Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘literatura młodzieżowa’

Terry Pratchett “Dysk”

Posted by Ysabell w dniu 11 Kwiecień 2010

Tytuł: Dysk (Warstwy wszechświata)
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Strata
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jarosław Kotarski
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 1999
Wydanie: pierwsze (w nowym tłumaczeniu)
Ilość stron: 217

Przyrzekałam recenzję pratchettowego Dysku już dawno, ale tak to już jest, że jak się coś napisze, to później same kłody się pod nogi walą i z dotrzymywania przyrzeczeń wychodzą nici. Ale minęło już trochę czasu, we środę byłam w antykwariacie i zupełnie przy okazji dokupiłam sobie dwie części Świata Dysku, pożyczone komuś na wieczne nieoddanie. A wracając do domu tak sobie zajrzałam do jednej z nich… I wiecie jak jest, jestem już po lekturze obu, a przy okazji mam świetną okazję do napisania recenzji Dysku, który co prawda teoretycznie nie ma nic wspólnego z serią Świat Dysku, ale jednak…

Mamy wysoko rozwiniętą technologię, świat (a raczej wszechświat) w którym Kompania buduje od podstaw nowe planety (rozpoczynając od jądra i kładąc od razu wszystkie warstwy skał, wraz ze skamieniałościami), żeby ludzie mieli szansę przetrwać w kosmosie, bo mają z tym problem nawet pomimo tego, że technologia pozwala im przedłużać życie niemal w nieskończoność. Zresztą we wszechświecie są nie tylko ludzie, poznamy kungów (cztery ręce, nieco żabia uroda i temperament podejrzliwego berserkera), shandów (koło trzech metrów wysokości, wdzięk niedźwiedzia i dwa morsie kły, a do tego specyficzne zwyczaje żywieniowe), a nawet zobaczymy ehfta (duży kudłaty dzwon podskakujący na jednej nodze).

Główna bohaterka, Kin Arad (człowiek), jest specjalistką od budowy planet. Przez 210 lat życia miała dość czasu, żeby dowiedzieć się o nich wszystkiego. Kiedy więc dowiaduje się, że istnieje gdzieś we wszechświecie płaska planeta w kształcie płaskiego dysku, zupełnie w to nie wierzy. Ale wie dobrze, jak będzie żałować, jeśli nie poleci sprawdzić.

Taki jest punkt wyjścia tej książeczki (trochę ponad 200 stron, a czyta się jakby było jeszcze mniej), w której z wielką radością dostrzegałam wszystkie znane (i kochane) cechy pisarstwa Terry’ego Pratchetta i z jeszcze większą radością znajdowałam nawiązania do serii Świat Dysku (są tam, są. Nawet bar, w którym spotyka się dwoje bohaterów nazywa się “Pod Rozbitym Bębnem”. To że znajduje się na stacji orbitalnej jest tylko szczegółem), którą szczerze uwielbiam. W książce czeka nas jeszcze zwiedzanie obcych planet (w tym jednej świeżo wybudowanej i jednej całkowicie nieprawdopodobnej), eksploracja “dysku” i poznanie największej tajemnicy wszechświata — tak w skrócie można przedstawić fabułę. Poza nią jest też sporo humoru, mnóstwo nawiązań do naszej historii i dawnych wierzeń, podań i legend i kilka rzeczy skłaniających do zadumy.

Dysk podobał mi się bardziej niż Ciemna strona słońca (chociaż nie ma tak twardzielskiego tytułu…). A właśnie, a propos tytułu, poprzednie tłumaczenie tej książki (Almpress, 1992) nosiło tytuł Warstwy wszechświata, a oryginał nazywa się Strata. To takie przypomnienie w celu uniknięcia tytułowego zamieszania. Nie wiem czy tamto tłumaczenie było lepsze czy gorsze. Pan Jarosław Kotarski poradził sobie nieźle, ale (oczywiście) nie tak genialnie jak Piotr W. Cholewa w dyskowej serii.

Warto przeczytać, chociaż nie polecam raczej tej książki komuś, kto chciałby przekonać się z czego wynika fenomen Pratchetta. Chyba, że ktoś ma ciężki uraz do fantasy, a science fiction mu nie przeszkadza (wtedy warto spróbować Dysku, żeby wiedzieć czy opłaca się przełamywać i czytać Świat Dysku). Choć, tak jak to pisałam przy Ciemnej stronie słońca, w żadnym wypadku nie można zaliczyć tej książki do ciężkiego, twardego SF. W najlepszym wypadku jest ona space operą…  Można się za to z niej dowiedzieć dlaczego należy uważać na kruki i jaki napęd mają smoki. Zachęcam Was do tego serdecznie, nawet jeśli nie jesteście młodzieżą.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Jak oceniam Dysk w porównaniu z serią Świata Dysku? Inaczej. Jak dla mnie książka ta jest słabsza od większości tamtej serii, ale miałam wrażenie, że jest w niej zdecydowanie więcej “tamtego” Pratchetta niż w Ciemnej stronie słońca. No i można w Dysku szukać motywów (i nazw) wykorzystanych potem w serii.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | 1 komentarz »

Terry Pratchett “Ciemna strona słońca”

Posted by Ysabell w dniu 16 Marzec 2010

Tytuł: Ciemna strona słońca
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: The Dark Side of the Sun
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jarosław Kotarski
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2001
Wydanie: pierwsze (dodruk)
Ilość stron: 187

Jazda pociągiem zazwyczaj sprzyja czytaniu. Przynajmniej w moim przypadku. Uwielbiam zaszyć się w przedziale ze stertą książek i jechać, jechać, jechać. Niestety tym razem wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Jechałam niedaleko (Łódź-Warszawa, trochę ponad półtorej godziny), w jedną stronę byłam zdenerwowana (pięć egzaminów w dwa dni), a w drugą jakieś panienki cały czas gadały (przy czym jedna z nich nie znalazła miejsca, więc stała na korytarzu, co logicznie pociąga za sobą konieczność trzymania otwartych drzwi do przedziału, które wpuszczają cały hałas z wagonu, grrrr…), więc nadzieje na przeczytanie chociaż części Źródła Mamerkusa Leszka Białego z bólem skreśliłam za oboma razami.

Ostatecznie musiałam sięgnąć po coś rozrywkowego, przyjemnego i, oczywiście, niezbyt denerwującego. Na szczęście przewidziałam taką możliwość już w domu i piątkowy wieczór upłynął pod znakiem doboru lektury. A ponieważ od kilku dni gnębił mnie apetyt na książki dla młodzieży (Broszkiewicz koniecznie… i cały cykl o Ani, to na początek najchętniej), a akurat prawie niczego tego typu nie miałam w domu, to poważnie się zastanowiłam i z drugiego rzędu wyciągnęłam rzadziej (niż Świat Dysku) czytane Pratchetty: Ciemną stronę słońca i Dysk. W drodze “tam” przeczytałam pół tej pierwszej, resztę w sobotę wieczorem wypoczywając po trzech z pięciu egzaminów…

Dom (skrót od uroczego imienia Dominikdaniel) Sabalos ma zostać Przewodniczącym i rządzić (nominalnie) całą planetą. Wszystko jednak wskazuje na to, że zostanie zabity tuż po uroczystości mianowania. Jest tylko jedna szansa na milion, żeby tak się nie stało, a Ci którzy czytają Pratchetta wiedzą, że jedna szansa na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Ale raz oszukany rachunek prawdopodobieństwa (który w tym świecie nie jest dokładnie tym samym co u nas), drugi raz nie da się wykiwać i Dom będzie musiał odnaleźć planetę Jokerów (prastarej rasy, stwórców wszystkich rozumnych ras), leżącą po “ciemnej stronie słońca”. Okazuje się jednak, że mało kto chce, żeby we wszechświecie nagle pojawiła się rasa bogów — a jedyną szansą, żeby do tego nie dopuścić jest likwidacja Doma Sabalosa. A przy okazji zapewne również towarzyszącego mu robota (klasy piątej) Isaaca i phnoba Hrsh-Hgna.

Z jednej strony kolejność czytania wybrałam niesłuszną — Ciemna strona słońca została napisana sporo po Dysku i niektórzy dopatrują się w niej kontynuacji poprzedniej powieści SF Pratchetta, albo chociaż tego, że dzieją się w tym samym świecie. Na moje oko wszystko to, to tylko pobożne życzenia, a jeżeli nawet są między powieściowymi światami jakieś zbieżności, to zupełnie nie wpływa to na kolejność lektury. Za to z drugiej strony kolejność dobrałam dobrze — najpierw przeczytałam książkę słabszą, dopiero potem lepszą.

Ciemna strona słońca nie jest dziełem sztuki. To przyzwoita powieść przygodowa z motywami filozoficznymi i socjologicznymi z jednej strony, ale i przyjemną akcją i zagadkami z przeszłości (i teraźniejszości) z drugiej. Powiedziałabym: książka dla młodzieży, ale cholera wie, czy dzisiejsza młodzież ma taki sam gust jak ja w okolicach liceum (czy może nawet podstawówki — tej ośmioklasowej). Mnie się wtedy na pewno spodobało, chociaż nawiązania do Asimova (“Jedenaste Prawo Robotyki, klauzula C z poprawką”) wyłapuję dopiero teraz. I też mi się podoba, może nieco mniej niż za poprzednim czytaniem (rozwiązanie problemu jest na tyle ciekawe, że pierwszy raz musi przynieść więcej radości niż kolejne…), ale nadal. Zwłaszcza, że poczucie humoru się Pratchettowi nie zmienia razem z realiami, o których pisze.

I jeszcze kilka ostrzeżeń: to nie jest twarde SF, już bardziej space opera, taki fantaziak w kosmosie, w którym co prawda statki kosmiczne nie robią w próżni “wziuuu!”, ale prawie. To nie jest powieść na poważnie, jest lekka nawet jak na standardy Pratchetta (raczej początki Świata Dysku niż końcówka). To książka, w której występuje inteligentna planeta (Pierwszy Bank Syriański, prawnie uznany za człowieka), będąca ojcem chrzestnym głównego bohatera…

Polecam przede wszystkim miłośnikom Pratchetta, którym skończyły się książki o Świecie Dysku. Także miłośnikom humorystycznej ale nie głupiej SF dla młodzieży. No i generalnie miłośnikom książek zabawnych, którzy nie plują na sam dźwięk słowa “fantastyka”.

Moja ocena: 6/10

PS. Dla dociekliwych do porównania przy czytaniu: The Annotated Pratchett File o Ciemnej stronie słońca: tutaj.

PS 2. A w następnym odcinku recenzja Dysku tegoż autora.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 2 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers