Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Archiwum kategorii ‘Proza’

Rachel Cusk “Wariacje na temat rodziny Bradshaw”

Posted by Ysabell w dniu 22 Luty 2012

okładkaTytuł: Wariacje na temat rodziny Bradshaw
Autor: Rachel Cusk
Tytuł oryginalny: The Bradshaw Variations
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Agnieszka Pokojska
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2011 (c)
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 308

Oryginalny tytuł brzmi lepiej, bo The Bradshaw Variations kojarzy się z The Goldberg Variations, Wariacjami Goldbergowskimi Bacha. To całe “na temat rodziny” to za dużo niepotrzebnych słów, choć nie wątpię, że wydawca nie byłby zachwycony Wariacjami BradshawowskimiSkojarzenia muzyczne są zresztą jak najbardziej słuszne, Cusk znajduje temat (rodzina, związki, relacje z ludźmi, poszukiwanie siebie), a potem wielokrotnie go przetwarza, oglądając z każdej strony i zmieniając dynamikę, harmonię, barwę (a przynajmniej ich możliwe literackie odpowiedniki). Muzyka jest też stale obecna w narracji: świat Cusk wypełniony jest dźwiękami, jeden z bohaterów, Thomas Bradshaw właśnie w muzyce poszukuje siebie i odpowiedzi na dręczące go pytania, więc i świat przez tę muzykę postrzega.

Wariacje na temat rodziny Bradshaw to książka zupełnie inna od tych, które czytam zazwyczaj. Zagłębiałam się w nią z ciekawością i uwagą, ale trudno mi powiedzieć, czy czytanie jej sprawiło mi tak naprawdę przyjemność.

Teoretycznie wszystko jest do bólu standardowe. Oto mamy książkę o rodzinie: starzy rodzice, trzech dorosłych synów ze swoimi żonami i dziećmi, kilka postaci pobocznych i sporo zwykłych życiowych wydarzeń. Ktoś odbiera dziecko ze szkoły, ktoś wybiera się na wakacje, ktoś sprząta na strychu, a ktoś idzie na przyjęcie.  W centrum znajdują się Thomas i Tonie Bradshaw i ich ośmioletnia córka Alexa. Thomas jest “średnim” synem, tym przyzwoitym, zawsze starającym się zdobyć uwagę i miłość rodziców. Kiedy zaczyna się akcja powieści, właśnie przestał pracować, żeby zająć się córką, kiedy Tonie wraca do pracy na uniwersytecie. Ten motyw (niepracujący, opiekujący się dzieckiem i domem, ojciec) jest zresztą w całej książce najbardziej niecodzienny.

Niezwykłe jest w tej książce nie to, o czym opowiada, ale raczej to, w jaki sposób to robi. Rachel Cusk pisze bardzo specyficznie, z jednej strony swobodnie zagłębia się w psychikę bohaterów, z drugiej nie pozwala ani na chwilę się do nich zbliżyć. Przez większość lektury miałam wrażenie, że autorka patrzy na swoje postaci jak entomolog na wyjątkowo ciekawy gatunek żuka: chłodno i z dużą dokładnością. W zasadzie czytelnik nie musi już sobie nic dopowiadać. To chyba pierwsza rzecz, która mi w Wariacjach przeszkadzała. Wolę kiedy pisarz zostawia mi margines na własne przemyślenia i interpretacje, choćby na poziomie “dlaczego bohater coś zrobił, coś powiedział?”. U Cusk dostaję pełną informację dotyczącą nie tylko jego zachowania, ale też myśli, motywów i wspomnień, które na to wszystko wpływają.

Może również dlatego nie zdołałam nikogo w tej powieści polubić, przeciwnie, im więcej o kimś czytałam, tym mniejszą darzyłam go sympatią. Dokładnie odwrotnie niż w filmach Mike’a Leigh, gdzie wkurzające na początku postaci z czasem zaczyna się rozumieć, tolerować, czasem nawet im kibicować, w Wariacjach na temat rodziny Bradshaw akceptowanych na początku bohaterów, pod koniec lektury obserwowałam z niechęcią. Z jednej strony to pewnie zaleta, w końcu książka wzbudziła emocje, ale z drugiej — skoro nie udało mi się zżyć z bohaterami, nawet moje emocje były raczej chłodne.

Te dogłębne opisy psychiki są, przyznaję, bardzo ładnie podane i mocno specyficzne, czasami naprawdę odkrywcze. Owszem, musiałam skupiać się na lekturze: była to dla mnie książka, którą czyta się powoli i z namysłem, bo właśnie język jest jej głównym tworzywem. Język i sposób opisywania oraz widzenia świata. O ile ten pierwszy nie zmienia się, to ten drugi owszem, ponieważ u Cusk bohaterów różnicuje właśnie sposób pojmowania świata. To pewnie brzmi bardzo zawile, ale w gruncie rzeczy jest intuicyjne, kiedy już zacznie się czytać. Wielokrotnie sięgałam po ołówek, żeby zaznaczyć ciekawy fragment, odkrywcze spojrzenie na rzeczy dobrze mi znane.

Garść przykładów: Thomas Bradshaw ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy [7]. Howard Bradshaw jest człowiekiem, którego natura żartownisia, w młodości wskazująca na lekceważenie dla konwenansów we wszelkiej postaci, przesyca jego dorosłe życie ironią, a dzięki niej jego ponadprzeciętny konserwatyzm jakimś cudem uchodzi za kawał [40]. Okolica domu Thomasa i Tonie to królestwo parków i kościołów — te pierwsze są małe i zatłoczone, te drugie duże i puste [22]. Tonie zna Claudię od lat, porozumiewały się wzrokiem na niezliczonych rodzinnych kolacjach, stała przy niej, gdy eleganckie buty obcierały im stopy na chrzcinach i pogrzebach, trzymała na rękach jej dzieci. Zna kształty, jakie przybierają jej radość i złość; przez większość swojego dorosłego życia słyszy partię Claudii niczym melodię z sąsiedniej sekcji orkiestry [118].

To tylko dość proste opisy (które akurat zrobiły na mnie wrażenie), kiedy Cusk bardziej zagłębia się w psychikę postaci, bywa jeszcze ciekawiej:

W pociągu Tonie myśli o seksie. Tak jakby był starym znajomym, którego nie widziała od lat i na którego nagle wpadła na peronie. Jedzie więc w przedziale ze swoim znajomym, seksem, z którym straciła kontakt mniej więcej wtedy, kiedy urodziła się Alexa, kiedy miłość wydawała się zadaniem matematycznym, jakie nagle udało jej się rozwiązać. [17]

Prawda jest taka, że wtedy, wiele lat temu, [Tonie] zakochała się w tym domu; zakochała się w nim, a potem, w miarę jak coraz lepiej go poznawała, miłość dzieliła się na coraz mniejsze części, aż w końcu każda porcja przedmiotu poznania była większa niż przypadająca nań cząsteczka uczucia. To jest właśnie nauczka, to jest wydźwięk kazania: fakty żyją dłużej niż emocje, a zatem wiedza jest potężniejsza od miłości. Możliwych przedmiotów poznania jest nieskończenie wiele, a zdolność do miłości jest tylko przestrzenią, która ma z góry określoną pojemność, nieprzekraczalną. [26]

Jak teraz rozumie [Thomas], na tym polega problem tego dnia: brakuje mu narzucenia ludzkiej woli. Jest bezkształtny. Jest grudą gliny, którą musi dopiero uformować natchnienie i pragnienie. To właśnie, jak sobie przypomina, znaczy wolność. W wieku czterdziestu trzech lat zwykle zażywa wolności w małych, rafinowanych dawkach: w postaci decyzji, poleceń, skomplikowanych możliwości odniesienia sukcesu. Zapomniał, jak smakuje surowiec. [96]

[...] w tym ciasnym mieszkaniu przypominającym norę o krętych korytarzach nie ma możliwości utrzymania dystansu, wskutek czego ludzka sylwetka wydaje się bardziej istotna, bardziej konkretna, gęstsza od znaczeń. Obok nędzy to właśnie sprawia, że Thomasowi mieszkanie Benjamina kojarzy się z młodością. Kiedy tu przychodzi, przypomina mu się bliższe, zmysłowo intensywniejsze przeżywanie własnego ciała, którego to przeżywania, jak dopiero teraz zrozumiał, z czasem zaprzestał. [105]

Prawda jest taka, że przez cały ubiegły tydzień Thomas pracował nad adagio jak samotny więzień kopiący tunel pod murem twierdzy. Trochę się wstydzi tej swojej potajemnej determinacji, rygoru swoich metod, wytrwałej, powtarzalnej pracy, którą w to włożył, bo zawsze uzyskiwał w życiu to, na czym mu zależało, a także pokonywał to, co chciał z niego wyrugować. Miał wrażenie, że oszukuje tak samo jak wtedy, gdy całą noc uczył się do egzaminu albo przebrnął mękę zebrania, wiedząc więcej niż ktokolwiek inny, albo zaplanował w najmniejszych szczegółach strategią zainteresowania sobą kobiety, która mu się podobała. Zawsze uważał, że ciężka praca zajmowała miejsce, w którym powinno się znajdować coś bardziej naturalnego, coś instynktownego, wrodzonego, coś, co kojarzy się ze szczerością, choć nie wie właściwie dlaczego. Siedząc w domu przy fortepianie, był pewien, że istnieje jakiś uczciwszy sposób opanowania tego adagio niż ćwiczenie każdego taktu tak długo, aż załamywała się jego harmonia i stawał się on grzechoczącą skrzynką szaleństwa, ale nie udało mu się dojść do tego, na czym ten sposób miałby polegać. [108]

Takie pierwsze wyprawy na zakupy można odczuwać jako swego rodzaju prostytucję. Jego potrzeby są takie prywatne, takie przestylizowane przez wyobraźnię, a sklepy są tak konkretne i rzeczowe — dopiero po jakimś czasie Leo się rozgrzewa i przystosowuje swoje pragnienia do tego, co rzeczywiście jest w sprzedaży. [221]

Taki właśnie jest jej język. Jeśli Wam się podoba, sięgajcie po Wariacje śmiało, nie powinniście się zawieść. Jeśli natomiast przy lekturze któregoś z kolei cytatu zaczyna nawiedzać Was wrażenie, że niepokojąco zbliżacie się do grafomanii, odpuśćcie sobie raczej tę lekturę.

Mnie dopadło ono między innymi przy tym ostatnim fragmencie: zabrzmiał dobrze, ale po głębszym zastanowieniu okazał się być całkowicie bez sensu. Oczywiście możliwe, że to tłumaczka się rąbnęła i Leo miał na myśli korzystanie z usług dam negocjowalnego afektu, a nie prostytucję samą w sobie (wtedy jakiś sens się pojawia), ale nadal pozostaje wrażenie, że porównanie zostało sztucznie dobrane tak, by szokować i budzić emocje. Nie lubię tego, bo pachnie tanią manipulacją uczuciami czytelnika.

Zaskakująco, w kontekście całego tego skupiania się na języku powieści, jedyny jej fragment, który uwiódł mnie całkowicie to krótki rozdział, w którym Howard i Claudia wybierają się na weekend za miasto. Rozdział w formie dramatu, czy może nawet dialogu, bez żadnych didaskaliów. Był świetny i mam wrażenie, że ten totalny brak narracji mówił o bohaterach dużo więcej niż kilkanaście stron ich przemyśleń i analiz. Znowu docieram więc do wniosku, że jak dla mnie Cusk pisze zbyt dokładnie i szczegółowo, nie zostawiając pola do własnej interpretacji.

Ostatnie zażalenie wnoszę nie tyle może do fabuły, co raczej do przesłania, jakie mi się z Wariacji na temat rodziny Bradshaw wyłoniło. Otóż przy całym swoim obrazoburczym podejściu do macierzyństwa i bycia kobietą, Rachel Cusk napisała książkę z której bije głęboka akceptacja dla tradycyjnego myślenia i podziału ról w rodzinie. Owszem, mamy tu zamianę obowiązków, próby poszukiwania siebie, ale ostatecznie i tak wszystko zmierza do jednego końca i nikomu nie wydaje się to przeszkadzać. Oczywiście można argumentować, że to książka o zwykłych ludziach, a zwykli ludzie tak właśnie się zachowują, ale nie wyczułam tutaj ani trochę niechęci czy buntu wobec takiego stanu rzeczy. Możliwe, że po prostu nie wczytałam się wystarczająco głęboko, ale z pewnością dla mnie nie jest to powieść feministyczna.

To po prostu smutna książka o niesympatycznych ludziach.

Ale może warto po nią sięgnąć, choćby na próbę. Jest inna i obcowanie z nią było interesującym doświadczeniem, a to może wystarczyć za zalety. A jeśli nie wystarczy, to przeczytajcie co w niej znalazły Marpil i Tamaryszek i może dajcie się im przekonać.

Moja ocena: 5,5/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , | Komentarzy: 8 »

Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku, czyli „Cyganka” Juliana Tuwima

Posted by Ysabell w dniu 20 Listopad 2011

Tytuł: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy
Autor: Julian Tuwim
Wybrał i opracował: Tadeusz Januszewski
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2011 (c)
Ilość stron: 158

Uwielbiam Tuwima jako poetę, ale tak samo mocno uwielbiam go jako humorystę. Jego dowcip trafia idealnie w moje poczucie humoru. W oparach absurdu Tuwima i Słonimskiego, to jedna z moich ulubionych lektur na chandrę, a skeczami Tuwima (Noc poślubna, Chytry naród, W sądzie, Na poczcie) zachwycam się niezmiennie od lat. Nic więc dziwnego, że Cyganka, która jest wyborem spośród Tuwimowskich tekstów (humorystycznych) prozą, okazała się być doskonałym antidotum na otaczający mnie ostatnio coraz bardziej listopad.

To, że przy okazji jednym z aforyzmów (patrz: tytuł notki) autor idealnie oddał mój nastrój, uznaję za znak, że książka trafiła idealnie w swój czas.

I tu w zasadzie mogłabym już się skupić na przytaczaniu kolejnych cudnych cytatów, ale powstrzymam się jeszcze na chwilkę, bo może ktoś chciałby wiedzieć co można w Cygance znaleźć. Odpowiedź “wszystko” byłaby dużą przesadą (a poza tym nic nie daje), ale rzeczywiście jest tu całkiem niezła reprezentacja tuwimowych tekstów. Redaktor podzielił je na trzy części: “Proza”, “Aforyzmy własne, zasłyszane i tłumaczone” i “Skecze i monologi”. Spora część została już wcześniej opublikowana (albo nagrana), ale są też kawałki wcześniej niedrukowane, ale największą zaletą zbioru jest po prostu to, że wszystkie teksty mamy w jednym miejscu i do tego opatrzone przypisami. Pan Januszewski odwalił kawał roboty z opracowywaniem przypisów (brawa zwłaszcza za Ślusarza) dzięki czemu czytanie jest przyjemniejsze. Zwłaszcza, że Tuwim zwrotami obcymi szafował chętnie.

Co prawda, gdybym to ja była jej redaktorką, wybór tekstów i przypisy byłyby trochę inne (i pewnie każdy rąbnięty miłośnik Tuwima miałby na ten temat inne zdanie), ale nie sposób traktować tego jak wadę. Wadą może być natomiast to, że książeczka jest naprawdę króciutka i zanim się na dobre zacznie, już się kończy. Do tego cena nie zachęca (34 złote za 160 stron to dużo nawet mimo świetnego wydania). Teksty są bardzo różne, więc pewnie nie wszystkie przypadną do gustu każdemu, ale więcej negatywów tej książeczki naprawdę nie wymyślę.

Cyganka zapełnia lukę, którą nie do końca wypełniała dotąd część prozatorska Jarmarku rymów i szalenie poprawia humor w ponure listopadowe dnie. A na zachętę, oczywiście, cytaty (w nawiasach kwadratowych numery stron):

Oczywiście każdy z nas posiada śród znajomych ludzi miłych, bliskich, rozumnych, z którymi chętnie pogada godzinkę, nawet pół godziny, nie tylko pogada, ale i pomilczy z nimi, siedząc przy stole; każe bodaj wytoczyć kilka szklanic herbaty, poda nieodzowne ptifury lub jabłka (tępe nożyki owocowe!). Powtarzam: owszem. Taki gość w dom — to radość, bez przesady. I szczęście — z przesadą. [25]

Nie, proszę pani, stanowczo nie. Freud nie był fabrykantem samochodów. Co zaś dotyczy książki, o którą pani zapytuje, to tytuł jej brzmi: Nad dalekim cichym fiordem, ewentualnie Nad dalekim cichym Fordem. Tak samo mylne jest przypuszczenie pani, że twórca filmu Miłość Chopina jest psychoanalitykiem z miasta Detroit. O ile nam wiadomo, żadnego “sennika dla automobilistów” nie napisał. [67]

Taki pan siada do biurka i całymi miesiącami pisze powieść. Nie rozumiem. Czy nie lepiej wejść do księgarni i kupić sobie za parę złotych coś gotowego? [76]

Sumienie jest to ten cichy głosik, który szepce, że ktoś patrzy. [83]

Lipiec jest miesiącem, kiedy w tramwaju nie można otworzyć okna, którego w grudniu nie można zamknąć. [83]

Gdybym nie był tak lekkomyślny i nie wydał w ciągu ubiegłych paru lat takiej masy pieniędzy na książki, ale odłożył wszystko i miał w PKO, ach! ile książek mógłbym dziś kupić. [84]

Język rumuński — piękny, dźwięczny, ciekawy… Ale trochę przypomina łacinę w interpretacji Wiecha. [102]

Kolejność rzeczy: 1) sentyment, 2) temperament, 3) moment, 4) lament, 5) aliment. [102]

Moja ocena: 7,5/10

PS. Jest też wśród aforyzmów rozdział Z notesu, gdzie poza myślami zabawnymi są również piękne, mądre, a czasami piękne i mądre. Zaznaczyłam sobie tam m. in.:

Żeby “zacisnąć pasa”, trzeba najpierw mieć spodnie. [99]

Niemożliwy i piękny jak szklana lokomotywa. [94]

Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza. [95]

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

Wiosenny skrót z (trzech) lektur

Posted by Ysabell w dniu 26 Maj 2011

Trochę ostatnio przystopowałam nie tyle może z czytaniem, co z doczytywaniem książek do końca. Mam napoczęte chyba z dziesięć i sięgałam to po jedną, to inną i żadna do końca mi nie odpowiada. Trwało to trochę i nawet skłoniło mnie do sformułowania pewnej teorii mającej związek z czytaniem i toaletą (w sensie pomieszczenie, nie w sensie strój), ale o tym może kiedy indziej. Póki co mój wolny czas zajmuje obmyślanie przygody do erpega, oglądanie ponownie od początku serialu NCIS i szukanie książki idealnej na teraz. Może nawet znalazłam, ale nie będę zapeszać…

Póki co sięgnijmy do archiwum. Czytałam tej wiosny kilka książek, o których z różnych powodów nie stworzę osobnych wpisów, a przykro byłoby nie wspomnieć o nich wcale. Dlatego dzisiaj w zbiorczym wpisie trzy książki, a każda z zupełnie innej bajki. Do żadnej nie zamierzam zachęcać bezkrytycznie, żadna nie jest lekturą obowiązkową, ale każda powinna znaleźć swoich zwolenników.

1. “Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”

Tytuł: Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 300

Jak sama nazwa wskazuje publikacja mająca ambicje bycia przewodnikiem po zjawisku i (jak również wskazuje nazwa) przedstawiająca to zjawisko w pewnej konkretnej perspektywie. Kilka wywiadów i trochę tekstów krytycznych o bardzo różnym poziomie, niektóre bardzo dobre, a inne żenująco wręcz słabe. Z całą pewnością nie jest to kompletne opracowanie tematu seriali, co więcej nie jest to w zasadzie w ogóle opracowanie tematu, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą artykułów poruszających temat poszczególnych seriali lub (dużo rzadziej) obejmujących trochę więcej niż jeden tytuł.

Nie lubię pisać o takich zbiorach, bo trudno oceniać całą publikację przy takiej ilości i różnicach w jakości poszczególnych tekstów. Jak na coś, co chce się nazywać “przewodnikiem” panuje w środku totalny chaos (czy ktoś mógłby mi powiedzieć jaka logika stała za umieszczeniem konkretnych artykułów w tych, a nie innych rozdziałach?), a książka nawet nie stara się podejść do tematu całościowo. Jak na “Krytykę Polityczną” jest w Serialach wyjątkowo niedużo bełkotu o Żiżku i Lacanie (co uważam za zaletę). Kolejną zaletą niech będzie to, że przeczytać można nie tylko o serialach amerykańskich (jest też trochę o brytyjskich i polskich) i nie tylko o najnowszych.

Podsumowując: nie polecam, chyba, ze ktoś jest pasjonatem seriali, albo ma przed sobą podróż pociągiem (tramwajem, autobusem, samolotem…) i nic do czytania.

Moja ocena: 4/10

2. Maria Ukniewska “Strachy”

Tytuł: Strachy
Autor: Maria Ukniewska
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1973
Ilość stron: 382

Strachy to moja podróż sentymentalna, bo pierwszy raz przeczytałam je już dawno temu (po obejrzeniu serialu, który swoją drogą bardzo polecam) i wtedy spodobały mi się ogromnie. Z powrotami do dawnych książek bywa różnie, ale Ukniewska i tym razem nie zawiodła. Strachy to historia girlsy, która marzy o tym, żeby zostać solistką. Wszystko dzieje się między wojnami w Warszawie i na prowincji, a książka w pewnej części oparta jest na doświadczeniach autorki.

Pierwsze wydanie Strachów (w 1938) wzbudziło sporo kontrowersji i chociaż dzisiaj książka nie szokuje (choć może i szokuje, temat aborcji na przykład jest chyba dzisiaj bardziej kontrowersyjny niż przed wojną…), to jednak nadal jest to kawałek bardzo dobrej prozy obyczajowej, z tym dodatkowym walorem, że nie całkiem wymyślonej, bo po części autobiograficznej.

Problemem przy czytaniu może być natomiast styl Ukniewskiej. Styl mocno emocjonalny, rozedrgany i na pewno nie przeznaczony dla miłośników klarownych wywodów logicznych. Mnie on momentami nużył, a czasem irytował wynikający z niego chaos. Jednak pomimo tego znowu dałam się wciągnąć międzywojennemu klimatowi i mogę z czystym sumieniem polecać Strachy wszystkim, czyniąc jednak kilka drobnych zastrzeżeń:

Jeśli nie przeszkadza Ci lekko chaotyczny styl opowiadania i mocno emocjonalna narracja, jeśli nie potrzebujesz w fabule wstrząsającego śledztwa i pościgów, a wystarczy Ci zwykłe (choć czasem równie krwawe, biedne i paskudne) życie, i jeżeli lubisz historie osadzone przed drugą wojną — zdecydowanie powinnaś przeczytać.

Moja ocena: 6,5/10

PS. Zakończenie prawdopodobnie może zabić współczesną feministkę, więc przed nim też ostrzegam.

3. Katarzyna Kwiatkowska “Zbrodnia w błękicie”

Tytuł: Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 380

Bardzo przyjemny (debiutancki) kryminał w starym stylu. I w tym wypadku pisząc w starym stylu mam na myśli raczej Agathę Christie pospołu z Arthurem Conan Doylem, a nie Raymonda Chandlera. Z Christie mamy odcięty od świata (przez śnieżycę) dwór, zbiorowisko osób, które tylko na pierwszy rzut oka nie mają motywu do zabójstwa i ostateczną konfrontację w bibliotece, z Conan Doyle’a pasję pomocnika detektywa do szukania materialnych śladów i nieco sensacyjne zakończenie. Pani Kwiatkowska dodała do tego miksu historyczne realia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (naprawdę bardzo zgrabnie w fabule wykorzystane) i swojego interesującego (choć nieco zbyt doskonałego, jak na klasycznego detektywa) śledczego.

Jan Morawski nie gra na skrzypcach, nie jest narkomanem, nie jest zadufanym w sobie Belgiem-perfekcjonistą, nie hoduje storczyków, nie ma agorafobii, a przez to mimo niewątpliwej zalety nie wzbudzania irytacji posiada też pewną wadę niewybaczalną wielkim detektywom: niezbyt zapada w pamięć. Może to pokłosie współczesnych detektywistycznych seriali z detektywami idealnymi, ale jakby nie było, mam nadzieję, że Morawski (gdyby przyszło mu dalej prowadzić śledztwa) ujawni jeszcze przed czytelnikami jakieś słabostki.

Sama fabuła skonstruowana jest bardzo poprawnie, wedle wszelkich reguł kryminału staroświeckiego, ślady nieistotne na początku stają się istotne w połowie śledztwa, a te nie wiodące nigdzie w połowie, przynoszą rozwiązanie na koniec. Pewien szczegół wynikający z mojej znajomości tego schematu sprawił, że domyśliłam się winnego niemal na samym początku, jednak zupełnie nie przeszkadzało mi to cieszyć się książką, zwłaszcza, że autorka ładnie myliła tropy.

Może nie jest to kryminał dla wielbicieli sensacji i thrillerów, ale za to zwolennicy prozy Agathy Christie powinni być zadowoleni z lektury. Polecam ją również wszystkim tym dla których Hakata i Wielkie Księstwo Poznańskie to tylko nudne urywki z lekcji historii. Myślę, że Zbrodnia w błękicie pomoże im spojrzeć na historię nieco przychylniejszym okiem.

Moja ocena: 7,5/10

Opublikowany w Niebeletrystyka, Proza | Otagowane: , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 15 »

David Gilmour “Klub filmowy”

Posted by Ysabell w dniu 20 Maj 2011

Tytuł: Klub filmowy
Autor: David Gilmour
Tytuł oryginału: The Film Club
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Emilia Skowrońska
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2011
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Bliżej siebie
Ilość stron: 220

Do lektury tej książki skusiły mnie dwie rzeczy:  z jednej strony kilka pozytywnych opinii, które o Klubie filmowym przeczytałam i usłyszałam, z drugiej tematyka. Bardzo mało znam książek poruszających temat relacji ojciec-syn, a ta właśnie miała ją opisywać. I właściwie nie mogę się do niczego przyczepić, bo dostałam dokładnie to, co zapowiadano na okładce, ale książka Gilmaoura mi się nie spodobała.

Klub filmowy to wspomnienia ojca o tym, jak “wychowywał” syna przy pomocy wyłącznie trzech filmów na tydzień. Poza tym dzieciak (nie taki już dzieciak, późny nastolatek, z tego co pamiętam — bo nie mam książki przed sobą — miał 15 lat) mógł robić co zechce poza braniem narkotyków.  Jesse nie musiał chodzić do szkoły, nie musiał pracować, nie musiał nic, tylko obejrzeć z ojcem trzy filmy tygodniowo.

Koncepcja ciekawa więc miałam nadzieję, że i książka będzie interesująca. Spodziewałam się, że będę mogła przeczytać o tym jak kształtowały się i zmieniały stosunki między ojcem i synem, o tym jakie problemy miał ten drugi i jak obaj próbowali je rozwiązać. Miałam nadzieję również na trochę informacji o tym jakie (i dlaczego) filmy oglądali, a przede wszystkim na dużo rozmów o tych filmach.

Co dostałam? Masę informacji o wątpliwościach autora, czy dobrze robi, drugie tyle o jego (jego, nie jego syna!) problemach z tego okresu, opis relacji ojciec-syn na poziomie mniej niż podstawowym, a do tego rzeczywiście troszkę informacji o tym dlaczego Gilmour wybrał taki a nie inny film (zazwyczaj niestety ograniczających się do “bo nie chciałem go zanudzić” , “bo to kultowy film mojej młodości” albo w najlepszym wypadku “bo jest tam taka kultowa scena”), do tego troszkę rozmów o filmach na poziomie synowskiego “I co ty w tym widzisz?” albo “Zarąbisty film”, a na deser głęboką ojcowską dumę, że oto jego zbuntowany nastoletni syn po trzech latach tej “terapii” wie o kinie tyle co on.

Przyznaję, że moja niechęć wobec książki może w dużej mierze wypływać z tego, że nie polubiłam autora, a co za tym idzie narratora. I to nawet nie dlatego, że zdecydował się na zastosowanie takiej hm… innowacyjnej metody wychowawczej. Nie, metoda sama w sobie wydawała mi się ciekawa, choć kontrowersyjna. Przeszkadzało mi raczej podejście opisywane jako “nie jestem kumplem swojego syna, jestem jego ojcem”. Podejście teoretycznie niegłupie, ale skutkujące tym, że kiedy dorastający syn przychodzi do ojca porozmawiać o seksie (a ja myślę sobie: wow! jaki sukces wychowawczy, sam przyszedł z problemem do ojca!), kochający tatuś nadaje komunikat w stylu “No o tym, to my rozmawiać nie będziemy, nie jestem twoim kumplem”. I to bez wcześniejszego wysłuchania o co chodzi, bez żadnego zorientowania się czy Jesse nie ma przypadkiem problemu…

Ja się naprawdę nie dziwię, że będąc posiadaczem takiej więzi z nastolatkiem szanowny rodzic boi się, że utraci z nim kontakt, jeśli będzie dalej naciskał na to, żeby chłopak chodził dalej do szkoły. Bo o ile na początku książki ojciec i syn nie mają ze sobą niemal nic wspólnego, o tyle na koniec mają wspólne przynajmniej filmy…

Miałam jeszcze przez chwilę nadzieję, że może Klub filmowy uratuje się opisem sytuacji rodzinnej, bo Gilmour był w tamtym czasie rozwiedziony i mieszkał z kolejną partnerką, ale nic z tego. Była żona co prawda pojawia się co jakiś czas, ale głównie po to, żeby bać się o przyszłość syna (poniekąd słusznie) bez konstruktywnych wniosków, za to nowa partnerka praktycznie w opowieści nie istnieje. Stąd może trochę moje wrażenie totalnej sztuczności tekstu, bo jak można nie napisać niemal słowa o osobie, która przez całe te trzy lata mieszkała z obojgiem bohaterów? Dopiero pod koniec wyłania się z niebytu i (ku zaskoczeniu narratora) nawiązuje z Jessem kontakt lepszy niż jego ojciec. I, mówiąc szczerze, mam wrażenie, że partnerka David mogłaby o tych trzech latach powiedzieć dużo więcej i ciekawiej niż zrobił to sam Gilmour.

Owszem, podobały mi się niektóre kawałki o filmach, ale na odbiorze całej książki zaważyła jednak osoba narratora, który wydał mi się po lekturze raczej kandydatem do bycia wychowywanym i nauczenia odpowiedzialności niż do wychowywania i uczenia tej odpowiedzialności kogokolwiek innego.

Wiem, ze książka jest ogólnie chwalona i wychodzę na paskudną malkontentkę albo pedagogiczny beton, ale naprawdę nie czepiam się konkretnego pomysłu wychowawczego, ani nawet jego rezultatów (różnie bywa). Czepiam się tego, że David Gilmour tak usilnie unikając relacji “nie jestem twoim kumplem” wylądował nie w relacji “jestem twoim ojcem” tylko “jestem twoim krytykiem filmowym” i był z tego dumny. Ja bym nie była.

Mimo wszystko książka dostaje ode mnie plusik za pokazanie relacji ojciec-syn, drugi za niektóre ciekawe wstawki o filmach i trzeci za to, że jest zwyczajnie dobrze napisana. A czy polecam? Nie. Ale nie sugerujcie się moją opinią za bardzo, bo większości recenzentów Klub filmowy się podobał. Ja wracam do szukania dobrej książki o ojcu i synu. Ma ktoś jakieś typy?

Moja ocena: 4/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 7 »

C. J. Sansom “Komisarz”

Posted by Ysabell w dniu 11 Maj 2011

Tytuł: Komisarz
Autor: C. J. Sansom
Tytuł oryginału: Dissolution
Język oryginału: angielski
Tłumaczka: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Cykl: Matthew Shardlake, tom I
Ilość stron: 479

Przeczytałam w maju dwie książki, które ogromnie mi się podobały. Przy obu świetnie spędziłam czas i obie serdecznie polecam. Ale o ile Pokój z widokiem smakowałam i czytałam najwolniej jak się da, byle się szybko nie skończył (niecałe 250 stron zajęło mi tydzień i wciąż żal mi było rozstawać się z książką), to dwa razy grubszego Komisarza pochłonęłam w dwa dni, nie mogąc się oderwać i czytając go w każdym możliwym miejscu.

Komisarz to naprawdę świetna książka. Jest rok 1537, Matthew Shardlake jest komisarzem w służbie wikariusza generalnego Thomasa Cromwella. Reformacja w Anglii posuwa się do przodu dużymi krokami, Cromwell stara się likwidować zakony, a dokładniej: doprowadzić do ich samorozwiązania się. W jednym z klasztorów ginie wysłany przez wikariusza w celu negocjacji komisarz królewski, a nasz dzielny bohater musi odkryć kto go zabił. No i, oczywiście, okaże się, że to nie koniec kłopotów.

Mimo sporych różnic, trudno mi było nie porównywać Komisarza do cyklu książek Ellis Petters o braciszku Cadfaelu. W obu mamy do czynienia z angielskim klasztorem, w obu obserwujemy codzienne życie benedyktyńskich mnichów, w obu na terenie klasztoru prowadzone jest śledztwo. Ku mojemu zdziwieniu, (bo książki Petters ogromnie lubię) Sanso wyszedł z tych porównań obronną ręką. Stworzył własnego pełnokrwistego bohatera, którego możemy dobrze poznać i polubić, a który na dodatek zmienia się na naszych oczach. Dał mu do zbadania zagadkę na pierwszy rzut oka niemal nie do rozwiązania i mocno skomplikowaną, ale udało mu się nie popaść w absurd przy jej wymyślaniu. Na dodatek książka jest piekielnie wciągająca i bardzo dobrze napisana (brawa dla tłumaczki, swoją drogą).

Moje skojarzenia z Cadfaelem kazały mi jednak (zwłaszcza w pierwszej części, w której komisarz poznaje życie klasztoru) szukać podobieństw i różnic w tych dwóch, oddalonych od siebie o trzy wieki, opactwach benedyktyńskich. i w świetle tych zmian nietrudno było mi zrozumieć skąd u reformatorów taki pęd do rozwiązywania klasztorów. Choć nie znaczy to, że Sansom staje w powieści po stronie Cromwella i jego reform. Bo chociaż Shardlake jest idealistą i gorliwym zwolennikiem reformacji, to on i jego wiara zostaną w trakcie śledztwa wystawione na ciężką próbę.

W ogóle podobało mi się ogromnie w jaki sposób autor pokazywał tę “wielką” politykę. Nie jestem fanką epoki Tudorów, a Henryk VIII budzi we mnie jedynie lekkie obrzydzenie, bez nuty fascynacji swoimi czasami, ale Komisarza czytało mi się wyśmienicie. Choć w powieści Cromwell pojawia się osobiście (i to nie raz), to tak naprawdę nie jest to książka o robieniu polityki, ale bardziej o jej wpływie na zwyczajnych ludzi. Matrymonialne pomysły króla nie wiążą się tutaj z dramatem jego małżonek (oddalanych lub skazywanych na śmierć) ani dworzan (dworskie kliki i stronnictwa), ale ważą na życiu mieszczan, rzemieślników, chłopów, służących, mnichów i generalnie ludzi, których los jest mi jakoś bliższy niż los księżniczek.

Matthew Shardlake, mimo tego, że nawet na okładce nazywany jest “średniowiecznym prawnikiem i detektywem”, jest tak naprawdę kwintesencją renesansu. Prosty chłopak, syn rolnika, który mimo swojego kalectwa (Matthew jest garbusem) dotarł niemal na sam szczyt władzy i jako wysłannik wikariusza generalnego (Cromwell zresztą też był chłopakiem z ludu) może wydawać polecenia opatowi czy miejscowemu sędziemu. Matthew maluje, biorąc pod uwagę zasady perspektywy, ceni dysputy filozoficzne i religijne, a co więcej uważa, że kobietom został dany taki sam umysł jak mężczyznom (co może jest jednym z niewielu jego średniowiecznych rysów, patrz: Kobiety w czasach katedr). Idealistycznie wierzy w słuszność reformacji, ale jednocześnie dostrzega piękno klasztornego kościoła. Z niesmakiem odwraca wzrok od figur świętych i relikwii, ale widzi ich moc i znaczenie dla ludzi. Jest kapitalnym bohaterem. Całe szczęście, bo cała narracja w Komisarzu jest pierwszoosobowa, prowadzona właśnie przez niego. Dzięki temu zabiegowi czytelnik może obserwować nie tylko jego próby odkrycia prawdy, ale też ewolucję jego poglądów, a ciężko mi powiedzieć co jest ciekawsze.

Nie mogę też nie wspomnieć o interesujących postaciach drugoplanowych, z których najbardziej przypadł mi do gustu brat Guy z Malton, szpitalnik i opiekun ogrodu ziołowego (jakie to szczęście, że zielarz jest sympatyczny, po Cadfaelu mogłabym nie znieść innego podejścia). Mam szczerą nadzieję, że mimo tego, co stało się w tym tomie komisarz Shardlake jeszcze go spotka. Równie ciekawy (choć może mniej sympatyczny) wydał mi się brat Gabriel, zakrystianin i kantor, a nawet, zupełnie niesympatyczny, przeor Mortimus.

Wydawnictwo też godne jest wielu pochwał, bo to i tłumaczenie nie zepsuło powieści, i korekta się popisała nie przepuszczając błędów, i skład bardzo elegancki, ale największą moją radość wzbudziła zamieszczona na początku mapka klasztoru i spis ważnych osób. Kryminały z mapką maja u mnie z wejścia łatwiej. W ogóle lubię wydawnictwo Albatros (Andrzej Kuryłowicz) i frustruje mnie to, że nie posiadają strony internetowej i nie mogę ani kupić nic bezpośrednio od nich, ani poznać ich planów wydawniczych.

Ale, wracając do naszych baranów, jednym mi tutaj podpadli: tłumaczeniem tytułu. Wiecie jak Komisarz nazywa się w oryginale? Dissolution… No ja się pytam, jak kogo dobrego, co komu szkodziło użyć tytułu “Rozwiązanie”? Odnosiłoby się i do rozwiązywania klasztorów, i do rozwiązywania małżeństwa (Henryk VIII, przypominam), i do rozwiązania zagadki, a na upartego patrząc nawet do tego, że akcja powieści zaczyna się niedługo po tym, kiedy królowa (Jane Seymour) zmarła w połogu (czyli w trakcie rozwiązania)… No co komu szkodziło? Ja wiem, że “dissolution” to bardziej rozkład czy rozpad, ale chyba bliżej mu do rozwiązania niż komisarza?

Tłumaczenia nazw kolejnych tomów są równie urocze: Dark Fire = Alchemik, Sovereign = Rebelia, Revelation = Przepowiednia (no, powiedzmy, niech im będzie), a Heartstone = Inwazja. Nie żebym się czepiała…

Ale tytuł naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, kiedy treść jest rzeczywiście dobra. A w Komisarzu była. Z góry cieszę się, że przede mną jeszcze co najmniej cztery tomy tego cyklu (a mam nadzieję, że autor na tym nie poprzestanie), a przed Matthew Shardlake’iem trzy kolejne żony Henryka VIII, Edward VI i jego Rada Regencyjna, “Dziewięciodniowa Królowa” lady Jane Gray, Krwawa Maria Tudor i Królowa-Dziewica Elżbieta I. A na moje oko, Shardlake ma szansę dożyć Elżbiety. Oczywiście, jeśli nie będzie się wychylał, bo czasy czekają go ciężkie.

Jeżeli zatem chcecie przeczytać dobry kryminał, dobrą powieść historyczną albo oba na raz, a do tego poznać bardzo ciekawego bohatera, koniecznie sięgnijcie po Komisarza. A jeśli chcecie dowiedzieć się w jaki sposób przepadała ostatnia kopia O komedii Arystotelesa, to (choć nie powiem złego słowa o Umberto Eco)… też sięgnijcie po Komisarza i zobaczcie w jak cudny sposób potrafi do czytelnika puścić oko.

Moja ocena: 8,5/10

PS. Za zachęcenie do lektury Komisrza dziękuję dabarai. A za spełnianie czytelniczych marzeń antykwariatowi Komiks i Ukochanemu Mężowi.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , | Komentarzy: 14 »

Hanka Lemańska “Chichot losu”

Posted by Ysabell w dniu 7 Maj 2011

Tytuł: Chichot losu
Autor: Hanka Lemańska
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 268

Wyczytałam tę książkę Ciotce. Jako rodzinny dostarczyciel literatury miałam za zadanie tylko ją kupić i oddać nowej właścicielce, ale jak tu się powstrzymać, kiedy książka jeszcze ciepła wzdycha smutnie okładkami… No i wyczytałam.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: Joanna, niezależna, robiąca karierę i goniąca za sukcesem zgadza się popilnować dzieci koleżanki. Koleżanka ginie, a nasza bohaterka zostaje sama z informacją, że dzieci nie mają nikogo bliskiego, kto by je przygarnął i swoim sumieniem. Po przeczytaniu tego streszczenia na pewno już wiecie jak się to wszystko skończy. I macie rację, bo historia w niczym nie zaskakuje. Kiedy pojawił się aktualny amant wiedziałam jakie przeszkody spotkają ten związek i jakie będzie rozwiązanie tego wątku. Po pierwszym wspomnieniu o amancie przyszłym wiedziałam doskonale, że to właśnie ten.Historia z lodami? Przewidziany. Wątek Agaty? Jak najbardziej… I to naprawdę nie dlatego, że jestem wyjątkowo genialna, tylko wszystko to jest proste jak drut i schematyczne.

Całe szczęście, że są to schematy z epoki jeszcze przedkalicińskiej (Chichot losu i Dom nad rozlewiskiem wyszły w tym samym roku) — Joanna nie wyjeżdża na prowincję ułożyć sobie tam od nowa życia z nową rodziną i nowymi problemami. Zamiast tego bierze los we własne ręce i próbuje sobie radzić. Na szczęście znajdą się tacy, co jej pomogą. Wspominałam już, że pojawiają się w powieści niezbędne w prozie tego typu “psiapsiółki”? Nie? No to wspominam. Czy naprawdę każda kobieta w Warszawie ma grono trzech czy czterech koleżanek, z którymi co tydzień spotyka się na wino i ploty…?

Ale z całego tego marudzenia mogłoby wynikać, że mi się nie podobało, podczas kiedy wcale tak nie jest. Chichot losu napisany jest z humorem, lekko i sprawnie. Czyta się go z przyjemnością, zwłaszcza, że w większości opowiada o ludziach sympatycznych. Przez całą lekturę towarzyszyły mi dwa skojarzenia. Z jednej strony stare książki Szwai (lubię) — bo i humor, i w roli głównej kobieta z charakterem, i drobniutki wątek sensacyjny, i te przyjaciółki nieszczęsne, i równie schematyczny scenariusz. Z drugiej za to strony po głowie chodził mi Brulion Bebe B. Musierowiczowej (też lubię i to bardzo) i inne jej książki — bo i sytuacja wyjściowa podobna (młoda kobieta opiekuje się dwójką cudzych dzieci dłużej niż zamierzała), i dzieciaki podobne (młodszy chłopczyk i starsza dziewczyna), i kilka rozwiązań fabularnych (problemy w “upragnionym” związku Anieli i Joanny), a do tego Ci pozytywni bohaterowie…

Nie wątpię, że serial nakręcony na podstawie tej książki może być ciekawy, bo sama powieść sprawia w wielu miejscach wrażenie szkicu — niektóre sytuacje są tylko wspomniane, ważne rozmowy dzieją się na boku, a przytaczane są tylko ich rezultaty, sporo wątków zostało ledwo zarysowanych. Na pewno sprawny scenarzysta na tej kanwie jest w stanie stworzyć naprawdę przyzwoity serial, za to przy czytaniu miałam czasem wrażenie, że autorce strasznie spieszyło się, żeby książkę skończyć i niektóre ważne dla fabuły elementy potraktowała trochę po macoszemu.

Ale nie ma co marudzić: książkę czytało mi się miło i szybko, była dość wciągająca, żeby wyciągać ją z torebki w tramwaju na trzy przystanki (na stojąco), więc oceniam ją zdecydowanie pozytywnie. Jeśli nie będziecie miały wygórowanych wymagań, powinna się spodobać.

Polecam nawet tym, którzy na widok kolejnego Rozlewiska otrząsają się ze wstrętem.

Moja ocena: 6,5/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Przemek Jurek “Kochanowo i okolice”

Posted by Ysabell w dniu 12 Kwiecień 2011

Tytuł: Kochanowo i okolice
Autor: Przemek Jurek
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Grasshopper
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Męski punkt widzenia
Ilość stron: 415

Nie pamiętam już u kogo przeczytałam o Kochanowie… po raz pierwszy, ale jestem stuprocentowo pewna, że wiem o tej powieści z któregoś z blogów książkowych. Przeczytałam recenzję (pozytywną), zapisałam sobie tytuł w kajeciku i o sprawie zapomniałam, przypominając sobie tylko przy czytaniu kolejnych (znowu pozytywnych) recenzji, że mam toto na liście. I pewnie tak by już zostało, gdyby nie nasz (mój i mojego Ulubionego Męża[1]) deficyt kulturalny. Postanowiliśmy mianowicie wybrać się do teatru. Ale nie w celu przeżycia artystycznego katharsis, tylko dla rozrywki. W ten sposób odpadła nam zdecydowana większość przedstawień i teatrów łódzkich, aż na końcu pozostał Teatr (nomen omen) Powszechny ze swoją misją popularyzowania komedii[2]. W oczy rzucił nam się znany tytuł i w ten sposób poszliśmy na Kochanowo i okolice w wersji scenicznej, która spodobała nam się ogromnie (więcej na końcu). Jako, że mimo tego nie popędziłam od razu do księgarni po powieść Przemka Jurka, los postanowił zadziałać i umieścił Kochanowo… w moim ulubionym antykwariacie. Taką właśnie zawikłaną drogą, przy wydatnej pomocy wspomnianego losu, przywędrowała do mnie ta książka. I podbiła moje serce.

Bo Kochanowo i okolice to świetna powieść rozrywkowa.

Historia opowiada o grupce chłopaków po trzydziestce, którzy zrezygnowali już z marzeń, ale ciągle lubią sobie razem pograć (tylko dla rozrywki), a tu nagle wyciąga po nich ręce mała (bo na szczeblu gminnym) polityka. Do tego wspomnienia z dzieciństwa i młodości, dzięki którym możemy bohaterów lepiej poznać. Na pierwszy rzut oka nic nowego: ile już razy czytałam o nieumiejących się odnaleźć facetach przed czterdziestką, którzy wspominają dzieciństwo?  Ale Kochanowo… to powiew świeżości. Niemal wszystko jest w nim wyjątkowe. No bo tak:

  • Bohaterowie są sympatyczni — w zasadzie wszyscy (nawet Makar) dają się lubić. Niesamowita nowość, bo do tej pory rzadko kiedy udawało mi się polubić bohaterów nowej polskiej prozy.
  • Bohaterowie mają normalne (mniej lub bardziej) życie rodzinne i zawodowe — może nie robią tego, o czym marzyli od dziecka, ale mają z czego żyć. Przez powieść przewijają się dzieci, żony, partnerki, a nawet rodzice i rodzinne obiady. I to nie jako nieszczęście czy utrapienie. Odświeżające. Nawet Makar ma pracę…
  • Bohaterowie znają inne sposoby odreagowania niż picie na umór/ćpanie do nieprzytomności (może poza Makarem)/przypadkowy seks — i nie twierdzę, że są abstynentami i na widok piwa przechodzą na drugą stronę ulicy. Owszem, potrafią się upić, zdarza im się też zapalić trawkę. Ale z drugiej strony ten który prowadzi nie pije i nie czuje, że z tego powodu nastąpi koniec świata.
  • Bohaterowie lubią się wzajemnie — nie kopią pod sobą dołków, nie podkładają świni, nie konkurują. Zwyczajnie się przyjaźnią. Co więcej lubią też własne rodziny. I w ogóle wszystko jest raczej normalne, a nie patologiczne. Oczywiście poza Makarem, ale bez niego byłoby nudno…

A oprócz bohaterów? Oprócz nich najważniejsza jest muzyka. Muzyka marki metal. Nie byłam nigdy młodym metalowcem (ani nawet punkiem jak Makar), ale miałam znajomych. Stąd nawet udało mi się zrozumieć sporą część dowcipów typowo “branżowych”, w których pojawiają się nazwy poszczególnych metalowych nurtów i kapel.

Ale Kochanowo… to nie tyle powieść o jakimś konkretnym gatunku muzycznym, ale o wpływie, jaki muzyka może mieć na ludzi, na dorastanie i dojrzewanie. O tym jak zmienia się muzyczny gust, jak ulubiony kawałek może stać się przyczyną zerwania najgłębszej nawet przyjaźni. O tym jak można wspominać mijające lata pod kątem muzyki właśnie. Nie trzeba wiedzieć co to takiego “trash metal” czy “nu metal” żeby zrozumieć jakim szokiem (i radością) było dla narratora stoisko z pirackimi kasetami na rynku w 1990 roku.

Niezależnie zaś od mojej sympatii do bohaterów i do tematyki, książka przepełniona jest humorem i nostalgią. Nostalgią za dawnymi czasami, kiedy wcale nie wszystko było lepsze, ale za to wszyscy byli(śmy) młodsi. No i śmiechem zarówno z “teraz” jak i z “wtedy”. Ale śmiechem ciepłym i sympatycznym, a nie szyderczym.

Humor i ciepło — to wrażenie zostawiła we mnie lektura Kochanowa i okolic i spotkanie z chłopcami z zespołu Eksterminator (“brutal death metal band from Kochanowo, gmina Kłodzko”). A na deser króciutki cytat:

…a że mijaliśmy z Koczisem posesję Jaromira po drodze ze szkoły, zawsze zachodziliśmy do niego, żeby najeść się jabłek z jego ogrodu i pogadać o poważnych sprawach. Trochę o Panu Samochodziku, trochę o “Kajku i Kokoszu” i komiksach Baranowskiego, ciut o samochodach, ciut o dziewczynach, ale przede wszystkim o muzyce.
Muzyka była najważniejsza. [str. 98]

Polecam wszystkim. Nie tylko tym z rocznika ’75, nie tylko starym metalowcom. Wszystkim, którzy mają ochotę na sympatyczną i niegłupią powieść rozrywkową.

Moja ocena: 8/10

***

Spektakl w łódzkim Teatrze Powszechnym (a mam nadzieję, ze będą go jeszcze grali i to często) polecam również i to nawet tym, którzy książkę przeczytali. Tekst tej komedii to autorska interpretacja powieści i bardzo wiele Przemek Jurek w fabule pozmieniał, żeby pasowało na scenę. Pasuje całkiem zgrabnie.

Z tym, że przedstawienie polecam zdecydowanie tylko tym, którzy nie mają uczulenia na cięższą muzykę. Bo jednak co innego o metalu czytać, a co innego słuchać kapeli metalowej. A mato i swoje zalety (nigdy nie pomyślałabym, że metal ma taki potencjał humorystyczny), jak i wady (co starsi widzowie nie byli raczej zachwyceni słyszanymi dźwiękami).

My mamy zamiar iść jeszcze raz i wyciągnąć ze sobą znajomych.

***

No, mam nadzieję, że po dłuższej przerwie niniejszym powracam do nieregularnego blogowania. Ale lepiej nieregularnie niż wcale, prawda?

***

[1] Pytają mnie czasem ilu mam mężów, że zaznaczam, że ten jest ulubiony. Cóż — po co szukać kolejnych, kiedy na ulubionego trafiło się już za pierwszym razem…?

[2] Polskie Centrum Komedii, którego celem jest “stworzenie możliwości rozwoju współczesnej polskiej komedii w jak najszerszym jej spektrum oraz wypracowanie nowoczesnego języka gatunku” [źródło] i chociaż brzmi to trochę jak marketingowy bełkot, to efekty są naprawdę świetne: między innymi trzecia już edycja konkursu na komedię i wystawianie laureatów poprzednich edycji (jak na przykład “Kochanowo…”). Naprawdę kawał dobrej roboty.

Opublikowany w Dramat, Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Małgorzata Gutowska-Adamczyk “Mariola, moje krople…”

Posted by Ysabell w dniu 15 Luty 2011

Tytuł: Mariola, moje krople…
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 302

W czasie czytania tej książki miałam właściwie tylko jedną refleksję (Mąż świadkiem): to nie jest zabawne. I chociaż wiem, że naprawdę wielu osobom Mariola przypadła do gustu i czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji, to nic na to nie poradzę.

To nie było zabawne.

Oczywiście powinnam raczej napisać, że mnie to nie bawi (oczywistość), że to odczucie subiektywne (kolejna oczywistość), że może nie miałam na książkę nastroju (może i tak, byłam bardzo obolała i trochę zmęczona kolejnymi problemami, które na nas spadają), że może miałam za duże oczekiwania (może i tak, bo oczekiwałam dobrze napisanej lekkiej i zabawnej książki, która oderwie mnie na moment od problemów) i takie tam inne truizmy, ale odczucia pozostają odczuciami. To po prostu nie było zabawne.

Trafiłam na Mariolę znienacka w antykwariacie za mniej niż połowę ceny okładkowej  i byłam naprawdę bardzo zadowolona. Miałam nadzieję na przełamanie odrobinę zastoju w czytaniu (po bardzo dobrym styczniu przyszedł luty, w którym czytam trzy książki na raz i do żadnej mnie jakoś specjalnie nie ciągnie), na trochę dobrej rozrywki i oderwanie od przyziemnych zmartwień. Wiedziałam już, że rzecz dzieje się w prowincjonalnym teatrze, a recenzje wieszczyły humor w typie Barei, lekką zabawną książeczkę, która powinna poprawić humor.

Książkowe realia przypominały mi nieco Lesia, Wszyscy jesteśmy podejrzani, czy może najbardziej Dzikie białko Joanny Chmielewskiej. Również w Marioli mamy do czynienia ze swego rodzaju zakładem pracy, w którym ludzie stosunkowo mało zajmują się samą pracą, a dużo czasu poświęcają na inne sprawy. Tak samo jak w Dzikim białku, w Mariola, moje krople… dużą rolę odgrywają realia PRLu, akcja napędzana jest często i gęsto słabościami ustroju.

Może właśnie te porównania sprawiły, że książka Gutowskiej-Adamczyk zupełnie mnie nie rozbawiła? Bo o ile u Chmielewskiej mieliśmy do czynienia z ludźmi sympatycznymi, trochę zwariowanymi i często irytującymi, ale generalnie dość pozytywnymi: przyzwoitymi, starającymi się utrzymać rodzinę i wykonać swoją robotę najlepiej jak potrafią, tak  w Marioli w prowincjonalnym teatrze na Dolnym Śląsku pracują niemal wyłącznie osoby nieprzyjemne. Większość bohaterów w pracy najchętniej zajmuje się piciem, w drugiej kolejności zaś gżeniem po kątach, graniem w karty, zastanawianiem się jak wygryźć zwierzchnika i zająć jego miejsce, siedzeniem w bufecie, walką z ustrojem i jedzeniem. O pracy nie myśli w zasadzie nikt poza może krawcem Czesiem i przybyłym ze stolicy młodym i idealistycznym reżyserem. Owszem, wszyscy aktorzy chcą zrobić oszałamiającą karierę, grać główne role i mieć dobrą prasę, ale żeby ktoś miał ochotę popracować? W życiu.

Jak łatwo zauważyć bohaterów nie polubiłam. Banda nierobów z Teatru Miejskiego nie jest zresztą opisana tak, żeby ich lubić. Dość powiedzieć, że pod koniec tej trzystustronnicowej powieści ledwo rozpoznawałam większość pracowników teatru. Przedstawienie postaci czy opisy są w książce dosyć ograniczone, główny nacisk zaś położony jest na dialogi, które w założeniu miały chyba być zabawne. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że mnie nie rozbawiły.

W ogóle w Marioli z komizmem jest problem. Chyba jeszcze w podstawówce (czy nie przy okazji omawiania Fredry?) uczyli mnie, że komizm bywa trojakiego rodzaju: słowny, sytuacyjny i związany z postacią. W książce Gutowskiej-Adamczyk ten pierwszy w zasadzie nie występuje.

Co do postaci, można by się spierać, jednak dla mnie jedyną prawdziwie zabawną postacią (trzecioplanową, a do tego straszliwie zmarnowaną przez autorkę) jest towarzysz Biedakowski, dyrektor wydziału kultury, który musi wykazać się znajomością współczesnej dramaturgii (choć przecież, kiedy był dyrektorem  wydziału gospodarki rolnej i wydziału środowiska nikt nie wymagał od niego znajomości hodowli tuczników ani składu chemicznego nawozów). Pozostałe postaci są raczej schematyczne i same w sobie niezbyt śmieszne: mamy dyrektora (marzącego o spokoju i wysokiej emeryturze), jego sekretarkę (która chciałaby zostać dyrektorem), mamy aktorkę (która dostaje główne role, bo jest dyrektorską żoną), mamy głównego aktora (który dla odmiany jest zapatrzonym w siebie afektowanym homoseksualistą), mamy bufetową (byłą aktorkę i byłą żonę dyrektora), mamy przybyłego z Warszawy reżysera (idealistę, który gubi się w lokalnych układach) itp., itd. Wszyscy sztampowi do bólu, a na dodatek przedstawieni w ten sposób, że czytając miałam wrażenie obcowania z ludźmi-wydmuszkami — przedstawicielami konkretnych typów, a nie “żywymi” postaciami.

No i na koniec humor sytuacyjny. Tak, na nim właśnie zbudowana jest Mariola, moje krople…, non stop ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, w jednych drzwiach znika szef Solidarności, w drugich pojawiają się ubecy, pod łóżkiem leży dyrektor, w szafie pierwszy sekretarz, dodatkowo wszędzie walają się przekładane z miejsca na miejsce powielacze. Tempo akcji jak w Żandarmie z Saint-Tropez. I na tym chyba polega problem tej książki: nie jest w zasadzie powieścią, tylko opisem komedii (gdzieś chyba zresztą czytałam, że rzeczywiście powstała na podstawie niewykorzystanego scenariusza).

Szczególnie rozczarował mnie język powieści. Po dwóch tomach Cukierni pod Amorem przyzwyczajona byłam do tego, że Gutowska-Adamczyk pisze naprawdę dobrze, na to tez się nastawiłam. W Marioli autorka nie miała co prawda zbyt dużego pola do popisów, zważywszy na przeważająca w książce ilość dialogów, ale mimo tego język mnie zawiódł. Książka jest, owszem, napisana sprawnie i poprawnie ale nie ma w niej ani szczypty językowej finezji tak silnie obecnych w Zajezierskich i Cieślakach.

Sądzę, że gdyby Mariola, moje krople… była filmem, najlepiej filmem z dobrą obsadą doświadczoną w graniu fars i komedii, wzbudziłaby moje niekontrolowane wybuchy śmiechu. Zabawne sytuacje (w książce opisane tak szczątkowo, tak nieplastycznym i nieśmiesznym językiem, że nie były w stanie mnie rozbawić) stałyby się nagle prześmieszne, postaci-wydmuszki wzbogacone osobowością i interpretacją aktorów nabrałyby głębi, charakteru i komizmu, a tempo galopujących po sobie zdarzeń byłoby dodatkowym atutem. Chętnie obejrzałabym taki film, najchętniej z Jerzym Stuhrem w roli dyrektora Zbytka.

A książka? Cóż, można przeczytać, ale po co? Spragnionym dobrej rozrywki polecam zamiast tego którąś z pierwszych książek Chmielewskiej albo komedię Barei. Nie czytając Marioli nic nie stracicie. Nie jest zabawna.

Moja ocena: 2,5/10

PS. W kwestii blurba z czwartej strony okładki. Gdzie tam oni prowokują wprowadzenie stanu wojennego? Na tyle skomplikowana to ta fabułka nie jest. Wielka polityka jest zupełnie w tle, nawet nie mamy w książce prawie żadnych (poza jedną rozmową) do niej odniesień. Stan wojenny pojawia się znikąd i całkiem bez sensu kończy powieść, chociaż przecież najciekawsze mogłoby się dopiero zacząć. Ale cóż — pewnie ze stanu wojennego śmiać się już nie wypada, więc książka sie skończyła. Bo innych powodów zakończenia w tym akurat momencie nae zauważyłam.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , , | Komentarzy: 8 »

Kazuo Ishiguro “Okruchy dnia”

Posted by Ysabell w dniu 20 Styczeń 2011

Tytuł: Okruchy dnia
Autor: Kazuo Ishiguro
Tytuł oryginalny: The Remains of the Day
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Jan Rybicki
Wydawnictwo: Albatros — Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 301

To powinna być strasznie nudna książka. Serio. No bo tak: wyobrażacie sobie bohatera nudniejszego niż nienaganny angielski kamerdyner? I to przedwojenny. To ta postać, która w teatrze wchodzi na jedną kwestię, brzmiącą zazwyczaj “Obiad podano, sir”. Albo wyobraźcie sobie powieść, która jest dziennikiem przeplatanym wspomnieniami i ogromną dawką filozoficznego zastanawiania się, co to znaczy być “wielkim” w swojej pracy i jak można zdefiniować “godność”, którą charakteryzują się najznamienitsi przedstawiciele zawodu. A teraz zmiksujcie to razem, dodajcie sztywny i mocno formalny język i pomyślcie…

To powinna być strasznie nudna książka.

Ale nie jest, przynajmniej dla mnie. Okruchy dnia to nie książka, którą czytałoby się jednym tchem czy w jeden wieczór. Czytałam ją prawie tydzień, podczytując po kilka stron, co chwilę odkładając i sięgając po nią ponownie. Nie byłam w nastroju, żeby przeczytać ją od deski do deski, ale z drugiej strony nie mogłam wytrzymać, żeby nie sprawdzić co będzie dalej. To lektura wymagająca odrobiny skupienia i wysiłku, ale dająca w zamian bardzo wiele. Książka napisana tak pięknym i sugestywnym językiem (brawa dla tłumacza!) i w taki sposób, że ja — wiecznie garbiąca się i przyjmująca  podczas czytania najrozmaitsze kabłąkowate pozycje — odruchowo prostowałam plecy i siadałam prosto.

Mówi się czasem, że prawdziwi kamerdynerzy istnieją tylko w Anglii. W innych krajach są tylko służący, niezależnie od przyznawanego im tytułu. Skłonny jestem zgodzić się z tą opinią. Ludzie z kontynentu nie potrafią być kamerdynerami, ponieważ są jako rasa niezdolni do takiego okiełznania uczuć, jakie wyćwiczył w sobie naród angielski. Ludzie z kontynentu — oraz, zgodzą się Państwo, w znacznej mierze wszystkie ludy celtyckie — zazwyczaj nie panują nad sobą w chwilach silnego wzruszenia, a więc nie potrafią we wszelkich okolicznościach zachować postawy ściśle zawodowej (…). Jednym słowem “godność” jest im obca. My, Anglicy, mamy w tym względzie przewagę nad cudzoziemcami i dlatego właśnie, gdy myśli się o wielkim kamerdynerze, jest on już z definicji Anglikiem. [1]

Mamy lato 1956 roku. Pan Stevens, kamerdyner w Darlington Hall, służący niegdyś lordowi Darlingtonowi, a dziś panu Farradayowi (notabene Amerykaninowi), postanawia swój urlop spędzić poza posiadłością. Co jest o tyle dziwne, że nigdy jeszcze (a nigdy datuje się co najmniej od lat dwudziestych) tego nie robił. Odbędzie w ten sposób dwie, a może nawet trzy podróże, a każdą ciekawszą od poprzedniej. Po pierwsze, pojedzie do Kornwalii, gdzie mieszka dawna gospodyni Darlington Hall, aby dowiedzieć się, czy nie miałaby ona ochoty wrócić na służbę. Po drugie, wybierze się w przeszłość, snując wspomnienia cofnie się aż do roku 1922, kiedy to panna Kenton zaczęła pracować w rezydencji. Na koniec wreszcie odbędzie podróż wgłąb siebie, spróbuje zdefiniować rzeczy, które zawsze go gnębiły i może nawet coś odkryje.

Można rozpatrywać Okruchy dnia jako powieść o powołaniu, o poświęceniu pracy, o przybieraniu życiowych ról, o podejmowaniu decyzji i ich konsekwencjach, winie i odpowiedzialności, czy wreszcie o tym jak zdefiniować udane życie. Można też patrzeć na nią jako na obraz części polityki angielskiej lat 20. i 30 XX wieku, obraz zresztą bardzo ciekawy, bo w częściach poświęconych przeszłości Darlington Hall pięknie pokazany jest proces kształtowania stosunków między Wielką Brytanią a Niemcami po Wielkiej Wojnie. Można też czytać tę książkę jako opowieść o uczuciu i obowiązku, a jest to swoją drogą jedna z piękniejszych opowieści o miłości, jakie czytałam. Można wreszcie zanurzyć się w język Ishiguro (czy raczej Stevensa) i trochę poobcować z kulturą i elegancją językową, o którą w dzisiejszym cudownym świecie naprawdę niełatwo. Wszystko to na zaledwie 300 stronach.

Mało przed lekturą pamiętałam z filmu poza ogólnymi zarysami fabuły i genialnymi rolami Anthony’ego Hopkinsa i Emmy Thompson. I chociaż obawiałam się, że postaci z książki będą miały dla mnie ich rysy i że będzie mi to przeszkadzać, to na szczęście nie miałam do końca racji. Co prawda “moja” panna Kenton wyglądała jak Emma Thompson, a “mój” Stevens miał postawę i ruchy Anthony’ego Hopkinsa (co zabawne, nie miał w mojej wyobraźni jego twarzy), ale zupełnie nie miałam z tego powodu problemów z lekturą. Wizja filmowa pięknie wkomponowała mi się w książkową i teraz z radością powtórzę sobie film, żeby przeprowadzić operację odwrotną. Jeśli zastanawiacie się czy warto przeczytać książkę, skoro oglądaliście film, szczerze radzę spróbować. Powieść Ishiguro operuje tak pięknym językiem, że naprawdę warto się z nią zapoznać.

Proszę mi wybaczyć, jeśli to dla Pana bolesne wspomnienie, lecz nigdy nie zapomnę chwili, gdy razem staliśmy w oknie i patrzyliśmy, jak Pana ojciec chodzi tam i z powrotem przed altaną, patrząc w ziemię, jakby chciał znaleźć tam jakiś cenny, zgubiony klejnot. [2]

Tę scenę pamiętałam z filmu, może dzięki widzianemu po wielekroć plakatowi z oknem wbiła mi się bardziej w pamięć. W przytoczonym wyżej cytacie pisze o niej (w swoim liście do pana Stevensa) panna Kenton.

Jeśli po przeczytaniu tego wszystkiego macie jeszcze wątpliwości czy polecam Okruchy dnia, to znaczy, że ten tekst zupełnie mi nie wyszedł. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, a zwłaszcza języka Kazuo Ishiguro i szczególnego klimatu, jaki potrafił przedstawić w swojej powieści. Chciałabym sięgnąć po jakąś inną jego książkę, polecacie coś?

I jeszcze na koniec jeden cytat dla bibliofilów. Co pan Stevens sądzi o romansach:

To stwierdziwszy, przyznam jednak — bo i nie ma się czego wstydzić — że czasami powieści te stanowiły dla mnie źródło rozrywki. Być może wówczas nie przyznawałem się do tego przed sobą, lecz jak już powiedziałem, czy jest czego się wstydzić? Czemuż to nie miałbym bawić się lekką lekturą o paniach i panach zakochujących się w sobie i wyznających uczucia, często w niezwykle eleganckiej formie? [3]

Czyż staroświecki, sztywny i nieco w końcu zakłamany kamerdyner Stevens nie jest tu bardziej szczery niż wielu ze współczesnych “ambitnych” czytelników…?

Moja ocena: 9,5/10

PS. Duże brawa dla wydawnictwa za redakcję, korektę i skład. Świetna robota.

[1] Kazuo Ishiguro “Okruchy dnia”, Albatros — Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2008, s. 55;

[2] Tamże, s. 61;

[3] Tamże, s. 206-207.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , , | Komentarzy: 12 »

Agatha Christie “Tajemnica gwiazdkowego puddingu”

Posted by Ysabell w dniu 10 Styczeń 2011

Tytuł: Tajemnica gwiazdkowego puddingu
Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: The Adventure of the Christmas Pudding
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Krystyna Bockenheim
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 260

Kiedy myślę o książkach Agathy Christie kojarzących się z Gwiazdką, na myśl przychodzi mi przede wszystkim Boże Narodzenie Herkulesa Poirot (znane też jako Morderstwo w Boże Narodzenie). A niesłusznie, ponieważ najbardziej świątecznym jej dziełem, utworem w którym czuje się atmosferę porządnych staroświeckich angielskich świąt, jest opowiadanie Tajemnica gwiazdkowego puddingu. Ten krótki (niecałe 60 stron) tekst użyczył swojej nazwy całemu zbiorkowi opowiadań Christie. Sześć opowiadań, jedno z panną Marple, pięć z Poirotem tworzą razem jeden z lepszych (jeżeli nie najlepszy) zbiorów Agathy Christie. Jeśli ktoś ma ochotę poznać Herkulesa Poirot, a obawia się tracić czas na powieść, Tajemnica gwiazdkowego puddingu będzie doskonałym wyborem.

Lubię opowiadania. W przeciwieństwie do wielu osób, których opinie czytuję w Internecie, nie mam zamiaru pisać, że “co prawda nie lubię opowiadań, ale…”. Przeciwnie — w wielu wypadkach wolę opowiadania niż powieści. Ogromnie cenię u pisarzy zwięzłość, precyzję i umiejętność zmieszczenia się z fabułą w tej krótkiej formie. I takie właśnie są te teksty. Z czytanych ostatnio Sekretnych zapisków Agaty Christie wyczytałam, ze z czasem autorka coraz mniej pisała krótkich tekstów, skupiając się na powieściach (często opartych na tym samym pomyśle, co wcześniejsze opowiadania). Wielka szkoda, bo teksty takie jak w Tajemnicy gwiazdkowego puddingu są lepsze od wielu jej powieści.

W większości opowiadań spotkamy Herkulesa Poirot. Czy jest ktoś, kto nigdy o tym detektywie nie słyszał? Pewnie tak, ale mam nadzieję, że nie jest takich osób zbyt wiele. Mały Belg o nienagannym wyglądzie, głowie w kształcie jajka i niesamowicie zadbanych wąsach wielu czytelników denerwuje swoim zadufaniem i, co tu dużo mówić, bucowatością. Mnie ostatnio wnerwia jakoś mniej niż kiedyś. Może to dlatego, że kiedy czytam kryminał po raz piąty powoli zaczynam być równie mądra co Poirot? Widać i moje “małe szare komórki” stają się coraz mądrzejsze.

Wracając jednak do Tajemnicy gwiazdkowego puddingu. Opowiadania naprawdę bardzo mi się podobały. W porównaniu z Dwunastoma pracami Herkulesa, które czytałam trochę wcześniej są wręcz genialne. Oczywiście, mamy tu do czynienia z porządnym staroświeckim kryminałem, w którym detektyw przepytuje podejrzanych, ogląda miejsce zbrodni, a przede wszystkim siedzi i myśli. Nie uświadczymy tu wstawek sensacyjnych, pościgów, strzelanin czy mrocznych skandynawskich detektywów. Wszystko jest eleganckie i bardzo angielskie, na czele z nienagannym lokajem Poirota — Georgem (George to chyba mój ulubiony bohater cyklu o Poirocie) i sekretarką — panną Lemon.

Jeśli tylko nie odstrasza Was ta spokojna angielskość, sięgnijcie po opowiadania, w których Poirot zmierzy się ze złodziejem rubinu radży (Tajemnica gwiazdkowego puddingu), mordercą antypatycznego bogacza (Popychadło), śmiałym mordercą, który popełnił niemal zbrodnię doskonałą (Zagadka hiszpańskiej skrzyni), a także dwoma dziwnymi przypadkami: najprawdopodobniej wypadkiem (Dwadzieścia cztery kosy) i samobójstwem (Sen). Na koniec zaś panna Marple odkryje przed Wami tajniki kolejnej paskudnej zbrodni (Szaleństwo Greenshawa).

W króciutkiej przedmowie autorka pisze, że Zagadka hiszpańskiej skrzyni to ulubiona sprawa Poirota, natomiast panna Marple jest niezwykle zadowolona ze swojej przenikliwości w sprawie Szaleństwa Greenshawa. Sama Agatha Christie największą sympatią darzyła opowiadanie tytułowe:

Moją słabostką jest “Tajemnica gwiazdkowego puddingu”, ponieważ przywołuje na pamięć bardzo przyjemne święta mojej młodości…

To naprawdę sympatyczne opowiadania. Sięgnijcie po nie jeśli będziecie mieli okazję.

Moja ocena: 7,5/10

PS. Książka zrecenzowana na wyzwanie czytelnicze Znalezione pod choinką.

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 4 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers