Tytuł: Dom nad zatoką
Autor: Debbie Macomber
Tytuł oryginalny: 16 Lighthouse Road
Język oryginału: angielski
Tłumacz: Małgorzata Borkowska
Wydawnictwo: Mira
Rok wydania: 2010
Seria wydawnicza: Powieść obyczajowa
Ilość stron: 315
Cykl: Zatoka Cedrów (Cedar Cove) (1 część)
W życiu bym nie sięgnęła po tę książkę, gdyby nie pewna miła pni z wydawnictwa Mira, która zaproponowała mi przeczytanie jednej z książek wydanych przez to wydawnictwo. Nie miałam specjalnie ochoty ani na powieść psychologiczną, ani na thriller psychologiczny, które mi zaproponowała (nie lubię czytać przygnębiających książek jak leje), ale chętnie zajrzałam na stronę wydawnictwa, żeby rzucić okiem, czy czegoś ciekawego dla siebie nie znajdę.
Tutaj krótkie wyjaśnienie: nie, nie odstraszyło mnie to, że wydawnictwo Mira to jakaś odnoga Harlequina. Co prawda w życiu przeczytałam w sumie trzy harlequiny, ale wcale nie mam nic przeciwko nim. Bo niby czemu mam mieć? Z tamtych trzech jeden był marny, jeden przeciętny, a jeden dobry, więc w sumie statystyka podobna jak w każdej innej literaturze.
Wracając do przeglądana strony, to znalazłam na niej dwie książki Debbie Macomber kręcące się wokół robótek ręcznych. A jako, że jest to jeden z moich ukochanych wątków literackich (tropie jego występowanie w każdej czytanej książce), to wiedziałam, co by mnie zainteresowało. Niestety, tamtych dwóch dostać nie mogłam, ale zdecydowałam się przeczytać coś innego pani Macomber, żeby przekonać się jak pisze i czy warto polować na Skrawki życia i Sklep na Blossom Street.
Przeczytałam Dom nad zatoką i już wiem, że polować na tamte warto.
Przyznaję szczerze, że za lekturę zabrałam się bez żadnych oczekiwań. Miałam może nadzieję na miłe obyczajowe czytadło i tyle. A co dostałam? Opowieść (wbrew opisowi na okładce) nie koncentruje się na młodej parze w czasie małżeńskiego kryzysu. Do tego dostajemy problemy (nie tylko miłosne) ludzi starszych i w średnim wieku, sporo rozważań o rozwodach i ich sensowności, problemy związane z utratą dziecka, związki między rodzicami a dziećmi… i w ogóle sporo współczesnych problemów (amerykańskich, ale mam wrażenie, że i Polska pod tym względem Stany goni) pokazanych z pewnym wdziękiem. Może trochę powierzchownie i naiwnie (co można osiągnąć na 300 stronach?), ale za to okraszonych ciepłem i poczuciem humoru.
Czytało mi się to bardzo przyjemnie. I chociaż większość wątków nie niosła ze sobą niespodzianek, to i tak z przyjemnością przekładałam kolejne strony. Polubiłam większość bohaterów i miałam wrażenie, że autorka także ich lubi. Poza tym spodobał mi się styl Debbie Macomber, troszkę ironiczny ale bardzo ciepły.
No i dostałam też w książce coś, czego się nie spodziewałam: nie jeden, ale dwa ulubione motywy literackie. O jednym już wspominałam: robótki ręczne. Co prawda akcja nie kręci się wokół robótek, ale są one istotne przynajmniej dla jednej bohaterki. Drugi z kolei motyw to marynarka. Nie w sensie strój, ale w sensie marynarze (ci wspaniali mężczyźni w swoich pływających gruchotach). Od jakiegoś już czasu wspólnie z Mężem wyszukujemy wątki marynistyczne w dziełach (głównie filmach), których nigdy bym o to nie podejrzewała (Dźwięki muzyki chociażby), a najwyżej punktowane są okręty podwodne. W Domu nad zatoką znalazł się i okręt podwodny, i lotniskowiec, i baza marynarki. Pod względem wątków pobocznych jestem głęboko usatysfakcjonowana.
Zdecydowanie mam ochotę nie tylko przeczytać jeszcze coś Debbie Macomber, ale też wrócić do Cedar Cove i przekonać się co jeszcze ciekawego się tam zdarzy i jak potoczą się dalsze losy bohaterów z tej książki.
Dom nad zatoką polecam jako miłe obyczajowe czytadło, niezbyt ambitne, ale idealne na upalną plażę, albo przeciwnie — na weekend po bardzo męczącym tygodniu w pracy.
Moja ocena: 6/10
