Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘Kanada’

David Gilmour “Klub filmowy”

Posted by Ysabell w dniu 20 Maj 2011

Tytuł: Klub filmowy
Autor: David Gilmour
Tytuł oryginału: The Film Club
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2011
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Bliżej siebie
Ilość stron: 220

Do lektury tej książki skusiły mnie dwie rzeczy:  z jednej strony kilka pozytywnych opinii, które o Klubie filmowym przeczytałam i usłyszałam, z drugiej tematyka. Bardzo mało znam książek poruszających temat relacji ojciec-syn, a ta właśnie miała ją opisywać. I właściwie nie mogę się do niczego przyczepić, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadano na okładce, ale książka Gilmaoura mi się nie spodobała.

Klub filmowy to wspomnienia ojca o tym, jak “wychowywał” syna przy pomocy wyłącznie trzech filmów na tydzień. Poza tym dzieciak (nie taki już dzieciak, późny nastolatek, z tego co pamiętam — bo nie mam książki przed sobą — miał 15 lat) mógł robić co zechce poza braniem narkotyków.  Jesse nie musiał chodzić do szkoły, nie musiał pracować, nie musiał nic, tylko obejrzeć z ojcem trzy filmy tygodniowo.

Koncepcja ciekawa więc miałam nadzieję, że i książka będzie interesująca. Spodziewałam się, że będę mogła przeczytać o tym jak kształtowały się i zmieniały stosunki między ojcem i synem, o tym jakie problemy miał ten drugi i jak obaj próbowali je rozwiązać. Miałam nadzieję również na trochę informacji o tym jakie (i dlaczego) filmy oglądali, a przede wszystkim na dużo rozmów o tych filmach.

Co dostałam? Masę informacji o wątpliwościach autora, czy dobrze robi, drugie tyle o jego (jego, nie jego syna!) problemach z tego okresu, opis relacji ojciec-syn na poziomie mniej niż podstawowym, a do tego rzeczywiście troszkę informacji o tym dlaczego Gilmour wybrał taki a nie inny film (zazwyczaj niestety ograniczających się do “bo nie chciałem go zanudzić” , “bo to kultowy film mojej młodości” albo w najlepszym wypadku “bo jest tam taka kultowa scena”), do tego troszkę rozmów o filmach na poziomie synowskiego “I co ty w tym widzisz?” albo “Zarąbisty film”, a na deser głęboką ojcowską dumę, że oto jego zbuntowany nastoletni syn po trzech latach tej “terapii” wie o kinie tyle co on.

Przyznaję, że moja niechęć wobec książki może w dużej mierze wypływać z tego, że nie polubiłam autora, a co za tym idzie narratora. I to nawet nie dlatego, że zdecydował się na zastosowanie takiej hm… innowacyjnej metody wychowawczej. Nie, metoda sama w sobie wydawała mi się ciekawa, choć kontrowersyjna. Przeszkadzało mi raczej podejście opisywane jako “nie jestem kumplem swojego syna, jestem jego ojcem”. Podejście teoretycznie niegłupie, ale skutkujące tym, że kiedy dorastający syn przychodzi do ojca porozmawiać o seksie (a ja myślę sobie: wow! jaki sukces wychowawczy, sam przyszedł z problemem do ojca!), kochający tatuś nadaje komunikat w stylu “No o tym, to my rozmawiać nie będziemy, nie jestem twoim kumplem”. I to bez wcześniejszego wysłuchania o co chodzi, bez żadnego zorientowania się czy Jesse nie ma przypadkiem problemu…

Ja się naprawdę nie dziwię, że będąc posiadaczem takiej więzi z nastolatkiem szanowny rodzic boi się, że utraci z nim kontakt, jeśli będzie dalej naciskał na to, żeby chłopak chodził dalej do szkoły. Bo o ile na początku książki ojciec i syn nie mają ze sobą niemal nic wspólnego, o tyle na koniec mają wspólne przynajmniej filmy…

Miałam jeszcze przez chwilę nadzieję, że może Klub filmowy uratuje się opisem sytuacji rodzinnej, bo Gilmour był w tamtym czasie rozwiedziony i mieszkał z kolejną partnerką, ale nic z tego. Była żona co prawda pojawia się co jakiś czas, ale głównie po to, żeby bać się o przyszłość syna (poniekąd słusznie) bez konstruktywnych wniosków, za to nowa partnerka praktycznie w opowieści nie istnieje. Stąd może trochę moje wrażenie totalnej sztuczności tekstu, bo jak można nie napisać niemal słowa o osobie, która przez całe te trzy lata mieszkała z obojgiem bohaterów? Dopiero pod koniec wyłania się z niebytu i (ku zaskoczeniu narratora) nawiązuje z Jessem kontakt lepszy niż jego ojciec. I, mówiąc szczerze, mam wrażenie, że partnerka David mogłaby o tych trzech latach powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż zrobił to sam Gilmour.

Owszem, podobały mi się niektóre kawałki o filmach, ale na odbiorze całej książki zaważyła jednak osoba narratora, który wydał mi się po lekturze raczej kandydatem do bycia wychowywanym i nauczenia odpowiedzialności niż do wychowywania i uczenia tej odpowiedzialności kogokolwiek innego.

Wiem, ze książka jest ogólnie chwalona i wychodzę na paskudną malkontentkę albo pedagogiczny beton, ale naprawdę nie czepiam się konkretnego pomysłu wychowawczego, ani nawet jego rezultatów (różnie bywa). Czepiam się tego, że David Gilmour tak usilnie unikając relacji “nie jestem twoim kumplem” wylądował nie w relacji “jestem twoim ojcem” tylko “jestem twoim krytykiem filmowym” i był z tego dumny. Ja bym nie była.

Mimo wszystko książka dostaje ode mnie plusik za pokazanie relacji ojciec-syn, drugi za niektóre ciekawe wstawki o filmach i trzeci za to, że jest zwyczajnie dobrze napisana. A czy polecam? Nie. Ale nie sugerujcie się moją opinią za bardzo, bo większości recenzentów Klub filmowy się podobał. Ja wracam do szukania dobrej książki o ojcu i synu. Ma ktoś jakieś typy?

Moja ocena: 4/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Kathy Reichs “Deja dead”

Posted by Ysabell w dniu 20 Kwiecień 2010

Tytuł: Déjà dead
Autor: Kathy Reichs
Tytuł oryginalny: Déjà dead
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Marcin Roszkowski
Wydawnictwo: Red Horse
Rok wydania: 2007
Wydanie: drugie
Ilość stron: 595
Cykl: Kości (1 część)
Wydane kieszonkowe

Coś nie miała ta książka do mnie szczęścia. Albo może to ja go nie miałam do niej. Co i rusz pojawiały się jakieś inne, które mnie od niej odrywały. I nie chodzi o to, że książka była nudna, albo że źle mi się ją czytało, ale po prostu akurat trafiła na zły dla siebie sezon. Bo naprawdę mało która książka byłaby w stanie wygrać u mnie z Pratchettem, a chyba żadna z nowością jego autorstwa. Czytałam więc Deja dead zadziwiająco długo jak na tak małą książeczkę. Choć może — biorąc pod uwagę że ta “mała książeczka” ma prawie 600 stron — wcale nie tak długo.

W pierwszym tomie cyklu poznajemy dr Temprance Brennan, pracującą w Montrealu jako antropolog sądowy. Dowiadujemy się, że jest rok po rozwodzie, jej córka studiuje, a ona sama przyzwyczaja się do samotnego życia i zabija smutki zakopując się w pracy. Dowiadujemy się też, że w Montrealu ma przyjaciółkę z czasów studenckich, że Tempe pochodzi z rodziny alkoholowej i że sama była kiedyś uzależniona. W książce najważniejsze jest jednak nie życie osobiste pani doktor (choć i ono okaże się ważne), ale znalezione niedaleko historycznego cmentarza kości, które do niej trafiają. Oczywiście okazuje się, że to nie historyczny pochówek, a całkiem świeża ofiara morderstwa. Tempe odkrywa pewne podobieństwa do innych szczątków, które miała na stole jakiś czas wcześniej, ale prowadzący śledztwo detektyw Claudel (oczywiście) nie wierzy w jej teorię, więc pani antropolog sama szuka kolejnych śladów i powiązań i (oczywiście) w ten sposób wplątuje się w rozgrywkę z seryjnym mordercą…

Z jednej strony książka jest totalnie przewidywalna. Od początku wiemy, że Temprance ma rację, a Claudel nie. Wiemy, że nie będą się lubić. Wiemy, że musi nastąpić jeszcze kilka zbrodni (albo zostać znalezionych kilka ciał) żeby teoria seryjnego mordercy “się przyjęła”. Wiemy też, że znajdzie się kilka mylnych tropów i niewinnie podejrzanych osób, a główna bohaterka będzie się pchała w niebezpieczeństwo jak ćma do ognia. I oczywiście wiemy, że dobro w końcu zatriumfuje. Z drugiej strony dla mnie Deja dead było pełne niespodzianek — od zaskakująco dużej objętości począwszy, a na głównej bohaterce skończywszy. A przede wszystkim niespodzianką dla mnie było to, że książka jest wcale niezła.

Sięgnęłam po Deja dead wiedząc, że posłużył jako podstawa serialu Bones (u nas Kości). Chciałam zobaczyć jak wiele serialowa Bones ma ze swojego literackiego pierwowzoru. Zobaczyłam i mogę Wam powiedzieć: imię, nazwisko i rodzaj wykonywanego zajęcia. Nic więcej. Nie mówię już o tym, że nie zgadza się miejsce akcji (w końcu serial był amerykański, więc nie można się w nim spodziewać Montrealu), ale charaktery książkowej i serialowej Tempe są od siebie odległe o lata świetlne. I dobrze, bo serialowe Brennan była dla mnie mocno wnerwiająca. I to nie dlatego, że nie lubię postaci, które zamiast emocjami posługują się rozumem i nauką i pojąć nie mogą dlaczego ludzie zachowują się nieracjonalnie. Skądże — startrekowy pan Spock jest jedną z moich ulubionych postaci serialowych. Po prostu serialowa Bones jest absurdalnym zlepkiem nauki i głupoty w sprawach przyziemnych. Jest zwyczajnie przesadnie przerysowana.

Dla kontrastu, książkowa Bones też ma pewien problem z kontaktami międzyludzkimi wynikający w prosty sposób z jej wcześniejszych doświadczeń, ale jest to problem niemal dokładnie odwrotny niż u jej serialowej odpowiedniczki, a do tego świetnie wytłumaczony psychologicznie: książkowa Temprance chciałaby, żeby wszyscy ją lubili. Do tego ma życie osobiste (w tym dorosłą córkę), lubi dobrą zabawę, kocha swój ogródek i generalnie jest całkiem normalną kobietą. Chociaż też bywa irytująca, zwłaszcza kiedy bezmyślnie ładuje się w kolejne niebezpieczeństwa.

Czytało mi się Deja dead bardzo przyjemnie (chociaż z przerwami). Pod koniec książki akcja mocno przyspiesza i coraz trudniej mówić w jej przypadku o kryminale, a coraz bardziej zmienia się w mieszaninę thrillera i sensacji, tak popularną we współczesnym kinie. Niemniej ciągle jest to powieść kryminalna i choć ogromnie dziwiło mnie to, jak wiele tropów śledczy pozostawili bez wyjaśnienia, to w rezultacie na rozwiązanie zagadki nie narzekam. Oczywiście, że można to było zrobić szybciej i bardziej skutecznie, ale w końcu gdyby nie te błędy i przeoczenia w ogóle nie byłoby książki, a przynajmniej “emocjonującego” zakończenia…

Dodatkowym atutem Deja dead jest spora dawka informacji antropologiczno-sądowych: dowiedzieć się można sporo przede wszystkim o śladach nacięć na kościach, ale też o procesie rozkładu zwłok i kilku innych miłych rzeczach tego typu. Mnie się te motywy podobały, ale co bardziej wrażliwe osoby mogą być zniesmaczone. Zakończenie było dla mnie z kolei nieco za bardzo sensacyjne i trochę za długie, ale i tak w rezultacie daję Deja dead mocną siódemkę i jeśli tylko znajdę kolejne tomy w serii kieszonkowej, na pewno się w nie zaopatrzę.

Moja ocena: 7/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers