dorosłych synów ze swoimi żonami i dziećmi, kilka postaci pobocznych i sporo zwykłych życiowych wydarzeń. Ktoś odbiera dziecko ze szkoły, ktoś wybiera się na wakacje, ktoś sprząta na strychu, a ktoś idzie na przyjęcie.  W centrum znajdują się Thomas i Tonie Bradshaw i ich ośmioletnia córka Alexa. Thomas jest “średnim” synem, tym przyzwoitym, zawsze starającym się zdobyć uwagę i miłość rodziców. Kiedy zaczyna się akcja powieści, właśnie przestał pracować, żeby zająć się córką, kiedy Tonie wraca do pracy na uniwersytecie. Ten motyw (niepracujący, opiekujący się dzieckiem i domem, ojciec) jest zresztą w całej książce najbardziej niecodzienny.

Niezwykłe jest w tej książce nie to, o czym opowiada, ale raczej to, w jaki sposób to robi. Rachel Cusk pisze bardzo specyficznie, z jednej strony swobodnie zagłębia się w psychikę bohaterów, z drugiej nie pozwala ani na chwilę się do nich zbliżyć. Przez większość lektury miałam wrażenie, że autorka patrzy na swoje postaci jak entomolog na wyjątkowo ciekawy gatunek żuka: chłodno i z dużą dokładnością. W zasadzie czytelnik nie musi już sobie nic dopowiadać. To chyba pierwsza rzecz, która mi w Wariacjach przeszkadzała. Wolę kiedy pisarz zostawia mi margines na własne przemyślenia i interpretacje, choćby na poziomie “dlaczego bohater coś zrobił, coś powiedział?”. U Cusk dostaję pełną informację dotyczącą nie tylko jego zachowania, ale też myśli, motywów i wspomnień, które na to wszystko wpływają.

Może również dlatego nie zdołałam nikogo w tej powieści polubić, przeciwnie, im więcej o kimś czytałam, tym mniejszą darzyłam go sympatią. Dokładnie odwrotnie niż w filmach Mike’a Leigh, gdzie wkurzające na początku postaci z czasem zaczyna się rozumieć, tolerować, czasem nawet im kibicować, w Wariacjach na temat rodziny Bradshaw akceptowanych na początku bohaterów, pod koniec lektury obserwowałam z niechęcią. Z jednej strony to pewnie zaleta, w końcu książka wzbudziła emocje, ale z drugiej — skoro nie udało mi się zżyć z bohaterami, nawet moje emocje były raczej chłodne.

Te dogłębne opisy psychiki są, przyznaję, bardzo ładnie podane i mocno specyficzne, czasami naprawdę odkrywcze. Owszem, musiałam skupiać się na lekturze: była to dla mnie książka, którą czyta się powoli i z namysłem, bo właśnie język jest jej głównym tworzywem. Język i sposób opisywania oraz widzenia świata. O ile ten pierwszy nie zmienia się, to ten drugi owszem, ponieważ u Cusk bohaterów różnicuje właśnie sposób pojmowania świata. To pewnie brzmi bardzo zawile, ale w gruncie rzeczy jest intuicyjne, kiedy już zacznie się czytać. Wielokrotnie sięgałam po ołówek, żeby zaznaczyć ciekawy fragment, odkrywcze spojrzenie na rzeczy dobrze mi znane.

Garść przykładów: Thomas Bradshaw ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy [7]. Howard Bradshaw jest człowiekiem, którego natura żartownisia, w młodości wskazująca na lekceważenie dla konwenansów we wszelkiej postaci, przesyca jego dorosłe życie ironią, a dzięki niej jego ponadprzeciętny konserwatyzm jakimś cudem uchodzi za kawał [40]. Okolica domu Thomasa i Tonie to królestwo parków i kościołów — te pierwsze są małe i zatłoczone, te drugie duże i puste [22]. Tonie zna Claudię od lat, porozumiewały się wzrokiem na niezliczonych rodzinnych kolacjach, stała przy niej, gdy eleganckie buty obcierały im stopy na chrzcinach i pogrzebach, trzymała na rękach jej dzieci. Zna kształty, jakie przybierają jej radość i złość; przez większość swojego dorosłego życia słyszy partię Claudii niczym melodię z sąsiedniej sekcji orkiestry [118].

To tylko dość proste opisy (które akurat zrobiły na mnie wrażenie), kiedy Cusk bardziej zagłębia się w psychikę postaci, bywa jeszcze ciekawiej:

W pociągu Tonie myśli o seksie. Tak jakby był starym znajomym, którego nie widziała od lat i na którego nagle wpadła na peronie. Jedzie więc w przedziale ze swoim znajomym, seksem, z którym straciła kontakt mniej więcej wtedy, kiedy urodziła się Alexa, kiedy miłość wydawała się zadaniem matematycznym, jakie nagle udało jej się rozwiązać. [17]

Prawda jest taka, że wtedy, wiele lat temu, [Tonie] zakochała się w tym domu; zakochała się w nim, a potem, w miarę jak coraz lepiej go poznawała, miłość dzieliła się na coraz mniejsze części, aż w końcu każda porcja przedmiotu poznania była większa niż przypadająca nań cząsteczka uczucia. To jest właśnie nauczka, to jest wydźwięk kazania: fakty żyją dłużej niż emocje, a zatem wiedza jest potężniejsza od miłości. Możliwych przedmiotów poznania jest nieskończenie wiele, a zdolność do miłości jest tylko przestrzenią, która ma z góry określoną pojemność, nieprzekraczalną. [26]

Jak teraz rozumie [Thomas], na tym polega problem tego dnia: brakuje mu narzucenia ludzkiej woli. Jest bezkształtny. Jest grudą gliny, którą musi dopiero uformować natchnienie i pragnienie. To właśnie, jak sobie przypomina, znaczy wolność. W wieku czterdziestu trzech lat zwykle zażywa wolności w małych, rafinowanych dawkach: w postaci decyzji, poleceń, skomplikowanych możliwości odniesienia sukcesu. Zapomniał, jak smakuje surowiec. [96]

[...] w tym ciasnym mieszkaniu przypominającym norę o krętych korytarzach nie ma możliwości utrzymania dystansu, wskutek czego ludzka sylwetka wydaje się bardziej istotna, bardziej konkretna, gęstsza od znaczeń. Obok nędzy to właśnie sprawia, że Thomasowi mieszkanie Benjamina kojarzy się z młodością. Kiedy tu przychodzi, przypomina mu się bliższe, zmysłowo intensywniejsze przeżywanie własnego ciała, którego to przeżywania, jak dopiero teraz zrozumiał, z czasem zaprzestał. [105]

Prawda jest taka, że przez cały ubiegły tydzień Thomas pracował nad adagio jak samotny więzień kopiący tunel pod murem twierdzy. Trochę się wstydzi tej swojej potajemnej determinacji, rygoru swoich metod, wytrwałej, powtarzalnej pracy, którą w to włożył, bo zawsze uzyskiwał w życiu to, na czym mu zależało, a także pokonywał to, co chciał z niego wyrugować. Miał wrażenie, że oszukuje tak samo jak wtedy, gdy całą noc uczył się do egzaminu albo przebrnął mękę zebrania, wiedząc więcej niż ktokolwiek inny, albo zaplanował w najmniejszych szczegółach strategią zainteresowania sobą kobiety, która mu się podobała. Zawsze uważał, że ciężka praca zajmowała miejsce, w którym powinno się znajdować coś bardziej naturalnego, coś instynktownego, wrodzonego, coś, co kojarzy się ze szczerością, choć nie wie właściwie dlaczego. Siedząc w domu przy fortepianie, był pewien, że istnieje jakiś uczciwszy sposób opanowania tego adagio niż ćwiczenie każdego taktu tak długo, aż załamywała się jego harmonia i stawał się on grzechoczącą skrzynką szaleństwa, ale nie udało mu się dojść do tego, na czym ten sposób miałby polegać. [108]

Takie pierwsze wyprawy na zakupy można odczuwać jako swego rodzaju prostytucję. Jego potrzeby są takie prywatne, takie przestylizowane przez wyobraźnię, a sklepy są tak konkretne i rzeczowe — dopiero po jakimś czasie Leo się rozgrzewa i przystosowuje swoje pragnienia do tego, co rzeczywiście jest w sprzedaży. [221]

Taki właśnie jest jej język. Jeśli Wam się podoba, sięgajcie po Wariacje śmiało, nie powinniście się zawieść. Jeśli natomiast przy lekturze któregoś z kolei cytatu zaczyna nawiedzać Was wrażenie, że niepokojąco zbliżacie się do grafomanii, odpuśćcie sobie raczej tę lekturę.

Mnie dopadło ono między innymi przy tym ostatnim fragmencie: zabrzmiał dobrze, ale po głębszym zastanowieniu okazał się być całkowicie bez sensu. Oczywiście możliwe, że to tłumaczka się rąbnęła i Leo miał na myśli korzystanie z usług dam negocjowalnego afektu, a nie prostytucję samą w sobie (wtedy jakiś sens się pojawia), ale nadal pozostaje wrażenie, że porównanie zostało sztucznie dobrane tak, by szokować i budzić emocje. Nie lubię tego, bo pachnie tanią manipulacją uczuciami czytelnika.

Zaskakująco, w kontekście całego tego skupiania się na języku powieści, jedyny jej fragment, który uwiódł mnie całkowicie to krótki rozdział, w którym Howard i Claudia wybierają się na weekend za miasto. Rozdział w formie dramatu, czy może nawet dialogu, bez żadnych didaskaliów. Był świetny i mam wrażenie, że ten totalny brak narracji mówił o bohaterach dużo więcej niż kilkanaście stron ich przemyśleń i analiz. Znowu docieram więc do wniosku, że jak dla mnie Cusk pisze zbyt dokładnie i szczegółowo, nie zostawiając pola do własnej interpretacji.

Ostatnie zażalenie wnoszę nie tyle może do fabuły, co raczej do przesłania, jakie mi się z Wariacji na temat rodziny Bradshaw wyłoniło. Otóż przy całym swoim obrazoburczym podejściu do macierzyństwa i bycia kobietą, Rachel Cusk napisała książkę z której bije głęboka akceptacja dla tradycyjnego myślenia i podziału ról w rodzinie. Owszem, mamy tu zamianę obowiązków, próby poszukiwania siebie, ale ostatecznie i tak wszystko zmierza do jednego końca i nikomu nie wydaje się to przeszkadzać. Oczywiście można argumentować, że to książka o zwykłych ludziach, a zwykli ludzie tak właśnie się zachowują, ale nie wyczułam tutaj ani trochę niechęci czy buntu wobec takiego stanu rzeczy. Możliwe, że po prostu nie wczytałam się wystarczająco głęboko, ale z pewnością dla mnie nie jest to powieść feministyczna.

To po prostu smutna książka o niesympatycznych ludziach.

Ale może warto po nią sięgnąć, choćby na próbę. Jest inna i obcowanie z nią było interesującym doświadczeniem, a to może wystarczyć za zalety. A jeśli nie wystarczy, to przeczytajcie co w niej znalazły Marpil i Tamaryszek i może dajcie się im przekonać.

Moja ocena: 5,5/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , | Komentarzy: 8 »

Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima

Posted by Ysabell w dniu 20 Listopad 2011

Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158

Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.

To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.

I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź “wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: “Proza”, “Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i “Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.

Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.

Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):

Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]

Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego “sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]

Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]

Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]

Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]

Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]

Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]

Moja ocena: 7,5/10

PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:

Żeby “zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]

Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]

Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Bartłomiej Kuraś i Paweł Smoleński “Bedzies wisioł za cosik”

Posted by Ysabell w dniu 26 Sierpień 2011

okładkaTytuł: Bedzies wisioł za cosik
Autor: Bartłomiej Kuraś i Paweł Smoleński
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 233

W poprzednim wpisie pisałam o zazębianiu się książek, tematów itd. Miałam to szczęście, że Bedzies wisioł za cosik pierwszy raz przejrzałam w Liptowie, napoczęłam na Spiszu, a lekturę kontynuowałam opuszczając Podhale. A chociaż podtytuł tej książki to Godki podhalańskie, to zarówno Spisz, jak i Liptów (Orawa zresztą też) pojawiają się w niej nie raz.

Kuraś i Smoleński napisali książkę o Tatrach i okolicach. Trochę o ludziach, trochę o historii, trochę o wielkiej polityce, której uniknąć się nie da. Sięgnęli do czasów przedwojennych, sporo napisali o wojnie i latach tuż po niej, ale są tu i fragmenty jak najbardziej współczesne, i sięgające dużo głębiej w przeszłość.

Kojarzycie na przykład Beniowskiego? Tego, co to wszyscy o nim słyszeli, ale nikt niemal nie zapoznał się bliżej, bo kto by był na tyle głupi, żeby z własnej woli czytać poemat dygresyjny Juliusza Słowackiego (ładny, swoją drogą)… Otóż, jak wyjawili mi dopiero autorzy Bedzies wisioł… Beniowski tak naprawdę nazywał się Móric Beňovský, urodził się we Vrbové, a kształcił pod Bratysławą. I tak oto okazało się, że “nasz” Beniowski jest słowackim bohaterem narodowym. No, nie do końca może słowackim, bo jego pierwszym językiem był węgierski.

A może powinnam się już przyzwyczaić do tego, że zawłaszczamy Słowakom ich bohaterów? W końcu taki Juraj Janosik, każde dziecko wie, był polskim zbójnikiem i wyglądał jak młody Perepeczko. Na Liptów chodził kraść bogatym i oddawał biednym na Podhalu. Prawda? O tyle, że Liptów w historii Janosika rzeczywiście jest: jako miejsce pochodzenia. Nie ma za to żadnych dowodów, że kiedykolwiek był w Tatrach, a nie tylko na Podhalu.

Ale to drobiazgi, owszem zabawne i obrazujące trochę skomplikowane relacje polsko-słowackie, ale nadal drobiazgi. A przecież w Bedzies wisioł… jest dużo więcej. Jest cały rozdział o Goralenvolk i kolaboracyjnym Komitecie Góralskim z czasów II wojny światowej (i o Wacławie Krzeptowskim), a inny o kurierach noszących na plecach przez Tatry powstańcze dokumenty i pieniądze dokładnie w tym samym czasie (i o innym Krzeptowskim, Józefie). A jeszcze kawałek dalej o ratownikach górskich sprzed wojny i z czasów wojny (oraz o ich szefie, Józefie Oppenheimie i jego tajemniczej śmierci). I o zajęciu przez Polskę słowackiej Doliny Jaworzyny w 1938. I o zajęciu Zakopanego przez Słowaków w 1939.

ilustracja z WikipediiA w końcu i o “Ogniu“, Józefie Kurasiu, który do dziś przez jednych uważany jest za zbrodniarza, a przez innych za bohatera, ale mówić o nim nie chce nikt. Na historii o “Ogniu” mi nie mówili, ale może to i lepiej, bo postać Józefa Kurasia budzi dziś skrajne emocje i nie sprzyja rozsądnej i naukowej debacie. Jaka jest siła tego tematu, niech świadczy fakt, że wszyscy, których pytałam o czym jest ta książka, mówili, że o “Ogniu”. O samym Józefie Kurasiu mówi może ćwierć Bedzies wisioł…, ale to bardzo ważna ćwiartka, bo pozwala lepiej poznać konflikty nadal dzielące Podhale i okolice. A na dodatek historia “Ognia” opisana jest możliwie rzetelnie i na tyle bezstronnie, na ile się da.

Bo w ogóle Bedzies wisioł za cosik napisane jest świetnie. I to zarówno od strony formalnej — mam na myśli wyważenie argumentów, przedstawianie racji wszystkich stron konfliktów i próby dotarcia do prawdy — jak i językowej. Czyta się tę książkę fenomenalnie, tak jakby się słuchało “podhalańskich godek”. Sprawy poważne przemieszane są ze śmiesznymi, a zabawne z tragicznymi.

I chociaż, ze względu na mój sentyment do Tatr po obu stronach granicy, na pewno nie jestem w stosunku do tej książki obiektywna, to sądzę, że spodoba się ona niemal każdemu. Na pewno tym, co lubią reportaże, bo to kawał dobrego reportażu. Na pewno tym, którzy interesują się historią, bo historia gra tu pierwsze skrzypki. I na pewno tym, którzy lubią książki o ludziach, bo w Bedzies wisioł… właśnie ludzie są najważniejsi.

Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę, zwłaszcza, że przeszła w zeszłym roku niemal bez echa, a echa jest warta. A poza tym (uwaga: podła i bezinteresowna reklama) Znak sprzedaje ją za tak marne grosze, że chyba i ja się skuszę na własny egzemplarz (czytałam pożyczony).

***

Jeśli wszystko się uda, ten wpis zawiśnie na blogu w czasie, kiedy ja będę bardzo zajęta bawieniem się dobrze na Polconie w Poznaniu. W związku z tym na ewentualne komentarze odpowiem pewnie dopiero w poniedziałek. Ale nie krępujcie się i komentujcie…

***

Moja ocena: 8,5/10

Opublikowany w Niebeletrystyka, Reportaż | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

David Gilmour “Klub filmowy”

Posted by Ysabell w dniu 20 Maj 2011

Tytuł: Klub filmowy
Autor: David Gilmour
Tytuł oryginału: The Film Club
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2011
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Bliżej siebie
Ilość stron: 220

Do lektury tej książki skusiły mnie dwie rzeczy:  z jednej strony kilka pozytywnych opinii, które o Klubie filmowym przeczytałam i usłyszałam, z drugiej tematyka. Bardzo mało znam książek poruszających temat relacji ojciec-syn, a ta właśnie miała ją opisywać. I właściwie nie mogę się do niczego przyczepić, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadano na okładce, ale książka Gilmaoura mi się nie spodobała.

Klub filmowy to wspomnienia ojca o tym, jak “wychowywał” syna przy pomocy wyłącznie trzech filmów na tydzień. Poza tym dzieciak (nie taki już dzieciak, późny nastolatek, z tego co pamiętam — bo nie mam książki przed sobą — miał 15 lat) mógł robić co zechce poza braniem narkotyków.  Jesse nie musiał chodzić do szkoły, nie musiał pracować, nie musiał nic, tylko obejrzeć z ojcem trzy filmy tygodniowo.

Koncepcja ciekawa więc miałam nadzieję, że i książka będzie interesująca. Spodziewałam się, że będę mogła przeczytać o tym jak kształtowały się i zmieniały stosunki między ojcem i synem, o tym jakie problemy miał ten drugi i jak obaj próbowali je rozwiązać. Miałam nadzieję również na trochę informacji o tym jakie (i dlaczego) filmy oglądali, a przede wszystkim na dużo rozmów o tych filmach.

Co dostałam? Masę informacji o wątpliwościach autora, czy dobrze robi, drugie tyle o jego (jego, nie jego syna!) problemach z tego okresu, opis relacji ojciec-syn na poziomie mniej niż podstawowym, a do tego rzeczywiście troszkę informacji o tym dlaczego Gilmour wybrał taki a nie inny film (zazwyczaj niestety ograniczających się do “bo nie chciałem go zanudzić” , “bo to kultowy film mojej młodości” albo w najlepszym wypadku “bo jest tam taka kultowa scena”), do tego troszkę rozmów o filmach na poziomie synowskiego “I co ty w tym widzisz?” albo “Zarąbisty film”, a na deser głęboką ojcowską dumę, że oto jego zbuntowany nastoletni syn po trzech latach tej “terapii” wie o kinie tyle co on.

Przyznaję, że moja niechęć wobec książki może w dużej mierze wypływać z tego, że nie polubiłam autora, a co za tym idzie narratora. I to nawet nie dlatego, że zdecydował się na zastosowanie takiej hm… innowacyjnej metody wychowawczej. Nie, metoda sama w sobie wydawała mi się ciekawa, choć kontrowersyjna. Przeszkadzało mi raczej podejście opisywane jako “nie jestem kumplem swojego syna, jestem jego ojcem”. Podejście teoretycznie niegłupie, ale skutkujące tym, że kiedy dorastający syn przychodzi do ojca porozmawiać o seksie (a ja myślę sobie: wow! jaki sukces wychowawczy, sam przyszedł z problemem do ojca!), kochający tatuś nadaje komunikat w stylu “No o tym, to my rozmawiać nie będziemy, nie jestem twoim kumplem”. I to bez wcześniejszego wysłuchania o co chodzi, bez żadnego zorientowania się czy Jesse nie ma przypadkiem problemu…

Ja się naprawdę nie dziwię, że będąc posiadaczem takiej więzi z nastolatkiem szanowny rodzic boi się, że utraci z nim kontakt, jeśli będzie dalej naciskał na to, żeby chłopak chodził dalej do szkoły. Bo o ile na początku książki ojciec i syn nie mają ze sobą niemal nic wspólnego, o tyle na koniec mają wspólne przynajmniej filmy…

Miałam jeszcze przez chwilę nadzieję, że może Klub filmowy uratuje się opisem sytuacji rodzinnej, bo Gilmour był w tamtym czasie rozwiedziony i mieszkał z kolejną partnerką, ale nic z tego. Była żona co prawda pojawia się co jakiś czas, ale głównie po to, żeby bać się o przyszłość syna (poniekąd słusznie) bez konstruktywnych wniosków, za to nowa partnerka praktycznie w opowieści nie istnieje. Stąd może trochę moje wrażenie totalnej sztuczności tekstu, bo jak można nie napisać niemal słowa o osobie, która przez całe te trzy lata mieszkała z obojgiem bohaterów? Dopiero pod koniec wyłania się z niebytu i (ku zaskoczeniu narratora) nawiązuje z Jessem kontakt lepszy niż jego ojciec. I, mówiąc szczerze, mam wrażenie, że partnerka David mogłaby o tych trzech latach powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż zrobił to sam Gilmour.

Owszem, podobały mi się niektóre kawałki o filmach, ale na odbiorze całej książki zaważyła jednak osoba narratora, który wydał mi się po lekturze raczej kandydatem do bycia wychowywanym i nauczenia odpowiedzialności niż do wychowywania i uczenia tej odpowiedzialności kogokolwiek innego.

Wiem, ze książka jest ogólnie chwalona i wychodzę na paskudną malkontentkę albo pedagogiczny beton, ale naprawdę nie czepiam się konkretnego pomysłu wychowawczego, ani nawet jego rezultatów (różnie bywa). Czepiam się tego, że David Gilmour tak usilnie unikając relacji “nie jestem twoim kumplem” wylądował nie w relacji “jestem twoim ojcem” tylko “jestem twoim krytykiem filmowym” i był z tego dumny. Ja bym nie była.

Mimo wszystko książka dostaje ode mnie plusik za pokazanie relacji ojciec-syn, drugi za niektóre ciekawe wstawki o filmach i trzeci za to, że jest zwyczajnie dobrze napisana. A czy polecam? Nie. Ale nie sugerujcie się moją opinią za bardzo, bo większości recenzentów Klub filmowy się podobał. Ja wracam do szukania dobrej książki o ojcu i synu. Ma ktoś jakieś typy?

Moja ocena: 4/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Hanka Lemańska “Chichot losu”

Posted by Ysabell w dniu 7 Maj 2011

Tytuł: Chichot losu
Autor: Hanka Lemańska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 268

Wyczytałam tę książkę Ciotce. Jako rodzinny dostarczyciel literatury miałam za zadanie tylko ją kupić i oddać nowej właścicielce, ale jak tu się powstrzymać, kiedy książka jeszcze ciepła wzdycha smutnie okładkami… No i wyczytałam.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: Joanna, niezależna, robiąca karierę i goniąca za sukcesem zgadza się popilnować dzieci koleżanki. Koleżanka ginie, a nasza bohaterka zostaje sama z informacją, że dzieci nie mają nikogo bliskiego, kto by je przygarnął i swoim sumieniem. Po przeczytaniu tego streszczenia na pewno już wiecie jak się to wszystko skończy. I macie rację, bo historia w niczym nie zaskakuje. Kiedy pojawił się aktualny amant wiedziałam jakie przeszkody spotkają ten związek i jakie będzie rozwiązanie tego wątku. Po pierwszym wspomnieniu o amancie przyszłym wiedziałam doskonale, że to właśnie ten.Historia z lodami? Przewidziany. Wątek Agaty? Jak najbardziej… I to naprawdę nie dlatego, że jestem wyjątkowo genialna, tylko wszystko to jest proste jak drut i schematyczne.

Całe szczęście, że są to schematy z epoki jeszcze przedkalicińskiej (Chichot losu i Dom nad rozlewiskiem wyszły w tym samym roku) — Joanna nie wyjeżdża na prowincję ułożyć sobie tam od nowa życia z nową rodziną i nowymi problemami. Zamiast tego bierze los we własne ręce i próbuje sobie radzić. Na szczęście znajdą się tacy, co jej pomogą. Wspominałam już, że pojawiają się w powieści niezbędne w prozie tego typu “psiapsiółki”? Nie? No to wspominam. Czy naprawdę każda kobieta w Warszawie ma grono trzech czy czterech koleżanek, z którymi co tydzień spotyka się na wino i ploty…?

Ale z całego tego marudzenia mogłoby wynikać, że mi się nie podobało, podczas kiedy wcale tak nie jest. Chichot losu napisany jest z humorem, lekko i sprawnie. Czyta się go z przyjemnością, zwłaszcza, że w większości opowiada o ludziach sympatycznych. Przez całą lekturę towarzyszyły mi dwa skojarzenia. Z jednej strony stare książki Szwai (lubię) — bo i humor, i w roli głównej kobieta z charakterem, i drobniutki wątek sensacyjny, i te przyjaciółki nieszczęsne, i równie schematyczny scenariusz. Z drugiej za to strony po głowie chodził mi Brulion Bebe B. Musierowiczowej (też lubię i to bardzo) i inne jej książki — bo i sytuacja wyjściowa podobna (młoda kobieta opiekuje się dwójką cudzych dzieci dłużej niż zamierzała), i dzieciaki podobne (młodszy chłopczyk i starsza dziewczyna), i kilka rozwiązań fabularnych (problemy w “upragnionym” związku Anieli i Joanny), a do tego Ci pozytywni bohaterowie…

Nie wątpię, że serial nakręcony na podstawie tej książki może być ciekawy, bo sama powieść sprawia w wielu miejscach wrażenie szkicu — niektóre sytuacje są tylko wspomniane, ważne rozmowy dzieją się na boku, a przytaczane są tylko ich rezultaty, sporo wątków zostało ledwo zarysowanych. Na pewno sprawny scenarzysta na tej kanwie jest w stanie stworzyć naprawdę przyzwoity serial, za to przy czytaniu miałam czasem wrażenie, że autorce strasznie spieszyło się, żeby książkę skończyć i niektóre ważne dla fabuły elementy potraktowała trochę po macoszemu.

Ale nie ma co marudzić: książkę czytało mi się miło i szybko, była dość wciągająca, żeby wyciągać ją z torebki w tramwaju na trzy przystanki (na stojąco), więc oceniam ją zdecydowanie pozytywnie. Jeśli nie będziecie miały wygórowanych wymagań, powinna się spodobać.

Polecam nawet tym, którzy na widok kolejnego Rozlewiska otrząsają się ze wstrętem.

Moja ocena: 6,5/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Mariola, moje krople…”

Posted by Ysabell w dniu 15 Luty 2011

Tytuł: Mariola, moje krople…
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 302

W czasie czytania tej książki miałam właściwie tylko jedną refleksję (Mąż świadkiem): to nie jest zabawne. I chociaż wiem, że naprawdę wielu osobom Mariola przypadła do gustu i czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji, to nic na to nie poradzę.

To nie było zabawne.

Oczywiście powinnam raczej napisać, że mnie to nie bawi (oczywistość), że to odczucie subiektywne (kolejna oczywistość), że może nie miałam na książkę nastroju (może i tak, byłam bardzo obolała i trochę zmęczona kolejnymi problemami, które na nas spadają), że może miałam za duże oczekiwania (może i tak, bo oczekiwałam dobrze napisanej lekkiej i zabawnej książki, która oderwie mnie na moment od problemów) i takie tam inne truizmy, ale odczucia pozostają odczuciami. To po prostu nie było zabawne.

Trafiłam na Mariolę znienacka w antykwariacie za mniej niż połowę ceny okładkowej  i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Miałam nadzieję na przełamanie odrobinę zastoju w czytaniu (po bardzo dobrym styczniu przyszedł luty, w którym czytam trzy książki na raz i do żadnej mnie jakoś specjalnie nie ciągnie), na trochę dobrej rozrywki i oderwanie od przyziemnych zmartwień. Wiedziałam już, że rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, a recenzje wieszczyły humor w typie Barei, lekką zabawną książeczkę, która powinna poprawić humor.

Książkowe realia przypominały mi nieco Lesia, Wszyscy jesteśmy podejrzani, czy może najbardziej Dzikie białko Joanny Chmielewskiej. Również w Marioli mamy do czynienia ze swego rodzaju zakładem pracy, w którym ludzie stosunkowo mało zajmują się samą pracą, a dużo czasu poświęcają na inne sprawy. Tak samo jak w Dzikim białku, w Mariola, moje krople… dużą rolę odgrywają realia PRLu, akcja napędzana jest często i gęsto słabościami ustroju.

Może właśnie te porównania sprawiły, że książka Gutowskiej-Adamczyk zupełnie mnie nie rozbawiła? Bo o ile u Chmielewskiej mieliśmy do czynienia z ludźmi sympatycznymi, trochę zwariowanymi i często irytującymi, ale generalnie dość pozytywnymi: przyzwoitymi, starającymi się utrzymać rodzinę i wykonać swoją robotę najlepiej jak potrafią, tak  w Marioli w prowincjonalnym teatrze na Dolnym Śląsku pracują niemal wyłącznie osoby nieprzyjemne. Większość bohaterów w pracy najchętniej zajmuje się piciem, w drugiej kolejności zaś gżeniem po kątach, graniem w karty, zastanawianiem się jak wygryźć zwierzchnika i zająć jego miejsce, siedzeniem w bufecie, walką z ustrojem i jedzeniem. O pracy nie myśli w zasadzie nikt poza może krawcem Czesiem i przybyłym ze stolicy młodym i idealistycznym reżyserem. Owszem, wszyscy aktorzy chcą zrobić oszałamiającą karierę, grać główne role i mieć dobrą prasę, ale żeby ktoś miał ochotę popracować? W życiu.

Jak łatwo zauważyć bohaterów nie polubiłam. Banda nierobów z Teatru Miejskiego nie jest zresztą opisana tak, żeby ich lubić. Dość powiedzieć, że pod koniec tej trzystustronnicowej powieści ledwo rozpoznawałam większość pracowników teatru. Przedstawienie postaci czy opisy są w książce dosyć ograniczone, główny nacisk zaś położony jest na dialogi, które w założeniu miały chyba być zabawne. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że mnie nie rozbawiły.

W ogóle w Marioli z komizmem jest problem. Chyba jeszcze w podstawówce (czy nie przy okazji omawiania Fredry?) uczyli mnie, że komizm bywa trojakiego rodzaju: słowny, sytuacyjny i związany z postacią. W książce Gutowskiej-Adamczyk ten pierwszy w zasadzie nie występuje.

Co do postaci, można by się spierać, jednak dla mnie jedyną prawdziwie zabawną postacią (trzecioplanową, a do tego straszliwie zmarnowaną przez autorkę) jest towarzysz Biedakowski, dyrektor wydziału kultury, który musi wykazać się znajomością współczesnej dramaturgii (choć przecież, kiedy był dyrektorem  wydziału gospodarki rolnej i wydziału środowiska nikt nie wymagał od niego znajomości hodowli tuczników ani składu chemicznego nawozów). Pozostałe postaci są raczej schematyczne i same w sobie niezbyt śmieszne: mamy dyrektora (marzącego o spokoju i wysokiej emeryturze), jego sekretarkę (która chciałaby zostać dyrektorem), mamy aktorkę (która dostaje główne role, bo jest dyrektorską żoną), mamy głównego aktora (który dla odmiany jest zapatrzonym w siebie afektowanym homoseksualistą), mamy bufetową (byłą aktorkę i byłą żonę dyrektora), mamy przybyłego z Warszawy reżysera (idealistę, który gubi się w lokalnych układach) itp., itd. Wszyscy sztampowi do bólu, a na dodatek przedstawieni w ten sposób, że czytając miałam wrażenie obcowania z ludźmi-wydmuszkami — przedstawicielami konkretnych typów, a nie “żywymi” postaciami.

No i na koniec humor sytuacyjny. Tak, na nim właśnie zbudowana jest Mariola, moje krople…, non stop ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, w jednych drzwiach znika szef Solidarności, w drugich pojawiają się ubecy, pod łóżkiem leży dyrektor, w szafie pierwszy sekretarz, dodatkowo wszędzie walają się przekładane z miejsca na miejsce powielacze. Tempo akcji jak w Żandarmie z Saint-Tropez. I na tym chyba polega problem tej książki: nie jest w zasadzie powieścią, tylko opisem komedii (gdzieś chyba zresztą czytałam, że rzeczywiście powstała na podstawie niewykorzystanego scenariusza).

Szczególnie rozczarował mnie język powieści. Po dwóch tomach Cukierni pod Amorem przyzwyczajona byłam do tego, że Gutowska-Adamczyk pisze naprawdę dobrze, na to tez się nastawiłam. W Marioli autorka nie miała co prawda zbyt dużego pola do popisów, zważywszy na przeważająca w książce ilość dialogów, ale mimo tego język mnie zawiódł. Książka jest, owszem, napisana sprawnie i poprawnie ale nie ma w niej ani szczypty językowej finezji tak silnie obecnych w Zajezierskich i Cieślakach.

Sądzę, że gdyby Mariola, moje krople… była filmem, najlepiej filmem z dobrą obsadą doświadczoną w graniu fars i komedii, wzbudziłaby moje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Zabawne sytuacje (w książce opisane tak szczątkowo, tak nieplastycznym i nieśmiesznym językiem, że nie były w stanie mnie rozbawić) stałyby się nagle prześmieszne, postaci-wydmuszki wzbogacone osobowością i interpretacją aktorów nabrałyby głębi, charakteru i komizmu, a tempo galopujących po sobie zdarzeń byłoby dodatkowym atutem. Chętnie obejrzałabym taki film, najchętniej z Jerzym Stuhrem w roli dyrektora Zbytka.

A książka? Cóż, można przeczytać, ale po co? Spragnionym dobrej rozrywki polecam zamiast tego którąś z pierwszych książek Chmielewskiej albo komedię Barei. Nie czytając Marioli nic nie stracicie. Nie jest zabawna.

Moja ocena: 2,5/10

PS. W kwestii blurba z czwartej strony okładki. Gdzie tam oni prowokują wprowadzenie stanu wojennego? Na tyle skomplikowana to ta fabułka nie jest. Wielka polityka jest zupełnie w tle, nawet nie mamy w książce prawie żadnych (poza jedną rozmową) do niej odniesień. Stan wojenny pojawia się znikąd i całkiem bez sensu kończy powieść, chociaż przecież najciekawsze mogłoby się dopiero zacząć. Ale cóż — pewnie ze stanu wojennego śmiać się już nie wypada, więc książka sie skończyła. Bo innych powodów zakończenia w tym akurat momencie nae zauważyłam.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora “Listy na wyczerpanym papierze”

Posted by Ysabell w dniu 27 Styczeń 2011

Tytuł: Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze
Autor: Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora
Ułożyła i opatrzyła przedmową i komentarzami:  Magda Umer
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 216
Audiobook czytają: Magda Umer i Piotr Machalica

Dużo ostatnio czytałam na temat tej książki i ciekawym trafem niemal nic z tego, co czytałam nie było recenzją. Nie dziwi mnie to jakoś przesadnie, bo naprawdę trudno się o tej książce pisze. Najlepszym dowodem na to jestem ja sama. Listy na wyczerpanym papierze przeczytałam jeszcze w listopadzie i mimo tego, że mam ogromną ochotę coś o nich na blogu napisać, jakoś mi się to nie udaje (w związku z czym to też zapewne nie będzie recenzja, tylko zlepek wrażeń z lektury). A szkoda, bo to naprawdę ciekawa książka. Dla mnie jedna z lepszych w całym roku czytelniczym.

***

Od kiedy usłyszałam o Listach, wiedziałam, że muszę je przeczytać. Chciałam przede wszystkim dowiedzieć się jak wyglądało uczucie, przez które przestał istnieć najciekawszy program polskiej telewizji, czyli Kabaret Starszych Panów. Zauważyłam, że czytelnicy tej książki dzielą się na zaciekawionych ogólnie, fanów Agnieszki Osieckiej i fanów Jeremiego Przybory. Najwięcej w Internecie widzę tych drugich, ja zaś należę zdecydowanie do trzeciej kategorii, przy czym moje fanostwo podpada w tym wypadku nieco pod fanatyzm.

***

On do Niej (Inwokacja)

***

Nie miałam specjalnie wątpliwości moralnych przy sięganiu po tę książkę. Ciekawa dyskusja na ten temat była ostatnio u Nutty w niecodzienniku literackim, polecam lekturę. Ja bez specjalnych problemów czytam korespondencję ludzi kultury (najczęściej trafiam na poetów i pisarzy, ale nie tylko — tutaj znajdziecie świetną recenzję Listów Mozarta, które bardzo chciałabym przeczytać), dlatego Listy na wyczerpanym papierze potraktowałam jak kolejny tom tego typu. Skoro listy takiego Franza Kafki czytamy (“my” w sensie szerszym, ja akurat Kafki nie ruszam) bez problemu, to czemu nie mamy czytać listów Przybory?

***

Och, rany, strasznie to wszystko nieskładne i dookoła tematu, ale ostrzegałam, że mam problemy z pisaniem konkretnie i na temat…

***

Ona do Niego (Dookoła noc się stała)

***

Historia w Listach to historia dwojga ludzi, którzy rozpaczliwie próbowali się zrozumieć. On, starszy o ponad 20 lat, ustatkowany, spokojny, uporządkowany i szaleńczo zakochany. Ona nielubiąca wiązać się na dłużej, kochająca wolność, ale jednak podziwiająca go i zafascynowana.

Nie dziwię się Agnieszce Osieckiej, że nie była w stanie na poważnie wziąć deklaracji faceta sporo od niej starszego, żonatego, dzieciatego i na dodatek psa na baby (w końcu Jeremi rozkochiwał w sobie kobiety dłużej niż Agnieszka żyła). Nie dziwię się z drugiej strony Jeremiemu Przyborze, że nie był w stanie znieść tego, że dla Agnieszki najważniejsza była ona sama, a wszystko inne (włącznie z uczuciami, a co za tym idzie — z Jeremim) musiało zejść na dalszy plan.

Wcale się nie dziwię, ale jednak trochę smuci mnie to, że dwoje ludzi dość jednak mądrych i  piekielnie inteligentnych (to nie jest to samo) tak bardzo nie było w stanie się porozumieć. Z listów tych dwojga przebija niechęć do pisania o sprawach dla nich trudnych. Bolesne rzeczy, nawet jak wybuchną, zaraz są zamiatane pod dywan i szybciutko zapominane…

Skoro tych dwoje nie potrafiło się porozumieć niemal zupełnie, to jaką szansę mają ci, którym los nie dał takich uzdolnień jak im? Lepiej czy gorzej? Jak by nie było, ja jako psycholog (zwłaszcza taki od par) zawsze będę miała pełne ręce roboty…

***

On o Niej (Podła)

***

Z drugiej strony, wnioski z lektury Listów wcale nie muszą być ponure. W końcu udało im się przeżyć coś pięknego, mocnego i ważnego, a po upadku oboje podnieśli się i zdążyli jeszcze być szczęśliwi. W końcu dla poety nieszczęśliwa miłość jest często najlepszym źródłem natchnienia.

Dla Przybory te doświadczenia z Osiecką były pewno o tyle szokujące, że do tej pory, to on nie angażował się za bardzo i to on uciekał. Nauka bolesna ale wartościowa. Jego związek z Alicją Wirth mnie osobiście daje tę wygodę, że mogę Jeremiego Przyborę (mimo wszystkiego co o nim wiem) szanować jako człowieka. Bardzo nie lubię nie lubić ludzi, których twórczość uważam za genialną i tutaj — pośrednio dzięki Agnieszce właśnie — nie muszę się z tym męczyć.

***

Ona do Niego (Mówiłam żartem)

***

Troszkę o realiach: Jak inaczej wyglądało życie nie tylko bez komórek, ale często również bez telefonów. Ja pamiętam to już mgliście, młodsi ode mnie pewnie wcale, a nawet mnie trudno jest teraz wyobrazić sobie, że na odpowiedź na takie listy jak te (tak emocjonalne i tak ważne) trzeba było często czekać tygodniami. To musiało być strasznie trudne.

Trudniejsze niż teraz były na pewno rozstania. Z drugiej strony zaskakiwała mnie trochę emocjonalność niektórych listów. Ja pewno ochłonęłabym w trakcie pisania i prędzej bym nic nie wysłała niż wysłała to, co nasi bohaterowie.

Inna rzecz z bliskiej półki. Czy współczesny czytelnik naprawdę nie wie co to MHD czy Spatif? Nie wie kim byli Bułat Okudżawa, Markiz de Sade i Stanisław Tym…? Dość przerażająca wizja. Magda Umer dzielnie takie rzeczy tłumaczy temu nieszczęsnemu współczesnemu czytelnikowi w przypisach do listów.

Przy okazji — kilka ciekawych refleksji o opracowaniu Magdy Umer możecie przeczytać u Ewenement.

***

Troszkę jeszcze o stronie formalnej. Listy są pod tym względem wzorem do naśladowania dla innych wydawców. Piękny papier, świetne opracowanie graficzne, zdjęcia, skany dokumentów (telegramów, pocztówek, listów), do tego całość opatrzona przypisami i naprawdę dobrze opracowana (przez Magdę Umer). A na dodatek razem z książką dostajemy płytę z wersją audio. Naprawdę chciałabym, żeby inne książki za tę cenę (40 złotych) były równie dobrze wydane.

***

On o Niej (Moja dziewuszka nie ma serduszka)

***

Piosenki. Ona z myślą o Nim napisała między innymi Dookoła noc się stała, Na całych jeziorach — ty, Mówiłam żartem, Byle nie o miłości i Pa, pa paryski walczyk.

On o Niej pisał Utwierdź mnie, Inwokację, Nie zakocham się tej wiosny, O Julietto (Agnieszko), Moja dziewuszka nie ma serduszka, Podła, SOS, Pa, tato, pa! i Stacyjkę Zdrój.

O ileż biedniejsi bylibyśmy my, słuchacze, bez tego uczucia i ich połamanych serc? Trudno nie zgodzić się tutaj z innym wspaniałym poetą, który już (z tym utworem) u mnie na blogu gościł — Marian Hemar pisał o tym tak: “Literatura, literatura | To nie jest tylko zasługa pióra: | Trzeba dziewicy, która wie, | Kiedy poecie szepnąć : „nie”!”.

***

Miło byłoby, gdyby ta książka przełożyła się na wzrost popularności piosenek Przybory i Osieckiej również u tych, którzy do tej pory słuchali ich mniej. Więcej pewnie dadzą tutaj takie płyty jak Cafe Sułtan Grzegorza Turnaua czy Osiecka Nosowskiej, ale może i Listy na wyczerpanym papierze przypomną komuś o tych autorach. Przy czym, przyznaję szczerze, dużo bardziej obchodzi mnie tu los tekstów Jeremiego Przybory. Jako wierny fanatyk mam nadzieję, że ludzie cięgle będą tych piosenek słuchać.

Na razie moje osiągnięcia w promocji ograniczają się do tego, że mój Ulubiony Mąż używa tytułów Przybory w swoich blogowych notkach. Może kiedyś zacznie też słuchać jego piosenek…

***

Polecam. To naprawdę ciekawa lektura.

Chociaż pewnie ci, którzy nie kojarzą ani Agnieszki, ani Jeremiego, będą przy czytaniu mieli zdecydowanie mniej przyjemności. Im polecam zacząć od słuchania ich piosenek.

Moja ocena: 9/10

Opublikowany w Niebeletrystyka | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Kazuo Ishiguro “Okruchy dnia”

Posted by Ysabell w dniu 20 Styczeń 2011

Tytuł: Okruchy dnia
Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł oryginalny: The Remains of the Day
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jan Rybicki
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 301

To powinna być strasznie nudna książka. Serio. No bo tak: wyobrażacie sobie bohatera nudniejszego niż nienaganny angielski kamerdyner? I to przedwojenny. To ta postać, która w teatrze wchodzi na jedną kwestię, brzmiącą zazwyczaj “Obiad podano, sir”. Albo wyobraźcie sobie powieść, która jest dziennikiem przeplatanym wspomnieniami i ogromną dawką filozoficznego zastanawiania się, co to znaczy być “wielkim” w swojej pracy i jak można zdefiniować “godność”, którą charakteryzują się najznamienitsi przedstawiciele zawodu. A teraz zmiksujcie to razem, dodajcie sztywny i mocno formalny język i pomyślcie…

To powinna być strasznie nudna książka.

Ale nie jest, przynajmniej dla mnie. Okruchy dnia to nie książka, którą czytałoby się jednym tchem czy w jeden wieczór. Czytałam ją prawie tydzień, podczytując po kilka stron, co chwilę odkładając i sięgając po nią ponownie. Nie byłam w nastroju, żeby przeczytać ją od deski do deski, ale z drugiej strony nie mogłam wytrzymać, żeby nie sprawdzić co będzie dalej. To lektura wymagająca odrobiny skupienia i wysiłku, ale dająca w zamian bardzo wiele. Książka napisana tak pięknym i sugestywnym językiem (brawa dla tłumacza!) i w taki sposób, że ja — wiecznie garbiąca się i przyjmująca  podczas czytania najrozmaitsze kabłąkowate pozycje — odruchowo prostowałam plecy i siadałam prosto.

Mówi się czasem, że prawdziwi kamerdynerzy istnieją tylko w Anglii. W innych krajach są tylko służący, niezależnie od przyznawanego im tytułu. Skłonny jestem zgodzić się z tą opinią. Ludzie z kontynentu nie potrafią być kamerdynerami, ponieważ są jako rasa niezdolni do takiego okiełznania uczuć, jakie wyćwiczył w sobie naród angielski. Ludzie z kontynentu — oraz, zgodzą się Państwo, w znacznej mierze wszystkie ludy celtyckie — zazwyczaj nie panują nad sobą w chwilach silnego wzruszenia, a więc nie potrafią we wszelkich okolicznościach zachować postawy ściśle zawodowej (…). Jednym słowem “godność” jest im obca. My, Anglicy, mamy w tym względzie przewagę nad cudzoziemcami i dlatego właśnie, gdy myśli się o wielkim kamerdynerze, jest on już z definicji Anglikiem. [1]

Mamy lato 1956 roku. Pan Stevens, kamerdyner w Darlington Hall, służący niegdyś lordowi Darlingtonowi, a dziś panu Farradayowi (notabene Amerykaninowi), postanawia swój urlop spędzić poza posiadłością. Co jest o tyle dziwne, że nigdy jeszcze (a nigdy datuje się co najmniej od lat dwudziestych) tego nie robił. Odbędzie w ten sposób dwie, a może nawet trzy podróże, a każdą ciekawszą od poprzedniej. Po pierwsze, pojedzie do Kornwalii, gdzie mieszka dawna gospodyni Darlington Hall, aby dowiedzieć się, czy nie miałaby ona ochoty wrócić na służbę. Po drugie, wybierze się w przeszłość, snując wspomnienia cofnie się aż do roku 1922, kiedy to panna Kenton zaczęła pracować w rezydencji. Na koniec wreszcie odbędzie podróż wgłąb siebie, spróbuje zdefiniować rzeczy, które zawsze go gnębiły i może nawet coś odkryje.

Można rozpatrywać Okruchy dnia jako powieść o powołaniu, o poświęceniu pracy, o przybieraniu życiowych ról, o podejmowaniu decyzji i ich konsekwencjach, winie i odpowiedzialności, czy wreszcie o tym jak zdefiniować udane życie. Można też patrzeć na nią jako na obraz części polityki angielskiej lat 20. i 30 XX wieku, obraz zresztą bardzo ciekawy, bo w częściach poświęconych przeszłości Darlington Hall pięknie pokazany jest proces kształtowania stosunków między Wielką Brytanią a Niemcami po Wielkiej Wojnie. Można też czytać tę książkę jako opowieść o uczuciu i obowiązku, a jest to swoją drogą jedna z piękniejszych opowieści o miłości, jakie czytałam. Można wreszcie zanurzyć się w język Ishiguro (czy raczej Stevensa) i trochę poobcować z kulturą i elegancją językową, o którą w dzisiejszym cudownym świecie naprawdę niełatwo. Wszystko to na zaledwie 300 stronach.

Mało przed lekturą pamiętałam z filmu poza ogólnymi zarysami fabuły i genialnymi rolami Anthony’ego Hopkinsa i Emmy Thompson. I chociaż obawiałam się, że postaci z książki będą miały dla mnie ich rysy i że będzie mi to przeszkadzać, to na szczęście nie miałam do końca racji. Co prawda “moja” panna Kenton wyglądała jak Emma Thompson, a “mój” Stevens miał postawę i ruchy Anthony’ego Hopkinsa (co zabawne, nie miał w mojej wyobraźni jego twarzy), ale zupełnie nie miałam z tego powodu problemów z lekturą. Wizja filmowa pięknie wkomponowała mi się w książkową i teraz z radością powtórzę sobie film, żeby przeprowadzić operację odwrotną. Jeśli zastanawiacie się czy warto przeczytać książkę, skoro oglądaliście film, szczerze radzę spróbować. Powieść Ishiguro operuje tak pięknym językiem, że naprawdę warto się z nią zapoznać.

Proszę mi wybaczyć, jeśli to dla Pana bolesne wspomnienie, lecz nigdy nie zapomnę chwili, gdy razem staliśmy w oknie i patrzyliśmy, jak Pana ojciec chodzi tam i z powrotem przed altaną, patrząc w ziemię, jakby chciał znaleźć tam jakiś cenny, zgubiony klejnot. [2]

Tę scenę pamiętałam z filmu, może dzięki widzianemu po wielekroć plakatowi z oknem wbiła mi się bardziej w pamięć. W przytoczonym wyżej cytacie pisze o niej (w swoim liście do pana Stevensa) panna Kenton.

Jeśli po przeczytaniu tego wszystkiego macie jeszcze wątpliwości czy polecam Okruchy dnia, to znaczy, że ten tekst zupełnie mi nie wyszedł. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, a zwłaszcza języka Kazuo Ishiguro i szczególnego klimatu, jaki potrafił przedstawić w swojej powieści. Chciałabym sięgnąć po jakąś inną jego książkę, polecacie coś?

I jeszcze na koniec jeden cytat dla bibliofilów. Co pan Stevens sądzi o romansach:

To stwierdziwszy, przyznam jednak — bo i nie ma się czego wstydzić — że czasami powieści te stanowiły dla mnie źródło rozrywki. Być może wówczas nie przyznawałem się do tego przed sobą, lecz jak już powiedziałem, czy jest czego się wstydzić? Czemuż to nie miałbym bawić się lekką lekturą o paniach i panach zakochujących się w sobie i wyznających uczucia, często w niezwykle eleganckiej formie? [3]

Czyż staroświecki, sztywny i nieco w końcu zakłamany kamerdyner Stevens nie jest tu bardziej szczery niż wielu ze współczesnych “ambitnych” czytelników…?

Moja ocena: 9,5/10

PS. Duże brawa dla wydawnictwa za redakcję, korektę i skład. Świetna robota.

[1] Kazuo Ishiguro “Okruchy dnia”, Albatros — Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2008, s. 55;

[2] Tamże, s. 61;

[3] Tamże, s. 206-207.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , | Komentarzy: 12 »

Agatha Christie “Autobiografia” i John Curran “Sekretne zapiski Agaty Christie”

Posted by Ysabell w dniu 31 Grudzień 2010

Tytuł: Autobiografia
Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: An Autobiography
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Magdalena Konikowska, Teresa Lechowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 590

Tytuł: Sekretne zapiski Agaty Christie
Autor: John Curran
Tytuł oryginalny: Agatha Christie’s Secret Notebooks
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Beata Długajczyk
Wydawnictwo: Wydawnistwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 477

Sylwestra, jak powszechnie wiadomo, należy spędzać tak, żeby dobrze się bawić. Dlatego zamiast szykować się na bal zrobię sobie zaraz gorącą kąpiel i trochę poczytam. Potem może sfotografujemy stosiki pogwiazdkowe. A przedtem napiszę parę słów o dwóch bardzo silnie ze sobą powiązanych książkach. Sekretne zapiski Agaty Christie dostałam od przedstawiciela Mikołaja na Mikołajki, ale przecież nie mogłam czytać ich bez przygotowania, wyciągnęłam więc z czeluści szafki Autobiografię królowej kryminałów i (jak pilny student) przypomniałam sobie podstawową wiedzę przed przyswajaniem dalszej.

Zdążyłam już zapomnieć jak dobra jest to książka. Do kryminałów Agathy Christie wracam dość często i zawsze uderza mnie lekkość jej pióra, ale zwyczajnie nie pamiętałam, że Autobiografię czyta się tak przyjemnie. Od pierwszej do ostatniej strony książka wciągała mnie bardziej niż niejeden kryminał tej autorki. Agatha Christie zaczęła pisać swoją autobiografię w 1950 roku, skończyła piętnaście lat później w wieku 75 lat. Większość wspomnień pochodzi sprzed wojny (spora część sprzed pierwszej), z lat dzieciństwa i młodości autorki, część powojenna to tylko 22 spośród prawie 600 stron. Stosunkowo niewiele dowiemy się o twórczości Christie, jej pisanie pozostaje na trzecim albo i dalszym planie. Pięknie za to pisze ona o czasach, w których żyła i krajach, które odwiedziła. A że podróżowała dookoła świata, a sporą część życia spędziła na Bliskim Wschodzie, to miała o czym pisać.

Już pierwsze zdania książki znienacka przenoszą nas w nieoczekiwane regiony. No bo wyobraźcie sobie sześćdziesięcioletnią Agathę Christie, znaną z fotografii miłą panią o przenikliwych oczach, która zaczyna spisywać swoje wspomnienia. Wyobraziliście sobie? To teraz dodajcie do tego całe otoczenie w jakim byście ją umieścili. Już? To przeczytajcie jak zaczyna się Autobiografia:

Nimrud to współczesna nazwa starożytnego miasta Kalah, wojskowej stolicy Asyryjczyków. Nasz Dom Ekspedycji zbudowany jest z glinianych cegieł. Stoi po wschodniej stronie kopca i mieści kuchnię, jadalnię połączoną ze świetlicą, małe biuro, pracownię, duży magazyn oraz malutką ciemnię. My wszyscy śpimy w namiotach. [1]

Później dowiadujemy się, że w tym sezonie dodano do Domu Ekspedycji  nowy pokój, na którego drzwiach od strony zewnętrznej przyczepiona jest tabliczka z wypisanym pismem klinowym “Beit Agatha” – dom Agathy. Tam właśnie, pomiędzy pomaganiem w pracach wykopaliskowych a pisaniem nowej powieści, Agatha Christie rozpoczynała pisanie Autobiografii.

Dalej jest równie ciekawie.  O swoim wieku pisze autorka z dużą dozą dystansu:

Czasami w osobach młodszych budzisz niejaką historyczną ciekawość.

— Przypuszczam — mówi wykształcona dziewczyna z pewnym zainteresowaniem — że pamięta pani całą wojnę krymską?

Dość dotknięta odpowiadam, że nie jestem aż tak wiekowa. Odrzucam również ewentualność udziału w powstaniu sipajów w Indiach. Przyznaję się natomiast do wspomnień z wojny burskiej — brał w niej udział mój brat. [2]

Uważa, że ma on pewne zalety:

Wspominanie to jedna z rekompensat, jakie przynosi wiek, i to rekompensat z pewnością bardzo miłych. [3]

Sądzi też, że człowiek nie zmienia się całkowicie:

Jestem tą samą osobą co owa poważna dziewczynka z jasnopłowymi anglezami. Cielesna skrytka, w której zamieszkuje dusza, rośnie, rozwija instynkty i upodobania, uczucia i zdolności intelektualne, lecz ja, prawdziwa Agatha, pozostaję taka sama (…). Tak więc my wszystkie — mała Agatha Miller i duża Agatha Miller, i Agatha Christie, i Agatha Mallowan — podążamy naszą drogą. Dokąd? Tego człowiek nie wie — i to oczywiście sprawia, że życie jest fascynujące. [4]

To właśnie to, co zawsze czytając jej książki wyczuwałam:

Zawsze uważałam i nadal tak uważam, że życie jest fascynujące. [5]

Uwielbiam żyć. Bywam czasem okropnie zrozpaczona, bardzo nieszczęśliwa, udręczona smutkiem ale przy tym wszystkim wiem z całą pewnością, że cudownie jest żyć. [6]

A wszystko to (i jeszcze trochę więcej) w czterostronnicowej przedmowie. Ta fascynacja i radość życia powoduje, że Autobiografię czyta się jak fascynującą podróż w czasie i przestrzeni. Christie pamięta różne rzeczy, nie wszystkie te, które chciałaby pamiętać, a często przychodzą jej na myśl drobiazgi pozornie bez większego znaczenia.  Właśnie te drobiazgi sprawiają, że czytając wspomnienia Agathy Christie możemy poczuć smak i zapach czasów odległych od nas często o ponad wiek.

Bardzo to przyjemna lektura, miejscami nostalgiczna, miejscami wzruszająca, najczęściej jednak zwyczajnie zabawna. Mój egzemplarz po przeczytaniu pełen jest żółtych przylepnych zakładeczek, a jeszcze więcej w nim zaznaczeń i podkreśleń. Oczywiście są w nim też kartki ze spisanym stanem posiadania książek autorki (już nieaktualny, muszę koniecznie go wymienić!) i kilka większych zakładek.

Mnóstwo przyjemności dało mi śledzenie razem z Christie mentalności ludzi. W wieku dwudziestym zachodziły w niej ogromne zmiany i sporą ich część odnotowuje autorka w swoich wspomnieniach.  Na ogól nie aż tak wprost jak tutaj:

W ciągu mego życia mieliśmy do czynienia z trzema kolejnymi etapami snobizmu. W pierwszym z nich podstawowe pytania brzmiały następująco: “Ależ kochanie, kim ona jest? Co to za rodzina? Czy pochodzi z rodu Twiddledo z Yorkshire? Tak, oczywiście, źle im się powodzi, bardzo źle, ona jednak wywodzi się z Wilmotów”. Z biegiem czasu zastąpiły je inne: “Och tak, oczywiście, są okropni, ale za to szalenie bogaci”. “Czy ludzie, którzy wzięli dom Larche’ów, mają pieniądze?” “Ach tak, wobec tego lepiej zadzwońmy”. W trzecim etapie pojawiały się znowu inne: “Lecz czy oni są zabawni, kochanie?” “Tak, oczywiście nie są zamożni i nikt nie wie, skąd się wzięli, ale są bardzo zabawni”. [7]

Nie będę tutaj zamęczać Was dalej cytatami z Autobiografii, za to szczerze zachęcam, abyście przeczytali ją sami. Jeżeli tylko interesuje Was początek XX wieku, międzywojnie albo czasy II wojny światowej, jeżeli lubicie atmosferę angielskich domów taką jak w Gosford Park, lub raczej jak w powieściach Agathy Christie, jeśli wreszcie lubicie dobrze napisane wspomnienia lub chcecie się czegoś więcej na temat autorki dowiedzieć — czytajcie. Naprawdę warto.

Jest też, oczywiście, w Autobiografii trochę o twórczości. Nie tyle, ile fan chciałby przeczytać, ale informacje bywają ciekawe. Można dowiedzieć się co zainspirowało kilka znanych powieści, którą ze swoich książek Agatha Christie lubi najbardziej, a którą najmniej. Jest wreszcie  całkiem sporo o przeróbkach scenicznych jej powieści i o pisanych przez nią sztukach teatralnych. W ten sposób przejdźmy do drugiej książki, o której chcę dziś napisać. Jeszcze w Autobiografii pisze Christie tak:

Pomysły zjawiają się w najmniej oczekiwanych momentach: idę ulicą, oglądam wystawę sklepu z kapeluszami, aż tu nagle błyska myśl: o, w ten sposób można by znakomicie zatuszować zbrodnię, nikt się nie domyśli. Naturalnie, trzeba jeszcze dopracować praktyczne szczegóły, pomalutku “urodzić” postacie, lecz pomysł tymczasem trafia do zeszytu.

Wszystko to bardzo pięknie, tyle że zeszyt wiecznie się gdzieś zawierusza. Zwykle mam pod ręką z pół tuzina, notuję tam co ciekawsze koncepty, informacje o truciznach i lekach, wyczytane w gazecie doniesienia o szczególnie chytrych oszustwach. Rzecz jasna, gdybym trzymała notatki w idealnym porządku, starannie posegregowane i oznaczone, uniknęłabym wielu kłopotów. Lecz także pozbawiła się przyjemności. [8]

Właśnie te zeszyty (dokładnie 73) wziął na warsztat John Curran, wielbiciel królowej kryminałów i współzałożyciel archiwum Agathy Christie. Sekretne zapiski Agaty Christie (w oryginale Agatha Christie’s Secret Notebooks) wbrew nośnemu tytułowi nie zawierają wypisów z pamiętników autorki ani jej pikantnych listów. Nic z tego. Książka to analiza części notatek, jakie autorka poczyniła na potrzeby swoich książek. Curran nie opisał ani wszystkich książek, ani wszystkich zeszytów, wybrał jednak te, które jego zdaniem mogą być dla czytelnika najciekawsze.

Całość podzielona jest na rozdziały połączone wspólnym tematem omawianych książek. Znajdziemy więc “morderstwo z przeszłości”, “morderstwo za granicą” i “morderstwo według dziecięcej rymowanki” (oczywiście nie tylko te). Każdy rozdział otwiera spis książek, których zakończenia zostały ujawnione (i jakiś odpowiedni cytat z autorki), zaś opis każdej książki rozpoczyna się od kilkuzdaniowego streszczenia. Do tego mamy (wyróżnione innym krojem pisma i pogrubieniem) cytaty z notatników Christie i sporo zdjęć (zazwyczaj poszczególnych stron). Całości dopełniają ramki z informacjami dodatkowymi i dodatki po każdym rozdziale. Przyznaję chętnie, że to bardzo pięknie i starannie wydana książka.

Co do jej treści natomiast nie mam już tak pozytywnych wrażeń. Z pewnością dowiedziałam się z niej trochę o sposobie w jaki Agatha Christie pisała swoje kryminały — moim (i chyba autora też) największym odkryciem było to, że często autorka w trakcie pisania sama nie wiedziała kto zabił, że koncepcja pojawiała się przy pisaniu książki, często zmieniana i analizowana. Oczywiście zawsze myślałam, że dokładny plan był przygotowywany jeszcze przed pisaniem, a tu niespodzianka. Nic więcej w książce specjalnie mnie nie poruszyło. Spacerowanie śladami myśli Christie było dość ciekawe, przydatna jest też analiza podobieństw pomiędzy poszczególnymi jej utworami i tego która powieść zawiera rozszerzenie którego opowiadania (często zresztą z innym mordercą).

Nie narzekam na to, że żeby wynieść cokolwiek z tej książki trzeba dobrze pamiętać intrygę kilkudziesięciu książek autorki albo mieć je pod ręką i czytać w odpowiednim momencie. Na tyle często wracam do jej twórczości, że w większości wypadków nie miałam specjalnych problemów. Większy problem miałaby osoba, która za dużo Christie nie czytała. Teoretycznie, owszem, są tu spoilery i Curran wspomina rozwiązania zagadek, ale jakoś niewiele z tego wynika — nie da się odtworzyć fabuły na podstawie tego, co pisze Curran. Szczególnym problemem staje się to w przypadku sztuk teatralnych, które nie dość, że nie są w Polsce wydane, to jeszcze są totalnie nieznane (nie mówię tu o Pajęczynie, Pułapce na myszy i Nieoczekiwanym gościu, które u nas wyszły). W takim wypadku, nie znając tekstu ostatecznego, naprawdę trudno docenić pracę Currana.

Doceniam za to czujność tłumaczki, która opatrzyła książkę przypisami odnoszącymi się do polskich wydań i tłumaczeń Christie. Dowiemy się z nich jak mają się polskie tytuły do oryginalnych (Remembered Death znana też jako Sparkling Cyanide po polsku nosi tytuł Rosmary znaczy pamięć) i jakie fragmenty zostały w tłumaczeniach pominięte lub zmienione. Ujął mnie następujący fragment i następujący po nim przypis tłumaczki:

W rozdziale 12 Pani McGinty nie żyje pani Oliver skarży się gorzko na pedantycznych czytelników, którzy w listach wytykają jej błędy i nieścisłości. Między innymi wspomina swoją powieść To była śmierć kota. “To tam dałam dmuchawce stopę długości, choć w rzeczywistości liczy pięć stóp”*.

*Dmuchawka miała wyjątkowego pecha. Pani Oliver skróciła ją o pięć stóp, natomiast polska tłumaczka o stopę. W oryginale Pani McGinty… wnikliwy czytelnik zwraca uwagę pisarce, że dmuchawka w rzeczywistości liczy sześć stóp. [9]

Miałam nadzieję, że znajdę w Zapiskach opracowaniu dokładną analizę: jak przedstawia się problem w powieści, jakie notatki poczyniła autorka, co z nich zostało, a co się zmieniło. Teoretycznie tak jest, ale tylko teoretycznie. Każdy utwór jest ledwo muśnięty, niemal nigdzie w książce nie znalazłam jakiejś głębszej analizy. Jeśli Christie zanotowała spis postaci, Curran przytacza go, podaje jak nazywały się w wersji ostatecznej, mówi kto wypadł, a kto został zastąpiony. I tyle. Żadnych szczegółów, żadnego pokazania jak ewoluowały pomysły Christie. W wielu miejscach mam wrażenie, że autor ślizga się po powierzchni. Jego uwagi wnoszą tak niewiele, że w zasadzie mogłyby być przypisami. I tak chyba te książkę czytałoby mi się lepiej — gdyby opublikowane zostały fragmenty notatników z przypisami Currana. Tutaj część zapisków Christie jest tylko wspominana albo streszczana (!), w zamian otrzymujemy za to zdanie autora (całkiem kategoryczne, nie powiem) na temat poziomu konkretnych książek autorki. Nie mam nic przeciwko osobistemu stosunkowi, ale fragmentów odnośnie “lepszych” i “gorszych” utworów pisarki było tyle, że zaczęły mnie denerwować. Nawet nie dlatego, że mam skrajnie inne zdanie niż Curran — owszem, w kilku miejscach uznał za marne powieści, które lubię, a w innych wynosił pod niebiosa te, moim zdaniem, nieco słabsze, zazwyczaj jednak się z nim zgadzam — ale fajnie byłoby, gdyby swoje zdanie jakoś uzasadniał. Najlepiej analizą fragmentów notatników albo analizą powieści. A tego nie robi.

Pisze za to z całkowitą pewnością rzeczy typu “Po niej [Nocy i ciemności] autorka nie stworzyła już niczego naprawdę dobrego” albo “każda książka Agaty stworzona po 1967 roku stanowi wyprawę w przeszłość — i jest grosza od swojej poprzedniczki”. Mnóstwo tu “na pewno”, “musi”, “nie może” itd. A we mnie takie dyrektywne spostrzeżenia nie poparte argumentami budzą odruchowy sprzeciw. Dlatego komentarze Currana czytało mi się (przynajmniej od pewnego momentu) z trudem.

Książka zawiera też dwa niepublikowane wcześniej opowiadania Christie z Herkulesem Poirot. I chociaż pewnie nie wszystkie opowiadania Christie wyszły już po polsku, to i dla nas nowe jej utwory są ciekawostką. I to głównie ciekawostką właśnie: Wypadek z piłką psa został bowiem przez autorkę rozwinięty do powieści (Niemy świadek), a różnice między oboma utworami są stosunkowo niewielkie, zaś Pojmanie Cerbera, nie opublikowane tuż przed II wojną światową z powodów politycznych, a dziesięć lat później (przy drukowaniu w zbiorze opowiadań) zastąpione innym utworem, jest bardzo specyficzne ale mało kryminalne (jak zresztą większość z Dwunastu prac Herkulesa). Dla samych opowiadań książki kupować nie warto.

Ogólnie w Sekretnych zapiskach za mało znalazłam Agathy Christie, a za dużo Johna Currana. I chociaż niewątpliwie książka jest przydatna i chętnie wrócę do niej po przeczytaniu któregoś z omówionych tytułów, to nie polecam jej w zasadzie nikomu poza fanatycznymi miłośnikami Agathy Christie i jej twórczości.

Oczywiście po przeczytaniu tych dwóch pozycji wchłonęłam już Dwanaście prac Herkulesa i Tajemniczą historię w Styles i szykuję się na więcej. Bardzo chętnie przeczytałabym też jakąś dobrą książkę o Agacie Christie lub o jej twórczości. Czytał ktoś z Was Biografię Agathy Christie Janet Morgan? Albo może polecacie jakąś inną książkę w tym temacie?

moje oceny:

“Autobiografia”: 8/10

“Sekretne zapiski Agaty Christie”: 4,5/10

[1] Agatha Christie “Autobiografia”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 13;
[2] tamże, s. 14;
[3] tamże, s. 14;
[4] tamże, s.15;
[5] tamże, s. 15;
[6] tamże, s. 16;
[7] tamże, s. 139;
[8] tamże, s. 487;
John Curran “Sekretne zapiski Agathy Christie”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, s.191;

A poza tym, Kochani, życzę Wam szczęśliwego nowego roku 2011.

Opublikowany w Niebeletrystyka, Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 14 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers