Książki Ysabell

Lekturnik, czyli blog poczytny

Archiwum dla Maj 4th, 2010

Monika Szwaja “Zupa z ryby fugu”

Posted by Ysabell w dniu 4 Maj 2010

Tytuł: Zupa z ryby fugu
Autor: Monika Szwaja
Język oryginału: polski
Wydawnictwo: SOL
Rok wydania: 2010
Wydanie: pierwsze
Ilość stron: 348

Bardzo lubię książki Moniki Szwai. Do tego stopnia, że spokojnie mogę kupować je “w ciemno”. Nie czytając wcześniej żadnych recenzji, nie szperając w czeluściach Internetu, żeby sprawdzić, czy książka nadaje się do kupienia, czy nie bardzo. Wystarczy, żebym dowiedziała się, że ma wyjść kolejna jej powieść, a już wiem, że ją kupię.

Co prawda nie wszystkie te książki podobają mi się tak samo, nie w każdym przypadku mogę polubić bohaterów (czy raczej bohaterki), nie zawsze tak samo przejmuję się ich losami, ale jedno pozostaje niezmienne — język autorki i jej sposób pisania. Lubię powieści Szwai, bo czytając je, mam wrażenie obcowania z osobą, którą na ogół trudno mi spotkać (z wyjątkiem tych, oczywiście, z którymi moje życie już jest związane…). Z kimś, kto kocha Starszych Panów i szanty, kto słucha opery i muzyki klasycznej, kto czyta książki, które przez innych uważane są za straszne nudziarstwo. Z kimś, kto nawet zasób powiedzonek i bon motów ma podobny do mojego (oczywiście, możliwe jest, że tak naprawdę Monika Szwaja jest na co dzień niekulturalną troglodytką, ale bądźmy szczerzy, nie chodzi mi o to jaką osobą jest autorka, tylko czym promieniują jej książki. A poza tym jakoś w to nie wierzę).

I właśnie z tego powodu sięgnęłam po Zupę z ryby fugu tuż po tym jak pojawiła się na półkach. I — powiem od razu — na tym aspekcie zdecydowanie nie zawiodłam się. Styl Szwai jest nadal tak samo przyjemny, jak był dotychczas. Może w tej powieści jest trochę mniej humoru niż w poprzednich, ale też tematyka do najweselszych nie należy. Zupa opowiada historię dwóch kobiet, których losy nieuchronnie krzyżują się dzięki trzeciej kobiecie. Z tych dwóch Anita ma niemal wszytko (dom, kochającego męża i rodziców, widoki na karierę i pieniądze), Miranda zaś nie ma prawie nic  (rodzina o nią nie dba, pieniądze ledwo wystarczają na wynajęty pokój, studia polonistyczne nie wróżą kariery, a pracę znaleźć ciężko). Okaże się jednak, że właśnie Anita będzie coraz bardziej nieszczęśliwa, a Miranda zacznie znajdować swoje miejsce w życiu. I w pewnym momencie to Miranda będzie mogła dać Anicie to, czego wydaje się w żaden inny sposób Anita nie osiągnie. Ta trzecia — Eliza — to przesiąknięta jadem jędza, która lubi ludzi tylko kiedy mają problemy, a jak ich nie mają, to potrafi im je świetnie zorganizować.

Gdyby Zupa z ryby fugu była trochę inną książką, byłaby studium obsesji (tutaj na punkcie posiadania dziecka) i tego jak wpływa ona na związki między ludźmi. Gdyby była książką jeszcze inną, mogłaby być czymś w rodzaju powieści Jodi Picoult — opowieścią o sytuacji bez wyjścia, w której wszyscy mają swoje racje, ale ktoś musi ucierpieć. Mogłaby też być zaangażowanym głosem w sprawie stosunku Kościoła Katolickiego i polskiego społeczeństwa do in vitro, antykoncepcji i posiadania dzieci w ogóle. Mogłaby być lekką i dowcipną opowieścią, która pozwala czytelnikowi oswoić trudne tematy. Mogłaby wreszcie być powieścią o tym, jak jedna nieszczęśliwa i sfrustrowana osoba może zniszczyć szczęście wielu innych.

Zupa z ryby fugu mogłaby być którąś z tych książek i sądzę, że niezależnie od tego którą by była, podobałaby mi się bardziej. Bo tak naprawdę ta powieść jest tymi wszystkimi książkami po trochu, a są to składniki, które jakoś do siebie nie pasują.

Na dodatek miałam wrażenie, że postać Elizy dostała w książce etat swego rodzaju deus ex machina — nie wiemy jak sprawić, żeby Anita zwróciła się ku nauce: dajmy Elizę, nie wiemy jak sprawić, żeby wykonała zwrot o 180 stopni w stronę religii: dajmy Elizę, nie wiemy jak mają się spotkać nasze bohaterki: dajmy Elizę. I tak dalej, i tym podobne. Trochę mi się to wszystko wydawało naciągane. Troszkę mi tutaj zapachniało pójściem na łatwiznę. Zresztą w samej powieści było jeszcze trochę nieścisłości czy przemilczeń, byle tylko skleiła się fabuła.

Ale mimo tej surowej analizy, mogę spokojnie powiedzieć, że Zupę z ryby fugu czytało mi się miło. Spotkałam na jej kartach trochę starych znajomych z poprzednich książek autorki, kilka razy się roześmiałam, częściej po prestu uśmiechnęłam i pochłonęłam książkę z dużą przyjemnością. W przeciwieństwie do kilku osób, których opinie o zdarzyło mi się usłyszeć (przeczytać), nie mam też zastrzeżeń do rozwiązania akcji. Zakończenie jest dla mnie w zasadzie jedynym możliwym w tej sytuacji happy endem. Żałuję tylko, że nie było w książce żadnego bohatera, który byłby mi bliski, albo którego polubiłabym jakoś szczególnie.

Jednak mimo dość ambiwalentnych uczuć po lekturze, w mojej prywatnej skali ocen Zupa zasłużyła na (średniosolidną) szóstkę, choć tylko dlatego, że po prostu bardzo lubię książki Moniki Szwai.

Moja ocena: 6/10

Opublikowany w Proza | Otagowane: , , , , , | Komentarzy: 9 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 53 other followers