Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Posty oznaczone jako ‘Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy’

Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy”

Posted by Ysabell w dniu 19 Maj 2010

Tytuł: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 465
Cykl: Cukiernia pod Amorem (1 część)

Pisałam o tej książce na blogu już dwa razy: najpierw przy okazji kwietniowych zapowiedzi, potem chwaląc się nabytkami po Dniu Książki. Nie czytałam wcześniej nic pani Gutowskiej-Adamczyk, ale  skuszona opisem, kilkoma przeczytanymi stronami, jedną sieciową recenzją i faktem, że była scenarzystką (kultowego w niektórych kręgach) Tata, a Marcin powiedział…, postanowiłam dać jej szansę. I nie zawiodłam się.

Bardzo to była przyjemna lektura. Autorka na przemian raczy nas historią (z grubsza) współczesną, bo dziejącą się w roku 1995, i rozmaitymi historiami wcześniejszymi, rozciągniętymi w czasie przez całą drugą połowę XIX stulecia, aż do początku wieku XX.

Ta współczesna opowiada o Idze, studentce z Gutowa, córce właściciela tytułowej cukierni. To właśnie ona postanawia odkryć zdarzyło się podczas wojny. Ma ślad: podczas wykopalisk na gutowskim rynku odkryto pochodzące z tamtych czasów zwłoki kobiety, która na palcu miała średniowieczny pierścień. Pierścień otoczony w rodzinie Igi legendą. W trakcie poszukiwań bohaterka dowie się wiele zaskakujących rzeczy o swojej rodzinie, o której (zdawałoby się) wiedziała już wszystko. Poza wątkiem poszukiwawczym jest tu też sporo o stosunkach łączących Igę (której matka zmarła, już dawno) ze swoim samotnym ojcem, trochę o jej problemach osobistych (związek z chłopakiem) i rodzinnych (choroba babki).

Pozostałe historie nie są tak łatwe do opisania. Jest ich kilka, nie pojawiają się chronologicznie,  a powiązane są ze sobą tak luźno, że z początku ciężko jest wychwycić między nimi związek. Najogólniej powiedzieć można, że wszystkie dotyczą (mniej lub bardziej odlegle) Tomasza Zajezierskiego i jego matki Barbary. Dowiadujemy się więc sporo o samym Tomaszu (niezbyt przyjemna postać, moim zdaniem), ale też o rodzinie jego narzeczonej, o jego siostrach, jego mamce, o historii jego przyjścia na świat, a także o jego rodzicach i dziecku. I chociaż Tomasz jest tutaj postacią spajającą całą układankę, to główną rolę w tych historiach grają kobiety: silne, słabe, kochające i przeżywające miłosne zawody, szczęśliwe w małżeństwie i nienawidzące swoich mężów, wychodzące za mąż z miłości, z rozsądku lub idące do klasztoru, rodzące ślubne i nieślubne dzieci, a wszystko to w scenerii rosyjskiego zaboru w wieku XIX.

Przyznaję, że wątki historyczne podobały mi się dużo bardziej niż ten współczesny. Przy tamtych kobietach Iga wydaje się przerażającą infantylna i o ile jej poszukiwania bardzo mnie ciekawiły, to  charakter i zachowanie raczej zniesmaczyły.  Za to historie Ady, Barbary, Zuzanny, Marianny, Róży i pozostałych kobiet związanych w ten czy inny sposób z Tomaszem Zajezierskim czytało mi się świetnie.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisze pięknym językiem, świetnie posługując się archaizmami i lekuchno niedzisiejszą składnią. Opowieść płynie niespiesznie i czyta się ją bardzo smakowicie. Historie, z początku stanowiące zupełnie odrębne kawałki, dopasowują się do siebie jak fragmenty układanki: z początku powoli, potem coraz szybciej. I kiedy wydaje się nam, że to już wszystko i obraz jest widoczny, autorka wprowadza nowe wątki, sygnalizuje kolejne elementy puzzla, dowodzi, że mamy go rozpracowanego ledwie w jednej trzeciej (bo cykl przewidziany jest na trzy tomy). Pod względem warsztatowym powieść jest naprawdę świetna.

Co prawda nieco irytowały mnie przypisy przy każdym słowie, które jest choć troszkę przestarzałe (progenitura, ławy kolatorskie, wety czy choćby ołówek kopiowy), ale rozumiem, że wydawnictwo starało się nie odstraszyć dotychczasowych czytelników autorki, piszącej dotąd książki dla młodzieży. Także wątek kłopotów Igi zdawał mi się do nich skierowany. Sądzę też, że udało się autorce osiągnąć to, że po książkę tę spokojnie mogą sięgnąć zarówno matki, jak i córki (nie wspominając już o babciach) i wszystkim im powinna się ona spodobać.

Mnie ogromnie przypadł też w książce do gustu Appendix zawierający kalendarium, alfabetyczny spis osób (wraz z notami biograficznymi), drzewa genealogiczne i krótką notatkę o historii Gutowa. Lubię takie dodatki i, co prawda, indeksu osób nie przeczytałam dokładnie, żeby nie zepsuć sobie części przyjemności z lektury, ale i tak poczułam się w ten sposób mocniej wciągnięta w książkowe wydarzenia. Nie miałam potrzeby sięgania do kalendarium i indeksu w trakcie lektury, ale gdyby ktoś się zgubił, na pewno ułatwią one ponowne pochwycenie wątku.

Nie jest to książka genialna, ma swoje wady, ale czytało mi się ją bardzo przyjemnie i stanowiła świetne antidotum na majowe post-wulkaniczne deszcze i pogodę, która strasznie mnie przygnębia. Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy skutecznie podtrzymywała mnie na duchu i serdecznie polecam ją wszystkim, których ta jesień wiosną też już wychodzi nosem. Zresztą wszystkim innym też, bo naprawdę warto po tę książkę sięgnąć.

Kolejny tom cyklu, Cieślakowie, planowany jest na październik tego roku. Na pewno będę na nią czekać, a jeżeli wyjdzie o czasie to znowu pomoże mi przetrwać paskudny czas (listopada nie znoszę organicznie)…

Moja ocena: 8/10

PS. Duże uznanie dla wydawcy za stronę techniczną książki: dobra korekta, redakcja i skład; całość estetyczna i chociaż na papierze ecco nie jest przesadnie elegancka, za to czyta się bardzo wygodnie.

PPS. Wszystkich zatrwożonych Amorem w nazwie i spodziewających się romansidła na prowincji, którymi ostatnio literatura nam obrodziła, informuję, że kamienica w której mieści się tytułowa cukiernia (i sama cukiernia również) do lat 60. XX wieku nosiła nazwę “Pod Aniołem”. Dopiero nacisk władz spowodował zeświedczenie Anioła i jego przemianę w Amora. Tak przynajmniej twierdzi autorka, a ja podejrzewam, że czegoś więcej na ten temat dowiemy się z tomu trzeciego…

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 14 »

Po Dniu Książki

Posted by Ysabell w dniu 29 Kwiecień 2010

Oczywiście i ja nie zdołałam się powstrzymać od książkowych zakupów z okazji Dnia Książki. Owszem, rozumiem opinie, że dla prawdziwego miłośnika książek Dzień Książki jest codziennie, ale bądźmy szczerzy — promocje kuszą. A poza tym po prostu lubię to książkowe święto, pozwalające oddać się błogiemu lenistwu z prostym wytłumaczeniem: przecież świętuję.

W tym roku skusiliśmy się na promocję w Matrasie (wszystkie książki 30% taniej). Ograniczyłam się do trzech książek, bo już wcześniej skorzystaliśmy z promocji w Znaku (dzięki, Tato!), też z okazji Dnia Książki. Kropkę nad “i” książkowych zakupów w tym miesiącu stanowił dzień wczorajszy i poszukiwanie prezentu dla znajomych, do których szliśmy z wizytą — zdecydowaliśmy się na książki. A wiadomo jak się kończy wpadanie do księgarni z mężem (efekt: ja-1, Marcin-1, więc książkowo remis). Mówiąc tak całkowicie szczerze, to mam nadzieję, że to był koniec kwietniowych zakupów, chociaż pani w Matrasie zrobiła wyłom w naszej silnej woli przypominając nam, że promocja (sporo książek 25% taniej) trwa u nich tylko do piątku… Po kliknięciu na zdjęcie można zobaczyć powiększenie. A poniżej tradycyjnie już (w końcu po raz drugi) kilka zdań o książkach w stosiku (zaczynając od góry).

Karin Fossum i jej Nie oglądaj się, to efekt Znakowej promocji, a dokładniej mojej słabej woli, bo zupełnie jej nie planowałam i wpadła do koszyka (w sensie szerszym, bo zamówienie zbiorcze składał mój Ojciec, a ja tylko napisałam mu w mailu co my chcemy…)  w całkiem ostatniej chwili. Sporo o Fossum czytałam na Waszych blogach, głównie opinii pozytywnych. Co prawda wcale nie jestem pewna, czy i mnie się spodobają jej książki, ale uznałam, że warto spróbować.
Wydawnictwo Znak.

Zupa z ryby fugu z kolei, to zupełnie odwrotna sytuacja. Wiedziałam, że chcę ją mieć, bo chcę mieć wszystkie książki Szwai, która nieodmiennie mnie bawi i podnosi na duchu, a przede wszystkim świetnie się czyta. Pierwszy i najłatwiejszy do wybrania zakup z okazji Dnia Książki. Zupa jest już przeze mnie przeczytana, teraz czyta Ukochany Małżonek, a w kolejce czeka jeszcze moja Ulubiona Matka. Szwaję lubimy (jak widać) rodzinnie. Postaram się na dniach wrzucić jej recenzję na blog, a na razie mogę powiedzieć, że to raczej książka w typie Gosposi prawie do wszystkiego niż wcześniejszych książek autorki. Zdecydowanie wolałam kiedy Szwaja nie poruszała ważnych i żywotnych tematów i nie zaludniała swoich książek ludźmi niesympatycznymi. U tych miłych i porządnych też było dużo perypetii do opisania… Aha, dodatkowa mała pretensja do wydawnictwa SOL: napis na grzbiecie znowu jest w złą stronę. No jak tak można…?
Wydawnictwo SOL.

Dwie książki Mary Roach są  kolei efektem zamiłowania mojego Drogiego Ojca do oszczędności. Poprosiłam go w mailu o jedną tylko książkę pani Roach, a dwie w pakiecie tylko wtedy, kiedy zabraknie nam trochę do kwoty przy której nie płaci się za przesyłkę. Albo zabrakło, albo po prostu mam bardzo dobrego Tatusia. W sumie trochę żałuję, że nie podrzuciłam mu też linka do kompletu trzech książek autorki… Ale wtedy jeszcze nie byłam pewna, czy mi się spodobają. Teraz już jestem po lekturze Bzyka i w połowie Sztywniaka i wiem to doskonale. Szczerze polecam wszystkim, a recenzję Bzyka też postaram się dodać niedługo.
Wydawnictwo Znak.

Niżej na stosiku książka, którą znam bardzo dobrze, czyli Pan raczy żartować, panie Feynman! Richarda P. Feynmana (tego od kwantów i kwarków). Znowu łup z promocji Znaku, a jednocześnie książka, którą bardzo chcieliśmy mieć na własność (a nowe wydanie nam to umożliwiło). To naprawdę niesamowita książka, spokojnie mogę powiedzieć, że jedna z moich ulubionych w ogóle. Autobiografia (powiedzmy, bo tak naprawdę wspomnienia zostały wysłuchane i spisane przez kogo innego) niesamowitego człowieka, dzięki której trochę inaczej spojrzałam na świat. Naprawdę. A drugą część (A co ciebie obchodzi co myślą inni?) też sobie kiedyś kupimy.

Kolejna pozycja, to następny matrasowy łup z okazji Dnia Książki: Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy. Kupiona w zasadzie w ciemno (chociaż od napisania notki z kwietniowymi zapowiedziami dowiedziałam się o autorce nieco i przeczytałam jedną pozytywną recenzję tej książki), bo tak naprawdę do zakupu przekonał mnie fakt, że autorka była scenarzystką serialu Tata, a Marcin powiedział… A poza tym książka wygląda bardzo apetycznie i od swojej rywalki (Podejrzenia pana Whichera) była sporo tańsza.
Wydawnictwo Nasza Księgarnia.

Niżej Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek Mary Ann Shaffer i Anne Barrows. Również łup zakupów z okazji Dnia Książki, również już przeczytany (jak Szwaja). Czytałam wcześniej sporo entuzjastycznych recenzji na blogach i spokojnie mogę się z większością zgodzić. Nie jest to może bardzo głęboka książka, ale czytało mi się ją z niesamowitą przyjemnością. Mam nadzieję, że jej recenzja też niedługo zawiśnie na blogu (tak te recenzje publicznie zapowiadam, żeby się trochę zmobilizować do pisania…). Szczerze polecam.
Wydawnictwo Świat Książki.

Na samym spodzie efekt nierozważnego wstąpienia do księgarni wczoraj. Marcin wypatrzył mi drugi (po Śmierci na Nilu) zbiór opowiadań Connie Willis: Niebieski księżyc. Szczerze lubię tę autorkę, poprzedni tom opowiadań był naprawdę dobry, a cała ta seria to naprawdę “The Best of” biorąc pod uwagę ilość nagród i nominacji, jakie Connie Willis zebrała ze te opowiadania. Co prawda jeszcze nie czytałam, ale jeżeli ktoś lubi fantastykę, to polecam w ciemno.
Wydawnictwo Solaris.

PS. W ramach bonusu i udowodnienia, że nie tylko ja nałogowo kupuję książki prezentuję też mężowski kwietniowy stosik wojenny (ma też cywilny, ale się nie przyznaje). Do obejrzenia po lewej (a szczegóły u niego na blogu). Jakoś tak się składa, że raczej nie podbieram mu książek tego typu, chociaż pewnie prędzej czy później przekonam się do O’Briana.

PPS. Z zaprezentowanych wcześniej kwietniowych zapowiedzi mam już (razem z Niewidocznymi akademikami kupionymi wcześniej) pięć pozycji z dziewięciu. Czaję się jeszcze na chociaż jedną, ale i tak jest chyba dobrze?

PPPS. Po blogach zaczyna krążyć nowe wyzwanie czytelnicze: kraje nordyckie (tutaj). Śledzę blog wyzwania z mieszanymi uczuciami — czy tylko się przyglądać, czy może wziąć udział. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony “region czytelniczy”, ale i bez wyzwania sporo ostatnio nordyckich książek wpada mi w ręce… Co bym nie zdecydowała i tak dzięki dla organizatorki wyzwania.

Opublikowany w Inne | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 10 »

Kwietniowe zapowiedzi

Posted by Ysabell w dniu 1 Kwiecień 2010

I znowu zamiast siąść do recenzji Dysku zaczęłam zupełnie nieodpowiedzialnie czytać zapowiedzi wydawnicze na ten miesiąc. Wszystko przez to, że podczas wczorajszej wizyty w księgarni (jestem bogatsza o dwie antykwaryczne Anie i  Deja Dead Kathy Reichs) wzięłam sobie do przejrzenia foldery Bellony i Prószyńskiego. A potem tylko chciałam zajrzeć na kilka innych stron, żeby sprawdzić co u nich… A trochę tego jest, w tym nawet kilka, które mnie zainteresowały. Tym razem wyliczanka ma 9 pozycji. Bardzo jestem ciekawa co z tego sobie kupię…

1. Terry Pratchett “Niewidoczni akademicy”, Prószyński i S-ka

Wydawnictwo: Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy – niezależnie od wieku i statusu społecznego – przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…

Ja: Po prostu dlatego, że Pratchett poniżej pewnego poziomu nie schodzi, a ja go uwielbiam w każdym nieomal przejawie. Podobno fani Pratchetta dzielą się na tych, którzy wolą jego wcześniejsze książki i na tych, którzy wolą późniejsze. Ponieważ zdecydowanie zaliczam się do tych drugich, to z niecierpliwością czekam na możliwość przeczytania, co też autor napisze o footballu? Kino, rock, hipermarkety, pocztę (i wiele innych) już opisał i ogromnie mi się to podobało. Zdecydowane najważniejsza dla mnie nowość tego miesiąca.

2. Monika Szwaja “Zupa z ryby fugu”, Sol

Wydawnictwo: Ryba fugu jest bardzo smaczna, ale jeśli będziemy obchodzić się z nią nieostrożnie – możemy otruć siebie i współbiesiadników. Na śmierć. Podobnie z naszym życiem. Jest ono jak potrawa dla inteligentnych. Trzeba zawsze myśleć o tym, co robimy, jakie decyzje podejmujemy – choćby targały nami szekspirowskie zgoła emocje – inaczej może się tak zdarzyć, że ktoś (my sami?) zapłaci wysoką cenę za nasz brak rozwagi. Kobieta chce mieć dziecko – czy to zbyt wielkie żądanie? Chce być matką – czy jest w tym coś złego? Wykorzystuje możliwości, które daje współczesna nauka – po to jest nauka! W pewnym momencie jednak schodzi z bezpiecznej ścieżki – emocje wzięły górę, rozum zasnął, obudziły się upiory. Kobieta podejmuje decyzje, nie licząc się z nikim. Ważne jest tylko osiągnięcie celu. Młoda dziewczyna, studentka – rozsądna, inteligentna, zrównoważona – chce studiować na mało opłacalnym kierunku, dla własnej satysfakcji teraz i w przyszłości. Jest osamotniona w swoich dążeniach, rodzice widzieliby ją na bardziej praktycznych studiach, a w przyszłości w rodzinnym biznesie. Dziewczyna nie ma wsparcia z ich strony. Przyjaźń kolegów z uczelni nie wystarczy na mieszkanie, jedzenie, życie. Dziewczyna podchwytuje podsunięty jej pomysł na zarobienie pieniędzy i od razu wie, że podejmuje ryzyko. Nie wyobraża sobie jednak rozmiarów tego ryzyka. Obie te młode kobiety przypominają trochę kucharza, który beztrosko bierze rybę fugu za ogon i w całości wrzuca ją do garnka z zupą. Ktoś będzie musiał zapłacić za ten brak refleksji… a cena może być wysoka.

Ja: I znowu ze względu na nazwisko autora. Lubię Szwaję za to, że pisze książki inteligentne. Owszem, są to “czytadła” i w ogóle książki dla rozrywki, ale stokroć bardziej wolę dobrze napisane i kulturalne czytadło niż badziewną książkę z przesłaniem. A czytając Szwaję mam wrażenie, że posługuje się ona podobnym kodem kulturowym, co ja. Po ludzku mówiąc, że czytała podobne książki, słuchała podobnej muzyki, oglądała podobne filmy i śmiała się z podobnych kabaretów co ja. I to wrażenie jest cudowne, więc nawet jeżeli niektóre jej książki podobają mi się bardziej, a inne mniej, to kolejne powieści jej autorstwa nadal będę kupowała w ciemno. Numer dwa na wishliście tego miesiąca.

3. Mary Ann Shaffer, Annie Barrows “Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”, Świat Książki

Wydawnictwo: Jest rok 1946. Juliet Ashton szuka tematu o nowej książki. Niespodziewanie znajduje go w liście od mieszkańca małej angielskiej wyspy Guernsey, Dawseya Adamsa, który przypadkiem kupił w antykwariacie książkę należącą kiedyś do Juliet. Nawiązują ze sobą korespondencję. Pisarkę coraz bardziej wciąga świat Dawseya i jego przyjaciół, członków niezwykłego klubu literackiego, który powstał po to, by uchronić uczestników pewnej koalicji przed aresztowaniem przez Niemców. Zafascynowana losami tych ludzi Juliet przyjeżdża na wyspę i ta wyprawa na zawsze odmieni jej życie. Wspaniała powieść w formie listów, napisana ciepło i z humorem, żywym, zabawnym językiem.

Ja: Tyle się naczytałam o tej książce na Waszych blogach, że mam ogromną ochotę sprawdzić jak mnie będzie się podobała. Bardzo lubię książki o książkach i o miłośnikach książek. Lubię też książki przybliżające realia epoki i terytoriów, których nie znam, a bądźmy szczerzy: dziś książki dziejące się w trakcie drugiej wojny światowej, to książki historyczne… Ostrzę sobie na Stowarzyszenie zęby i mam wielką nadzieję, że mnie nie zawiedzie. Numer trzy tegomiesięcznej listy. Dalej już ciągnie się “peleton” — na wszystkie kolejne pozycje mam ochotę z grubsza tak samo.

4. Remigiusz Grzela “Spełniony. Marian Kociniak”, Trio

Wydawnictwo: Spełniony. Marian Kociniak – to pierwsza w Polsce książka opisująca życie aktora. Ukaże się z okazji jubileuszu 50-lecia pracy artysty, znanego z takich filmów jak: Jak rozpętałem drugą wojnę światową, Ostatnia akcja, Pan Tadeusz, Janosik i O dwóch takich co ukradli księżyc. Od początku swojej bogatej kariery artystycznej, na którą składa się 150 ról teatralnych, 80 ról w Teatrze Telewizji i dziesiątki ról filmowych i kabaretowych, Marian Kociniak nie udzielał wywiadów. Robił to konsekwentnie. Przez pięćdziesiąt lat nie złamał milczenia. Raz tylko, podczas występów w Ameryce, udzielił wywiadu polonijnemu dziennikowi. Kociniak to bez wątpienia… rekordzista świata, który przez całe artystyczne życie związany jest angażem z jednym teatrem – Teatrem Ateneum. W książce mówi to, co czuje. Być może prowokuje do skonfrontowania z opiniami czytelników swojej prawdy o zawodzie, w którym się ukrył i któremu poświęcił całe życie. Ta odważna wypowiedź jednego z najwybitniejszych polskich aktorów nie ma jednak nic wspólnego z nauczaniem, z przekazywaniem mądrości i prawd. To opowieść o człowieku, który jest wspaniałym artystą i wartościowym człowiekiem.

Ja: Lubię Mariana Kociniaka. Lubię wywiady-rzeki. Lubię książki o aktorach. Lubię wspomnienia. Lubię też (a przynajmniej tak mi się wydaje, bo nie znam go najlepiej) Remigiusza Grzelę. Z tego wszystkiego wprost wynika, że jest to książka, która niemal na pewno będzie mi się podobać. Tak jak wywiad z Marianem Kociniakiem opublikowany w Zwierciadle, który był zresztą zapewne częścią tej książki. Trafiłam na nią w zapowiedziach przypadkiem i od razu sobie zanotowałam. Jeszcze kiedyś to przeczytam.

5. Kate Summerscale “Podejrzenia pana Whichera. Morderstwo w domu na Road Hill”, WAB

Wydawnictwo: Morderstwo na Road Hill wydarzyło się naprawdę. Historia ta na długi czas zawładnęła wyobraźnią Brytyjczyków, stając się inspiracją dla wielu ówczesnych autorów powieści detektywistycznych. Podejrzenia pana Whichera są szczegółową relacją z przebiegu dochodzenia, a jednocześnie ciekawym obrazem obyczajowości epoki wiktoriańskiej.
W nocy z 29 na 30 czerwca 1860 roku w rodzinie szanowanego podinspektora sieci fabryk, Samuela Kenta, dochodzi do okrutnej zbrodni – w bestialski sposób zostaje zamordowany jego trzyletni synek Saville. Z dochodzenia wynika, że mordercą był ktoś z domowników, śledztwo jednak utyka w miejscu. Gdy lokalni policjanci okazują się bezradni wobec zagadki, zostaje wezwany Jonathan Wicher, jeden z pierwszych detektywów londyńskich. Błyskotliwy i bezkompromisowy śledczy przełamie niejedno tabu i przekraczając pilnie dotąd strzeżone progi domostwa angielskiej rodziny, ujawni szokującą prawdę. Wzburzy tym opinię publiczną, która obróci się przeciw niemu i uniemożliwi doprowadzenie śledztwa do końca.
Recenzenci i czytelnicy Podejrzeń Pana Whichera doceniają imponującą ilość materiałów źródłowych oraz wierne oddanie realiów – epoki wiktoriańskiej. Fabuła wciąga i intryguje: składa się na nią wiele wersji wydarzeń i dróg mających doprowadzić do rozwikłania zagadki, dzięki czemu czytelnik zostaje wciągnięty w grę z tekstem, prowadzi intelektualną zabawę i niemal angażuje się w losy bohaterów. Recenzenci wspominają także o wierności detalom i o wyjątkowej – rodem z powieści gotyckiej – atmosferze książki Summerscale i cenią Podejrzenia Pana Whichera za ich wielopoziomowość. To jednocześnie proza obyczajowa, ukazująca społeczeństwo brytyjskie około roku 1860, historia kryminalna i reportaż na temat pracy ówczesnych detektywów, który pokazuje początki tego zawodu. Wielu czytelników przyznaje, że Podejrzenia pana Whichera oddziałały silnie na ich wyobraźnię. Najczęściej wymieniane walory prozy Kate Summerscale to: rzetelność, bogactwo zebranego materiału i psychologiczna wiarygodność postaci.

Ja: Mam wrażenie, że o tej książce czytałam już jakiś czas temu. Dzisiaj natknęłam się na nią wśród zapowiedzi WABu i przypomniałam sobie, że już wtedy mnie zainteresowała. Zawsze zazdrościłam anglikom crime nonfiction, tej tradycji opowiadania o słynnych zbrodniach i procesach, spierania się o to, kto tak naprawdę zabił, czy wyrok sądu był sprawiedliwy itd. Doktor Crippen, Marie Lafarge, Lizzie Borden byli na językach ludzi przez wiele lat, na długo po tym, jak zapadł wyrok. Ja otarłam się o te historie przy okazji lektury Thorwalda i bardzo chętnie pogłębię swoją wiedzę, zwłaszcza, że to ponoś dopiero pierwszy tom serii.

6. Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy”, Nasza Księgarnia

Wydawnictwo: Podczas wykopalisk na rynku w Gu­towie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła? W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów.
Zajezierscy to pierwsza część trzytomowej sagi o Gutowie.
Autorka opisuje losy kilku pokoleń kobiet (i ich mężczyzn) w malowniczej scenerii dziewiętnastowiecznych dworków oraz współczesnej prowincji. Znakomicie oddaje koloryt epoki, zarówno jeśli chodzi o realia życia codziennego, jak i przełomowe wydarzenia historyczne. Przeplata przeszłość z teraźniejszością, tworząc niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów.

Ja: Nic nie wiem o tej książce. Nie znam żadnej poprzedniej książki tej autorki. Nie mam pojęcia czy by mi się podobała. Ale zapowiedź mnie zainteresowała i będę uważnie się rozglądać za recenzją, a przy okazji wizyty w księgarni chętnie rzucę okiem i przeczytam jakiś urywek, żeby poznać styl autorki i jakość wydania. A może będzie warto? Lubię sobie czasem tak strzelić na ślepo. Czasem nawet trafiam.

7. Glen Cook “Księgi południa”, Rebis

Wydawnictwo: Kiedy umiera nadzieja, pozostaje przetrwanie. I wciąż jest jeszcze Czarna Kompania. Po wyniszczającej bitwie pod Wieżą Uroku, Konował, chcąc odnaleźć zaginione Kroniki, prowadzi resztki towarzyszy na południe. Tu jednak natrafiają na nowego wroga – Władców Cienia – przerażające istoty, nurzające się w mroku i rozpaczy. W starciu z nimi Kompania ponosi straszliwą klęskę. Pani, jedna z nielicznych ocalałych, zdecydowana pomścić braci i pokonać Władców, zbiera nową armię. Tymczasem ci spośród Kompanii, którzy poszli inną drogą – Milczek, Kruk, Puplika – muszą ponownie stawić czoło duchowi Dominatora, którego ktoś próbuje wciąż oswobodzić. Zebrane w jednym tomie kolejne trzy części serii, która zrewolucjonizowała fantasy.

Ja: kolejne trzy tomy kronik Czarnej Kompanii. Przyznaję, ze do pierwszych trzech w ogóle nie zajrzałam, dlatego też nie zamierzam na razie kupować kolejnych. Ale mam ciągle nadzieję, że niedługo przeczytam Kroniki Czarnej Kampanii i jeszcze większą nadzieję, ze mi się spodoba i będę chciała kupić tom drugi. Poza tym okładka jest przepiękna — przynajmniej porównując ją z okładką Kronik Amberu z Zysku…

8. M. Gigi Durham “Efekt Lolity”, Prószyński i S-ka

Wydawnictwo: Popkultura i atakująca zewsząd reklama wpajają młodym dziewczynom i chłopcom pięć fałszywych mitów dotyczących seksu i seksualności:

  • Dziewczyny nie wybierają sobie chłopców, to chłopcy wybierają dziewczyny – ale tylko te, które są sexy;
  • Istnieje tylko jeden obowiązujący model “bycia sexy”;
  • Dziewczyny muszą się starać osiągnąć ten ideał;
  • Im młodsza dziewczyna, tym bardziej seksowna;
  • Przemoc w seksie jest “hot”.
Owe 5 mitów składa się na efekt Lolity. Tak autorka nazywa zespół zjawisk w mediach, który podkopuje u dziewczyn pewność siebie, usprawiedliwia uprzedmiotowienie kobiet i po cichu prowadzi do przestępczych zachowań w sferze seksualnej. W “Efekcie Lolity” dr M. Gigi Durham proponuje nowe podejście i konkretne rady, które dadzą dziewczynom siłę i pewność siebie, potrzebne, by podejmować odpowiedzialne decyzje na polu własnej seksualności.

Ja: Troszkę ze względu na studia, troszkę ze względu na zainteresowania zawodowe, a troszkę na prywatne, koniec końców książka mnie zainteresowała. Bardziej jestem ciekawa przemyśleń teoretycznych niż części poradnikowej, ale mam nadzieję, że i z poradnika coś ciekawego zdołam dla siebie “wyciągnąć”. Na pewno kiedyś w księgarni przejrzę.

9. Mary Roach “Bzyk”, Znak

Wydawnictwo: Mary Roach znów wściubia nos tam, gdzie wszyscy by chcieli zajrzeć, ale się wstydzą. Szeroko otwiera zazwyczaj zamknięte drzwi, za którymi są prowadzone fascynujące badania nad seksem. Gdzie tylko mogła, osobiście pakowała się naukowcom i lekarzom do gabinetów, laboratoriów i na sale operacyjne – raz jako obserwatorka i sprawozdawca, kiedy indziej jako aktywna uczestniczka ich przedsięwzięć. Nie zawahała się odwiedzić fabryki “zabawek dla dorosłych” ani nawet kochać się z mężem podpięta do ultrasonografu. Dzięki jej niepoprawnemu i pełnemu humoru podejściu do tematu poznamy najskrytsze tajemnice naszej seksualności – dowiemy się, czy kobiety mają wytrysk, jaki wpływ na płodność ma orgazm, czy masturbacja może leczyć i do czego służy “penis-kamera”. Bzyk przyniesie wiele rozrywki i ciekawych informacji tym czytelnikom, którzy będą mieli odwagę ściągnąć ją z półki w księgarni. Polecamy do wspólnego czytania w łóżku.

Ja: Co prawda zdaje się, że księgarnia Znaku już to sprzedaje, ale Merlin twierdzi, że w sprzedaży od 6 kwietnia, więc potraktuję to jako nowość. O Mary Roach mnóstwo słyszałam, bardzo chciałabym przeczytać jej Sztywniaka, trochę mniej Ducha, więc i Bzyk mnie zainteresował. Pewnie, że rozsądnie byłoby kupić najpierw jedną i sprawdzić, czy mi się spodba. Jeszcze rozsądniej byłoby ją pożyczyć… Ale kurczę w księgarni Znaku jest promocja na wszystkie trzy Roach i strasznie mnie kusi… Najwyższy czas uzupełnić swoją chcę-listę.

Opublikowany w Inne | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 11 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers