Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘fantastyka’

Katarzyna Sadowska “Jamila”

Posted by Ysabell w dniu 2 Listopad 2010

Tytuł: Jamila
Autor: Katarzyna Sadowska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Radwan
Rok wydania: 2010
Seria wydawnicza: z biblioteki literatury polskiej
Ilość stron: 477

Jamilę, debiut Katarzyny Sadowskiej, otrzymałam dzięki uprzejmości serwisu Lubimy czytać. Kiedy zgłaszałam swoją chęć przeczytania tej książki, nie miałam zielonego pojęcia czy nie będę żałować. Przyznaję, że nie mam najlepszego zdania o współczesnej polskiej SF, natomiast polskiej space opery nie znałam wcześniej wcale. Po opisie z okładki nie spodziewałam się niczego ponad przeciętną rozrywkę na kilka wieczorów. Dostałam trochę co innego, ale przeczytania Jamili nie żałuję.

Nie mam zamiaru opisywać tutaj akcji powieści, bo właśnie fabuła jest najciekawszym, co nas w Jamili może spotkać. Dość powiedzieć, że zapowiadane na okładce porwanie przez piratów jest tylko początkiem przygód bohaterki, która wplątana zostanie nie tylko w walkę o przetrwanie swojej rasy, ale też w politykę na najwyższym możliwym szczeblu.

Po przeczytaniu tej książki musiałam zrobić sobie chwilę przerwy, żeby spokojnie poukładać w głowie wrażenia z lektury. A były takie:

Pierwsze — nie spodziewałam się, że takiej objętości: prawie pięćset stron zapisane drobnym maczkiem. Akcji na tych stronach tyle, że doświadczonemu autorowi space opery starczyłoby swobodnie na pięcioksiąg, a takiemu mniej wprawnemu co najmniej na trylogię. Za to opisów w całej książce jak na lekarstwo. Szybko, po łebkach, byle dalej w akcję, która dzięki temu rzeczywiście powala tempem (dla mnie przesadnym).

Drugie — czy ktoś tu widział korektora? Spojrzenie na stopkę podpowiedziało, że raczej nie… Szczerze mówiąc, gdyby nie to, że książkę dostałam do recenzji, moja znajomość z Jamilą skończyłaby się po jakichś 15 stronach. Może i jestem przewrażliwiona, może i widzę (dzięki studiom edytorskim) więcej niż przeciętny czytelnik, ale to, co dzieje się w kilku pierwszych rozdziałach tej książki woła o pomstę do nieba. Zabrakło i korektora, i redaktora. Język jest sztywny, piraci wypowiadają się jak pracownicy średniego szczebla w wielkiej korporacji, a do tego dochodzi sporo literówek i jeszcze więcej niezręczności stylistycznych. I co z tego, że wszystko to dość szybko się poprawia? Co z tego, że do końca książki straszy już głównie brak graficznych przerw w miejscach, w których zmienia się akcja? Te pierwsze strony mogą zrazić większość czytelników.

Trzecie — tytułowa bohaterka, wokół której kręci się większość akcji książki jest (oczywiście) genialna w jakiejś dziedzinie, a poza tym totalnie nie pasuje do brutalnego (wszech)świata, w którym przyszło jej żyć. Należy ona do tych postaci (pokroju Achai Ziemiańskiego), które non stop wpadają w coraz to gorsze tarapaty, zupełnie przez nie niezawinione. W przeciwieństwie za to do Achai kolejne nieszczęścia nie wpływają na nią prawie wcale. Jest bita, poniżana, gwałcona, a mimo tego pozostaje tak ciapowata jak na początku. Zmienia się dopiero, kiedy Wielki Zły zrobi jej wodę z mózgu przy pomocy Trochę Mniejszego Nie Do Końca Złego. Za to wtedy też bohaterka praktycznie nie będzie się zmieniała. Może to wpływ wspomnianych wcześniej ubogich opisów, ale naprawdę trzeba mieć sokoli wzrok, żeby wypatrzyć ewolucję Jamili.

Czwarte — powieść zawiera całą galerię wyświechtanych chwytów znanych z filmów i książek, zarówno tych przygodowych, jak i space oper. Mamy zdrajcę — Wielkiego Złego, z którym prywatne pojedynki ma jeden z głównych bohaterów. Mamy znienacka ujawniające się koligacje rodzinne. Mamy walkę w garstkę przeciw całemu światu. Mamy pomoc w przetrwaniu rasie niemal wyniszczonej przez Złych Ludzi. Mamy wreszcie wątek miłości bez szans na spełnienie, która… no właśnie. Nietrudno przewidzieć jak potoczą się losy bohaterów, jak rozwiążą się kolejne wątki. Można za to być pewnym, że autorka zrobi wszystko, żeby bohaterom przeszkodzić w osiągnięciu celów, przeciwności (zazwyczaj w formie kolejnych większych lub mniejszych kosmicznych mordobić) mnożą się jak króliki, a za każdym rogiem czai się zdrajca.

W sukurs w układaniu sobie w głowie wrażeń przyszedł pierwszy listopada i sezon wyjazdów do obcych miast na obce cmentarze, który w tym roku był u mnie wyjątkowo długi. Ale dzięki temu właśnie mogłam spokojnie zastanowić dlaczego właściwie, pomimo wszystkich powyższych wrażeń, Jamilę oceniam pozytywnie. Bo oceniam.

Przede wszystkim trudno się czytając znudzić, akcja goni akcję, dla mnie wszystko działo się co prawda za szybko i nie pogardziłabym większą ilością opisów i kilkoma rozdziałami “zwyczajnego życia”, a nie tylko przygody i przygody. Z drugiej strony za to zasady rządzące tego typu powieściami sprawiły, że nie sposób się Jamilą przesadnie przejmować. Zarówno dlatego, że schematy fabularne są wyraźne jak na dłoni, więc z góry wiadomo, co będzie dalej, jak i dlatego, że ilość nieszczęść, jakimi w niewinną bohaterkę rzuca autorka może uodpornić najbardziej nawet wrażliwego czytelnika. W pewnym momencie zamiast się przejmować zaczęłam się od całej akcji dystansować. Dobrze również zrobiło książce przeniesienie w drugiej połowie ciężaru z Jamili na innych bohaterów. Zwłaszcza, że niemal wszyscy pozostali bohaterowie tej powieści są ciekawsi od bohaterki tytułowej…

W rezultacie z lektury jestem zadowolona. Co prawda całą Jamilę można określić przy pomocy słowa “zbyt” (zbyt szybko, zbyt powierzchownie, zbyt dużo, zbyt nieuważnie, zbyt agresywnie), ale jest niewątpliwie lekturą wciągającą i naprawdę trudno się od niej oderwać.

Poleciłabym wszystkim, których nie mierzi konwencja przygodowa czy space opera i których nie zniechęci wszechobecna przemoc (w tym i seksualna), ale z czystym sumieniem polecę tylko tym, którzy są w stanie przymknąć oko na niedociągnięcia warsztatowe, które bardzo psują przyjemność płynącą z lektury. A to naprawdę duży zarzut w stosunku do książki, której lektura powinna być właśnie przyjemnością.

Moja ocena: 3/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Avangardowe książki

Posted by Ysabell w dniu 30 Lipiec 2010

Nie, to “v” to nie literówka, ale wszystkim tym, którzy zajrzeli tu w poszukiwaniu jakichś szalonych nowoczesnych wybryków literackich muszę sprawić przykrość. Będzie o zakupach poczynionych na konwencie Avangarda 2010 w Warszawie.

Ale zanim o tym będzie, to słów parę o tym gdzie byłam, jak mnie nie było. Raz w Trójmieście (dwa razy w Gdańsku i więcej w Gdyni, w Sopocie przejazdem), raz na działce, cztery razy w Warszawie (trzy razy na studiach, raz na Avangardzie właśnie) i raz w Tumie (przez chwilę też w Łęczycy). Reszta nieciekawa. Ale już wracam i do świata wirtualnego i postaram się grzecznie pisać.

Co zaś się tyczy Avangardy (zachęcam do kliknięcia w link, zwłaszcza jeśli ktoś nie wie co to takiego ten “konwent”), to spędziłam tam niesamowicie przyjemnie cztery dni i tylko strasznie niedosypiałam (ale to norma na konwentach, więc nie marudzę. Przywieźliśmy z mężem spory łup książkowy tłumacząc się sami przed sobą tym, że do Cieszyna (Tricon) jest z Łodzi dużo dalej, więc trudniej będzie stamtąd przywozić łupy… Czyli obkupiliśmy się, że tak powiem, na zapas.

W rozmiarze naszego zakupowego szaleństwa spory udział miało wydawnictwo Solaris i jego stoisko na konwencie. Panowie z solarisowego sklepiku zawsze są w stanie namówić nas na zostawienie u nich większej ilości pieniędzy niżeśmy wcześniej planowali. Nie ma to jak dobry kupiec…

Przechodząc zaś do rzeczy (nie mam teraz dostępu do aparatu, więc stosikowego zdjęcia nie będzie) z Avangardy przywieźliśmy:

1 i 2. “Wielka księga opowieści o czarodziejach” dwa tomy opowiadań — oba tomy antologii na którą już od dawna miałam ogromną ochotę.

Cenię sobie “staromodne” antologie. Takie które powstają dlatego, ze ktoś ma pomysł, czas, trochę kasy i energię, żeby innych do swojego pomysłu przekonać. Takie do których utwory są zamawiane u wybranych pisarzy, a nie wybierane ze stosów opowiadań przysłanych do redakcji. Takie, które mają jakąś myśl przewodnią albo chociaż przedstawiają różne spojrzenia na ten sam temat. Mam wielką nadzieję, że właśnie takie będą obie “Wielkie księgi…”, zwłaszcza, że recenzje blogowe były raczej zachęcające. Książki kupione zdecydowanie dla mnie.

3. “Wichry Smoczogór” Wita Szostaka — wstyd się przyznać, ale nie czytałam tego autora nic poza zachwycającymi “Oberkami do końca świata”. Od dawna już ostrzyliśmy sobie zęby na wcześniejsze jego powieści, ale zawsze coś innego wpychało się bez kolejki… Teraz nareszcie Szostak dostanie swoją szansę, a raczej ja (i Marcin) dostaniemy przywilej obcowania z pięknym muzykalnym językiem.

Dodatkową motywacją była chęć kupienia jakiejś książki wydanej przez wydawnictwo Runa. Po dyskusjach i prelekcji z udziałem Anny Brzezińskiej przypomnieliśmy sobie, że lubimy to wydawnictwo, a dawno nic z ich stajni nie kupowaliśmy. No to trzeba to było nadrobić. Padło (nareszcie) na “Wichry Smoczogór”.

Jeśli nie znacie jeszcze Wita Szostaka, to szczerze Wam radzę — poznajcie. Jest to człowiek, który pisze muzyką i robi to świetnie. Książka kupiona dla nas obojga, ale jak znam Męża, to będzie się upierał, że dla mnie.

4. “Galeria dla dorosłych” Feliksa W. Kresa — odgrażałam się całkiem niedawno, ze tę ksiażkę kupię, więc kiedy zobaczyłam ją na stoisku, to nie było rady… Na szczęście miłość mojego Męża do Kresa przewyższa nawet moją miłość do tego autora, więc nie spotkałam się z protestami, a raczej z gorącą zachętą.

“Galerię złamanych piór” tegoż autora uważam za jedną z najlepiej napisanych książek o pisaniu jakie zdarzyło mi się czytać (a przy tym nieziemsko zabawną), mam więc nadzieję na kolejną porcję solidnego “rzemiosła” (jak tylko mój ukochany mąż skończy, bo porwał książę już w pociągu w drodze powrotnej, a teraz rozdrabnia się na inne rzeczy i mnie blokuje…).

Nie jestem może wielką fanką fantasy spod pióra Kresa, za to jego felietony o pisaniu biorę w ciemno. Książka zakupiona zdecydowanie dla nas obojga.

5. “Stacja tranzytowa/Rezerwat Goblinów” Clifforda D. Simaka — tutaj zaczyna się już robić zdecydowanie bardziej SF-owo, bo też zbliżamy się powoli do książek mężowskich.

Marcin z dużym zapałem zaczytuje się w możliwie twardym SF, za którym ja z kolei nie przepadam. Na obszarze tego gatunku spotykamy się w okolicach starej dobrej klasyki SF (mniej lub bardziej “twardej”), którą bardzo lubię. Simak jest pewni bliższy moim niż Marcina upodobaniom, ale pewnie przeczytamy go oboje.

Przyznaję, że zakup inspirowany był prelekcją o klasyce SF (która to prelekcja może i była głównie reklamą wydawnictwa Solaris, ale po pierwszebyła też fajna, a po drugie jako reklama jak widać zadziałała), na której ten właśnie tytuł rzucił mi się w oczy (uszy). Książka kupiona teoretycznie dla mnie, w praktyce zobaczymy.

6. “Preludium Fundacji” Izaaka Asimova — też SF i też klasyka. Nie mogłam się powstrzymać, bo zazwyczaj piekielnie ciężko jest znaleźć gdzieś cały cykl, a nie tylko jeden czy dwa środkowe tomy. Te książki nie są może wydane tak pięknie, jak niektóre nowsze cykle fantastyczne (i nie tylko), ale za to są w porządnej twardej oprawie, mają przyzwoitą czcionkę, no (najważniejsze) i po prostu są — jakoś tak mam, że jak coś lubię, to mam zawsze ochotę mieć to w domu, nie wystarczy mi przeczytanie cudzego egzemplarza…

Asimova bardzo cenię (i za Fundację, i za Roboty) i właśnie jego pisanie jest najbardziej reprezentatywne dla tego, co mi się w science fiction podoba.

Na razie mam z tej serii wydawniczej tylko “Pozytonowego detektywa”, ale kiedyś uzbieram całość obu cykli. Książka kupiona teoretycznie dla mnie.

7. “Wiosna Helikonii” Briana W. Aldissa — doszliśmy wreszcie do książek mężowskich. Nie mówię, ze nigdy Helikonii nie przeczytam, ale na pewno ni zrobię tego w najbliższej przyszłości. Mimo mojej ogromnej sympatii (oraz podziwu) dla Aldissa i uroczego pyszczka istoty na okładce.

“Wiosna…” to pierwszy tom cyklu Helikonii, z całej trylogii brakuje nam jeszcze (drugiego) “Lata Helikonii”, bo “Zimę…” już mamy. Jak już uzbieramy całość to pewnie nękana wyrzutami sumienia po nią sięgnę. Zresztą Aldiss to taka klasyka, że aż szkoda jej nie znać.

Sama nie wiem czemu jakoś mnie do dłuższych form Aldissa nie ciągnie (zresztą opowiadanie też zaczęłam czytać i nie dobrnęłam do końca). Podoba mi się to co i w jaki sposób on pisze, ale chyba muszę mieć na niego specyficzny nastrój. Książka kupiona dla Męża.

8. “Głupcy” Pat Cadigan — tutaj już próg mojej odporności czytelniczej zostaje zdecydowanie przekroczony i nie sądzę, żebym po “Głupców” kiedyś sięgnęła. Tak samo, jak nie mam ochoty na Egana, Gibsona, Kate Wilhelm, Bester i kilku innych. Cyberpunk jest z pewnością bardzo fajny, ale nie jest to powód, żebym musiała od razu go czytać…

Poszłam do męża, żeby go zapytać, co jeszcze mogę napisać o Pat Cadigan. Powiedział z grubsza: “Twarda SF. Cyberpunk. Lepiej napisana niż Gibson. Nie zawracaj mi głowy, tylko sama przeczytaj. Ja na razie przeczytałem tylko kilkanaście stron, to nic więcej Ci nie powiem”. No proszę… Nie miałam nawet pojęcia, że już zaczął czytać. Jednak to pisanie bloga czasami się człowiekowi przydaje — kto by pomyślał, że usprawnia komunikację małżeńską. Książka kupiona bardzo zdecydowanie dla Męża.

9. “Kroki w nieznane 2009″ almanach fantastyki, tom 5 — piąty tom drugiej serii  (trochę serialowo to wyszło, ale co zrobić) kultowej antologii opowiadań SF. I jak nie lubię słowa “kultowy”, to tamte (wydawane w latach 70.) antologie pod redakcją Lecha Jęczmyka kultowe były.

Druga “seria” jest może mniej kultowa, ale ciągle zawiera bardzo interesujący wybór tekstów SF. Zazwyczaj zaglądam do tych antologii i czytuję na wyrywki to, co mnie akurat zainteresuje.

W tym tomie na pewno przeczytam opowiadanie Connie Willis, którą uwielbiam. Poza Connie czaję się na Paolo Bacigalupiego, Iana McDonalda i Teda Kosmatkę (choć tego ostatniego głównie ze względu na niesamowicie sympatyczne nazwisko).  Książka kupiona dla Męża.

10. “Lyonesse” dodatek do gry fabularnej Wolsung RPG — jako, ze dziesięć to lepsza liczba niż dziewięć, a dodatek do erpega nadal jest książką, to na dziesiątym miejscu prezentuję nasz ostatni łup z Avangardy, jedyny przy którym nie zawinili panowie z księgarni Solarisu i jedyny, który zaczęłam już czytać… Tym, co nie wiedzą czym jest RPG polecam ten artykuł. Wszystkich zainteresowanych Wolsungiem zapraszam tutaj.

A dla wszystkich, którzy kojarzą o co chodzi kilka słów o książce. Dodatek, jak sama nazwa wskazuje, jest w całości poświęcony Lyonesse, czyli wolsungowemu odpowiednikowi Londynu. Jest napchany tekstem tak, że aż trzeszczy, a to co do tej pory przeczytałam pozwala mi stwierdzić, że zawartość jest na naprawdę dobrym poziomie.

Książka kupiona dla nas obojga.

I to wszystko. Fantastyki z tych zakupów wystarczy mi spokojnie na pół roku, a Marcin już dziś zaczął narzekać, ze nie ma co czytać. Narzekanie poskutkowało między innymi wizytą w Matrasie i zakupem 7 kolejnych książek, z czego ja przyznaję się do jednej. Dobrze chociaż, ze trzy z nich nabyliśmy łącznie za zawrotną sumę 20 złotych… Półki z tanią książką w Matrasach to Zło w czystej postaci.

Męża wysyłam na wakacje dziś w nocy, sama jadę za tydzień. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze coś napisać przed wyjazdem, ale gdyby nie, to zostawiam Was z podprogową reklamą: Jedźcie na Tricon!

Opublikowany w Inne | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 7 »

Terry Pratchett “Niewidoczni akademicy”

Posted by Ysabell w dniu 16 Kwiecień 2010

Tytuł: Niewidoczni akademicy
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Unseen Academicals
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Świat Dysku
Ilość stron: 398
Cykl: Świat Dysku (33 część)

Wiedziałam, że kupię tę książkę jeszcze zanim autor wiedział, że ją napisze. To proste — bez najmniejszego wahania kupuję wszystkie powieści Terry’ego Pratchetta, które tylko pojawią się po polsku. Kupuję zbiory opowiadań, w których jest jego opowiadanie. Kupuję mapy, kompendia, terminarze i w ogóle wszystko, co powiązane jest z serią Świat Dysku. Wiem, że na tym autorze się nie zawiodę i że kolejną powieść pochłonę z taką samą radością jak wszystkie poprzednie. Zwłaszcza jeżeli tłumaczy ją Piotr W. Cholewa, którego nieustannie podziwiam za tłumaczenie Pratchetta właśnie. I właśnie to wszystko powoduje, że recenzja będzie bardzo nieobiektywna. Ale czego innego się spodziewać? Kto obiektywny dotarłby powyżej trzydziestego tomu jakiegokolwiek cyklu?

Tym razem Pratchett wziął na warsztat football. Myślak Stibbons zostaje uniwersyteckim Mistrzem Tradycji. Skrupulatny jak zawsze, odkrywa, że jeżeli Niewidoczny Uniwersytet nie wystawi własnej drużyny do gry w “kopnij piłkę” zwaną też “Rozrywką Chłopców Ubogich” magowie będą musieli ograniczyć się do trzech posiłków dziennie… Trudno znaleźć lepszy bodziec do czynu dla tego akurat towarzystwa. Zwłaszcza, że i lord Vetinari ma swoje plany odnośnie tej “nieszczęsnej gry w kopanie piłki”.

Nie powiem, że znam się na sportach drużynowych. Wszystko to, co wlatuje jednym uchem, jeszcze szybciej wylatuje mi drugim, chociaż nawet ja zdążyłam zauważyć, że to, co u nas czasem nazywane jest footballem (czyli piłka nożna), nie jest tym samym co football amerykański. Możliwe, że gdybym na ten temat wiedziała więcej Niewidoczni akademicy sprawiliby mi jeszcze więcej radości. Na pewno umknęło mi mnóstwo żartów, chociaż nawet ja wiem do kogo nawiązaniem może być profesor Bengo Macarona z Genoi (roczna wymiana za profesora Prawicza), który jest zdecydowanie najlepszym graczem Unii Uniwersyteckiej.

Jednak piłka nożna nie jest jedynym, a może nawet nie głównym tematem Niewidocznych akademików, tak samo jak magowie nie są głównymi bohaterami książki. Tym razem dowiemy się kto rządzi uniwersytecką nocną kuchnią, poznamy pracę uniwersyteckich ściekaczy (dobrze ścieknięte świece to podstawa w zawodzie maga), zobaczymy jak rozwija się dyskowy odpowiednik mody (to cóż, że dla krasnoludów?), przeczytamy trochę o nowych technologiach (mikrokolczuga) i dowiemy się czegoś więcej o przynajmniej jednej dyskowej rasie, o której nie było wiele wiadomo.

Główni bohaterowie to Glenda i Juliet pracujące w nocnej kuchni, oraz Trevor i pan Nutt, pracujący w piwnicach Niewidocznego Uniwersytetu jako (głównie) ściekacze. Glenda jest porządną i odpowiedzialną dziewczyną, która opiekuje się piękną Juliet, Trev jest synem najsłynniejszego gracza w piłkę — Dave’a Likely’ego, a pan Nutt jest goblinem. Prawdopodobnie. Jest też wybitnie inteligentny, wykształcony i niesamowicie silny. Ale stara się nie wyróżniać. Niewidoczni akademicy są więc (poza footballem) o inności, tolerancji, strachu przed nieznanym, dziedziczeniu, wychowaniu, czyli — najkrócej rzecz ujmując — o tym, czy nikt nic nie poradzi na to, jak został stworzony i czy lampart może zmienić swoje cętki.

Dwóch bohaterów trzecio(lub dalej)planowych zasługuje moim zdaniem na wyróżnienie: po pierwsze doktor Hix — szef katedry komunikacji post mortem, który zgodnie ze statutem uczelni jest oficjalnie złym człowiekiem; po drugie niejaki Pepe, który prawdopodobnie jest krasnoludem (przynajmniej teraz), a poza tym pomocnikiem niejakiej madame Sharn, oraz najbardziej wyluzowaną istotą na Dysku.

Jak można zauważyć — podobało mi się. Z pewnością nie jest to najlepsza część cyklu, ale też zdecydowanie nie najgorsza. Przy Niewidocznych akademikach bawiłam się lepiej niż przy (poprzednim) Świecie finansjery. Z pewnością nie jest to dobra książka na rozpoczynanie znajomości z cyklem Świat Dysku. Za dużo tu postaci, które czytelnik powinien choć odrobinę kojarzyć z poprzednich tomów:  Bagaż, lady Margolotta z Uberwaldu, dolny król Rhys, Vimes, Angua, William de Worde — wszyscy oni pojawiają się tylko na chwilę i czytelnik, który nie kojarzy ich z wcześniejszych książek może mieć czasami problemy ze zrozumieniem o co chodzi w takich momentach. Trudno mi więc tę książkę komuś konkretnemu polecać — ci, którzy wiernie czytają serię na pewno po nią sięgną, a ci, którzy Świata Dysku nie znają powinni raczej zacząć od wcześniejszych części. Mogę tylko powiedzieć, że mnie się bardzo podobało.

Moja ocena: 8,5/10

Od dłuższego czasu czytam Pratchetta z ołówkiem w ręku i zaznaczam co ładniejsze fragmenty.  Stąd garść cytatów:

W dowolnej organizacji dobrze znany jest fakt, że aby wykonać jakieś zadanie, należy je zlecić komuś, kto już jest bardo zajęty. [26]

— Ależ narobiłeś tego gówna, mały — stwierdził z sympatią.
Nutt znowu się zawahał. A potem odezwał się bardo ostrożnie:
— Mimo odniesienia skatologicznego, z aprobatą wyraża się pan o dużej choć nieokreślonej precyzyjnie liczbie świec, które ścieknąłem dla pana?
— Rany, co ty zasuwasz, Gobbo?
Nutt gorączkowo szukał akceptowalnego tłumaczenia.
— Jest dobrze? — spróbował. [35]

Zadziwiające, myślał, jak ludzie kłócą się z liczbami, mając za podstawę jedynie przekonanie, że “to nie może być poprawne”. [42]

Myślak brnął dalej, bo kiedy człowiek skoczył już z urwiska, jego jedyną nadzieją jest apel o abolicję przyciągania. [45]

— Jako mag muszę przypomnieć, że słowa mają moc.
— Jako polityk muszę zaznaczyć, że już to wiem. [57]

— Skąd wiem, że można panu wierzyć? — zapytał urwis.
— Nie mam pojęcia — wyznał Ridcully. — Subtelne funkcje mózgu dla mnie też są zagadką. Ale cieszę się, że tak uważasz. [61]

Prawda jest kobietą, albowiem prawda to piękno, a nie przystojność. [63]

— Zebrałem kilka egzemplarzy i przetestowałem je na typowych obiektach.
— Na studentach? — upewnił się Ridcully.
— Tak jest. [130]

A teraz, jeśli w ciągu dziesięciu sekund nie opuścicie mojego gabinetu, każę wam płacić czynsz. [187]

Rincewindzie, poinformowałeś mnie kiedyś, ku mojemu nieustającemu zdumieniu, że nie znałeś swojej matki, ponieważ uciekła przed twoim urodzeniem. [190]

Ma doktoraty z Unki, QIS i z Chubbu, łącznie trzynście, jest wizytującym profesorem w Rospyepsh, cytowanym w dwustu trzydziestu sześciu pracach oraz, ehm, jednym wniosku rozwodowym. [191]

— Ja sam? — przeraził się Myślak. — Przecież mam mnóstwo pracy!
— Niech pan to komuś zleci!
— Wie pan, że fatalnie lecę sobie ze zlecaniem.
— To niech pan zleci zlecanie komuś, kto jest w tym dobry! [197]

Policjanci potrafią tak akcentować słowo “sir”, jakby naprawdę mówili “ty fałszywy draniu”. [349]

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , | Komentarzy: 11 »

Terry Pratchett “Dysk”

Posted by Ysabell w dniu 11 Kwiecień 2010

Tytuł: Dysk (Warstwy wszechświata)
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: Strata
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jarosław Kotarski
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 1999
Wydanie: pierwsze (w nowym tłumaczeniu)
Ilość stron: 217

Przyrzekałam recenzję pratchettowego Dysku już dawno, ale tak to już jest, że jak się coś napisze, to później same kłody się pod nogi walą i z dotrzymywania przyrzeczeń wychodzą nici. Ale minęło już trochę czasu, we środę byłam w antykwariacie i zupełnie przy okazji dokupiłam sobie dwie części Świata Dysku, pożyczone komuś na wieczne nieoddanie. A wracając do domu tak sobie zajrzałam do jednej z nich… I wiecie jak jest, jestem już po lekturze obu, a przy okazji mam świetną okazję do napisania recenzji Dysku, który co prawda teoretycznie nie ma nic wspólnego z serią Świat Dysku, ale jednak…

Mamy wysoko rozwiniętą technologię, świat (a raczej wszechświat) w którym Kompania buduje od podstaw nowe planety (rozpoczynając od jądra i kładąc od razu wszystkie warstwy skał, wraz ze skamieniałościami), żeby ludzie mieli szansę przetrwać w kosmosie, bo mają z tym problem nawet pomimo tego, że technologia pozwala im przedłużać życie niemal w nieskończoność. Zresztą we wszechświecie są nie tylko ludzie, poznamy kungów (cztery ręce, nieco żabia uroda i temperament podejrzliwego berserkera), shandów (koło trzech metrów wysokości, wdzięk niedźwiedzia i dwa morsie kły, a do tego specyficzne zwyczaje żywieniowe), a nawet zobaczymy ehfta (duży kudłaty dzwon podskakujący na jednej nodze).

Główna bohaterka, Kin Arad (człowiek), jest specjalistką od budowy planet. Przez 210 lat życia miała dość czasu, żeby dowiedzieć się o nich wszystkiego. Kiedy więc dowiaduje się, że istnieje gdzieś we wszechświecie płaska planeta w kształcie płaskiego dysku, zupełnie w to nie wierzy. Ale wie dobrze, jak będzie żałować, jeśli nie poleci sprawdzić.

Taki jest punkt wyjścia tej książeczki (trochę ponad 200 stron, a czyta się jakby było jeszcze mniej), w której z wielką radością dostrzegałam wszystkie znane (i kochane) cechy pisarstwa Terry’ego Pratchetta i z jeszcze większą radością znajdowałam nawiązania do serii Świat Dysku (są tam, są. Nawet bar, w którym spotyka się dwoje bohaterów nazywa się “Pod Rozbitym Bębnem”. To że znajduje się na stacji orbitalnej jest tylko szczegółem), którą szczerze uwielbiam. W książce czeka nas jeszcze zwiedzanie obcych planet (w tym jednej świeżo wybudowanej i jednej całkowicie nieprawdopodobnej), eksploracja “dysku” i poznanie największej tajemnicy wszechświata — tak w skrócie można przedstawić fabułę. Poza nią jest też sporo humoru, mnóstwo nawiązań do naszej historii i dawnych wierzeń, podań i legend i kilka rzeczy skłaniających do zadumy.

Dysk podobał mi się bardziej niż Ciemna strona słońca (chociaż nie ma tak twardzielskiego tytułu…). A właśnie, a propos tytułu, poprzednie tłumaczenie tej książki (Almpress, 1992) nosiło tytuł Warstwy wszechświata, a oryginał nazywa się Strata. To takie przypomnienie w celu uniknięcia tytułowego zamieszania. Nie wiem czy tamto tłumaczenie było lepsze czy gorsze. Pan Jarosław Kotarski poradził sobie nieźle, ale (oczywiście) nie tak genialnie jak Piotr W. Cholewa w dyskowej serii.

Warto przeczytać, chociaż nie polecam raczej tej książki komuś, kto chciałby przekonać się z czego wynika fenomen Pratchetta. Chyba, że ktoś ma ciężki uraz do fantasy, a science fiction mu nie przeszkadza (wtedy warto spróbować Dysku, żeby wiedzieć czy opłaca się przełamywać i czytać Świat Dysku). Choć, tak jak to pisałam przy Ciemnej stronie słońca, w żadnym wypadku nie można zaliczyć tej książki do ciężkiego, twardego SF. W najlepszym wypadku jest ona space operą…  Można się za to z niej dowiedzieć dlaczego należy uważać na kruki i jaki napęd mają smoki. Zachęcam Was do tego serdecznie, nawet jeśli nie jesteście młodzieżą.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Jak oceniam Dysk w porównaniu z serią Świata Dysku? Inaczej. Jak dla mnie książka ta jest słabsza od większości tamtej serii, ale miałam wrażenie, że jest w niej zdecydowanie więcej “tamtego” Pratchetta niż w Ciemnej stronie słońca. No i można w Dysku szukać motywów (i nazw) wykorzystanych potem w serii.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | 1 komentarz »

Terry Pratchett “Ciemna strona słońca”

Posted by Ysabell w dniu 16 Marzec 2010

Tytuł: Ciemna strona słońca
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginalny: The Dark Side of the Sun
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jarosław Kotarski
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2001
Wydanie: pierwsze (dodruk)
Ilość stron: 187

Jazda pociągiem zazwyczaj sprzyja czytaniu. Przynajmniej w moim przypadku. Uwielbiam zaszyć się w przedziale ze stertą książek i jechać, jechać, jechać. Niestety tym razem wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Jechałam niedaleko (Łódź-Warszawa, trochę ponad półtorej godziny), w jedną stronę byłam zdenerwowana (pięć egzaminów w dwa dni), a w drugą jakieś panienki cały czas gadały (przy czym jedna z nich nie znalazła miejsca, więc stała na korytarzu, co logicznie pociąga za sobą konieczność trzymania otwartych drzwi do przedziału, które wpuszczają cały hałas z wagonu, grrrr…), więc nadzieje na przeczytanie chociaż części Źródła Mamerkusa Leszka Białego z bólem skreśliłam za oboma razami.

Ostatecznie musiałam sięgnąć po coś rozrywkowego, przyjemnego i, oczywiście, niezbyt denerwującego. Na szczęście przewidziałam taką możliwość już w domu i piątkowy wieczór upłynął pod znakiem doboru lektury. A ponieważ od kilku dni gnębił mnie apetyt na książki dla młodzieży (Broszkiewicz koniecznie… i cały cykl o Ani, to na początek najchętniej), a akurat prawie niczego tego typu nie miałam w domu, to poważnie się zastanowiłam i z drugiego rzędu wyciągnęłam rzadziej (niż Świat Dysku) czytane Pratchetty: Ciemną stronę słońca i Dysk. W drodze “tam” przeczytałam pół tej pierwszej, resztę w sobotę wieczorem wypoczywając po trzech z pięciu egzaminów…

Dom (skrót od uroczego imienia Dominikdaniel) Sabalos ma zostać Przewodniczącym i rządzić (nominalnie) całą planetą. Wszystko jednak wskazuje na to, że zostanie zabity tuż po uroczystości mianowania. Jest tylko jedna szansa na milion, żeby tak się nie stało, a Ci którzy czytają Pratchetta wiedzą, że jedna szansa na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Ale raz oszukany rachunek prawdopodobieństwa (który w tym świecie nie jest dokładnie tym samym co u nas), drugi raz nie da się wykiwać i Dom będzie musiał odnaleźć planetę Jokerów (prastarej rasy, stwórców wszystkich rozumnych ras), leżącą po “ciemnej stronie słońca”. Okazuje się jednak, że mało kto chce, żeby we wszechświecie nagle pojawiła się rasa bogów — a jedyną szansą, żeby do tego nie dopuścić jest likwidacja Doma Sabalosa. A przy okazji zapewne również towarzyszącego mu robota (klasy piątej) Isaaca i phnoba Hrsh-Hgna.

Z jednej strony kolejność czytania wybrałam niesłuszną — Ciemna strona słońca została napisana sporo po Dysku i niektórzy dopatrują się w niej kontynuacji poprzedniej powieści SF Pratchetta, albo chociaż tego, że dzieją się w tym samym świecie. Na moje oko wszystko to, to tylko pobożne życzenia, a jeżeli nawet są między powieściowymi światami jakieś zbieżności, to zupełnie nie wpływa to na kolejność lektury. Za to z drugiej strony kolejność dobrałam dobrze — najpierw przeczytałam książkę słabszą, dopiero potem lepszą.

Ciemna strona słońca nie jest dziełem sztuki. To przyzwoita powieść przygodowa z motywami filozoficznymi i socjologicznymi z jednej strony, ale i przyjemną akcją i zagadkami z przeszłości (i teraźniejszości) z drugiej. Powiedziałabym: książka dla młodzieży, ale cholera wie, czy dzisiejsza młodzież ma taki sam gust jak ja w okolicach liceum (czy może nawet podstawówki — tej ośmioklasowej). Mnie się wtedy na pewno spodobało, chociaż nawiązania do Asimova (“Jedenaste Prawo Robotyki, klauzula C z poprawką”) wyłapuję dopiero teraz. I też mi się podoba, może nieco mniej niż za poprzednim czytaniem (rozwiązanie problemu jest na tyle ciekawe, że pierwszy raz musi przynieść więcej radości niż kolejne…), ale nadal. Zwłaszcza, że poczucie humoru się Pratchettowi nie zmienia razem z realiami, o których pisze.

I jeszcze kilka ostrzeżeń: to nie jest twarde SF, już bardziej space opera, taki fantaziak w kosmosie, w którym co prawda statki kosmiczne nie robią w próżni “wziuuu!”, ale prawie. To nie jest powieść na poważnie, jest lekka nawet jak na standardy Pratchetta (raczej początki Świata Dysku niż końcówka). To książka, w której występuje inteligentna planeta (Pierwszy Bank Syriański, prawnie uznany za człowieka), będąca ojcem chrzestnym głównego bohatera…

Polecam przede wszystkim miłośnikom Pratchetta, którym skończyły się książki o Świecie Dysku. Także miłośnikom humorystycznej ale nie głupiej SF dla młodzieży. No i generalnie miłośnikom książek zabawnych, którzy nie plują na sam dźwięk słowa “fantastyka”.

Moja ocena: 6/10

PS. Dla dociekliwych do porównania przy czytaniu: The Annotated Pratchett File o Ciemnej stronie słońca: tutaj.

PS 2. A w następnym odcinku recenzja Dysku tegoż autora.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 2 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers