Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘literatura polska’

Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima

Posted by Ysabell w dniu 20 Listopad 2011

Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158

Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.

To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.

I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź “wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: “Proza”, “Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i “Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.

Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.

Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):

Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]

Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego “sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]

Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]

Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]

Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]

Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]

Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]

Moja ocena: 7,5/10

PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:

Żeby “zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]

Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]

Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Posted by Ysabell w dniu 26 Maj 2011

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. “Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać “przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na “Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska “Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska “Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

Opublikowany w Niebeletrystyka, Proza | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 15 »

Hanka Lemańska “Chichot losu”

Posted by Ysabell w dniu 7 Maj 2011

Tytuł: Chichot losu
Autor: Hanka Lemańska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 268

Wyczytałam tę książkę Ciotce. Jako rodzinny dostarczyciel literatury miałam za zadanie tylko ją kupić i oddać nowej właścicielce, ale jak tu się powstrzymać, kiedy książka jeszcze ciepła wzdycha smutnie okładkami… No i wyczytałam.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: Joanna, niezależna, robiąca karierę i goniąca za sukcesem zgadza się popilnować dzieci koleżanki. Koleżanka ginie, a nasza bohaterka zostaje sama z informacją, że dzieci nie mają nikogo bliskiego, kto by je przygarnął i swoim sumieniem. Po przeczytaniu tego streszczenia na pewno już wiecie jak się to wszystko skończy. I macie rację, bo historia w niczym nie zaskakuje. Kiedy pojawił się aktualny amant wiedziałam jakie przeszkody spotkają ten związek i jakie będzie rozwiązanie tego wątku. Po pierwszym wspomnieniu o amancie przyszłym wiedziałam doskonale, że to właśnie ten.Historia z lodami? Przewidziany. Wątek Agaty? Jak najbardziej… I to naprawdę nie dlatego, że jestem wyjątkowo genialna, tylko wszystko to jest proste jak drut i schematyczne.

Całe szczęście, że są to schematy z epoki jeszcze przedkalicińskiej (Chichot losu i Dom nad rozlewiskiem wyszły w tym samym roku) — Joanna nie wyjeżdża na prowincję ułożyć sobie tam od nowa życia z nową rodziną i nowymi problemami. Zamiast tego bierze los we własne ręce i próbuje sobie radzić. Na szczęście znajdą się tacy, co jej pomogą. Wspominałam już, że pojawiają się w powieści niezbędne w prozie tego typu “psiapsiółki”? Nie? No to wspominam. Czy naprawdę każda kobieta w Warszawie ma grono trzech czy czterech koleżanek, z którymi co tydzień spotyka się na wino i ploty…?

Ale z całego tego marudzenia mogłoby wynikać, że mi się nie podobało, podczas kiedy wcale tak nie jest. Chichot losu napisany jest z humorem, lekko i sprawnie. Czyta się go z przyjemnością, zwłaszcza, że w większości opowiada o ludziach sympatycznych. Przez całą lekturę towarzyszyły mi dwa skojarzenia. Z jednej strony stare książki Szwai (lubię) — bo i humor, i w roli głównej kobieta z charakterem, i drobniutki wątek sensacyjny, i te przyjaciółki nieszczęsne, i równie schematyczny scenariusz. Z drugiej za to strony po głowie chodził mi Brulion Bebe B. Musierowiczowej (też lubię i to bardzo) i inne jej książki — bo i sytuacja wyjściowa podobna (młoda kobieta opiekuje się dwójką cudzych dzieci dłużej niż zamierzała), i dzieciaki podobne (młodszy chłopczyk i starsza dziewczyna), i kilka rozwiązań fabularnych (problemy w “upragnionym” związku Anieli i Joanny), a do tego Ci pozytywni bohaterowie…

Nie wątpię, że serial nakręcony na podstawie tej książki może być ciekawy, bo sama powieść sprawia w wielu miejscach wrażenie szkicu — niektóre sytuacje są tylko wspomniane, ważne rozmowy dzieją się na boku, a przytaczane są tylko ich rezultaty, sporo wątków zostało ledwo zarysowanych. Na pewno sprawny scenarzysta na tej kanwie jest w stanie stworzyć naprawdę przyzwoity serial, za to przy czytaniu miałam czasem wrażenie, że autorce strasznie spieszyło się, żeby książkę skończyć i niektóre ważne dla fabuły elementy potraktowała trochę po macoszemu.

Ale nie ma co marudzić: książkę czytało mi się miło i szybko, była dość wciągająca, żeby wyciągać ją z torebki w tramwaju na trzy przystanki (na stojąco), więc oceniam ją zdecydowanie pozytywnie. Jeśli nie będziecie miały wygórowanych wymagań, powinna się spodobać.

Polecam nawet tym, którzy na widok kolejnego Rozlewiska otrząsają się ze wstrętem.

Moja ocena: 6,5/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Przemek Jurek “Kochanowo i okolice”

Posted by Ysabell w dniu 12 Kwiecień 2011

Tytuł: Kochanowo i okolice
Autor: Przemek Jurek
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Grasshopper
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Męski punkt widzenia
Ilość stron: 415

Nie pamiętam już u kogo przeczytałam o Kochanowie… po raz pierwszy, ale jestem stuprocentowo pewna, że wiem o tej powieści z któregoś z blogów książkowych. Przeczytałam recenzję (pozytywną), zapisałam sobie tytuł w kajeciku i o sprawie zapomniałam, przypominając sobie tylko przy czytaniu kolejnych (znowu pozytywnych) recenzji, że mam toto na liście. I pewnie tak by już zostało, gdyby nie nasz (mój i mojego Ulubionego Męża[1]) deficyt kulturalny. Postanowiliśmy mianowicie wybrać się do teatru. Ale nie w celu przeżycia artystycznego katharsis, tylko dla rozrywki. W ten sposób odpadła nam zdecydowana większość przedstawień i teatrów łódzkich, aż na końcu pozostał Teatr (nomen omen) Powszechny ze swoją misją popularyzowania komedii[2]. W oczy rzucił nam się znany tytuł i w ten sposób poszliśmy na Kochanowo i okolice w wersji scenicznej, która spodobała nam się ogromnie (więcej na końcu). Jako, że mimo tego nie popędziłam od razu do księgarni po powieść Przemka Jurka, los postanowił zadziałać i umieścił Kochanowo… w moim ulubionym antykwariacie. Taką właśnie zawikłaną drogą, przy wydatnej pomocy wspomnianego losu, przywędrowała do mnie ta książka. I podbiła moje serce.

Bo Kochanowo i okolice to świetna powieść rozrywkowa.

Historia opowiada o grupce chłopaków po trzydziestce, którzy zrezygnowali już z marzeń, ale ciągle lubią sobie razem pograć (tylko dla rozrywki), a tu nagle wyciąga po nich ręce mała (bo na szczeblu gminnym) polityka. Do tego wspomnienia z dzieciństwa i młodości, dzięki którym możemy bohaterów lepiej poznać. Na pierwszy rzut oka nic nowego: ile już razy czytałam o nieumiejących się odnaleźć facetach przed czterdziestką, którzy wspominają dzieciństwo?  Ale Kochanowo… to powiew świeżości. Niemal wszystko jest w nim wyjątkowe. No bo tak:

  • Bohaterowie są sympatyczni — w zasadzie wszyscy (nawet Makar) dają się lubić. Niesamowita nowość, bo do tej pory rzadko kiedy udawało mi się polubić bohaterów nowej polskiej prozy.
  • Bohaterowie mają normalne (mniej lub bardziej) życie rodzinne i zawodowe — może nie robią tego, o czym marzyli od dziecka, ale mają z czego żyć. Przez powieść przewijają się dzieci, żony, partnerki, a nawet rodzice i rodzinne obiady. I to nie jako nieszczęście czy utrapienie. Odświeżające. Nawet Makar ma pracę…
  • Bohaterowie znają inne sposoby odreagowania niż picie na umór/ćpanie do nieprzytomności (może poza Makarem)/przypadkowy seks — i nie twierdzę, że są abstynentami i na widok piwa przechodzą na drugą stronę ulicy. Owszem, potrafią się upić, zdarza im się też zapalić trawkę. Ale z drugiej strony ten który prowadzi nie pije i nie czuje, że z tego powodu nastąpi koniec świata.
  • Bohaterowie lubią się wzajemnie — nie kopią pod sobą dołków, nie podkładają świni, nie konkurują. Zwyczajnie się przyjaźnią. Co więcej lubią też własne rodziny. I w ogóle wszystko jest raczej normalne, a nie patologiczne. Oczywiście poza Makarem, ale bez niego byłoby nudno…

A oprócz bohaterów? Oprócz nich najważniejsza jest muzyka. Muzyka marki metal. Nie byłam nigdy młodym metalowcem (ani nawet punkiem jak Makar), ale miałam znajomych. Stąd nawet udało mi się zrozumieć sporą część dowcipów typowo “branżowych”, w których pojawiają się nazwy poszczególnych metalowych nurtów i kapel.

Ale Kochanowo… to nie tyle powieść o jakimś konkretnym gatunku muzycznym, ale o wpływie, jaki muzyka może mieć na ludzi, na dorastanie i dojrzewanie. O tym jak zmienia się muzyczny gust, jak ulubiony kawałek może stać się przyczyną zerwania najgłębszej nawet przyjaźni. O tym jak można wspominać mijające lata pod kątem muzyki właśnie. Nie trzeba wiedzieć co to takiego “trash metal” czy “nu metal” żeby zrozumieć jakim szokiem (i radością) było dla narratora stoisko z pirackimi kasetami na rynku w 1990 roku.

Niezależnie zaś od mojej sympatii do bohaterów i do tematyki, książka przepełniona jest humorem i nostalgią. Nostalgią za dawnymi czasami, kiedy wcale nie wszystko było lepsze, ale za to wszyscy byli(śmy) młodsi. No i śmiechem zarówno z “teraz” jak i z “wtedy”. Ale śmiechem ciepłym i sympatycznym, a nie szyderczym.

Humor i ciepło — to wrażenie zostawiła we mnie lektura Kochanowa i okolic i spotkanie z chłopcami z zespołu Eksterminator (“brutal death metal band from Kochanowo, gmina Kłodzko”). A na deser króciutki cytat:

…a że mijaliśmy z Koczisem posesję Jaromira po drodze ze szkoły, zawsze zachodziliśmy do niego, żeby najeść się jabłek z jego ogrodu i pogadać o poważnych sprawach. Trochę o Panu Samochodziku, trochę o “Kajku i Kokoszu” i komiksach Baranowskiego, ciut o samochodach, ciut o dziewczynach, ale przede wszystkim o muzyce.
Muzyka była najważniejsza. [str. 98]

Polecam wszystkim. Nie tylko tym z rocznika ’75, nie tylko starym metalowcom. Wszystkim, którzy mają ochotę na sympatyczną i niegłupią powieść rozrywkową.

Moja ocena: 8/10

***

Spektakl w łódzkim Teatrze Powszechnym (a mam nadzieję, ze będą go jeszcze grali i to często) polecam również i to nawet tym, którzy książkę przeczytali. Tekst tej komedii to autorska interpretacja powieści i bardzo wiele Przemek Jurek w fabule pozmieniał, żeby pasowało na scenę. Pasuje całkiem zgrabnie.

Z tym, że przedstawienie polecam zdecydowanie tylko tym, którzy nie mają uczulenia na cięższą muzykę. Bo jednak co innego o metalu czytać, a co innego słuchać kapeli metalowej. A mato i swoje zalety (nigdy nie pomyślałabym, że metal ma taki potencjał humorystyczny), jak i wady (co starsi widzowie nie byli raczej zachwyceni słyszanymi dźwiękami).

My mamy zamiar iść jeszcze raz i wyciągnąć ze sobą znajomych.

***

No, mam nadzieję, że po dłuższej przerwie niniejszym powracam do nieregularnego blogowania. Ale lepiej nieregularnie niż wcale, prawda?

***

[1] Pytają mnie czasem ilu mam mężów, że zaznaczam, że ten jest ulubiony. Cóż — po co szukać kolejnych, kiedy na ulubionego trafiło się już za pierwszym razem…?

[2] Polskie Centrum Komedii, którego celem jest “stworzenie możliwości rozwoju współczesnej polskiej komedii w jak najszerszym jej spektrum oraz wypracowanie nowoczesnego języka gatunku” [źródło] i chociaż brzmi to trochę jak marketingowy bełkot, to efekty są naprawdę świetne: między innymi trzecia już edycja konkursu na komedię i wystawianie laureatów poprzednich edycji (jak na przykład “Kochanowo…”). Naprawdę kawał dobrej roboty.

Opublikowany w Dramat, Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Mariola, moje krople…”

Posted by Ysabell w dniu 15 Luty 2011

Tytuł: Mariola, moje krople…
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 302

W czasie czytania tej książki miałam właściwie tylko jedną refleksję (Mąż świadkiem): to nie jest zabawne. I chociaż wiem, że naprawdę wielu osobom Mariola przypadła do gustu i czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji, to nic na to nie poradzę.

To nie było zabawne.

Oczywiście powinnam raczej napisać, że mnie to nie bawi (oczywistość), że to odczucie subiektywne (kolejna oczywistość), że może nie miałam na książkę nastroju (może i tak, byłam bardzo obolała i trochę zmęczona kolejnymi problemami, które na nas spadają), że może miałam za duże oczekiwania (może i tak, bo oczekiwałam dobrze napisanej lekkiej i zabawnej książki, która oderwie mnie na moment od problemów) i takie tam inne truizmy, ale odczucia pozostają odczuciami. To po prostu nie było zabawne.

Trafiłam na Mariolę znienacka w antykwariacie za mniej niż połowę ceny okładkowej  i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Miałam nadzieję na przełamanie odrobinę zastoju w czytaniu (po bardzo dobrym styczniu przyszedł luty, w którym czytam trzy książki na raz i do żadnej mnie jakoś specjalnie nie ciągnie), na trochę dobrej rozrywki i oderwanie od przyziemnych zmartwień. Wiedziałam już, że rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, a recenzje wieszczyły humor w typie Barei, lekką zabawną książeczkę, która powinna poprawić humor.

Książkowe realia przypominały mi nieco Lesia, Wszyscy jesteśmy podejrzani, czy może najbardziej Dzikie białko Joanny Chmielewskiej. Również w Marioli mamy do czynienia ze swego rodzaju zakładem pracy, w którym ludzie stosunkowo mało zajmują się samą pracą, a dużo czasu poświęcają na inne sprawy. Tak samo jak w Dzikim białku, w Mariola, moje krople… dużą rolę odgrywają realia PRLu, akcja napędzana jest często i gęsto słabościami ustroju.

Może właśnie te porównania sprawiły, że książka Gutowskiej-Adamczyk zupełnie mnie nie rozbawiła? Bo o ile u Chmielewskiej mieliśmy do czynienia z ludźmi sympatycznymi, trochę zwariowanymi i często irytującymi, ale generalnie dość pozytywnymi: przyzwoitymi, starającymi się utrzymać rodzinę i wykonać swoją robotę najlepiej jak potrafią, tak  w Marioli w prowincjonalnym teatrze na Dolnym Śląsku pracują niemal wyłącznie osoby nieprzyjemne. Większość bohaterów w pracy najchętniej zajmuje się piciem, w drugiej kolejności zaś gżeniem po kątach, graniem w karty, zastanawianiem się jak wygryźć zwierzchnika i zająć jego miejsce, siedzeniem w bufecie, walką z ustrojem i jedzeniem. O pracy nie myśli w zasadzie nikt poza może krawcem Czesiem i przybyłym ze stolicy młodym i idealistycznym reżyserem. Owszem, wszyscy aktorzy chcą zrobić oszałamiającą karierę, grać główne role i mieć dobrą prasę, ale żeby ktoś miał ochotę popracować? W życiu.

Jak łatwo zauważyć bohaterów nie polubiłam. Banda nierobów z Teatru Miejskiego nie jest zresztą opisana tak, żeby ich lubić. Dość powiedzieć, że pod koniec tej trzystustronnicowej powieści ledwo rozpoznawałam większość pracowników teatru. Przedstawienie postaci czy opisy są w książce dosyć ograniczone, główny nacisk zaś położony jest na dialogi, które w założeniu miały chyba być zabawne. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że mnie nie rozbawiły.

W ogóle w Marioli z komizmem jest problem. Chyba jeszcze w podstawówce (czy nie przy okazji omawiania Fredry?) uczyli mnie, że komizm bywa trojakiego rodzaju: słowny, sytuacyjny i związany z postacią. W książce Gutowskiej-Adamczyk ten pierwszy w zasadzie nie występuje.

Co do postaci, można by się spierać, jednak dla mnie jedyną prawdziwie zabawną postacią (trzecioplanową, a do tego straszliwie zmarnowaną przez autorkę) jest towarzysz Biedakowski, dyrektor wydziału kultury, który musi wykazać się znajomością współczesnej dramaturgii (choć przecież, kiedy był dyrektorem  wydziału gospodarki rolnej i wydziału środowiska nikt nie wymagał od niego znajomości hodowli tuczników ani składu chemicznego nawozów). Pozostałe postaci są raczej schematyczne i same w sobie niezbyt śmieszne: mamy dyrektora (marzącego o spokoju i wysokiej emeryturze), jego sekretarkę (która chciałaby zostać dyrektorem), mamy aktorkę (która dostaje główne role, bo jest dyrektorską żoną), mamy głównego aktora (który dla odmiany jest zapatrzonym w siebie afektowanym homoseksualistą), mamy bufetową (byłą aktorkę i byłą żonę dyrektora), mamy przybyłego z Warszawy reżysera (idealistę, który gubi się w lokalnych układach) itp., itd. Wszyscy sztampowi do bólu, a na dodatek przedstawieni w ten sposób, że czytając miałam wrażenie obcowania z ludźmi-wydmuszkami — przedstawicielami konkretnych typów, a nie “żywymi” postaciami.

No i na koniec humor sytuacyjny. Tak, na nim właśnie zbudowana jest Mariola, moje krople…, non stop ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, w jednych drzwiach znika szef Solidarności, w drugich pojawiają się ubecy, pod łóżkiem leży dyrektor, w szafie pierwszy sekretarz, dodatkowo wszędzie walają się przekładane z miejsca na miejsce powielacze. Tempo akcji jak w Żandarmie z Saint-Tropez. I na tym chyba polega problem tej książki: nie jest w zasadzie powieścią, tylko opisem komedii (gdzieś chyba zresztą czytałam, że rzeczywiście powstała na podstawie niewykorzystanego scenariusza).

Szczególnie rozczarował mnie język powieści. Po dwóch tomach Cukierni pod Amorem przyzwyczajona byłam do tego, że Gutowska-Adamczyk pisze naprawdę dobrze, na to tez się nastawiłam. W Marioli autorka nie miała co prawda zbyt dużego pola do popisów, zważywszy na przeważająca w książce ilość dialogów, ale mimo tego język mnie zawiódł. Książka jest, owszem, napisana sprawnie i poprawnie ale nie ma w niej ani szczypty językowej finezji tak silnie obecnych w Zajezierskich i Cieślakach.

Sądzę, że gdyby Mariola, moje krople… była filmem, najlepiej filmem z dobrą obsadą doświadczoną w graniu fars i komedii, wzbudziłaby moje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Zabawne sytuacje (w książce opisane tak szczątkowo, tak nieplastycznym i nieśmiesznym językiem, że nie były w stanie mnie rozbawić) stałyby się nagle prześmieszne, postaci-wydmuszki wzbogacone osobowością i interpretacją aktorów nabrałyby głębi, charakteru i komizmu, a tempo galopujących po sobie zdarzeń byłoby dodatkowym atutem. Chętnie obejrzałabym taki film, najchętniej z Jerzym Stuhrem w roli dyrektora Zbytka.

A książka? Cóż, można przeczytać, ale po co? Spragnionym dobrej rozrywki polecam zamiast tego którąś z pierwszych książek Chmielewskiej albo komedię Barei. Nie czytając Marioli nic nie stracicie. Nie jest zabawna.

Moja ocena: 2,5/10

PS. W kwestii blurba z czwartej strony okładki. Gdzie tam oni prowokują wprowadzenie stanu wojennego? Na tyle skomplikowana to ta fabułka nie jest. Wielka polityka jest zupełnie w tle, nawet nie mamy w książce prawie żadnych (poza jedną rozmową) do niej odniesień. Stan wojenny pojawia się znikąd i całkiem bez sensu kończy powieść, chociaż przecież najciekawsze mogłoby się dopiero zacząć. Ale cóż — pewnie ze stanu wojennego śmiać się już nie wypada, więc książka sie skończyła. Bo innych powodów zakończenia w tym akurat momencie nae zauważyłam.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora “Listy na wyczerpanym papierze”

Posted by Ysabell w dniu 27 Styczeń 2011

Tytuł: Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze
Autor: Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora
Ułożyła i opatrzyła przedmową i komentarzami:  Magda Umer
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 216
Audiobook czytają: Magda Umer i Piotr Machalica

Dużo ostatnio czytałam na temat tej książki i ciekawym trafem niemal nic z tego, co czytałam nie było recenzją. Nie dziwi mnie to jakoś przesadnie, bo naprawdę trudno się o tej książce pisze. Najlepszym dowodem na to jestem ja sama. Listy na wyczerpanym papierze przeczytałam jeszcze w listopadzie i mimo tego, że mam ogromną ochotę coś o nich na blogu napisać, jakoś mi się to nie udaje (w związku z czym to też zapewne nie będzie recenzja, tylko zlepek wrażeń z lektury). A szkoda, bo to naprawdę ciekawa książka. Dla mnie jedna z lepszych w całym roku czytelniczym.

***

Od kiedy usłyszałam o Listach, wiedziałam, że muszę je przeczytać. Chciałam przede wszystkim dowiedzieć się jak wyglądało uczucie, przez które przestał istnieć najciekawszy program polskiej telewizji, czyli Kabaret Starszych Panów. Zauważyłam, że czytelnicy tej książki dzielą się na zaciekawionych ogólnie, fanów Agnieszki Osieckiej i fanów Jeremiego Przybory. Najwięcej w Internecie widzę tych drugich, ja zaś należę zdecydowanie do trzeciej kategorii, przy czym moje fanostwo podpada w tym wypadku nieco pod fanatyzm.

***

On do Niej (Inwokacja)

***

Nie miałam specjalnie wątpliwości moralnych przy sięganiu po tę książkę. Ciekawa dyskusja na ten temat była ostatnio u Nutty w niecodzienniku literackim, polecam lekturę. Ja bez specjalnych problemów czytam korespondencję ludzi kultury (najczęściej trafiam na poetów i pisarzy, ale nie tylko — tutaj znajdziecie świetną recenzję Listów Mozarta, które bardzo chciałabym przeczytać), dlatego Listy na wyczerpanym papierze potraktowałam jak kolejny tom tego typu. Skoro listy takiego Franza Kafki czytamy (“my” w sensie szerszym, ja akurat Kafki nie ruszam) bez problemu, to czemu nie mamy czytać listów Przybory?

***

Och, rany, strasznie to wszystko nieskładne i dookoła tematu, ale ostrzegałam, że mam problemy z pisaniem konkretnie i na temat…

***

Ona do Niego (Dookoła noc się stała)

***

Historia w Listach to historia dwojga ludzi, którzy rozpaczliwie próbowali się zrozumieć. On, starszy o ponad 20 lat, ustatkowany, spokojny, uporządkowany i szaleńczo zakochany. Ona nielubiąca wiązać się na dłużej, kochająca wolność, ale jednak podziwiająca go i zafascynowana.

Nie dziwię się Agnieszce Osieckiej, że nie była w stanie na poważnie wziąć deklaracji faceta sporo od niej starszego, żonatego, dzieciatego i na dodatek psa na baby (w końcu Jeremi rozkochiwał w sobie kobiety dłużej niż Agnieszka żyła). Nie dziwię się z drugiej strony Jeremiemu Przyborze, że nie był w stanie znieść tego, że dla Agnieszki najważniejsza była ona sama, a wszystko inne (włącznie z uczuciami, a co za tym idzie — z Jeremim) musiało zejść na dalszy plan.

Wcale się nie dziwię, ale jednak trochę smuci mnie to, że dwoje ludzi dość jednak mądrych i  piekielnie inteligentnych (to nie jest to samo) tak bardzo nie było w stanie się porozumieć. Z listów tych dwojga przebija niechęć do pisania o sprawach dla nich trudnych. Bolesne rzeczy, nawet jak wybuchną, zaraz są zamiatane pod dywan i szybciutko zapominane…

Skoro tych dwoje nie potrafiło się porozumieć niemal zupełnie, to jaką szansę mają ci, którym los nie dał takich uzdolnień jak im? Lepiej czy gorzej? Jak by nie było, ja jako psycholog (zwłaszcza taki od par) zawsze będę miała pełne ręce roboty…

***

On o Niej (Podła)

***

Z drugiej strony, wnioski z lektury Listów wcale nie muszą być ponure. W końcu udało im się przeżyć coś pięknego, mocnego i ważnego, a po upadku oboje podnieśli się i zdążyli jeszcze być szczęśliwi. W końcu dla poety nieszczęśliwa miłość jest często najlepszym źródłem natchnienia.

Dla Przybory te doświadczenia z Osiecką były pewno o tyle szokujące, że do tej pory, to on nie angażował się za bardzo i to on uciekał. Nauka bolesna ale wartościowa. Jego związek z Alicją Wirth mnie osobiście daje tę wygodę, że mogę Jeremiego Przyborę (mimo wszystkiego co o nim wiem) szanować jako człowieka. Bardzo nie lubię nie lubić ludzi, których twórczość uważam za genialną i tutaj — pośrednio dzięki Agnieszce właśnie — nie muszę się z tym męczyć.

***

Ona do Niego (Mówiłam żartem)

***

Troszkę o realiach: Jak inaczej wyglądało życie nie tylko bez komórek, ale często również bez telefonów. Ja pamiętam to już mgliście, młodsi ode mnie pewnie wcale, a nawet mnie trudno jest teraz wyobrazić sobie, że na odpowiedź na takie listy jak te (tak emocjonalne i tak ważne) trzeba było często czekać tygodniami. To musiało być strasznie trudne.

Trudniejsze niż teraz były na pewno rozstania. Z drugiej strony zaskakiwała mnie trochę emocjonalność niektórych listów. Ja pewno ochłonęłabym w trakcie pisania i prędzej bym nic nie wysłała niż wysłała to, co nasi bohaterowie.

Inna rzecz z bliskiej półki. Czy współczesny czytelnik naprawdę nie wie co to MHD czy Spatif? Nie wie kim byli Bułat Okudżawa, Markiz de Sade i Stanisław Tym…? Dość przerażająca wizja. Magda Umer dzielnie takie rzeczy tłumaczy temu nieszczęsnemu współczesnemu czytelnikowi w przypisach do listów.

Przy okazji — kilka ciekawych refleksji o opracowaniu Magdy Umer możecie przeczytać u Ewenement.

***

Troszkę jeszcze o stronie formalnej. Listy są pod tym względem wzorem do naśladowania dla innych wydawców. Piękny papier, świetne opracowanie graficzne, zdjęcia, skany dokumentów (telegramów, pocztówek, listów), do tego całość opatrzona przypisami i naprawdę dobrze opracowana (przez Magdę Umer). A na dodatek razem z książką dostajemy płytę z wersją audio. Naprawdę chciałabym, żeby inne książki za tę cenę (40 złotych) były równie dobrze wydane.

***

On o Niej (Moja dziewuszka nie ma serduszka)

***

Piosenki. Ona z myślą o Nim napisała między innymi Dookoła noc się stała, Na całych jeziorach — ty, Mówiłam żartem, Byle nie o miłości i Pa, pa paryski walczyk.

On o Niej pisał Utwierdź mnie, Inwokację, Nie zakocham się tej wiosny, O Julietto (Agnieszko), Moja dziewuszka nie ma serduszka, Podła, SOS, Pa, tato, pa! i Stacyjkę Zdrój.

O ileż biedniejsi bylibyśmy my, słuchacze, bez tego uczucia i ich połamanych serc? Trudno nie zgodzić się tutaj z innym wspaniałym poetą, który już (z tym utworem) u mnie na blogu gościł — Marian Hemar pisał o tym tak: “Literatura, literatura | To nie jest tylko zasługa pióra: | Trzeba dziewicy, która wie, | Kiedy poecie szepnąć : „nie”!”.

***

Miło byłoby, gdyby ta książka przełożyła się na wzrost popularności piosenek Przybory i Osieckiej również u tych, którzy do tej pory słuchali ich mniej. Więcej pewnie dadzą tutaj takie płyty jak Cafe Sułtan Grzegorza Turnaua czy Osiecka Nosowskiej, ale może i Listy na wyczerpanym papierze przypomną komuś o tych autorach. Przy czym, przyznaję szczerze, dużo bardziej obchodzi mnie tu los tekstów Jeremiego Przybory. Jako wierny fanatyk mam nadzieję, że ludzie cięgle będą tych piosenek słuchać.

Na razie moje osiągnięcia w promocji ograniczają się do tego, że mój Ulubiony Mąż używa tytułów Przybory w swoich blogowych notkach. Może kiedyś zacznie też słuchać jego piosenek…

***

Polecam. To naprawdę ciekawa lektura.

Chociaż pewnie ci, którzy nie kojarzą ani Agnieszki, ani Jeremiego, będą przy czytaniu mieli zdecydowanie mniej przyjemności. Im polecam zacząć od słuchania ich piosenek.

Moja ocena: 9/10

Opublikowany w Niebeletrystyka | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 5 »

Katarzyna Sadowska “Jamila”

Posted by Ysabell w dniu 2 Listopad 2010

Tytuł: Jamila
Autor: Katarzyna Sadowska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Radwan
Rok wydania: 2010
Seria wydawnicza: z biblioteki literatury polskiej
Ilość stron: 477

Jamilę, debiut Katarzyny Sadowskiej, otrzymałam dzięki uprzejmości serwisu Lubimy czytać. Kiedy zgłaszałam swoją chęć przeczytania tej książki, nie miałam zielonego pojęcia czy nie będę żałować. Przyznaję, że nie mam najlepszego zdania o współczesnej polskiej SF, natomiast polskiej space opery nie znałam wcześniej wcale. Po opisie z okładki nie spodziewałam się niczego ponad przeciętną rozrywkę na kilka wieczorów. Dostałam trochę co innego, ale przeczytania Jamili nie żałuję.

Nie mam zamiaru opisywać tutaj akcji powieści, bo właśnie fabuła jest najciekawszym, co nas w Jamili może spotkać. Dość powiedzieć, że zapowiadane na okładce porwanie przez piratów jest tylko początkiem przygód bohaterki, która wplątana zostanie nie tylko w walkę o przetrwanie swojej rasy, ale też w politykę na najwyższym możliwym szczeblu.

Po przeczytaniu tej książki musiałam zrobić sobie chwilę przerwy, żeby spokojnie poukładać w głowie wrażenia z lektury. A były takie:

Pierwsze — nie spodziewałam się, że takiej objętości: prawie pięćset stron zapisane drobnym maczkiem. Akcji na tych stronach tyle, że doświadczonemu autorowi space opery starczyłoby swobodnie na pięcioksiąg, a takiemu mniej wprawnemu co najmniej na trylogię. Za to opisów w całej książce jak na lekarstwo. Szybko, po łebkach, byle dalej w akcję, która dzięki temu rzeczywiście powala tempem (dla mnie przesadnym).

Drugie — czy ktoś tu widział korektora? Spojrzenie na stopkę podpowiedziało, że raczej nie… Szczerze mówiąc, gdyby nie to, że książkę dostałam do recenzji, moja znajomość z Jamilą skończyłaby się po jakichś 15 stronach. Może i jestem przewrażliwiona, może i widzę (dzięki studiom edytorskim) więcej niż przeciętny czytelnik, ale to, co dzieje się w kilku pierwszych rozdziałach tej książki woła o pomstę do nieba. Zabrakło i korektora, i redaktora. Język jest sztywny, piraci wypowiadają się jak pracownicy średniego szczebla w wielkiej korporacji, a do tego dochodzi sporo literówek i jeszcze więcej niezręczności stylistycznych. I co z tego, że wszystko to dość szybko się poprawia? Co z tego, że do końca książki straszy już głównie brak graficznych przerw w miejscach, w których zmienia się akcja? Te pierwsze strony mogą zrazić większość czytelników.

Trzecie — tytułowa bohaterka, wokół której kręci się większość akcji książki jest (oczywiście) genialna w jakiejś dziedzinie, a poza tym totalnie nie pasuje do brutalnego (wszech)świata, w którym przyszło jej żyć. Należy ona do tych postaci (pokroju Achai Ziemiańskiego), które non stop wpadają w coraz to gorsze tarapaty, zupełnie przez nie niezawinione. W przeciwieństwie za to do Achai kolejne nieszczęścia nie wpływają na nią prawie wcale. Jest bita, poniżana, gwałcona, a mimo tego pozostaje tak ciapowata jak na początku. Zmienia się dopiero, kiedy Wielki Zły zrobi jej wodę z mózgu przy pomocy Trochę Mniejszego Nie Do Końca Złego. Za to wtedy też bohaterka praktycznie nie będzie się zmieniała. Może to wpływ wspomnianych wcześniej ubogich opisów, ale naprawdę trzeba mieć sokoli wzrok, żeby wypatrzyć ewolucję Jamili.

Czwarte — powieść zawiera całą galerię wyświechtanych chwytów znanych z filmów i książek, zarówno tych przygodowych, jak i space oper. Mamy zdrajcę — Wielkiego Złego, z którym prywatne pojedynki ma jeden z głównych bohaterów. Mamy znienacka ujawniające się koligacje rodzinne. Mamy walkę w garstkę przeciw całemu światu. Mamy pomoc w przetrwaniu rasie niemal wyniszczonej przez Złych Ludzi. Mamy wreszcie wątek miłości bez szans na spełnienie, która… no właśnie. Nietrudno przewidzieć jak potoczą się losy bohaterów, jak rozwiążą się kolejne wątki. Można za to być pewnym, że autorka zrobi wszystko, żeby bohaterom przeszkodzić w osiągnięciu celów, przeciwności (zazwyczaj w formie kolejnych większych lub mniejszych kosmicznych mordobić) mnożą się jak króliki, a za każdym rogiem czai się zdrajca.

W sukurs w układaniu sobie w głowie wrażeń przyszedł pierwszy listopada i sezon wyjazdów do obcych miast na obce cmentarze, który w tym roku był u mnie wyjątkowo długi. Ale dzięki temu właśnie mogłam spokojnie zastanowić dlaczego właściwie, pomimo wszystkich powyższych wrażeń, Jamilę oceniam pozytywnie. Bo oceniam.

Przede wszystkim trudno się czytając znudzić, akcja goni akcję, dla mnie wszystko działo się co prawda za szybko i nie pogardziłabym większą ilością opisów i kilkoma rozdziałami “zwyczajnego życia”, a nie tylko przygody i przygody. Z drugiej strony za to zasady rządzące tego typu powieściami sprawiły, że nie sposób się Jamilą przesadnie przejmować. Zarówno dlatego, że schematy fabularne są wyraźne jak na dłoni, więc z góry wiadomo, co będzie dalej, jak i dlatego, że ilość nieszczęść, jakimi w niewinną bohaterkę rzuca autorka może uodpornić najbardziej nawet wrażliwego czytelnika. W pewnym momencie zamiast się przejmować zaczęłam się od całej akcji dystansować. Dobrze również zrobiło książce przeniesienie w drugiej połowie ciężaru z Jamili na innych bohaterów. Zwłaszcza, że niemal wszyscy pozostali bohaterowie tej powieści są ciekawsi od bohaterki tytułowej…

W rezultacie z lektury jestem zadowolona. Co prawda całą Jamilę można określić przy pomocy słowa “zbyt” (zbyt szybko, zbyt powierzchownie, zbyt dużo, zbyt nieuważnie, zbyt agresywnie), ale jest niewątpliwie lekturą wciągającą i naprawdę trudno się od niej oderwać.

Poleciłabym wszystkim, których nie mierzi konwencja przygodowa czy space opera i których nie zniechęci wszechobecna przemoc (w tym i seksualna), ale z czystym sumieniem polecę tylko tym, którzy są w stanie przymknąć oko na niedociągnięcia warsztatowe, które bardzo psują przyjemność płynącą z lektury. A to naprawdę duży zarzut w stosunku do książki, której lektura powinna być właśnie przyjemnością.

Moja ocena: 3/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy”

Posted by Ysabell w dniu 19 Maj 2010

Tytuł: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 465
Cykl: Cukiernia pod Amorem (1 część)

Pisałam o tej książce na blogu już dwa razy: najpierw przy okazji kwietniowych zapowiedzi, potem chwaląc się nabytkami po Dniu Książki. Nie czytałam wcześniej nic pani Gutowskiej-Adamczyk, ale  skuszona opisem, kilkoma przeczytanymi stronami, jedną sieciową recenzją i faktem, że była scenarzystką (kultowego w niektórych kręgach) Tata, a Marcin powiedział…, postanowiłam dać jej szansę. I nie zawiodłam się.

Bardzo to była przyjemna lektura. Autorka na przemian raczy nas historią (z grubsza) współczesną, bo dziejącą się w roku 1995, i rozmaitymi historiami wcześniejszymi, rozciągniętymi w czasie przez całą drugą połowę XIX stulecia, aż do początku wieku XX.

Ta współczesna opowiada o Idze, studentce z Gutowa, córce właściciela tytułowej cukierni. To właśnie ona postanawia odkryć zdarzyło się podczas wojny. Ma ślad: podczas wykopalisk na gutowskim rynku odkryto pochodzące z tamtych czasów zwłoki kobiety, która na palcu miała średniowieczny pierścień. Pierścień otoczony w rodzinie Igi legendą. W trakcie poszukiwań bohaterka dowie się wiele zaskakujących rzeczy o swojej rodzinie, o której (zdawałoby się) wiedziała już wszystko. Poza wątkiem poszukiwawczym jest tu też sporo o stosunkach łączących Igę (której matka zmarła, już dawno) ze swoim samotnym ojcem, trochę o jej problemach osobistych (związek z chłopakiem) i rodzinnych (choroba babki).

Pozostałe historie nie są tak łatwe do opisania. Jest ich kilka, nie pojawiają się chronologicznie,  a powiązane są ze sobą tak luźno, że z początku ciężko jest wychwycić między nimi związek. Najogólniej powiedzieć można, że wszystkie dotyczą (mniej lub bardziej odlegle) Tomasza Zajezierskiego i jego matki Barbary. Dowiadujemy się więc sporo o samym Tomaszu (niezbyt przyjemna postać, moim zdaniem), ale też o rodzinie jego narzeczonej, o jego siostrach, jego mamce, o historii jego przyjścia na świat, a także o jego rodzicach i dziecku. I chociaż Tomasz jest tutaj postacią spajającą całą układankę, to główną rolę w tych historiach grają kobiety: silne, słabe, kochające i przeżywające miłosne zawody, szczęśliwe w małżeństwie i nienawidzące swoich mężów, wychodzące za mąż z miłości, z rozsądku lub idące do klasztoru, rodzące ślubne i nieślubne dzieci, a wszystko to w scenerii rosyjskiego zaboru w wieku XIX.

Przyznaję, że wątki historyczne podobały mi się dużo bardziej niż ten współczesny. Przy tamtych kobietach Iga wydaje się przerażającą infantylna i o ile jej poszukiwania bardzo mnie ciekawiły, to  charakter i zachowanie raczej zniesmaczyły.  Za to historie Ady, Barbary, Zuzanny, Marianny, Róży i pozostałych kobiet związanych w ten czy inny sposób z Tomaszem Zajezierskim czytało mi się świetnie.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisze pięknym językiem, świetnie posługując się archaizmami i lekuchno niedzisiejszą składnią. Opowieść płynie niespiesznie i czyta się ją bardzo smakowicie. Historie, z początku stanowiące zupełnie odrębne kawałki, dopasowują się do siebie jak fragmenty układanki: z początku powoli, potem coraz szybciej. I kiedy wydaje się nam, że to już wszystko i obraz jest widoczny, autorka wprowadza nowe wątki, sygnalizuje kolejne elementy puzzla, dowodzi, że mamy go rozpracowanego ledwie w jednej trzeciej (bo cykl przewidziany jest na trzy tomy). Pod względem warsztatowym powieść jest naprawdę świetna.

Co prawda nieco irytowały mnie przypisy przy każdym słowie, które jest choć troszkę przestarzałe (progenitura, ławy kolatorskie, wety czy choćby ołówek kopiowy), ale rozumiem, że wydawnictwo starało się nie odstraszyć dotychczasowych czytelników autorki, piszącej dotąd książki dla młodzieży. Także wątek kłopotów Igi zdawał mi się do nich skierowany. Sądzę też, że udało się autorce osiągnąć to, że po książkę tę spokojnie mogą sięgnąć zarówno matki, jak i córki (nie wspominając już o babciach) i wszystkim im powinna się ona spodobać.

Mnie ogromnie przypadł też w książce do gustu Appendix zawierający kalendarium, alfabetyczny spis osób (wraz z notami biograficznymi), drzewa genealogiczne i krótką notatkę o historii Gutowa. Lubię takie dodatki i, co prawda, indeksu osób nie przeczytałam dokładnie, żeby nie zepsuć sobie części przyjemności z lektury, ale i tak poczułam się w ten sposób mocniej wciągnięta w książkowe wydarzenia. Nie miałam potrzeby sięgania do kalendarium i indeksu w trakcie lektury, ale gdyby ktoś się zgubił, na pewno ułatwią one ponowne pochwycenie wątku.

Nie jest to książka genialna, ma swoje wady, ale czytało mi się ją bardzo przyjemnie i stanowiła świetne antidotum na majowe post-wulkaniczne deszcze i pogodę, która strasznie mnie przygnębia. Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy skutecznie podtrzymywała mnie na duchu i serdecznie polecam ją wszystkim, których ta jesień wiosną też już wychodzi nosem. Zresztą wszystkim innym też, bo naprawdę warto po tę książkę sięgnąć.

Kolejny tom cyklu, Cieślakowie, planowany jest na październik tego roku. Na pewno będę na nią czekać, a jeżeli wyjdzie o czasie to znowu pomoże mi przetrwać paskudny czas (listopada nie znoszę organicznie)…

Moja ocena: 8/10

PS. Duże uznanie dla wydawcy za stronę techniczną książki: dobra korekta, redakcja i skład; całość estetyczna i chociaż na papierze ecco nie jest przesadnie elegancka, za to czyta się bardzo wygodnie.

PPS. Wszystkich zatrwożonych Amorem w nazwie i spodziewających się romansidła na prowincji, którymi ostatnio literatura nam obrodziła, informuję, że kamienica w której mieści się tytułowa cukiernia (i sama cukiernia również) do lat 60. XX wieku nosiła nazwę “Pod Aniołem”. Dopiero nacisk władz spowodował zeświedczenie Anioła i jego przemianę w Amora. Tak przynajmniej twierdzi autorka, a ja podejrzewam, że czegoś więcej na ten temat dowiemy się z tomu trzeciego…

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 14 »

Marek Karpiński “Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji”

Posted by Ysabell w dniu 9 Maj 2010

Tytuł: Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji
Autor: Marek Karpiński
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 334

Świetna książka. Może nie genialna i idealna, ale na prawdę dawno nie bawiłam się przy żadnej książce tak dobrze, mało która też tak mnie zaciekawiła. Powinnam prawdopodobnie zacząć od tego, że dostałam tę książkę w ramach prezentu-niespodzianki. Na poprawę humoru. Od własnego Męża… Ale nie zacznę tak, bo sama wcześniej wyraziłam gorące zainteresowanie tą lekturą, a po otrzymaniu prezentu ogromnie się ucieszyłam. I słusznie.

Najstarszy zawód świata napisany jest bowiem bardzo sympatycznie. Czyta się sam. Język Marka Karpińskiego jest potoczysty, pełen intelektualnych wtrętów, nawiązań i odniesień (zdaniem wspomnianego wcześniej Męża pretensjonalny — może, mnie oczarował i tak), pojawiają się zwroty w najróżniejszych obcych językach, które co prawda nie są zazwyczaj tłumaczone, ale też tłumaczenia nie potrzebują. Na końcu recenzji znajdziecie kilka próbek stylu autora i każdy będzie mógł wyrobić sobie o nim opinię.

Faktem jest, że jako studentka (podyplomowa czy nie, studia pozostają studiami) seksuologii mam pewnie nieco inny niż reszta ludzkości stosunek (nomen omen) do omawianego w książce zagadnienia. Możliwe jest również, że posiadałam i przed lekturą zasób wiedzy z tej dziedziny większy niż przeciętny czytelnik. W końcu przez sporą część zeszłego semestru słuchałam na zajęciach o historii obyczajowości seksualnej czy o prostytucji właśnie. I choć mogę z tego powodu powiedzieć, że autor pominął wiele ciekawych aspektów historii tego zawodu (jak choćby prostytucja sakralna, której istnienie ledwie zaznaczył), to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, ze dowiedziałam się naprawdę mnóstwo interesujących rzeczy.

Książka ma układ chronologiczny: zaczynamy od starożytnej Grecji i lecimy dalej, mniej więcej kolejnymi epokami (średniowiecze itd aż do XXI wieku), czy formami państwowymi (Grecja, Rzym) i religijnymi (judaizm, wczesne chrześcijaństwo). Rozdziały nie są zbyt długie, a i powiązane ze sobą na tyle luźno, że można spokojnie czytać je oddzielnie jako eseje o interesujących nas czasach. Eseje, powtórzę to ponownie, fascynujące.

Jednak warto też powiedzieć, że nie jest to w żadnym wypadku książka naukowa, a jeżeli traktować ją jako popularno-naukową, to zdecydowanie więcej jest w niej tego pierwszego członu. Przeczytanie Najstarszego zawodu świata sprawiło, że zamarzyła mi się lektura obszernej monografii na temat prostytucji. Monografii szczegółowej ale zawierającej też szeroki kontekst (którego książce Karpińskiego nie sposób odmówić), opartej na źródłach i napisanej bardziej naukowo, nawet jeżeli mniej pięknie. Nie twierdzę, że Karpiński nie opiera się na źródłach, przeciwnie, 180 przypisów na niecałe 350 stron tekstu dowodzi, że opiera się całkiem mocno. Arcyciekawe cytaty są niewątpliwą zaletą tej książki.

Za to jedną z największych jej wad jest to, że redaktor nie sprawdził uważnie czy przypisy końcowe odpowiadają numerami właściwym miejscom w tekście. Bo przez znaczącą część książki nie odpowiadają. Co prawda da się to we w miarę bezbolesny sposób skontrolować, (przeskok przypisów jest najpierw o jeden, a potem o dwa), ale w przypadku książki popularno-naukowej i to jeszcze wydawnictwa Iskry, to ogromny minus. Kolejne minusy, które (choć z pewnym trudem) jestem w stanie wskazać w tej książce są już zdecydowanie bardziej subiektywną sprawą:

Po pierwsze rozdziały współczesne (powiedzmy od połowy XX wieku) są dużo mniej dla mnie ciekawe niż starsze. Fakt, że żeby oddać całość udokumentowanej (bo przecież dokumentów i świadectw z tego okresu więcej jest jakby niż z takiego powiedzmy średniowiecza) działalności z interesującego autora obszaru, potrzeba by pracy zdecydowanie większej, ale skupiając się na szczegółach, pewnych nowych zjawiskach, nieco stracił Karpiński z oczu całość. O ile prostytucja w rozdziałach wcześniejszych zdawała się być odrębnym pojedynczym zjawiskiem (choć, oczywiście opisanym wielostronnie i z różnych perspektyw), to tutaj miałam wrażenie oglądania tylko poszczególnych obrazów bez próby syntezy. Tak samo dopisany do tego wydania ostatni rozdział o wieku XXI (pierwsze londyńskie wydanie miało miejsce w 1997 roku), to przegląd kilku nowych zjawisk w prostytucji, spisany fragmentarycznie i troszkę jakby bez odniesienia do poprzedniego tekstu (powtarzało się sporo informacji z rozdziału poprzedniego, tak jakby autor tylko niezbyt uważnie go przejrzał przed dopisaniem kontynuacji).

Po drugie z kolei, czytając piękne i potoczyste zdania marzyłam czasami, żeby jakiś dobry, znający się na rzeczy specjalista przysiadł i opatrzył całość przypisami, korygującymi rzeczy pięknie brzmiące i zakorzenione w języku i świadomości potocznej, a jednak nie do końca prawdziwe. Przykładem niech będzie nieszczęsny Onan — we wstępie pisze autor: Do realizacji potrzeb seksualnych (jeżeli pominąć nieszczęsnych naśladowców biblijnego Onan) konieczna jest druga osoba. Nieszczęsny Onan jest zresztą jeszcze w tym kontekście wspominany. Kiedy nic właśnie! Biblijny Onan nie uprawiał masturbacji zwanej od jego imienia onanizmem. Bóg pokarał go za ulanie nasienia na ziemię, owszem, ale w wyniku tzw. stosunku przerywanego. Takich drobiazgów zauważyłam w książce kilka, nie wątpię, że specjalista znalazłby ich więcej.

Niemniej, szczerze polecam lekturę Najstarszego zawodu świata wszystkim zainteresowanym historią życia prywatnego. Bo cóż w zasadzie jest bardziej prywatnego, niż seks nierozerwalnie związany właśnie z prostytucją.

I na koniec obiecana garść cytatów (przy okazji kilka spośród tysięcy zawartych w książce ciekawostek):

Obowiązkiem tak skoszarowanej niewolnicy było obdarzanie rozkoszą każdego, kto posiadał zdolność płatniczą jednego obola. Niezorientowanym w ówczesnych kursach walut przypominamy, że tyle brał niejaki Charon za przewiezienie przez rzekę Styks. [14]

W sprawie tej należy przytoczyć jeszcze jeden trik, do którego uciekały się profesjonalistki. Otóż na podeszwach swych sandałów chytre te panienki ryły negatyw napisu “pójdź za mną”. W pyle greckich dróg pozostawał więc odciśnięty ów zachęcający anons. Łączyły zatem przemyślnie Greczynki spacer dla zdrowia ze swoista akcją promocyjną. [15]

Teatr interesuje nas nie tylko dlatego, że w cieniu jego arkad kwitł nierząd. Wyżej próbowaliśmy pokazać, że nie było takiego cienia, w którym by nie kwitł. [31]

W dziedzinie stanowienia prawa o interesującym nas zawodzie prym dzierży — jak zwykle — Anglia. List żelazny Henryka II (1180) był dla prostytucji tym, czym Magna Carta dla demokracji.

Kiedy papież Innocenty IV opuszczał Lion po dziewięcioletnim pobycie, towarzyszący jego świątobliwości kardynał Hugo, nie bez ironii, tak napisał: “Po przybyciu znaleźliśmy tylko trzy lub cztery burdele. Gdy odjeżdżaliśmy natomiast zostawiliśmy za sobą tylko jeden. Jakkolwiek warto dodać, że rozciągał się bez żadnej przerwy od Wschodniej do Zachodniej bramy”. [73]

Moja ocena: 8,5/10

Opublikowany w Niebeletrystyka | Otagowane: , , , , , | Komentarzy: 18 »

Monika Szwaja “Zupa z ryby fugu”

Posted by Ysabell w dniu 4 Maj 2010

Tytuł: Zupa z ryby fugu
Autor: Monika Szwaja
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: SOL
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 348

Bardzo lubię książki Moniki Szwai. Do tego stopnia, że spokojnie mogę kupować je “w ciemno”. Nie czytając wcześniej żadnych recenzji, nie szperając w czeluściach Internetu, żeby sprawdzić, czy książka nadaje się do kupienia, czy nie bardzo. Wystarczy, żebym dowiedziała się, że ma wyjść kolejna jej powieść, a już wiem, że ją kupię.

Co prawda nie wszystkie te książki podobają mi się tak samo, nie w każdym przypadku mogę polubić bohaterów (czy raczej bohaterki), nie zawsze tak samo przejmuję się ich losami, ale jedno pozostaje niezmienne — język autorki i jej sposób pisania. Lubię powieści Szwai, bo czytając je, mam wrażenie obcowania z osobą, którą na ogół trudno mi spotkać (z wyjątkiem tych, oczywiście, z którymi moje życie już jest związane…). Z kimś, kto kocha Starszych Panów i szanty, kto słucha opery i muzyki klasycznej, kto czyta książki, które przez innych uważane są za straszne nudziarstwo. Z kimś, kto nawet zasób powiedzonek i bon motów ma podobny do mojego (oczywiście, możliwe jest, że tak naprawdę Monika Szwaja jest na co dzień niekulturalną troglodytką, ale bądźmy szczerzy, nie chodzi mi o to jaką osobą jest autorka, tylko czym promieniują jej książki. A poza tym jakoś w to nie wierzę).

I właśnie z tego powodu sięgnęłam po Zupę z ryby fugu tuż po tym jak pojawiła się na półkach. I — powiem od razu — na tym aspekcie zdecydowanie nie zawiodłam się. Styl Szwai jest nadal tak samo przyjemny, jak był dotychczas. Może w tej powieści jest trochę mniej humoru niż w poprzednich, ale też tematyka do najweselszych nie należy. Zupa opowiada historię dwóch kobiet, których losy nieuchronnie krzyżują się dzięki trzeciej kobiecie. Z tych dwóch Anita ma niemal wszytko (dom, kochającego męża i rodziców, widoki na karierę i pieniądze), Miranda zaś nie ma prawie nic  (rodzina o nią nie dba, pieniądze ledwo wystarczają na wynajęty pokój, studia polonistyczne nie wróżą kariery, a pracę znaleźć ciężko). Okaże się jednak, że właśnie Anita będzie coraz bardziej nieszczęśliwa, a Miranda zacznie znajdować swoje miejsce w życiu. I w pewnym momencie to Miranda będzie mogła dać Anicie to, czego wydaje się w żaden inny sposób Anita nie osiągnie. Ta trzecia — Eliza — to przesiąknięta jadem jędza, która lubi ludzi tylko kiedy mają problemy, a jak ich nie mają, to potrafi im je świetnie zorganizować.

Gdyby Zupa z ryby fugu była trochę inną książką, byłaby studium obsesji (tutaj na punkcie posiadania dziecka) i tego jak wpływa ona na związki między ludźmi. Gdyby była książką jeszcze inną, mogłaby być czymś w rodzaju powieści Jodi Picoult — opowieścią o sytuacji bez wyjścia, w której wszyscy mają swoje racje, ale ktoś musi ucierpieć. Mogłaby też być zaangażowanym głosem w sprawie stosunku Kościoła Katolickiego i polskiego społeczeństwa do in vitro, antykoncepcji i posiadania dzieci w ogóle. Mogłaby być lekką i dowcipną opowieścią, która pozwala czytelnikowi oswoić trudne tematy. Mogłaby wreszcie być powieścią o tym, jak jedna nieszczęśliwa i sfrustrowana osoba może zniszczyć szczęście wielu innych.

Zupa z ryby fugu mogłaby być którąś z tych książek i sądzę, że niezależnie od tego którą by była, podobałaby mi się bardziej. Bo tak naprawdę ta powieść jest tymi wszystkimi książkami po trochu, a są to składniki, które jakoś do siebie nie pasują.

Na dodatek miałam wrażenie, że postać Elizy dostała w książce etat swego rodzaju deus ex machina — nie wiemy jak sprawić, żeby Anita zwróciła się ku nauce: dajmy Elizę, nie wiemy jak sprawić, żeby wykonała zwrot o 180 stopni w stronę religii: dajmy Elizę, nie wiemy jak mają się spotkać nasze bohaterki: dajmy Elizę. I tak dalej, i tym podobne. Trochę mi się to wszystko wydawało naciągane. Troszkę mi tutaj zapachniało pójściem na łatwiznę. Zresztą w samej powieści było jeszcze trochę nieścisłości czy przemilczeń, byle tylko skleiła się fabuła.

Ale mimo tej surowej analizy, mogę spokojnie powiedzieć, że Zupę z ryby fugu czytało mi się miło. Spotkałam na jej kartach trochę starych znajomych z poprzednich książek autorki, kilka razy się roześmiałam, częściej po prestu uśmiechnęłam i pochłonęłam książkę z dużą przyjemnością. W przeciwieństwie do kilku osób, których opinie o zdarzyło mi się usłyszeć (przeczytać), nie mam też zastrzeżeń do rozwiązania akcji. Zakończenie jest dla mnie w zasadzie jedynym możliwym w tej sytuacji happy endem. Żałuję tylko, że nie było w książce żadnego bohatera, który byłby mi bliski, albo którego polubiłabym jakoś szczególnie.

Jednak mimo dość ambiwalentnych uczuć po lekturze, w mojej prywatnej skali ocen Zupa zasłużyła na (średniosolidną) szóstkę, choć tylko dlatego, że po prostu bardzo lubię książki Moniki Szwai.

Moja ocena: 6/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , | Komentarzy: 9 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers