Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Archiwum kategorii ‘Dramat’

Przemek Jurek “Kochanowo i okolice”

Posted by Ysabell w dniu 12 Kwiecień 2011

Tytuł: Kochanowo i okolice
Autor: Przemek Jurek
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: Grasshopper
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Seria wydawnicza: Męski punkt widzenia
Ilość stron: 415

Nie pamiętam już u kogo przeczytałam o Kochanowie… po raz pierwszy, ale jestem stuprocentowo pewna, że wiem o tej powieści z któregoś z blogów książkowych. Przeczytałam recenzję (pozytywną), zapisałam sobie tytuł w kajeciku i o sprawie zapomniałam, przypominając sobie tylko przy czytaniu kolejnych (znowu pozytywnych) recenzji, że mam toto na liście. I pewnie tak by już zostało, gdyby nie nasz (mój i mojego Ulubionego Męża[1]) deficyt kulturalny. Postanowiliśmy mianowicie wybrać się do teatru. Ale nie w celu przeżycia artystycznego katharsis, tylko dla rozrywki. W ten sposób odpadła nam zdecydowana większość przedstawień i teatrów łódzkich, aż na końcu pozostał Teatr (nomen omen) Powszechny ze swoją misją popularyzowania komedii[2]. W oczy rzucił nam się znany tytuł i w ten sposób poszliśmy na Kochanowo i okolice w wersji scenicznej, która spodobała nam się ogromnie (więcej na końcu). Jako, że mimo tego nie popędziłam od razu do księgarni po powieść Przemka Jurka, los postanowił zadziałać i umieścił Kochanowo… w moim ulubionym antykwariacie. Taką właśnie zawikłaną drogą, przy wydatnej pomocy wspomnianego losu, przywędrowała do mnie ta książka. I podbiła moje serce.

Bo Kochanowo i okolice to świetna powieść rozrywkowa.

Historia opowiada o grupce chłopaków po trzydziestce, którzy zrezygnowali już z marzeń, ale ciągle lubią sobie razem pograć (tylko dla rozrywki), a tu nagle wyciąga po nich ręce mała (bo na szczeblu gminnym) polityka. Do tego wspomnienia z dzieciństwa i młodości, dzięki którym możemy bohaterów lepiej poznać. Na pierwszy rzut oka nic nowego: ile już razy czytałam o nieumiejących się odnaleźć facetach przed czterdziestką, którzy wspominają dzieciństwo?  Ale Kochanowo… to powiew świeżości. Niemal wszystko jest w nim wyjątkowe. No bo tak:

  • Bohaterowie są sympatyczni — w zasadzie wszyscy (nawet Makar) dają się lubić. Niesamowita nowość, bo do tej pory rzadko kiedy udawało mi się polubić bohaterów nowej polskiej prozy.
  • Bohaterowie mają normalne (mniej lub bardziej) życie rodzinne i zawodowe — może nie robią tego, o czym marzyli od dziecka, ale mają z czego żyć. Przez powieść przewijają się dzieci, żony, partnerki, a nawet rodzice i rodzinne obiady. I to nie jako nieszczęście czy utrapienie. Odświeżające. Nawet Makar ma pracę…
  • Bohaterowie znają inne sposoby odreagowania niż picie na umór/ćpanie do nieprzytomności (może poza Makarem)/przypadkowy seks — i nie twierdzę, że są abstynentami i na widok piwa przechodzą na drugą stronę ulicy. Owszem, potrafią się upić, zdarza im się też zapalić trawkę. Ale z drugiej strony ten który prowadzi nie pije i nie czuje, że z tego powodu nastąpi koniec świata.
  • Bohaterowie lubią się wzajemnie — nie kopią pod sobą dołków, nie podkładają świni, nie konkurują. Zwyczajnie się przyjaźnią. Co więcej lubią też własne rodziny. I w ogóle wszystko jest raczej normalne, a nie patologiczne. Oczywiście poza Makarem, ale bez niego byłoby nudno…

A oprócz bohaterów? Oprócz nich najważniejsza jest muzyka. Muzyka marki metal. Nie byłam nigdy młodym metalowcem (ani nawet punkiem jak Makar), ale miałam znajomych. Stąd nawet udało mi się zrozumieć sporą część dowcipów typowo “branżowych”, w których pojawiają się nazwy poszczególnych metalowych nurtów i kapel.

Ale Kochanowo… to nie tyle powieść o jakimś konkretnym gatunku muzycznym, ale o wpływie, jaki muzyka może mieć na ludzi, na dorastanie i dojrzewanie. O tym jak zmienia się muzyczny gust, jak ulubiony kawałek może stać się przyczyną zerwania najgłębszej nawet przyjaźni. O tym jak można wspominać mijające lata pod kątem muzyki właśnie. Nie trzeba wiedzieć co to takiego “trash metal” czy “nu metal” żeby zrozumieć jakim szokiem (i radością) było dla narratora stoisko z pirackimi kasetami na rynku w 1990 roku.

Niezależnie zaś od mojej sympatii do bohaterów i do tematyki, książka przepełniona jest humorem i nostalgią. Nostalgią za dawnymi czasami, kiedy wcale nie wszystko było lepsze, ale za to wszyscy byli(śmy) młodsi. No i śmiechem zarówno z “teraz” jak i z “wtedy”. Ale śmiechem ciepłym i sympatycznym, a nie szyderczym.

Humor i ciepło — to wrażenie zostawiła we mnie lektura Kochanowa i okolic i spotkanie z chłopcami z zespołu Eksterminator (“brutal death metal band from Kochanowo, gmina Kłodzko”). A na deser króciutki cytat:

…a że mijaliśmy z Koczisem posesję Jaromira po drodze ze szkoły, zawsze zachodziliśmy do niego, żeby najeść się jabłek z jego ogrodu i pogadać o poważnych sprawach. Trochę o Panu Samochodziku, trochę o “Kajku i Kokoszu” i komiksach Baranowskiego, ciut o samochodach, ciut o dziewczynach, ale przede wszystkim o muzyce.
Muzyka była najważniejsza. [str. 98]

Polecam wszystkim. Nie tylko tym z rocznika ’75, nie tylko starym metalowcom. Wszystkim, którzy mają ochotę na sympatyczną i niegłupią powieść rozrywkową.

Moja ocena: 8/10

***

Spektakl w łódzkim Teatrze Powszechnym (a mam nadzieję, ze będą go jeszcze grali i to często) polecam również i to nawet tym, którzy książkę przeczytali. Tekst tej komedii to autorska interpretacja powieści i bardzo wiele Przemek Jurek w fabule pozmieniał, żeby pasowało na scenę. Pasuje całkiem zgrabnie.

Z tym, że przedstawienie polecam zdecydowanie tylko tym, którzy nie mają uczulenia na cięższą muzykę. Bo jednak co innego o metalu czytać, a co innego słuchać kapeli metalowej. A mato i swoje zalety (nigdy nie pomyślałabym, że metal ma taki potencjał humorystyczny), jak i wady (co starsi widzowie nie byli raczej zachwyceni słyszanymi dźwiękami).

My mamy zamiar iść jeszcze raz i wyciągnąć ze sobą znajomych.

***

No, mam nadzieję, że po dłuższej przerwie niniejszym powracam do nieregularnego blogowania. Ale lepiej nieregularnie niż wcale, prawda?

***

[1] Pytają mnie czasem ilu mam mężów, że zaznaczam, że ten jest ulubiony. Cóż — po co szukać kolejnych, kiedy na ulubionego trafiło się już za pierwszym razem…?

[2] Polskie Centrum Komedii, którego celem jest “stworzenie możliwości rozwoju współczesnej polskiej komedii w jak najszerszym jej spektrum oraz wypracowanie nowoczesnego języka gatunku” [źródło] i chociaż brzmi to trochę jak marketingowy bełkot, to efekty są naprawdę świetne: między innymi trzecia już edycja konkursu na komedię i wystawianie laureatów poprzednich edycji (jak na przykład “Kochanowo…”). Naprawdę kawał dobrej roboty.

Opublikowany w Dramat, Proza | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 6 »

Wydawajcie dramaturgów! (Międzynarodowy Dzień Teatru 2010)

Posted by Ysabell w dniu 31 Marzec 2010

Na swoim blogu powszednim z okazji tegorocznego Międzynarodowego Dnia Teatru wymieniłam 5 spektakli teatralnych, które chciałabym zobaczyć ponownie. Ponieważ skupiłam się na spektaklach Teatru Telewizji, to jest szansa, że będę miała taką okazję (zwłaszcza, że część tych spektakli była nadawana już w okresie popularności video, więc nie trzeba liczyć na TVP…). Dzisiaj chcę się natomiast skupić na innych marzeniach, które mają (niestety) małą szansę spełnienia.

Chciałabym  poczytać sobie dramaty. Bardzo to lubię. Swego czasu, kiedy chorowałam na teatr (a było to gdzieś koło roku 2000), czytałam ich mnóstwo. W domu mieliśmy całkiem sporo antologii i zbiorów utworów dramatycznych, a do tego kupowałam Dialog i miałam mnóstwo radości.  Pamiętam, że czytałam Durrenmatta, Strindberga, Havla, Ibsena, Mrożka, Zapolską, Czechowa i oczywiście Fredrę, Szekspira i Moliera. Czytałam antologie dramatu polskiego, amerykańskiego, rosyjskiego, niemieckiego (znaczy się NRD, oczywiście) i chyba węgierskiego.

Nie piszę tego, żeby się pochwalić jaką mam mądrą rodzinę, że miała takie książki, ani nawet po to, żeby się pochwalić, jaka to ja jestem mądra, że je czytałam. Chodzi mi o to, że skoro czytałam takie rzeczy, to znaczy, że one realnie istniały — wydawali je. Dzisiaj w księgarniach raczej posucha. Można sobie kupić lektury szkolne: na pewno znajdzie się Hamlet, Makbet i Romeo i Julia, będą tragedie Sofoklesa (najpewniej Król Edyp i Antygona), powinien się znaleźć jakiś Molier (stawiam na Skąpca i Świętoszka) no i Zemsta Fredry (czasem trafią się i Śluby panieńskie). Do tego Niemcy, Moralność pni Dulskiej, Odprawa posłów greckich i pewno jakiś Kordian, Dziady czy inna Balladyna. Ale żeby coś więcej? Może w lepszej księgarni trafi się Różewicz, Mrożek, Witkacy albo coś Czechowa. I tyle.

Myślałam nawet, że może przesadzam i nie umiem szukać, albo po prostu chodzę do księgarni, które zrezygnowały z rozprowadzania dramatów. Zajrzałam więc na Merlina, żeby zobaczyć ile można dostać dramatów w najbardziej znanym polskim internetowym sklepie z książkami. Kategoria dramat: 149 tytułów, dramat polski: 61 tytułów (w tym trzy wydania Pana Tadeusza i Chłopi), dramat obcy: 75 tytułów (w tym na przykład Odyseja). Biorąc pod uwagę, że zdecydowana większość wydań lektur szkolnych nie zakwalifikowała się do kategorii dramat, to możnaby spokojnie tę liczbę powiększyć, ale po co, skoro w znakomitej części są to kolejne wydania Hamleta i Zemsty z opracowaniem lub bez…?

Oj, nie lubimy w Polsce wydawać dramatów. Nawet Fredro ostatnie wydanie dzieł zebranych miał w latach 50. i 60. (Pisma wszystkie). Niby powinniśmy byś z niego dumni i wydawać go tak, jak Anglicy Szekspira a Francuzi Moliera, ale nic z tego… A skoro nie lubimy wydawać nawet “naszych” dramatopisarzy, to co dopiero mówić o obcych…

Mimo to z okazji MDT zaproponuję listę pięciu dramatopisarzy (w większości obcych właśnie), których sztuki chętnie bym przeczytała po polsku. Wiem, wiem — gruszki na wierzbie. Ale pomarzyć można, prawda?

1. sir Tom Stoppard

Znany głównie jako reżyser filmu Rosenkranz i Guildenstern nie żyją, nakręconego na podstawie własnego dramatu zresztą. I film, i dramat bardzo zresztą lubię. Uwielbiam przy czytaniu (nie tylko dramatów) zastanawiać się jakie były losy postaci trzecio- i czwartoplanowych, co się z nimi działo kiedy nie występują w książce, a Stoppard pokazał mi jak on widzi wydarzenia za kulisami Hamleta. A poza tym, po tej sztuce rzucanie monetą nigdy już nie było takie samo…

Jednak bardziej niż Rosenkrantza i Guildensterna kocham inną jego sztukę: Arkadię. Teatr Telewizji był kiedyś łaskaw przenieść tę sztukę  na ekran z Teatru Wybrzeże w Gdańsku i dzięki mu za to, bo sztuka jest naprawdę przednia. Akcja dzieje się w dwóch równoległych planach: na początku XIX i w końcówce XX wieku w angielskim dworze Sidley Park. We współczesności badacze starają się zgłębić przeszłość: dowiedzieć kim był tajemniczy pustelnik żyjący niegdyś na terenie posiadłości i odkryć nieznany dotąd fragment życiorysu lorda Byrona. W przeszłości lord Byron odwiedza dwór Sidley, gdzie młodą (i genialną) Thomasinę uczy guwerner Septimus Hodge, przyjaciel Byrona. Piękna sztuka, jeśli kiedyś będziecie mieli szansę, obejrzyjcie ją.

Sam Tom Stoppard, Brytyjczyk z wychowania, a Czech z pochodzenia (może dlatego tak kocham jego poczucie humoru?) jest w krajach anglojęzycznych uznawany za jednego z najgenialniejszych współczesnych dramaturgów. Pisze również scenariusze filmów (jest współautorem scenariuszów do Brazil i Zakochanego Szekspira), jest laureatem Oskara i czterech nagród Tony. Jest autorem wielu dramatów spośród których znam jeszcze tylko Panią Hapgood, którą niedawno (2000) wystawił Teatr Telewizji. A chciałabym poznać więcej jego sztuk, bo już lista jego dokonań teatralnych na Wikipedii wygląda imponująco i bardzo ciekawie. Wiecie, że adaptował Tango Mrożka na brytyjską scenę? Albo, że napisał sztukę telewizyjną o Polsce u progu stanu wojennego? Alb, że stworzył piętnastominutową wersję Hamleta? Naprawdę warto byłoby go wydać.

2. sir Alan Ayckbourn

Znów Anglik, tym razem autor głównie fars (przynajmniej z nich go znam) pełnych typowego brytyjskiego humoru. Ja pamiętam jego  świetne Świąteczne życzenia, Wesołych świąt i Od czasu do czasu, a bardzo chętnie poznałabym więcej. Zwłaszcza, że według Wikipedii Ayckbourn jest autorem 72 sztuk.

Ale dlaczego go czytać, a nie oglądać? Bardzo chętnie bym oglądała, ale mam przykre wrażenie, że polscy aktorzy jakoś niespecjalnie czują sztuki Ayckbourna. Wesołych świąt i Od czasu do czasu widziałam w naprawdę doskonałej obsadzie (Zawadzka, Fronczewski, Ślesińska, Dymna, Jan Kociniak w tym pierwszym i Janda, Jungowska, Jan Machulski, Jan Englert i Malajkat w tym drugim), ale jakoś nie wszytko iskrzyło. Niby dialogi były zabawne i dobrze zagrane, ale gdybym tylko na podstawie tych inscenizacji miała sobie wyrobić zdanie o Alanie Ayckbournie, to nie uznałabym go za świetnego dramaturga. Nie wiem, może naszym aktorom brakuje dystansu, który niezbędny jest, żeby ten angielski humor zabłysnął? Bo może zabłysnąć, tego jestem pewna — widziałam angielski teatr telewizyjny Świąteczne życzenia. I było dokładnie tak, jak być powinno: nieodparcie śmiesznie i szalenie smutno zarazem.

Dlatego chciałabym Ayckbourna poczytać, skoro nie sądzę żebym się doczekała czasów, kiedy TVP puści ponownie te brytyjskie inscenizacje w reżyserii Michaela Simpsona (a było ich sporo).

3. sir Peter Shaffer

W notce, o której wspominałam na początku, pisałam o sztuce Detektyw Anthony’ego Shaffera. Otóż ów Anthony miał brata bliźniaka imieniem Peter. A brat ten dla odmiany pisał dramaty. Bardzo dobre dramaty zresztą, bo jest on autorem m.in. świetnego Amadeusza (sfilmowanego potem przez Milosa Formana według scenariusza samego Shaffera).  Już z powodu samego Amadeusza wartobyłoby się z Peterem Shafferem zapoznać bliżej, zwłaszcza, że sama sztuka (którą dane mi było obejrzeć niegdyś w Teatrze Jaracza w Łodzi) podobała mi się chyba bardziej niż film.

Ja jednak mam jeszcze jeden powód, dla którego chętnie poczytałabym P. Shaffera: Tajnego detektywa, którego widziałam w Teatrze Telewizji jakiś już czas temu ze świetnymi Trzepiecińską i Kowalskim oraz Pazurą, za którym co prawda nie przepadam, ale nie sposób nie oddać mu przy okazji tej roli sprawiedliwości. Ten dramat to może nie dzieło sztuki, ale razem z Amadeuszem zachęciły mnie do poznania innych sztuk Shaffera. A raczej zachęciłyby, gdyby w ogóle istniała możliwość przeczytania ich…

4. Conor McPherson

Tym razem ktoś z młodszego pokolenia i bez “sira” przed nazwiskiem, więc jego szanse publikacji są jeszcze niższe niż w przypadku poprzednich panów. Irlandczyk, dramatopisarz i reżyser, o którym w zasadzie praktycznie nic nie wiem.

Mam natomiast jedno wspomnienie związane z jego sztuką, dokładniej z monodramem Święty Mikołaj. Monodram ten grał swego czasu Jan Englert (a jest to aktor, który straszliwie mi się podobał — w zasadzie podoba mi się nadal, ale kiedyś bardziej — z wyglądu), a zdarzyło się kiedyś, że grał go w Łodzi w ŁDKu, a ja jakimś cudem dowiedziałam się o tym (reklama takich wydarzeń kuleje do tej pory, a co dopiero te dobrych kilka lat temu…) i udało mi się pójść. Właściwie prawie nic nie pamiętam, poza wrażenim, że bardzo mi się podobało nie tylko aktorstwo, ale również zafascynował mnie tekst monodramu. Tekst, którego, oczywiście, nigdzie nie da się przeczytać…

Wtedy nie dało się nawet znaleźć żadnych informacji o autorze w polskim Internecie (tak, tak, były kiedyś takie czasy…), teraz jest troszkę lepiej, a poza tym ja lepiej niż dawniej znam angielski. Wiem więc, że McPherson urodził się w Dublinie, że przynajmniej cztery jego sztuki były grane w Polsce, że ma prawie 40 lat, że dostał nagrodę Laurence’a Oliviera itd itp… Ale w dalszym ciągu nie mogę przeczytać żadnej jego sztuki.

5. Bogusław Schaeffer

Wbrew nazwisku nie jest to kolejny krewny Anthony’ego i Petera Shafferów i nie zważając na nazwisko to jedyny Polak w tej piątce. Polak, o którym nawet polska Wikipedia mówi niewiele. A jest przecież zarówno dramaturgiem, jak i kompozytorem (przy okazji też muzykologiem, krytykiem muzycznym i pedagogiem). Z początku pisał sztuki mocno związane z muzyką (o fascynujących tytułach, takich jak Scenariusz dla nie istniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego), późniejsze nie są tak mocno w muzyce osadzone.

Ja pamiętam, że widziałam na pewno w Teatrze Telewizji jego Tutam i albo Kwartet dla czterech aktorów, albo Scenariusz dla trzech aktorów, albo oba. Ale pamiętam najlepiej Tutam, które było sympatyczną komedią z aspiracjami do bycia komediodramatem. A poza tym występował w nim mój ukochany Gajos i bardzo dobra Joanna Żółkowska.

Nie powiem, żebym była tą sztuką zachwycona, ale miała w sobie coś. A poza tym to przecież paranoja, żeby nie dało rady przeczytać sztuki człowieka, który należy do grona najpopularniejszych współczesnych polskich dramatopisarzy (już nie wspominając o tym, że również do  grona wybitnych muzyków współczesnych)… Człowieka, o którym c jakieś dziesięć lat powstaje nowy film dokumentalny (ostatnio nawet częściej, bo po kolei w latach 1984, 1997, 2007 i 2008). To co musi się stać, żeby go ktoś wydał? Musi (tfu! tfu! tfu! i odpukuję w niemalowane: puk! puk! puk!) umrzeć? Trochę więcej o Schaefferze tutaj.

A na zakąskę fragment Kwartetu:

Coda

Stopparda nawet pewnie da radę kupić (może w antykwariatach?), bo wydali mu Rosenkrantza i Guildensterna oraz  Arkadię i Wynalazek miłości w jednym tomie. Poza tym Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją oraz Arkadia “wyszły” również w Dialogu (odpowiednio 1/1969 i 2/1994). Ayckbourna Od czasu do czasu można przeczytać w Dialogu 12/1996, Petera Shaffera Equus jest w Dialogu 8/1978, a McPhersona Tama w Dialogu 11/1999. Bogusława Schaeffera nie znalazłam…

Opublikowany w Dramat, Inne | Otagowane: , , , , , , , | Komentarzy: 2 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers